Czarny ląd – Warszawa (cz. 4)
Żona i matka

(Z cyklu: Reportaże „Wiadomości Literackich”)

Te dziwne, dzikie, bezsensowne w naszem pojęciu ceremonje, którym poddana zostaje młoda Żydówka przed ślubem i po ślubie, są pozornie niewinną rozrywką, jak zwykle pozostałości odwiecznych kultów. Gorzej jednak, że noszą one w sobie zaródź najstraszniejszych powikłań w przyszłości.

Żydowski ślub religijny nie jest bowiem ważny wobec władz państwowych, o ile nie jest poparty ślubem cywilnym. Ponieważ jednak wizyta u rabina bardzo mało kosztuje, a formalności urzędowe wymagają papierów w porządku, starania, chodzenia i opłat, wynoszących razem około trzydziestu złotych, ślub zaś cywilny, w mniemaniu religijnej Żydówki, w niczem nie doda jej splendoru, – w warstwach mało oświeconych zwykle zaniedbuje się tego uczynić. Młoda mężatka jest więc naprawdę „związana przed lwem”, czyli wydana całkowicie na łaskę i niełaskę swojego małżonka.

Byłoby pięknie, gdybym tu mogła napisać, że zwykle obchodzi on się z nią dobrze. Niestety, nie mogę tego zrobić, przeciwnie, muszę stwierdzić, że mężczyzna-Żyd wyzyskuje często przeważające swoje wobec kobiety stanowisko w sposób zupełnie bezwzględny, unieszczęśliwiając ją na całe życie, czyniąc ją zupełnie „an outcast of the island”, istotą wyjętą spod prawa, wegetującą swoją skromną, uginającą się pod brzemieniem ogromu zadań egzystencją naprawdę na marginesie życia i wszelkich naszych obyczajów.

Za najdrobniejsze odstępstwo od ogólnie przyjętych zwyczajów grozi jej rozwód, a zaraz zobaczymy, jakie to mogą być odstępstwa. Pewnego razu był u mnie szklarz, Żyd, który wprawiał mi zbitą szybę. Nie wiem już, przy jakiej okazji zapytałam go się o rodzinę żydowską. Odpowiedział mi na to z dumą: „To tylko u gojów słyszy się o tem, że w rodzinie ludzie źle żyją. Rodzina żydowska jest czysta, u nas się to nie zdarza”. Bardzo mnie wtedy te słowa zastanowiły. Ponieważ było to wiele lat temu, a codzień prawie spotykam panią szklarzową, jak wywozi na spacer nowe jakieś dziecko, gotowam wierzyć w takie enuncjacje. Wszystko jest jednak dobrze, jeżeli mężczyzna, który wziął sobie żonę, jest moralny i ma poczucie odpowiedzialności. Jeżeli tak nie jest, kobieta jest zupełnie bezbronna.

Rodzina prawowiernego Żyda jest czysta, to znaczy że czysta i wierna jest ortodoksyjna kobieta. Już w najdawniejszych czasach groziło jej ukamienowanie za wiarołomstwo, a dziś także za najlżejszem posądzeniem mąż może ją zmusić do rozwodu. W zasadzie Żyd jest też obowiązany do wierności małżeńskiej, jak to wskazuje chociażby symboliczna szata, którą nakłada przy ślubie, ale ponieważ to on żąda i otrzymuje rozwód, ponieważ dalej w papierach jego nie jest wcale zaznaczone, iż jest żonaty, obowiązek wierności jest czystem złudzeniem. Opowiadano mi, że pewien komiwojażer miał dwadzieścia żon w różnych miasteczkach Polski i nietylko nie można go było zmusić, żeby jedną z nich uznał wreszcie za legalną i ślub z nią ślubem cywilnym „poprawił”, ale nawet nie było można mu dowieść wielożeństwa. Żeby wziąć ślub, wystarczy przyjść ze świadkami i dziewczyną do rabina, a rabin natychmiast, o nic się nie pytając, ślubu tego udzieli.

Czegóż więcej potrzeba ludziom niesumiennym i ciemnym – dla zachęty do handlu żywym towarem? Dziewcząt nie brak, a złudzone magicznem słowem „ślub”, idą na lep wszystkich obiecanek. Zato dla porzuconej zaczyna się teraz prawdziwa gehenna.

Towarzystwo ochrony Żydówek zarzucane jest bezustanku prośbami kobiet, które wzywają i szukają pomocy. Te porzucone kobiety, których mężowie przepadli często bez wieści, to są osławione „aguny”, plama nie do zmycia na prawodawstwie ortodoksyjnem.

„Aguna”, to Żydówka, której mąż przepadł bez wieści. Osamotnione, pozostawione bez środków do życia z nieprawdopodobną często ilością drobnych dzieci, będące poza prawem kraju, w którym żyją, „aguny” tworzą właściwie odosobnioną, gorszą, we wszystkiem niższą klasę ludzi. Podczas wojny ilość ich powiększyła się niepomiernie, szeregi ich wzrosły do tysięcy, ale i teraz mnoży się ciągle ich liczba wskutek niesumienności i nieuczciwości mężczyzn, którzy emigrują, ukrywają się w rozmaitych miasteczkach i miastach kraju, zawierając nowe związki, żeby nowe kobiety zostawić obarczone dziećmi i pogrążone w ostatecznej niedoli. Sytuacja społeczna „aguny” wynikła z przepisu, że nie może ona zaślubić innego mężczyzny, ani ślub jej nie może zostać rozwiązany, jeżeli nie ma świadków, którzy byli przy zgonie jej męża, albo jeżeli nie dostała z jego ręki rozwodu.

Czytałam wstrząsające listy takich „agun”. Jedna z nich, obarczona pięciorgiem dzieci, przyszła potem osobiście do towarzystwa opieki, z błaganiem o ratunek i odszukanie jej męża. Nie była to wdowa wojenna, bynajmniej. Mąż jej po zawarciu z nią ślubu religijnego i spłodzeniu pięciorga dzieci, opuścił ją na niewiadome przeznaczenie. Opiekunka pyta:

– A „ksyba” była?

Owszem, miała „ksybę” (papier, poświadczający ślub religijny), ale mąż odchodząc, zabrał ze sobą tę właśnie „ksybę”. Ona jest podług praw krajowych panną, dzieci jej są bękartami, nie mają ani legalnego nazwiska, ani żadnych praw spadkowych, i w tem poniżeniu zmuszona jest żyć do końca życia, o ile Towarzystwo nie pomoże jej odszukać męża. Oczywiście, obiecują jej to ale z jakim skutkiem? Jak mi mówiono z wiarogodnego źródła, ogromna ilość dzieci żydowskich w Polsce jest nielegalna, nie ma ani nazwiska, ani żadnej sytuacji prawnej, chociaż bowiem, nawet jeżeli nie było ślubu cywilnego, dzieci są prawnie uznane przez ojca, „uznanie” to następuje często w kilka dopiero lat po urodzeniu, a często nie odbywa się wcale.

Taki jest los nieszczęsnej „aguny”, którego w żaden sposób odmienić nie może. Ale weźmy inny wypadek: kobieta, zupełnie legalnie poślubiona, zostaje wdową i po upływie pewnego czasu ma zamiar po raz drugi wyjść zamąż. Podlega ona wtedy znowu innemu zupełnie, niemniej dziwacznemu i okrutnemu prawu, prawu „chalicot”.

Po śmierci męża Żydówka należy do najstarszego brata swojego męża. Dobrzeby było, żeby z dawnego obyczaju pozostał obowiązek utrzymywania jej i opiekowania się nią i pozostałemi dziećmi! Dzieje się jednak inaczej. Brat męża musi jej dać pozwolenie na poślubienie innego, pozwolenie, które z reguły każe grubo opłacać, według możliwości finansowych swojej ofiary. Przytem samo pozwolenie, jeżeli już ma być udzielone, związane jest ze wstrętną ceremonją: wdowa musi przy świadkach zdjąć but z nogi swojego szwagra, a on, przy tych samych świadkach, manifestacyjnie trzy razy pluje w jej stronę, żeby dać najzupełniej niedwuznacznie poznać, jak dalece się jej wyrzeka i jak dalece dalsze jej losy nic już go nie obchodzą.

Powiedzmy jednak, że mąż nie opuścił swojej żony i że jeszcze nie umarł. I tak kobieta drży bezustannie o swój los, ponieważ otrzymać rozwód jest bardzo łatwo. Może i nie byłoby to takie straszne, gdyby i ona mogła mu dać ten rozwód, ale dla niej ta droga jest zamknięta z nielicznemi wyjątkami. Prawo otrzymania i dania rozwodu ma wyłącznie mężczyzna i korzysta z tego, trzymając swoją małżonkę pod bezustannym strachem. Nie jest to sprawa skomplikowana: trzeba przy świadkach powiedzieć kobiecie, że ma się jej dosyć, a rozwód jest w toku, chociaż musi być potem potwierdzony przez rabina. Mało tego, rozwodu można też udzielić listownie. Wystarczy wtedy z innego miasta napisać do żony kilka uświęconych formułek i przesłać jej ten list przez zaufanego posłańca, a jeżeli ona ma nieostrożność dotknąć się listu, wziąwszy w rękę kopertę, rozwód uzyskuje natychmiast prawomocność. Jeżeli zachodzą specjalne trudności, potrzebna jest formalność „rozwodu stu rabinów”.

Było to rozumne kiedyś utrudnienie, żeby pary małżeńskie nie mogły się tak łatwo, wskutek kaprysu, rozłączyć. Teraz jednak i ta, broniąca kobietę forma uległa degeneracji. Zaznaczałam już, że każdy mężczyzna powołany jest właściwie do spełniania czynności kapłańskich, szczególnie kiedy ma do tego pewne uprawnienia, wynikłe z otrzymanych nauk. Jeżeli więc idzie o stu rabinów, podpisanych pod jakimś świstkiem papieru, zaczyna się od paru ludzi, znanych i godnych zaufania, przedstawiając im odpowiednie powody, albo suto ich opłacając, a ilość tę dopełnia się do setki, zbierając podpisy wykształconych żebraków na ulicy, szamesów z cmentarza, tragarzy i t. d., którzy za bardzo niską opłatą, podobno często nie przekraczającą trzech złotych, kładą swoje signum pod umówionym dokumentem.

Żeby zapoznać się naocznie z niedolą Żydówek, stawiam się któregoś dnia na spotkanie z jedną z pań Ośrodka Zdrowia, położonego w żydowskiej dzielnicy i prowadzącego w tej dzielnicy wywiady. Któregoś ranka wybieram się do siedliska największej nędzy. Moja towarzyszka orjentuje się doskonale w panujących tu stosunkach. Patrząc na mrowie dzieci, które ją otacza, na kobiety w żółtych i czarnych perukach, z któremi rozmawia, nie wychodzę ze zdumienia, że tak je świetnie identyfikuje, tak doskonale umie wskazać właściwe nazwisko i imię każdej, tak zajmująco potrafi opowiadać historie ich czarnego życia.

Wchodzimy do wielkiej kamienicy, ugrzęzłej między niezliczoną ilością podwórzy i zakamarków. Schodzimy parę stopni wdół i oto jesteśmy w czarnym, nieskończonej długości tunelu, przy którego końcu połyskuje wątle światełko. Idąc, zginam się wpół, boję się głową uderzyć o sufit, i ostrożnie sięgam nogą, czy nie spadnę z jakichś niespodzianych schodków w niespodziane czeluście, ale moja przewodniczka stąpa śmiało wśród tych okropności. W pewnej chwili mówi do mnie jednak:

– Wie pani, ile razy tu jestem, zastanawiam się co tu było? Czyżby jakieś więzienie? Bo tu nawet na piętrach są takie korytarze a z obydwóch stron wejścia jak do cel więziennych.

Naprawdę nie wiem do czego porównać ten korytarz, bo równego mu nie widziałam nigdy w żadnem domu, chyba tunel pod Saint Gothardem, albo podziemia cyrku Nerona w filmie. Przypomina się Galsworthy, który w tylu swoich książkach proponuje zburzyć dzielnice nędzy, czyniąc to celem życia najszlachetniejszych swoich bohaterów, jak choćby Michał Mont, mąż płochej Fleur. Czy naprawdę jest dopuszczalne wynajmowanie ludziom takich lochów?

Moja towarzyszka pchnęła jakieś drzwi. Zaduch jest tak straszny, że boję się iż nie wytrzymam. Tu mieszkają trzy siostry, z których dwie samotne. Najstarsza z nich, to porzucona przez męża „aguna”. Ta kobieta ma lat około trzydziestu i siedmioletniego ślicznego synka, który w tej chwili, zamiast iść do szkoły, leży w łóżku pod kupą łachmanów.

– Dlaczego on leży? – pyta się moja towarzyszka.

Nie chciał iść do szkoły, jemu zimno – odpowiada „aguna”.

Ta starsza siostra kłóci się ze swojemi dwiema siostrami, które czemprędzej, nie doczekawszy się nawet lat siedemnastu, także powychodziły zamąż. Naturalnie żadna z nich nie ma ślubu innego prócz przechowywanej na dnie kuferka „ksyby”. Średnia ma już troje dzieci, jej mąż jest w wojsku, kobieta pozostała bez żadnych środków do życia. Czy wróci do niej, któż to może wiedzieć! Najmłodsza ma dwoje dzieci, jej dzieci znajdują się w nogach łóżka; ona sama leży jeszcze razem z tym mężem. Jest dwunasta w południe, ale cóż mają robić? Grzeją się w cieple własnych ciał i kilku kolorowych strzępów, które na siebie narzucili.

Na oknie stoi parę buteleczek z miarkami, charakterystycznych dla każdej mlecznej kuchni buteleczek po mleku dla niemowląt. Moja towarzyszka zauważyła te buteleczki:

– Dlaczego o tej godzinie już są próżne? – pyta. – A co się stało z mlekiem?

Mała, niewyrośnięta kobieta, której tylko co robiono cesarskie cięcie, broni się, jak umie: oto tak się bała utracić łaski instytucji, która ją przygarnęła pod swoje skrzydła, że kiedy usłyszała, iż buteleczki musi oddawać umyte, bo inaczej cofną jej pomoc, przelewa natychmiast mieszankę do brudnej filiżanki, a buteleczki trzyma na oknie, nalane wodą, żeby dobrze odmiękły.

Więc któż ich utrzymuje, i z czego żyją?

Jak zwykle w rodzinach żydowskich, handlują „czem się da” (najcharakterystyczniejsza odpowiedź na wywiady!). W danym wypadku redukuje się to do handlu obierzynami od kartofli, które trzeba potem nosić dla furmańskich koni. Wielki, ciężki kubeł tych obierzyn można kupić za siedem groszy, a sprzedaje się go, po odniesieniu do stajni – naturalnie, z nieprawdopodobnym zyskiem grosza albo dwóch, za zawrotną sumę dziewięciu groszy. Z tego żyje czworo dorosłych ludzi i sześcioro dzieci!

Wychodzimy z tych podziemi i idziemy dalej. Oto znowu schodki, znowu piwnica, i znowu okno nigdy nie otwierane, i zapach odmienny, ale niemniej okropny. Podłoga niemyta chyba od miesiąca, kobieta, która tu mieszka, nie ma na kupno szczotki do podłogi. W łóżku leżą dwie małe dziewczynki, dwie trochę starsze bawią się na podłodze, ciągnąc i wydzierając sobie duży koszyk, w którym może kiedyś był węgiel. Zwykłe pytania:

– Dlaczego dzieci nie są w szkole, o którą im się z takim trudem wystarano?

I znowu:

– Dlaczego nie wyjdzie z dziećmi trochę na powietrze, choćby na to samo podwórko, które stąd widać, jeżeli się mocno głowę dogóry podniesie?

Historia tej kobiety jest znowu inna. Miała już te trzy starsze dziewczynki, kiedy przyszła do Ośrodka Zdrowia, mówiąc, że jest znowu w ciąży i żeby to potwierdzić. Okazało się, że ma otwartą gruźlicę. Wobec tego usiłowano skłonić ją, żeby się pozbyła dziecka, ale nic nie zdołało ją przekonać. Po licznych pytaniach, przyciśnięta wreszcie do muru przez którąś z kierowniczek, wyznała o co jej chodzi: oto ma same córki, a mąż chciałby koniecznie mieć syna, żeby, kiedy umrze, ktoś zmówił nad jego grobem „kiddusz”.

Ponieważ nie dało jej się wyperswadować, podleczono ją trochę i zostawiono losowi. W przepisowym czasie urodziła czwartą córeczkę. Teraz, kiedy mąż wraca, ponieważ nie chcą już mieć więcej dzieci, ona spędza zimowe noce, owinięta w jakiś strzęp kołdry, na podwórku, żeby śpiąc z nią w jednem łóżku, nie zapragnął jej nędznego ciała i nie spłodził piątej dziewczyny.

Następne mieszkanie, do którego wchodzimy tego pięknego poranka, to mieszkanie rodziny, skonstruowanej podług wszelkich zasad. Wchodzi się do niego prosto z wielkiego targu, gdzie sprzedają koszerny drób w szeregu ogromnych straganów. W progu wita nas stara Żydówka w czarnej peruce na ryżych włosach: to babka, matka młodej kobiety, która właśnie w szpitalu na Czystem urodziła córeczkę. Ta kobieta jest szwaczką, wielka lala z łozinowych prętów stoi w kącie, nakryta pasiastym pokrowcem: kobieta od wielu miesięcy nie ma pracy. Jej mąż też nie pracuje: widzę go teraz, jak stojąc za zasłoną, przeciągniętą od szafy do wbitego w ścianę haka, kiwa się nad stołem i śpiewa, mając w ręku książkę a nad głową wysoko spiętrzoną kapucę od zarzuconego na czas modlitwy tałesu. Cieszy się bardzo z urodzenia nowego dziecka i odprawia z tego powodu modlitwy.

Od połowy wysokości ta wąska pracownia przedzielona jest narosłym nad nią pawlaczem. Sponad tego pawlacza dochodzą głosy, i zza krat dwóch żelaznych stojących tam łóżek widać głosy trojga dzieci, które po tych łóżkach chodzą i bawią się w jakieś swoje dziecinne zabawy.

Z babką wdajemy się w długie rozmowy o kobietach. Nie krępując się wcale obecnością zięcia, który, przynęcony ciekawością, przerwał modły i stoi teraz, uniósłszy rogu zasłony, w swoim tałesie w białe i czarne pasy na ramionach, – ta starsza kobieta opowiada o wszystkich cierpieniach i fizycznych niedogodach, którym ona, jej córka, i wszystkie znajome w zasięgu jej pamięci były poddane przez ciąg ich żywota. Dowiadujemy się zupełnie ściśle, kiedy która z nich utraciła zdolności macierzyńskie, jak to Roza karmiła przez dwa lata swoją najmłodszą córkę, żeby nie zajść, i jak mimo to zaszła, i jak coś się zepsuło we wnętrzu Sury, tak że krew jej się rzuca co dwa tygodnie. Zięć, mały, rudy człowieczek z twarzą głodnego szczura, słucha uważnie, potakując od czasu do czasu, dzieci z pawlacza wychylają głowy, owłosione na wszelkie kolory, i też potakują, albo dorzucają głośne uwagi. Przerywamy wreszcie ten potok słów:

– A kiedy ona wróci z tego szpitala?

Mąż tryumfalnie i radośnie rozwodzi rękami:

– Już niedługo, ona niedługo wróci.

Wychodzimy. W drodze moja towarzyszka opowiada mi o tragicznych wprost wypadkach, kiedy kobiety oczekiwały dzieci i nie chciały nawet słyszeć o tem żeby ograniczyć liczbę potomstwa. Jedna na tym samym targu przeleżała, na Hiobowym poprostu barłogu, kilka nocy, eksmitowana za długi z mieszkania. Była przytem po tyfusie półślepa i głucha. Głuchoty tej, niestety, już się nie pozbędzie. Potem zabrali ją do baraków. Inna, leżąc w gipsie ze złamaną nogą na łóżku, wyskakuje z tego łóżka na wiadomość, że jej synek dostał zapalenia płuc i łamie sobie powtórnie nogę. Kwestja regulacji urodzeń w tych najuboższych sferach, to naprawdę sprawa paląca!

Dochodzimy do rzeki. Wdole połyska Wisła taflą naprawdę srebrną, drzewa, osypane lodowatym cukrem, rozczapierzają sztywno w słońcu swoje palce. Cudowny dzień!

Wchodzimy do jeszcze jednej izby. Wejście jest znowu wprost z ulicy, po wpółprzegniłych schodkach. I tutaj, zboku, obok powieszonej na drzwiach „mezuzy”, stoi warsztat szewski, nakryty jutą w pasy, zapewne jakimś siennikiem. Zwykły to już widok, ale jakże okropny, te na mur zamknięte, nieużyteczne warsztaty, okryte, jak dzieci, żeby się nie zniszczyły, żeby nie zmarzły, żeby może – w jakimś sezonie – odkwitły, nałożonym na maszynę czarnym kwiatem nędzy, cholewką z grubej skóry czy kawałkiem materji do zeszycia, którą może ktoś dobry przyniesie.

W tym korytarzu (trudno to nazwać izbą) jest tylko jedna kobieta, która trzyma na ręku małą dziewczynkę. Nie umiem już sobie teraz wytłumaczyć, dlaczego ta kobieta zrobiła na mnie tak tragiczne wrażenie. Może dlatego, że pomimo iż przyznała się do lat trzydziestu dwóch, wyglądała młodo i była piękna. Jej ciemne oczy patrzyły z przepaści najostatniejszej nędzy, jej prześliczne usta składały się w wyraz nie to żalu, nie to pogardy dla czegoś czego nie nazywała.

Mieszka tu kątem, jest bezrobotna. Z dwojgiem swoich dzieci śpi na tem dalszem łóżku, podczas kiedy bliższe wejścia zajmuje lokatorka ze swoim mężem i trojgiem własnych dzieci. Za to łóżko i pozwolenie przebywania w zaduchu mieszkania płaci miesięcznie piętnaście złotych i nigdy nie wie, skąd wziąć te pieniądze.

– Ja już nie płaczę, – mówi, – bo żebym zaczęła płakać, tobym się udusiła.

Potem przeczekawszy chwilę, w której czasie uprzytomnia sobie to uduszenie, mówi dalej, jak już weszła na schody i chciała się rzucić z piątego piętra nadół, ale coś ją tknęło i wróciła jeszcze raz do komitetu pomocy, gdzie dowiedziała się, że przyznano jej dwadzieścia złotych. Więc ma znów jakiś miesiąc życia przed sobą.

Wyszłyśmy na piękny świat, jarzący się od kryształów śniegu, w których, jak w balowych kinkietach, odbijało się słońce. Tak, ta kobieta każdego pierwszego jest gotowa na śmierć. Mąż się z nią rozwiódł z jakiegoś błahego powodu, oczywiście, skorzystał z łatwości rozwodowych, żeby ją opuścić, kiedy chciał się połączyć z inną. Pytam, jaki był ten błahy powód? Ach, poprostu gotowała mleko, to mleko jej wykipiało i parę kropel prysnęło do rosołu, który przed świętem gotował się w drugim garnku. Ona podała potem rosół mężowi, bo szkoda jej było wylewać taką smaczną zupę, a także pozbywać się nowego garnka, który niedawno kupiła nu targu, a myślała, że on tego nie zauważy. Tymczasem on czy sam to widział, czy powiedziała mu jaka sąsiadka, dość że natychmiast przeprowadził rozwód, dowodząc że to się często powtarzało, – i pozostawił ją z dwojgiem dzieci.

Nie dziwię się, bo już się przyzwyczaiłam do tego świata i panujących w nim obyczajów. Rzeczywiście, powiedziane jest: „Nie będziesz gotował koźlęcia w mleku matki jego”, na czem Żydzi opierają całą swoją bardzo skomplikowaną naukę o jedzeniu trefnem i koszernem. Rosół strefił się kroplą mleka, i należało go wylać, ponieważ § 38 prawa talmudycznego o rozwodach brzmi: „Mąż ma prawo żądać pozwolenia do dania żonie rozwodu gdy ta obraża przyzwoitość lub narusza przepisy religijne”.

W myśl niezliczonych komentatorów Talmudu, uważa się za obrazę praw religijnych, gdy żona daje mężowi zakazane przez religję pokarmy, gdy obcuje z nim podczas pewnych okresów swojego życia, albo gdy podstępem przywodzi go do łamania przepisów, zwłaszcza jeżeli świadomie nie przywykł tego robić. Jest powiedziane dalej: „Obrazą przyzwoitości nazywa Talmud, gdy żona z odkrytą głową wychodzi na ulicę, gdy przędzie na ulicy z obnażonemi ramionami, gdy rozmawia z mężczyznami, z którymi mąż jej mówić zabronił, żartuje z młodymi ludźmi, domaga się głośno od męża pełnienia powinności małżeńskiej, albo przypina do włosów róże, jak to zwykły czynić zalotne nieizraelitki”.

Taki list rozwodowy powinien być zresztą napisany w obecności kilku świadków z zachowaniem mnóstwa formalności i według raz na zawsze ustalonego wzoru. Brzmienie jego, mające swoją tradycję w kwiecistej mowie ludów Wschodu, jest dość poetyczne. Musi on być sformułowany po hebrejsku w dwunastu odstępach na pamiątkę dwunastu pokoleń judzkich, przyczem między poszczególnemi literami powinny być duże przerwy na znak, że małżeństwo rozchodzi się ostatecznie:

„Pierwszego dnia w tygodniu, ósmego dnia miesiąca Elul pięć tysięcy sześćset trzydziestego roku od stworzenia świata, podług ery, jaką liczymy tu w Warszau, nazwanem Warszawa, mieście położonem nad rzeką Wajsl, nazwaną Wisła, i wodami źródlanemi. Ja Chaim, syn Dawida, stawający dziś w Warszau i t. d., chcę dobrowolnie, bez przymusu, rozwieść, uwolnić i opuścić ciebie, idź sobie ty, żono moja Saro, córko Dawida, stająca dziś w Warszau i t. d., którą z własnej woli bez przymusu uwalniam, opuszczam, rozwodzę… abyś była wolna dla każdego i mogła rozporządzać osobą swoją i być zaślubiona mężowi, któregokolwiek zechcesz, a nikt nie może ci zabronić, gdyż od dnia dzisiejszego nazawsze dla każdego wolna jesteś”.

Więc Chaim rozwiódł się z Sarą, ponieważ podała mu nieczyste jedzenie. Wyobraźmy sobie teraz miljon spraw, wynikłych z podejrzenia, czy jedzenie istotnie było koszerne, czy nie. Od czasu zabicia przez uświęconego rzezaka, aż do rozbicia na desce, nasolenia, ugotowania i podania, ileż wątpliwości! Pewna bardzo pobożna, chociaż do t. zw. wyższych sfer należąca Żydówka mówiła mi, że są to tak uciążliwe ceremonje, iż żaden prawowierny nie zjadłby napewno mięsa, któreby ona przygotowała. Podobno mięso, już jako koszerne zakupione, trzeba najpierw przez parę godzin moczyć w wodzie, następnie w specjalny sposób rozłożyć na desce i solić rytualnemi ruchami rąk, gdyż inne ruchy będą obrazą religji i uczuć małżonka, który to mięso ma spożywać.

Ale mało tego. Jest cała duża ilość zwierząt, które kupuje się w całości, jak drób lub ryby. Otóż nietylko sposób ich zabijania jest ważny, ale także to co znaleziono w ich żołądku, stan wątroby, plamy czy znaki na mięsie, odgniecenia czy zadrapania. Dobra gospodyni żydowska spędza czas na medytacji, czy ryba lub kura, jaką nabyła na święta, jest istotnie koszer, czy broń Boże, trefna? Cogorsza, niewolno jej medytować bezczynnie, musi ze swojemi wątpliwościami iść do miejscowego rabina, który, obejrzawszy wątpliwy przedmiot, wyda o nim sprawiedliwy sąd. Podobno za funkcje te rabini opłat nie pobierają, choć z innego znowu źródła słyszałam, że za orzeczenie wartości np. kamienia w żołądku kaczki, albo gwoździa, który przypadkowo połknął kogut, płaci się od pięćdziesięciu groszy do dwóch złotych, zależnie od ważności wypadku, no i od zamożności osoby, która się zwraca o poradę.

Nie na tem jednak koniec utrapień Żydówki z garnkami i jedzeniem. W pierwszy dzień święta Pesach (na pamiątkę wyzwolenia z Egiptu) wszystkie naczynia, dotąd i przez cały rok używane w domu, trzeba schować i zamknąć na klucz, żeby się czasem nie pomieszały z innemi, natomiast wydobyć inne, nowe, specjalnie na ten dzień przeznaczone. Ponieważ kobiety ubogie nie mają dwóch kompletów garnków i sztućców na zmianę, w biednych dzielnicach obnoszony bywa na drągach ogromny kocioł z wrzącą wodą, a towarzyszący mu szames woła: „Ałc wert gekaszert!”, czyli: „Wszystko będzie oczyszczone!”. O, jakiż to wtedy ruch między gospodyniami i służącemi dzielnicy! Z wszystkich piętr ogromnych, koszarowych domów zbiegają kobiety z nietłukącemi się, niepękającemi garnkami w fartuchach i oczyszczają je przez trzykrotne zanurzenie we wrzącej wodzie, posiadającej magiczne właściwości. Jedna z moich rozmówczyń opowiadała mi o wielkiem wrażeniu, jakie na nią zrobiła dziwaczna procesja takiego kotła: ludzie są długopoli, czarno ubrani, sam kocioł czarny, ogromny i wysoko na ich barkach wzniesiony, pod kotłem bucha ogniem i dymem żar z żelaznego koszyka, pełnego węgli. Widok iście średniowieczny!

Osobne przepisy religijne dotyczą obcowania Żydówki z rzekomym „kohenem”, potomkiem starożytnego rodu kapłanów. Trudno tu jest przytaczać setki przepisów, dotyczących nieczystej, która stała się nią, znajdując się w zamkniętym pokoju z mężczyzną przez przeciąg czasu wystarczający na ugotowanie i zjedzenie jajka, bo taki okres, według ścisłych obliczeń talmudystów, wystarcza dla popełnienia cudzołóstwa. Niech tu wystarczy stwierdzenie, że „kohen” nie może się ożenić z wdową, która otrzymała na to pozwolenie od brata męża prawem „chalicot”. „Kohen” nie może się żenić z kobietą, którą już ktoś wzgardził. Nie może też mieć do czynienia z drugim nieczystym przedmiotem, t. j. z trupem, dlatego bywa odpędzany od otwartego grobu.

Po tem wszystkiem co tu było powiedziane o stanowisku kobiety w prawie talmudycznem nikogo zapewne nie zdziwi wiadomość, że kobiety nie biorą udziału w wyborach gminnych i nie pełnią żadnych czynności publicznych. Nic tu nie pomoże ani powoływanie się na biblijne niewiasty, które służyły w wojsku i razem z mężczyznami broniły kraju, na Deborę z okresu sędziów, mężną żonę Jorama Atalję i na Aleksandrę Salome z rodu Chasmonejczyków, której panowanie w Izraelu uznane było przez faryzeuszów za złoty okres dziejów. Nic nie pomogą opinje, zebrane w pocie czoła przez postępowe kobiety żydowskie, a wyszłe od trzech (wyraźnie trzech) rabinów, podług których należałoby przeinterpretować święte teksty i rozluźnić trochę lejce na szyjach kobiet żydowskich. Sentencja Dwarim: „Wybierzcie sobie króla spośród braci waszych” (a więc braci, a nie sióstr) nie pozwala na żadne w tej dziedzinie inowacje i sprzeciwia się stanowczo wyborom do gminy w w. XX.

Te najnieszczęśliwsze, te wydziedziczone, są jednak prowadzone żelazną ręką do celu, który zakreślono dla Izraela: wyodrębnienia się za wszelką cenę z wszystkich narodów i krajów świata. Zjednoczone w związek prawowitych „Cór Syjonu”, obradują nad tem, jakby zachować w całości wszystkie przepisy zwyczajowe sprzed lat dwóch tysięcy i wzmocnić władzę rabinów. Na ich obrady znajduje się natychmiast sala w gmachu rady miejskiej, gdzie zjeżdżają się na kilka dni w osobach czterystu przeszło swoich przedstawicielek.

Jednocześnie wszystkie publiczne zgromadzenia bundystów, jak np. wiec, który był zwołany w celu poddania krytyce przepisów religijnych, zostaje rozpędzony, „aby nie wywoływać zbiegowiska i niepożądanego zamieszania”.

Wanda Melcer.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close