Czarny ląd – Warszawa (cz. 1)
Dziecko żydowskie rozpoczyna ziemską wędrówkę

(Z cyklu: Reportaże „Wiadomości Literackich”)

Że w drobiazgowych, często sprzecznych ze sobą, często dzikich i śmiesznych, niemoralnych i obłudnych przepisach Talmudu tkwił zaród niezgody, która miała nazawsze oddzielić Żydów od innych wyznań – niepodobna zaprzeczyć. Że jednak, wzajemnie, ze strony narodów, wśród których znaleźli się rozproszeni, nic albo bardzo mało zostało uczynione, żeby tę przepaść wyrównać i zagładzić, że, przeciwnie, uczyniono niezmiernie wiele, żeby ją poszerzyć i zrobić nie do przeskoczenia – to zdaje się także nie ulegać wątpliwości. Zapoznając się bliżej z przedmiotem, z którym, choć od lat tylu mieszkam w Warszawie, słabe miałam pojęcie, przeczytałam także parę książek, napisanych po polsku dla szkół żydowskich, a zawierających historję Żydów. Nie były to wcale bojowe książki, bynajmniej, ton ich był przypochlebny, miejscami nawet podlizujący się, autorzy wszelkiemi siłami starali się złagodzić ostrzejsze sądy, zheblować kanty spraw, podchodzili w pokornej postawie do panującego wyznania i do przekonań najbardziej rozpowszechnionych, żeby i swoje możliwie wypowiedzieć i nikomu się nie narazić. I mimo że ton tych małych, ciekich i źle napisanych książeczek miał być ze wszystkiego zadowolony, naginający się do tego co już istnieje i z niczem nie wojujący, jakież otwierał perspektywy! Od czasów, kiedy to Wieszczij Oleg postanowił „otmstit nierazumnym Chazaram”, którzy w r. 731 przyjęli judaizm i trwali w nim do początku VI w., poprzez pięciu Izaaków, którzy studjowali Talmud w Kordowie, poprzez pochody krzyżowców, niszczących za swojem przejściem gminy żydowskie nad Renem, w Anglji i we Francji, poprzez Żydów dworskich Fryderyka Rudobrodego, których odstępowano i sprzedawano jak bydło, poprzez żółte łaty na ubraniu, które kazał im nosić sobór powszechny, zwołany przez papieża Inocentego III, – ciągnie się ten posępny łańcuch krzywd. Cóż dopiero, kiedy w połowie w. XIV wybuchnie dżuma w Hiszpanji i kiedy Żydzi zostają przez równie jak oni ciemny tłum ze średniowiecznych miasteczek posądzeni o zatruwanie studzien! Nie ujdą zagładzie liczne gminy żydowskie w Hiszpanji, we Francji i w Niemczech, a tortury, którym poddają Żydów, są tak straszne, że następuje okres masowych samobójstw dla uniknięcia męczarni.

Nie wdawajmy się lepiej w historyczne dociekania i przypomnienia. Kiedy jednak ma się okazję zapoznać bliżej z jakimkolwiek odcinkiem historji, strach przejmuje na myśl, jakie to ostre i obosieczne narzędzie, i tem bardziej przychodzi tęsknić do czasu, kiedy nauka historji nie będzie mieczem w ręku szalonego, ale warsztatem uczciwej pracy pod międzynarodową kontrolą. Chciałabym doczekać się czasu, kiedy szkolne podręczniki historji będą dyskutowane na Lidze Narodów i kiedy ministrowie będą się targowali o pisane granice narodowej pychy, jak się teraz targują o wyrąbane bagnetami.

I dzisiaj ciemne praktyki ortodoksów żydowskich wzbudzają conajmniej niechęć a często wstręt we wszystkich, którzy się z niemi zetkną. Skostniałe, skamieniałe w swoich formach duże żydowskie skupienia zachowały jeszcze w całej pełni obyczaje, przyniesione z mroków starożytności. Chcąc dać właściwy ich obraz, asystowałam przy ważniejszych obrządkach, co smutne przedstawia widowisko.

A więc dziecko żydowskie przychodzi na świat i rozpoczyna swoją ziemską wędrówkę. Bez względu na to, gdzie się urodziło, czy w ubogiem mieszkaniu ulicznego handlarza, czy w bogatym domu kapitalisty, na ósmy dzień po urodzeniu musi przejść ceremonję obrzezania.

Pozwolono mi być obecną przy takiej ceremonji w eleganckiej lecznicy warszawskiej. Matka, żona jednego z najbogatszych kupców bławatnych z ulicy Bielańskiej, miała po porodzie trochę gorączki, więc nie mogła odjechać do domu. Mały, słaby, brzydki i mętnooki chłopczyk leżał jeszcze przy niej na łóżku, ubrany w koronki i jedwabie z ojcowskiego sklepu, kiedy pielęgniarka zameldowała, że już przyszedł „mojern”, który miał podług wszelkich wymagań religijnych zrobić chłopcu „bris”. Naśladować wymowę żydowską jest niezmiernie trudno, każde słowo właściwie inaczej wymawia się, niż to potrafi zrobić taki sobie zwyczajny, katolicki język.

Patrzyłam się na przygotowania do uroczystości, obserwowałam jak zwolna nadciągała wystrojona rodzina, przynosząc ze sobą dary dla noworodka i jego matki, oraz specjalne ciasto, upieczone na tę okoliczność, i przypominałam sobie swoje czasy szkolne, kiedy to tak zastanawiająco brzmiało w Starym Testamencie słowo „obrzezanie”.

– Co to znaczy „obrzezanie”? – spytałam kiedyś matki.
Nie zawahała się ani chwili.
– To taki żydowski chrzest.

Wytłumaczenie to zadowoliło mnie całkowicie, do tego stopnia, że do dziś jeszcze, kiedy o tem myślę, słowo to (proszę się nie śmiać) miało dla mnie tajemniczy urok dzieciństwa i wdzięk nigdy nie oglądanych pejzaży biblijnych. Cóż to były za cudowne historje, ten Stary Testament, cóż to za porywające powiastki, te które się czytało w cienkiej, szkolnej książce, przystosowanej do pojęć dziecka, pobudzającej jego wyobraźnię! Nigdy życie Chrystusa pełne moralizatorskich przypowieści, nie było tak pociągające jak historja gorejącego krzaku, miedzianego węża, żony Lota, małej kołyski Mojżesza i prześlicznej córki Faraona. I teraz prawie myślałam, jak wtedy, że „obrzezanie” nie pochodzi od słowa „rzezać”, ale od słowa „brzezać”, które oznaczało jakąś tajemniczą czynność i kto wie, może miało coś wspólnego z jakiemś drzewem?

Proszę mi wybaczyć tę dygresję, ale to były takie sobie śmieszne i wstydliwe wspomnienia, które przecież raz musiały być, freudowską metodą, wyciągnięte na światło dzienne. Więc jesteśmy z powrotem nie w pejzażu biblijnym, ale w salonie eleganckiej lecznicy, gdzie trochę pachną lekarstwa i eter, a trochę ten jegomość, który stoi właśnie w drzwiach w długim surducie, w małej czapeczce na głowie, i czeka na ofiarę.

„Mojern”, to godność, wymagająca pewnych kwalifikacyj, z których trzeba zdawać egzamin. Ten pan ma też prawo zabijania zwierząt na koszer i bywa wzywany do domów prywatnych, kiedy trzeba postawić bańki albo zrobić opatrunek. Jest średniego wzrostu, ma krótko obcięte paznokcie i rudą bródkę. Przyniósł ze sobą mały czarny futerał, w którym znajduje się nożyk, potrzebny do operacji, a potem wychodzi, przynosi szklankę, do połowy napełnioną jakimś płynem, i trochę waty, którą rozmieszcza symetrycznie po obu stronach szklanki. Potem fatyguje się jeszcze bardziej, idzie i wraca, przynosząc mały stołeczek, który trzyma za nogę przez ręcznik, i zesuwa ze sobą pod oknem dwa krzesełka, przed któremi ten stołeczek umieszcza.

Pod pozorem, że noga mnie boli i nie mogę opuścić poczekalni, otrzymałam pozwolenie asystowania przy wydarzeniu. Korzystając z tego pozwolenia lekarka i naczelna pielęgniarka lecznicy, obie pochodzenia żydowskiego, postanawiają iść moim śladem. Pielęgniarka mówi do mnie:
– Oni mnie zwykle stąd wyrzucają, bo według przepisów kobietom nie wolno być przy obrzezaniu. A także musi się wszystko odbywać przy dziennem świetle, chociaż teraz oni już się tego wszystkiego nie trzymają tak ściśle.

Lekarka, która rozszerzonemi oczami śledzi każdy ruch żwawego mojerna, trąca mnie łokciem.
– Niech pani patrzy, niech pani patrzy! Przez ręcznik! On bierze nogę stołka przez ręcznik! Pani wie, do jakiego wniosku doszłam, patrząc się na ich dzikie praktyki? Bakterje, to tylko wymysł lekarzy i uczonych, bakteryj wcale niema!

Obrządek się rozpoczyna. Do poczekalni wchodzi kilku starych Żydów i przystojny, czarnooki człowiek w białym fartuchu i jarmułce na głowie. Lekarka trąca mnie znowu:
– To jest tutejszy rzezak, on jest delegowany przez gminę, żeby kontrolował koszerną kuchnię.

Ach, gdzież się podziały łagodne pejzaże palestyńskie, ewokowane paru słowami szkolnej książki? Bóg, który prezyduje temu krwawemu widowisku, jest naprawdę groźnym bogiem, żądającym ludzkich ofiar, o czem się nie wiedziało w szkole, gdzie anioł wstrzymywał rękę, która wznosiła miecz nad głową Izaaka. Rzezak przyniósł ze sobą aksamitną, niebieską torbę, którą kładzie koło mnie na kanapie, gdzie siedzę. Teraz z jej tajemniczych czeluści (któżby przewidział, że tam się tyle mieści) wyciąga, jeden po drugim, trzy „tałesy”, w których obrządek musi być dokonany. Żydzi, których się nagle tylu znalazło w pokoju, zdejmują z siebie palta, rzucają je na krzesełka i – ale jakże ten pokój teraz wygląda!

Boję się. Strach mnie przejmuje, kiedy patrzę na posępne widowisko, które się tu rozgrywa. Dzieciak, nakryty koronkową pieluszką najelegantszego sklepu przy Bielańskiej ulicy, drze się jak opętany. Po wąskim pokoju poruszają się w szalonych gestach trzej tragiczni mężowie i mruczą coś do siebie, kiwając się prędko wtył i wprzód, jakby wykonywali coś nieprzyzwoitego. Tałesy rozwiewają się koło ich chudych postaci, towarzysząc opętanym ruchem rąk.

Maleńkie dziecko pod oknem zakryte jest górą strasznych starców z nożami w ręku. Chciałabym pobiec mu na pomoc, ale przecież skompromitowałabym tu wszystkich. Rzezak trzyma dziecko na kolanach, siedząc na owych dwóch krzesełkach pod oknem, mojern klęczy przed nim na małym stołeczku. Wprawnemi ruchami rozwija pieluszki i obdziera dziecko ze skóry. Potem pochyla się trochę więcej niż trzeba i wysysa zranione miejsce ustami. Dziecko wyje zwierzęcym głosem.

Teraz podnieśli się wszyscy, mojern trzyma dziecko bez opatrunku wysoko na ręku, i cały pokój napełnia się religijnym śpiewem przy monotonnem kołysaniu się wtył i naprzód, wtył i naprzód… Białe zawoje w czarne pasy, spiętrzone wysoko nad głowami i rozwiewające się przy gwałtownych ruchach nóg, poruszają się jak od gwałtownego wichru, usta wyrzucają niezliczoną ilość świętych słów…

– Wie zoł er hajsen? – pyta się mojern ojca.
Ojciec w zdenerwowaniu zapomniał.
– Chaskiel, – bełkocze po dłuższej chwili, – Chaskiel!

Nanowo zaczynają się rytualne okrzyki i śpiewy. Już przedtem przecież obecni mężczyźni podawali sobie dziecko z rąk do rąk, żeby spełnić dobry uczynek, a mojern włożył na głowę wysoką czapę i przepasał surdut jedwabnym, wystrzępionym sznurem. Zaraz pozdejmuje ze siebie te rytualne stroiki, bo oto ceremonja się kończy. Tałesy, zwinięte, wracają do niebieskiej, aksamitnej torby, dziecko leży koło mnie na kanapie. Spoglądam na nie bokiem i robi mi się słabo: dziecko ma krwawą miazgę między nogami, uda zalane krwią, która małemi kroplami kapie na koronki poduszki.

Dobrotliwy mojern [nieczytelne] bandażuje, uśmiecha się do ojca. Ojciec z rzezakiem piją małemi haustami palestyńskie wino. Lekarka, która ma krótki wzrok, zwraca się do mojerna:

– Nie wysysaliście chyba krwi ustami? Wiecie, że tego nie wolno w lecznicy? Że to bardzo surowo wzbronione?
Mojern uśmiecha się niepewnie:
– Ale nie, skądże?
Bo pamiętajcie, że z tego są straszne choroby. Można dziecko zarazić syfilisem, można się samemu zarazić, jak się ma rankę w ustach!

Mojern uśmiecha się niedowierzająco:
– Syfilis u takiego małego dziecka? A jak pobożny człowiek żyje tylko ze swoją żoną, to skądże do niego taka choroba?
Do lecznicy przywieźli wczoraj dwoje dzieci, które mają syfilis, – mówi wzburzona lekarka. – Żebyście tego nigdy nie robili!

Mojern uśmiecha się z wyższością:
– A jeżeli rodzice są tak pobożni, że bardzo sobie tego życzą, to co ja mam zrobić?

Pielęgniarka wtrąca się do dyskusji:
– To jeszcze nikomu nie zaszkodziło, taka operacja, to przecież bardzo zdrowe, jak się kto nie myje…

Lekarka przytacza zastraszające przykłady, ja przypominam chłopaka, któremu zrobiono „bris” w wieku lat ośmiu i który potem zwarjował, ale mojern rozstrzyga te zawikłane zagadnienia z prostotą:
– Nie jestem starym człowiekiem, ale sam w mojem życiu obrzezałem już piętnaście tysięcy dzieci. I ja dotąd żyję i żadne dziecko, o ile wiem, nie umarło.

– A kiedy można zdjąć ten opatrunek? – pyta się pielęgniarka.
– Jaki tam opatrunek? Ten bandażyk? To już można po dwudziestu czterech godzinach.

Pytamy się jeszcze, skąd pochodzi wata? Brana jest z apteki. Więc nie sterylizowana? Owszem, jak z apteki, to sterylizowana. A co było w szklance? W szklance była czysta woda. Lekarka patrzy się wślad za wychodzącymi i mówi:
– Niech pani to wszystko dobrze opisze. Ale ja pani mówię, że bakterje wcale nie istnieją.

Jeżeli w tak niehigienicznych warunkach odbywa się ceremonja obrzezania w jednej z najdroższych lecznic Warszawy, jak się to musi odbywać u ludzi ubogich, w małych miasteczkach, na zapadłych wsiach, gdzie brakuje zapewne zręcznych mojernów? I czy to, że lekarze nasi niewiele znają wypadków choroby lub śmierci po obrzezaniu, świadczyć już musi napewno, że wypadki takie nie istnieją, że, przeciwnie, nie są najstaranniej ukrywane częściowo przez zabobon, częściowo dlatego, że ciemnota nie pozwala połączyć skutków z przyczyną? I czy fakt, że w lecznicy, gdzie jest kilku pierwszorzędnych chirurgów, a do operacji wzywany jest znachor, który rany nie odkaża, ślini ją i bandażuje niesterylizowanym bandażem, – nie mówi już sam za siebie?

A teraz nasuwa się inny aspekt tego samego zagadnienia: oto każdy Żyd musi być obrzezany. Chce czy nie chce, zmuszony jest do spełnienia na sobie albo na swoich dzieciach tego barbarzyńskiego obrządku, bo na straży jego stoi państwo. Widziałam matki, które płakały rzewnemi łzami, widziałam matki, które mdlały, kiedy mojern przychodził po ich syna, cóż jednak miały robić? Nie chciały robić z dziecka katolika ani chrzcić je w którymkolwiek z kościołów chrześcijańskich, a nie wyrzekając się więzi ze swoim ludem nie mogły na żaden żywy sposób ustrzec i obronić syna przez barbarzyńskiem okaleczeniem, bo w każdym takim wypadku interwenjuje państwo, i Żyd, który nie posiada świadectwa obrzezania, nie mógł jeszcze doniedawna otrzymać metryki, czyli skazany był na śmierć cywilną. Parę lat temu głośny był wypadek pewnego działacza społecznego, prawującego się do upadłego z gminą o swojego syna, któremu odmówiono metryki, ponieważ nie był obrzezany. A jeżeli dzisiaj, po wielu latach zajadłych walk, uda się komu na ochotnika przebrnąć przez te zasieki, i jeżeli komisarz okręgu, który jest urzędnikiem stanu cywilnego dla wyznań niechrześcijańskich, udzieli metryki na zasadzie dowodu osobistego rodziców, nie czekając na świadectwo przysłanego z gminy szamesa, – to już napewno dalsze kroki na arenie światowej odbiorą wszelką chęć do dalszej walki. Gdzie jest szkoła, która da maturę bez stopnia z religji, jakiego nie postawi uprzedzony rabin? Kto udzieli ślubu? I na jakim cmentarzu leżeć będzie taki wyrzutek? A teraz czy w takiej interpretacji związek wyznań z państwem nie urąga wszelkim, podstawom zdrowego rozsądku?

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close