Czerwona magja

Z dyrekcji „Swift and Co”, jednej z największych rzeźni w Chicago, otrzymałem, jak każdy zagranicznik, każdy dziennikarz i każda jaka taka osobistość, osobnego przewodnika na zwiedzenie zakładu.

Szczególnie silna sensacja poprzedza to zwiedzanie, dreszcz emocji, powtórzenie się uczuć tremy, przedsmaku trwogi, jaki znam z przedsionka domu śmierci w więzieniu „Sing Sing”. Jest tylko ta różnica, że pojęcie domu śmierci i związane z niem widmo egzekucji tu, w obrębie stockyardów, ma znaczenie doraźne i efekt natychmiastowy.

Na drzwiach napis: „Osoby zwiedzające, które pragną uniknąć widoku zabijania, niech zostaną za temi drzwiami”. Niema obawy. Choćby za cenę zemdlenia nikt sobie nie daruje. Przejdą, przekroczą, przedrą się poza ten próg, żeby nasycić się widokiem krwi. Przewodnik opowiada, jak mu pewien austrjacki arystokrata na schodach zaraz za drzwiami się położył. Musieli go wynieść na noszach. Zapach go przewrócił. Widoku nawet nie zdążył skosztować. Ten sam zapach, ciepły i ciężki, mdły zapach żywej krwi i gorących wnętrzności, straszliwy zapach śmierci, który mnie otoczył i dusi.

Póki co, chodzi o świnie. Wypędzają je z przybocznego chlewu do kojca, gdzie zbiły się w jeden kąt, kwiczą albo charczą ze strachu i wiedzą bez wątpienia, że się coś straszliwego święci z ich powodu: że o ich skórę idzie. Gdyby zbadano, ile razy prędzej serce tym świniom bije…

Ale tu się nie różniczkuje: wszystko razem jest mięso. Masa mięsa – cóż stąd że przerażona? Huczy już wkoło nich fabryka, dzwonią łańcuchy maszyn. Podchodzi murzyn, siłacz, olbrzym i oprawca, i zaczepia pierwszemu zbrzega łańcuch za tylną nogę. Resztę zrobi maszyna. Wyciągnie, wyrwie, wywlecze i wolno zaczyna wieprza podciągać za jedną nogę ku górze, odrywać od ziemi. Jeszcze drapieżnym rozpaczliwym tupotem racic próbuje zaczepić się o cement. Nanic – zawiśnie łbem wdół pod rusztowaniem z szyn stalowych, na transmisyjnym pasie, wierzgając trzema nogami, a na jednej wisząc pokracznie. Kwik i charkot odjeżdżających w ten sposób w głąb hali zwierząt wypełnia uszy aż do ostatnich granic wytrzymałości. Białe, ogromne tuczniki i wieprze już tylko wrzaskiem protestują i miotając się niezgrabnie i ciężko w tej półpowietrznej podróży, podejdą zaraz pod nóż kata. Tę funkcję znowu spełnia tutaj murzyn. Stoi na rozkraczonych nogach, z podwiniętemi rękawami, w gumowych butach, zabluzganych krwią, i raz za razem krótkiem uderzeniem zanurza ostrze w masie żywego mięsa, między łeb i tułów. Wstrząsnęło się ogromne zwierzę, jakby rażone piorunem. Jedzie dalej, ale już odtąd w dzikich, szaleńczych podrygach, z pluskającą wesoło juchą, niby czerwoną kaskadą. Broczy z rozpłatanego gardła obfitą posoką rozpryskiwaną wkoło każdem drgnięciem ciężkiego tułowia. Dojeżdża aż pod ścianę. Tu je zostawia maszyna. Całym pękiem zawisły w tym kącie niedobite świnie. Wisi ich tak może pięćdziesiąt, może sto, jeszcze resztką życia rozpaczliwie drgając. Pomordowane męczą się, rzucają, charczą, zanoszą się upiornym tańcem wisielców, zanim ich krew nie odbiegnie, słabiej i słabiej, aż do zupełnej śmierci. Ta śmierć trwa pono aż do pięciu minut.

Metoda niekoniecznie nowoczesna, jeżeli chodzi o samo zabijanie, – przyznaje mój przewodnik, – ale jeżeli zwrócić uwagę na sposób manipulacji z najcięższemi nawet tucznikami, podprowadzania ich pod nóż zabijacza i dalsze procesy przetwórni wyrobów mięsnych – ostatnie słowo techniki.

Nie odpowiadam i prowokuję widocznie tem pełnem wyrazu milczeniem mego rozmówcę do dalszych wyjaśnień: „Metodę zabijania, którą pan widział, uważa się jednak za dostatecznie ludzką”.

To „dostatecznie” brzmi conajmniej dziwnie, a trochę przerażająco.

A potem, w miarę zwiedzania tej ogromnej instytucji, która dziennie pochłania tyle i tyle setek albo tysięcy sztuk żywego inwentarza, aby przetłumaczyć je na kiełbasy, szynki, polędwicę, na pasztet, na kawały rozdrobionego mięsa, na tłuszcz i kości, nabywam – rozmaitej wiedzy w związku z historją, z urządzeniem i działaniem rzeźni. „W czasie wojny – mówi mój rozmówca z miną niewinną i skromną – fabryka nasza pracowała dzień i noc pod strażą, pod zbrojną ochroną, żeby uniknąć sabotażu, żeby uniknąć przerwy w produkowaniu żywności dla wojska”…

„Brzmi to paradoksalnie: mięso dla mięsa wszystko razem dla armat” -pozwalam sobie zauważyć z przekąsem, z przymieszką ironji. Pracują jedne jatki, nato tylko, aby inne mogły funkcjonować bez przerwy, dzień i noc. Karmiono żołnierzy mięsem, aby ich potem przedziurkować, jak zużyte bilety, kulą karabinową. To taki sposób stwierdzenia, że człowiek dobry jest jako nawóz, nawóz pod pola z chlebem, na żywność dla następnych pokoleń i dla następnej armji. Trudno: trzeba się z tem pogodzić, że zboża także karmi się trupami. Czystą chemją sztucznych nawozów nie wyżyją.

Dotykam bezlitośnie najdrażliwszego tematu i pytam przewodnika, czy jada mięso i jakie? Temat nieprzyjemny zwłaszcza w zaduchu nowej mordowni, z której dochodzi nas inna odmiana zapachu i kwiku zarzynanych zwierząt. Tym razem chodzi o krowy.

Hala jest dwa razy większa niż poprzednia. Patrzymy na nią zgóry, jak z loży pierwszego piętra. Podzielona jest na trzy części: w pierwszej bydło jest jeszcze żywe, w drugiej, wąskiej, dzielącej tamte dwie, miły korytarz, morduje się sztuka po sztuce, w trzeciej, jak w prosektorjum, kraje się już tylko krowie trupy. Krowy czekają swego losu w przedziałach, ciasno, jedni przy drugiej. W poszczególnych przegrodach. Każdą ścianę można podciągnąć wgórę, otwierając przejście do następnego przedziału. Całość widziana zgóry wygląda jak szereg kwadratowych komórek, w których bielą się i czernią naprzemian grzbiety mlekodajnego bydełka. Po górnych krawędziach kojców chodzą z akrobatyczną wprawą ludzie, których przemyślność polega na przeprowadzaniu i przepychaniu zwierząt z przedziału do przedziału, póki nie znajdą się za ścianą dzielącą od korytarza. To ostatnie przepierzenie mogłoby nosić nazwę ściany płaczu, gdyby krowy potrafiły się zdobyć na łzy. Zdobywają się jednak najwyżej na strach, sprawiający że z własnej woli nigdy nie przeszłyby na zakrwawiony cement korytarza i że je nań spychają gwałtem, przy pomocy ruchomej posadzki, wyspecjalizowani w łażeniu po krawędziach przedziałów pomocnicy kata.

W tej środkowej przestrzeni, nad którą jeżdżą ruchome dźwigary z długiemi łańcuchami, dzieją się rzeczy straszne. Nadobitkę jest dzień uboju rytualnego.

Właśnie wypchnięto młodego wołu z przedziału. Już ma nogę spętaną łańcuchem. Jeden zręczny chwyt pomocnika -i łańcuch u nogi spięty zostaje z bełtającym się i rozhuśtanym łańcuchem kranu, który zatrzymał się nad zwierzęciem. Teraz już dźwigar szarpnął. Idzie o to aby przewrócić wołu. Poślizgnął się we krwi krowiej, tworzącej w korytarzu olbrzymi szlak purpury, prawie jezioro. Łbem wyrżnął o ziemię, nozdrzami stuknął w cement i uniósł je czerwone, prychając krwią boleśnie. Już leży. Podszedł do niego pomocnik kata z osobliwem narzędziem, w kształcie łopaty, opatrzonej po brzegach w zgięte łukiem pręty, niby boczne barjery. Podsunął tę łopatę pod łeb, krowi, głupi, przerażony łeb, ujął go tem narzędziem jak w ramię i z całej siły przekręcił, aż wołu ozór z pyska wyrzuciło, aż oczy wyszły nawierzch. Zwierzę broni się. Wygląda że chcą mu skręcić kark. Ale nie o to idzie. Szyja jest teraz pięknie odsłonięta i naciągnięta, tak że każdy muskuł na niej drga zachęcająco pod lśniącą sierścią. Zbliżył się rzezak z długim, bardzo błyszczącym nożem i zatrzymał się nad ofiarą, jak aktor, z całą uwagą, z pełnem skupieniem, nie śpiesząc się do odegrania wyznaczonej roli, pewny niezawodnego jej działania. Nie oszczędza sobie żadnego efektu. Sobie i nam, którzy patrzą. Płaską klingą pociągnął po gładkiej sierści tym gestem, jakim ostrzy się noże, a potem oparł ją ostrzem o grdykę. Zagłębiło się prawie bez oporu, miękko jak w masło. Szarpanie się krowy nagle usłało, jakby się czuła zaskoczona tym strasznym podstępem, którego dotąd zdawała się nie rozumieć. Rzezak podniósł się i zostawił krowę z podciętem aż po szczęki gardłem, z otwartą krwawą jamą między łbem a resztą tułowia, z której gęsto i mocno, rozszczepioną w kilka strumieni fontanną, waliła teraz krew.

Ludzie zrobili swoje. Resztę zrobi maszyna. Dźwięknęły łańcuchy, i ogromna sztuka poszła wgórę, dźwigając się najpierw zadem, zabierając ze sobą na końcu już bezwładny i jakby niepotrzebny łeb, odstający obrzydliwie i nienaturalnie od kadłuba. Był to widok z jakiegoś koszmarnego filmu surrealistów. Przeczący prawom ciężkości, jeżeli wyobraźnia zdobędzie się na zatarcie widoku łańcucha, i logiki, jeżeli przypomnieć sobie odartą ze skóry krowę na fortepianie z filmu „Le chien andalou” i zacząć pytać bez sensu i bez nadziei na odpowiedź: poco?

Dalszy ciąg, który już wszystko tłumaczy, choć niczego jeszcze nie usprawiedliwia, odbywa się w trzeciej hali, gdzie piłą tnie się krowy napół i ćwiartuje je siekierami, gdzie robota ze względu na te narzędzia przypominać mogłaby porębę, rąbanie lasu, w którym zamiast drzew rosłoby mięso. Pomysł godny Poego. Jeżeli nawet tak, to rzeczywistość przerosła brutalnością najbardziej koszmarną wyobraźnię. Topór i piła w ręku drwali, z których każdy jest jednocześnie katem i grabarzem, rzeźnikiem i mięsożercą.

Pytam się przewodnika, dlaczego tak dużo murzynów? Dlaczego? Ano murzyni wykonywają robotę jakiej niezawsze biały chciałby się podjąć. Rozumiem: nietyle „czarną” ile „czerwoną”. Mówiąc zaś terminami odpowiednich środowisk, t. zw. „mokrą robotę”. Rozumiem. I wiem, że to wierutna blaga, że mój „guide” łże i zakłamuje się aby dogodzić P. T. publiczności. Nieprawda! Gdzie jest taka robota, którejby biały człowiek się nie podjął?

Oto stoją ci biali po kolana w krowiej tymczasem krwi. W krwawych fartuchach. Można o nich powiedzieć, że są w swoim żywiole. Okazuje się bowiem nagle, że krew to jest także żywioł. Tylko niewiadomo jak go określić – śmierć czy życie? Tu niema wątpliwości: śmierć. Zabijają! (Czy sny ich są taksamo czerwone jak ich robota?). W swoim żywiole, bo zabijają z wyraźną pasją. Wypowiada się przez nich ukryta, podskórna namiętność, której istnienie tak się zdaje niewątpliwe, że aż nas, widzów, przykuwa, wiąże, pęta i urzeka okropną, czerwoną magją.

Niech mi tu żadne dobroczynne, staropanieńskie załamywania rąk i towarzystwa opieki nad zwierzętami nie kładą się sprzeciwem w przedstawieniu tych rzeczy tak jak one naprawdę wyglądają. Choćby nawet tłumy przestały jeść mięso, które im służy (mnie – nie). Choćby to miało komu psuć smak i apetyt. Świat tak już jest zbudowany: żyjemy cudzem mięsem.

Stosowanie brutalnych sposobów mordowania zwierzęcia uznajemy za tę samą konieczność, za jaką w perspektywie dziejowej nauczyliśmy się uważać wojnę. Poco udawać litość, skoro niema jej w życiu? Byłoby przecież tchórzostwem oszczędzanie sobie prawdy, skoro nie oszczędzamy sobie mięsa. Jedząc skutki, mało kto myśli o przyczynie, jak mianowicie wygląda? Siła przyzwyczajenia i siła apetytu potrafiła przezwyciężyć w nas pamięć rzeczy, które normalnie budzą odrazę i wstręt.

Ale dobrze jest i pożytecznie spojrzeć raz w twarz zagadnieniu, wypowiadającemu się tu w rzeźni w jakimś potwornym skrócie, w jakiejś ostatecznej syntezie, odartemu z wszelkiej pozy, otwartemu i prostemu, jak ten żywy wieprz z rozpłataną grdyką – samo wcielenie buntu i protestu, w którym niema bohaterstwa i który niczego nie zbawi, niczego nie zmieni, bo go, jako jedyną odpowiedź poćwiartują i zjedzą ci sami, współczujący ludzie, którzy w dramatycznej jego bezsilności widzieli przez chwilę podobieństwo do własnego losu.

Aleksander Janta-Połczyński.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close