Czeski Rabelais-Cervantes
Powieść o Svejku

Historja wojaka-aforysty

Przed paru laty umarł Jaroslav Hasek, który obok wielu pomniejszych prac humorystycznych pozostawił czterotomowe dzieło, do którego literacka krytyka czeska i zagraniczna nieodrazu znalazła właściwą drogę. Jest to książka o losach dobrego wojaka Svejka podczas wojny światowej („Osudy dobrého vojáka Svejka za svetové války”).

Pan Svejk jest w cywilu czemś nieokreślonem, żywi się jak popadnie, handluje kradzionemi psami, smaruje sobie zreumatyzmowane kolana opodeldokiem i istnieje zadowolony z życia, bez wielkich pretensyj i aspiracyj. Jest to typ głupkowato-mądrego poczciwca, który z każdym się zgadza, każdemu przyznaje rację i nawet w kryminale nie traci pogody ducha. Wie jak należy się urządzić, żeby ukraść psa, jak go przemalować, żeby nie został poznany, i jak go najkorzystniej sprzedać. Na życie potrzebuje niewiele i dlatego ma dużo czasu do przesiadywania po różnych szynczkach, gdzie jednakże nie upija się, ale spędza czas w towarzystwie ludzi podobnych do siebie na pogawędce, której rozkosze umie po smakoszowsku cenić.

Gdy wybucha wojna światowa, pan Svejk przemienia się odrazu w bohatera. W szynczku pana Palivca rozgadał się najpierw o zabójstwie arcyksięcia Ferdynanda, szpicel Bretschneider zadenuncjował go gdzie należało, i Svejk powędrował do kryminału. Ale tam przyznawał się tak chętnie do wszystkiego, z tak miłym uśmiechem podpisywał najgroźniejsze protokoły, że spostrzegli się wreszcie, iż, pan Svejk nie ma całkiem dobrze w głowie. Powiedziano mu nawet, że jest idjota, co go ogromnie ucieszyło. Z miłym uśmiechem przyświadczył, że tak jest, bo już w wojsku panowie doktorzy mówili mu to samo.

– Ja, proszę łaski pana, zostałem już w wojsku urzędownie uznany za idjotę – odpowiada z radosnym uśmiechem i jest rad, że ludzie są różni, a zdanie co do niego mają to samo.

Kiedy go wyrzucają z kryminału jako osobnika niekwalifikującego się ani na szubienicę, ani na dłuższe więzienie, pan Svejk zaczyna przejmować się duchem austrjackich proklamacyj wojennych i staje się militarystą tak gorliwym, iż mimo spuchłych od reumatyzmu kolan każe swojej gospodyni wieźć się w wózku do komisji poborowej, wykrzykując sierdziście i patrjotycznie: „Nach Belgrad! Nach Belgrad!”

W wojsku niebardzo wiedzą, co sądzić o jego patrjotyzmie, entuzjazmie wojennym i reumatyzmie. Doktór wojskowy traktuje Svejka jako sprytnego idjotę i symulanta i leczy go absolutną djetą, chininą, aspiryną, płukaniem żołądka i lewatywami oraz zawijaniem w prześcieradła maczane w lodowatej wodzie. Svejk przy każdej sposobności melduje posłusznie, że gotów jest dla najjaśniejszego cesarza pana znosić nie takie nawet kuracje. Po różnych perypetjach, dość pospolitych w życiu austrjackich landwerzystów, dostaje się do pułku w Pradze i wreszcie razem z nim idzie na front. Zaprzyjaźnia się w wojsku z Balounem, młynarzem, który ma apetyt za całą kompanję i cierpi męki jakiegoś wysoce komicznego Tantala.

Svejk dużo wie i dużo mówi. Wygłasza takie cudowne komunały, że aż przybierają postać objawień. Oto oddział ma za wszelką cenę bronić spalonej stacji kolejowej. Zdaleka widać nadciągających Rosjan. Porucznik Lukasch stoi obok opalonych murów stacji, a przy nim nieodłączny ordynans Svejk. Kule zaczynają świstać już zgoła blisko. Svejk wskazuje porucznikowi na zbliżających się Rosjan i powiada ze swoim nigdy nie zawodzącym miłym uśmiechem:

– Panie poruczniku, chodźmy stąd! Przecie te świntuchy do nas strzelają!

Przy całym swoim zapale wojennym, Svejk uważa, że trzeba być z bronią bardzo ostrożnym. Pod ogniem artylerji rosyjskiej wykłada towarzyszom, że jeżeli za dużo jest armat, to jeszcze kogo skaleczą. Wysłany z innym żołnierzem do jakiejś wsi, idzie samowtór borem-lasem i rezonuje, że we dwóch raźniej, bo jakby napadł jaki włóczęga, to się łatwiej obronią. Kolega-żołnierz powiada, że przecie mają karabiny, a Svejk na to:

– Z flintami niema żadnego szpasu. Nie noś, bracie, nabitej flinty, bo ani się spostrzeżesz i cały ładunek masz w brzuchu.

Gdy Włochy przyłączają się do Ententy i dowództwa wojskowe odczytują wiadomość o tem żołnierzom na froncie galicyjskim, Svejk z wielką bystrością osądził, że przydałby się Austrji nowy Radecki, bo „on już wszystkie drogi we Włoszech znał”.

– Bo to nie jest takie znowuż trudne, żeby gdzieś wleźć. To potrafi każdy, ale wydostać się stamtąd – to jest prawdziwa sztuka wojenna… U nas w domu, jeszcze na starem mojem mieszkaniu, złapali na strychu złodzieja, a on, drab, zauważył, jak właził na strych, że murarze naprawiają tam dymnik, więc się im wyrwał, obalił stróżkę i rzucił się do dymnika, ale utknął w nim i nie mógł się z niego wydostać. Ale nasz papa Radecki wiedział o każdej drodze i nigdzie go nie mogli dogonić. W jednej książce było o tym generale napisane, jak on uciekł od Santa-Lucji i jak Taljany też uciekły i dopiero na drugi dzień spostrzegł, że właściwie bitwę wygrał, bo nigdzie Taljanów nie było. Więc wrócił i obsadził zdobytą Santa-Lucję. Od tego czasu był marszałkiem.

Kiedy wiecznie niesyty Baloun dorywa się do oficcerskiego salcesonu i zjada dwa kilo, za co zostaje skazany na słupek, Svejk staje przy uwiązanym koledze i pociesza go:

– Ty sobie, kolego, nic z tego wszystkiego nie rób, bo i na wojnie srogość na biedne ludzie musi być… Nawet Pan Bóg, chociaż jest pełen najwyższego miłosierdzia, teżby cię ukarał, jakbyś mu zeżarł dwa kila salcesonu.

Bezpośrednio przed wyruszeniem w pole dowódca przemawia do żołnierzy, zagrzewa do walki, mówi o tem, ile za kogo wdowa dostanie zapomogi, zapewnia, że bitwa to nie taka straszna rzecz, i kończy wreszcie retorycznem pytaniem:

– Chcielibyście wiecznie być na świecie?

Nikt nie odpowiada, co Svejka tak krępuje, iż wychodzi z szeregu, salutuje według przepisu i odpowiada po wojskowemu:

– Posłusznie melduję, że nie chcę!

Jest coś cudownie wyzwalającego w tych komunałach Svejka, w jego stosunku do życia i ludzi. Widzi wszystko takie jakie jest, nic nie wykropkowuje w swoich przemówieniach i nic nie stylizuje na piękno, bo uważa, że życie zawsze jest ładne, nawet wtedy gdy przez nikogo nie jest stylizowane.

Svejk jest dzisiaj najpopularniejszą postacią nietylko w Czechach, ale i w Niemczech, gdzie dotarł w tłumaczeniu. Istnieje film czeski z Svejkiem, a w Berlinie dokonano przeróbki na scenę. Krytyka odzywa się o Svejku z entuzjazmem. Max Brod widzi w Hasku humorystę największych rozmiarów, którego przyrównanie do Cervantesa i Rabelais’go niego późniejszym czasom nie będzie się może wydawało zbyt śmiałe. Ilja Erenburg powiada, że dzielny wojak Svejk stał się dla niego wydarzeniem, że rozmawiał o tem dziele z szeregiem pisarzy niemieckich, grupujących się dokoła „Literarische Welt”, i że wszyscy byli zachwyceni. Podobnie wyrażają się inni pisarze współcześni o tym czeskim Rabelais-Cervantesie.

Gdyby jeszcze trzeba było zabijać militaryzm austrjacki, to książka Haska zabiłaby go niezawodnie. Jest to satyra pierwszorzędna, bezpośrednia i mocna, ale jak w Rabelais’ie pewien typ czytelnika dostrzega przedewszystkiem liczne przykłady jurności, przeoczając to co się za niemi kryje, tak i bezpośredniość Haska myli na pierwsze spojrzenie. Svejk pozostanie w literaturze jako postać głupawego i dobrodusznego gaduły, który komunałami wypowiada wielkie prawdy o nieśmiertelnem głupstwie ludzkiem.

Paweł Hulka-Laskowski.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Close