BOY-ŻELEŃSKI

Czy Mickiewicz umarł otruty?

Niejednokrotnie wspominałem, jak bardzo wszystko co dotyczy życia i spraw Adama Mickiewicza pełne jest tajemnic, niedomówień, zagadek… Wskazywałem zarazem powody tego stanu rzeczy. Oto jeszcze jeden przyczynek.

Adam Mickiewicz (fot. Jan Mieczkowski, domena publiczna)

Adam Mickiewicz (fot. Jan Mieczkowski, domena publiczna)

„Ruch Literacki” podał świeżo nieznaną relację śmierci poety, spisaną przez pułk. Emila Bednarczyka. W dniu śmierci Mickiewicza, nie wiedząc o jego nagłem zasłabnięciu, Bednarczyk udał się do niego na konferencję. Przybył około 10-ej rano. Mickiewicz leżał na łóżku ubrany, ale bez tużurka; skarżył się na mdłości, które go porwały około 6-ej rano. Obecni byli w pokoju Henryk Służalski, Armand Levy i ppułk. Hipolit Kuczyński. Kiedy wszyscy trzej wybierali się za interesami na miasto, Bednarczyk oświadczył, że Mickiewicz wydaje mu się bardzo chory i że nie zostawi go samego, ale będzie czekał najrychlejszego ich powrotu. „No to zostań, – odrzekł Służalski, – lecz nie bój się, jemu nic nie będzie, już nieraz tak zapadał, a nic mu się nie stało”. I wszyscy wyszli. Było to około 11-ej i pół rano; Służalski i Levy wrócili o 5-ej wieczorem; wkrótce potem, przed 9-tą wieczór, Mickiewicz już nie żył.

W zakończeniu swej relacji, spisanej w r. 1877 na życzenie Agatona Gillera, Bednarczyk dodaje: „Inną relację o przebiegu ostatnich chwil Mickiewicza ogłosili pp. Lewi i Służalski, chcąc zakryć, przed familją nieboszczyka swą nieobecność w ostatnich jego chwilach, lecz w tej tylko tyle iest prawdą, że przywołali jeszcze doktora Drozdowskiego”…

Widzimy z tego, że wiadomości o ostatnich chwilach Mickiewicza i o przebiegu krótkiej jego choroby są dość niepewne.

Ale jest w relacji Bednarczyka coś co musi nas uderzyć jeszcze bardziej. Mianowicie zachowanie lekarza. Zostawszy sam z Mickiewiczem, przerażony gwałtownem pogorszeniem jakie niebawem nastąpiło w stanie chorego, Bednarczyk, na wezwanie gospodyni, pośpieszył po najbliższego lekarza. Był nim Polak, dr. Dębicki.

Lekarz, wysłuchawszy objawów choroby, rozpoznaje z nich gwałtowną cholerę, oświadcza, że „ratunku… niema”; na żądanie zaś aby się udał do chorego, odmawia w sposób zadziwiający: „Do każdego innego bym poszedł, lecz to mąż znamienity, wyleczyć go niepodobna – a powiedzą żem go zabił”. Dopiero kiedy Bednarczyk przykłada mu nabity pistolet do głowy, mówiąc: „W łeb ci strzelę, jeżeli natychmiast nie pójdziesz”, lekarz decyduje się iść, ale w mieszkaniu oddychającego jeszcze chorego, chodząc po stancji, wyrzeka: „Po co mnie tu wezwano, ratunku niema, już nie żyje, powiedzą żem go struł!”

Jeżeli opis ten jest wierny, trzeba przyznać, że zachowanie lekarza wezwanego do chorego było nader osobliwe: co znaczy ta obawa posądzenia o strucie? I to kogo! – Adama Mickiewicza! Obawa ta oddaje co najmniej atmosferę, jaka otaczała tę śmierć: chyba ów lekarz musiał wiedzieć coś o czyichś złych zamiarach na życie Mickiewicza, lub bodaj o tem, że śmierć poety byłaby komuś bardzo na rękę? I w istocie, nie brak było pogłosek, – sam Bednarczyk je notuje, – że Mickiewicz umarł otruty; przypisywano to powodom politycznym, a „gawiedź stambulska” – jak mówi Bednarczyk – pomawiała o otrucie poety dr. Drozdowskiego. Wiedział tedy ów Dębicki, czemu tak się ociągał z pośpieszeniem do łoża chorego…

Otóż, – wiadomo mi jest poufnie, że w jednej z wielkich bibljotek prywatnych w kraju znajdują się – otoczone tajemnicą – dokumenty na to, że w istocie Mickiewicz umarł otruty za sprawą jednej z wybitnych figur emigracyjnych, a to z powodu że jakoby wplątał się w sprawę, która „okryłaby hańbą i jego samego i Polskę”.

Póki owe dokumenty nie będą ujawnione, trudno o nich dyskutować; można jedynie rozważać psychologiczne tło, jakie stwarza relacja Bednarczyka. Harmonijny kult Mickiewicza rosnący po jego śmierci przesłonił walki, rozdarcia i nienawiści, jakie otaczały osobę poety za życia. O ile dziś Mickiewicz jest ubóstwionym przez naród i nieomylnym wieszczem, ukanonizowanym niemal świętym, o tyle wówczas był on przedewszystkiem drażliwą i sporną pozycją polityczną. W długi czas jeszcze po śmierci Mickiewicza o jego działalności publicznej mówiło się – zwłaszcza w pewnych kołach – półgłosem, z ubolewaniem, ze zgorszeniem. To pewna, że Mickiewicz był w swoich działaniach bardzo osamotniony. Znienawidzony (jak stwierdza Piotr Chmielowski) przez księży i przez „ścisłych katolików”, niemiły monarchistom jako „czerwony” a wolnomyślicielom jako religjant, arbitralny, uparty, mimo to urokiem swego nazwiska i potęgą oddziaływania stanowiący cyfrę nie do przekreślenia, mógł w istocie Mickiewicz być bardzo niewygodny…

Jakaż to mogła być sprawa, w którą Mickiewicz się wplątał i która mogła „okryć hańbą jego i Polskę”? Rzecz prosta, że musiało chodzić o rzecz polityczną; nasuwa się ta, która wypełniła całą działalność Mickiewicza w czasie kilkotygodniowego pobytu w Konstantynopolu: legjon żydowski. Warto ją tedy przypomnieć, zwłaszcza że tę zadziwiającą sprawę, przeważnie dotąd pomijaną lub tuszowaną, przedstawiono nam świeżo na podstawie dokumentów w pracy Romana Brandstättera „Legjon żydowski Adama Mickiewicza”.

Michał Czajkowski vel Sadyk Pasza - staloryt, około 1857 roku (domena publiczna)

Michał Czajkowski vel Sadyk Pasza – staloryt, około 1857 roku (domena publiczna)

Zatem, jak wiadomo, dn. 11 września 1855 r. wyjechał Mickiewicz do Konstantynopola. Jechał nibyto wysłany przez francuskie ministerstwo oświaty celem badań nad stanem kulturalnym południowych Słowian; ale w istocie jechał z ramienia ks. Czartoryskiego. Misją jego było zwłaszcza pojednanie Michała Czaykowskiego (Sadyka-Paszy) i gen. Władysława Zamoyskiego, obu formujących tam pułki kozaków ottomańskich, dla stworzenia posiłków państwom sprzymierzonym prowadzącym wojnę z Rosją. Sadyk-Pasza stworzył swój pułk w slużbie Turcji. Zamoyski przeszedł ze swoim pod komendę Anglji. Pomiędzy dwoma dowódcami istniały ustawiczne tarcia i rywalizacje. Dwie brygady.

Czaykowski, przeszedłszy w służbę Turcji, przyjął mahometanizm. „Przyjęcie mahometanizmu przez Czaykowskiego – pisze Stanisław Szpotański („Mickiewicz i jego epoka”) – musiało wpłynąć nietylko na stosunki oficjalne ale i na prywatne, tak z ks. Czartoryskim jak i z jego otoczeniem. W otoczeniu tem znajdowali się ludzie, jak hr. Zamoyski, dla których wyrzeczenie się wiary katolickiej było czynem najhaniebniejszym, nie dającym się usprawiedliwić żadną okolicznością, i jeśli nie odwrócili się zupełnie od Czaykowskiego, to dlatego, że usługi, które mógł jeszcze oddać na polu politycznem, były nie do pogardzenia”…

Sprawa była zatem sama przez się dość drażliwa. Ujrzymy, że przybycie Mickiewicza, zamiast ją załagodzić, uczyniło ją jeszcze drażliwszą.

Wraz z Mickiewiczem, jako jego sekretarz, pojechał Armand Levy, młody Żyd-Francuz osobliwego pokroju. Dziadek jego, Żyd z Metzu, zakochawszy się w katoliczce, przyjął chrzest i zaślubił ją. Ojciec, już zupełny Francuz w służbie Napoleona, również ożenił się z katoliczką. Sam Armand, Francuz i katolik od urodzenia, z żydostwa miał tylko przymieszkę krwi i nazwisko; poznał Mickiewicza i oto Mickiewicz sfanatyzował go, obudził w nim przynależność do narodu żydowskiego. Być dzieckiem Izraela i degradować się na Francuza! – musiało to gorszyć Mickiewicza, który miał cześć dla „starszego brata, Izraela”, a nie miał żadnej sympatji do Francuzów. Levy wytrwał w tym duchu; już po śmierci poety przyjął judaizm i umarł jako Żyd. Pod wpływem Mickiewicza stał się czynnym sjonistą, zanim istniało to słowo; marzył o państwie żydowskiem w Palestynie, objeżdżał skupienia żydowskie na Wschodzie, niosąc rodakom wiarę w rychłe wyzwolenie. Nie dziw, że rola jego przy boku Mickiewicza wydawała się nawet osobom bliskim poety zagadkowa…

Przybywszy do Konstantynopola, Mickiewicz rychło zdeklarował się ze swemi sympatjami. Czaykowski, egzotyczny Kozak-powieściopisarz, szlachcic-partyzant i ataman, bliższy był sercu poety niż hrabia-generał, z ktorym z czasów włoskich miał bolesne porachunki. W liście tedy do ks. Czartoryskiego wystawił Mickiewicz najgorsze świadectwo Zamoyskiemu, z rozkoszą zaś przebywał dni całe w obozie Sadyka-Paszy, delektując się znakomitą postawą jego żołnierzy.

W czasie takiego przeglądu natknął się na grupę młodych Żydów, byłych jeńców lub zbiegów z wojska rosyjskiego, walczących na ochotnika w chorągwi kozackiej przeciw Rosji. Sadyk chwalił tych obrzezanych Kozaków jako wybornych żołnierzy. Naraz, Mickiewiczowi objawiła się myśl, natchnienie: stworzyć oddzielny legjon żydowski, walczący przeciw Rosji za sprawę swoją zarazem i polską. No, i za turecką… Rozpalił się do tej myśli, która była naturalnem uwieńczeniem jego wyrosłych z towianizmu koncepcyj dubeltowego „Izraela”. Mówił do Levy’ego, który tymczasem wstąpił jako ochotnik do pułku Kozaków, że „bez wyzwolenia Żydów Polska nie może powstać”. Pragnął dać w przyszłej wolnej Polsce równouprawnienie obywatelskie Żydom. Powiadał: ,,Nie chciałbym, aby Żydzi wynieśli się z Polski, bo unja Polski z Izraelem jest przeznaczona do wzmocnienia Rzplitej, jak ongi wzmocniła ją wojskowa z Litwą”.

Czaykowski, za sprawą żony (Ludwiki Śniadeckiej), która była dlań wyrocznią, odnosi się życzliwie do tej myśli, mimo że poufnie pokpiwa z niej potrosze po szlachecku. Mickiewicz strofuje go o to, że napisał do żony, iż „to będzie dziwoląg niesłychany, widzieć Żydów zbrojnych w parze z Kozakami pod komendą polskiego szlachcica”. Bo dowództwo zrazu miano powierzyć Karolowi Różyckiemu; potem stanęło na owym właśnie Bednarczyku. Innym razem „zatrząsł się Mickiewicz z oburzenia”, kiedy w liście Sadyka-Paszy do żony znalazło się słowo „parszywy Żyd”… Trudno było przerobić starego Ukraińca! Jeszcze w swoim pamiętniku Czaykowski żałuje, że idea legjonu żydowskiego nie została zrealizowana, gdyż „możeby to było lepiej dla Kozaków, mieliby kredyt i mogliby hulać na borg u swoich towarzyszy broni”… Ale, jako generał, doskonale oceniał wagę utworzenia pułku żydowskiego”.

„Byłaby to – pisze Sadyk-Pasza do Levy’ego – potężna akcja przeciw armji rosyjskiej, wywołałaby masową dezercję, bo w szeregach tej armji jest wielu Żydów, a trzeba przyznać, że są to Żydzi najinteligentniejsi, mający ogromny wpływ na żołnierzy rosyjskich, – poza żołnierzami rosyjskimi są jeszcze w armji żydowscy markietanie, a po całym kraju karczmarze wędrowni, – przez organizację żydowską uzyskałoby się szpiegów gratis, con amore dokładnych i propagandę dezorganizatorską i najstraszniejszą jaka może być”…

Oto dwa języki – generała i poety…

Zaczynają się żmudne starania o zgodę rządu ottomańskiego na stworzenie legjonu żydowskiego. Legjon miał być oparty na tradycjach narodowych Żydów, aby tem skuteczniej pozyskać dla niego współwyznawców z całej Europy. Zarazem, – koncepcja charakterystyczna dla ówczesnych romantycznych pojęć: Żydzi mieli się wykazać męstwem wojskowem na oczach Europy, aby sobie zasłużyć wobec niej prawo do niepodległego istnienia… Niby tak samo jak Polacy „wykazywali się” od kilkudziesięciu lat na wszystkich polach bitew…

Ale nie zaniedbano i strony pozytywnej. Levy pozyskuje dla sprawy bogatego bankiera Camondo w Konstantynopolu. Zwraca się do paryskiego Rotschilda, który słucha życzliwie. Że zaś rząd turecki starał się u tegoż Rotschilda o pożyczkę, te dwie sprawy połączone miały szanse wydania rezultatu.

Mickiewicz był gorąco przejęty swoją ideą. Zanim powstanie legjon, uzyskał u Sadyka-Paszy dla Żydów-żołnierzy prawo do święcenia soboty i postawienie synagogi w obozie. „Oczekiwał – pisze Levy – dnia, w którym będzie rozwinięty sztandar Machabeuszów”. Wiązał z tem wielkie nadzieje militarne. „Jeżeli – mówił – wkraczając do Polski, zdołamy żydowskim naszym pułkiem pociągnąć za sobą Żydów jednej bóżnicy, chłopi wątpić nie będą o powodzeniu, bo, znając przezorność Izraelitów, powiedzą sobie: pewne musi być powodzenie, skoro Żydzi łączą się z powstańcami. I jak lawina toczyć się będziemy z wzrastającą wciąż naszą legją od bóżnicy do bóżnicy, od wioski do wioski, wgłąb samej Polski i Litwy”.

Ale rząd turecki zwlekał; bał się ruszyć tej sprawy. Bał się rozegzaltować swoich własnych Żydów, dotychczas głęboko obojętnych na punkcie odrębności narodowej. Bał się, że rzecz może się za dobrze udać: że Żydzi, raz unarodowieni, mogą oderwać Palestynę od Turcji. Targowano się z Rotschildem pocichu. Czaykowski notuje później w pamiętniku, że Rotschildowie traktowali z rządem tureckim o nabycie Jerozolimy z obwodem, gdzieby panowali jako lennicy sułtana z tytułem książąt. Nic dziwnego, że wszystkie elementy katolickie Europy z niepokojem spoglądały w stronę Turcji, gdzie rokowano o odbudowanie królestwa żydowskiego w miejscu gdzie znajduje się grób Chrystusa. Rząd francuski – sojusznik Turcji – przeciwdziałał ile mógł; minister turecki – w myśl przysłowia: „i chciałabym i boję się” – zwlekał, kręcił, konferował i z Levym i z reprezentantem Rotschilda, Landauem, którzy wciąż liczyli, że, wzamian za pożyczkę Rotschilda, Turcja da wreszcie upragnione pozwolenie. Pułk miał być sformowany pod egidą Mickiewicza; szefem pułku miał być Rotschild, instruktorem – Bednarczyk.

Z chwilą gdy w grę wchodzi Rotschild, niewątpliwie każda sprawa staje się rzeczą serjo… Już były dokładnie skomponowane mundury, „poważne, odpowiadające charakterowi narodowemu Żydów”; już się w nie ubierali pierwsi „huzarzy Izraela” – jak miała brzmieć oficjalna nazwa żydowskiej konnicy. Mickiewicz żył tą ideą; wciąż o tem mówił, rozprawiał, żartował: „Goljaty, Samsony, Holofernesy, – mówił do młodych ochotników, już zawczasu wystrojonych w nowe mundury, – tylko patrzcie, żeby wam jaka Judyta lub Dalila w drogę nie wlazła, bo połamie wszystkie szyki i z huzarów Izraela trzeba będzie iść znowu na faktorów na geszeft”.

Naraz, dn. 26 listopada 1855 r., w ciągu kilkunastu godzin Mickiewicz umiera.

Po jego śmierci, Levy starał się prowadzić dalej sprawę. Jakiś czas, rokowano z nim, temporyzowano po dawnemu, ale czuć było, że dusza idei uleciała. Potem przyszedł pokój z Rosją, legjon żydowski stał się dla Turcji nieaktualny, rzecz upadła.

A teraz spójrzmy na to wszystko oczami współczesnych. Od dwudziestu lat Mickiewicz niemal zupełnie złamał pióro poety. Był dla wielu kacerzem, człowiekiem o wątpliwem życiu prywatnem, jego wykłady paryskie znalazły się na indeksie, on sam, demagog, szedł wbrew papieżowi… Ciężki to był do zgryzienia orzech dla „Polonia semper fidelis”. Ale tu było więcej; Mickiewicz, idący ręka w rękę z Czaykowskim, sturczonym renegatem; Mickiewicz na usługach półksiężyca tworzący narodowy legjon Żydów; Mickiewicz protegujący targi bankierów o Ziemię Świętą; Mickiewicz stający z Rotschildem i Levym na czele „huzarów Izraela”, zbawiający Polskę przez Żydów, – nie! Sądzę, że to było za wiele do przełknięcia dla ówczesnego – a nawet dla dzisiejszego – polskiego szlachcica. Czy to nie mogła być owa sprawa, która „miała okryć hańbą Mickiewicza i Polskę”? Czy nie mógł znaleźć się ktoś, kto przyszedł do przekonania, że aby uratować dobre imię poety dla niego i dla kraju, trzeba, bodaj zbrodnią, przeciąć nić jego życia? Pro publico bono… Pro Christo… Takie rzeczy co najmniej musiano szeptać i mówić; temi nastrojami miejscowej emigracji tłumaczyłoby się niepojęte zachowanie dr. Dębickiego. Resztę dopowie może kiedyś tajemnica dokumentów, drzemiąca w zaciszu bibljoteki…

I w istocie, trzeba było umrzeć Mickiewiczowi, aby z namiętnie zwalczanego polityka stał się dla Polski – całej – uwielbianym poetą; aby Zygmunt Krasiński, który niedawno wprzód – w epoce „Trybuny Ludów” – pisał w liście: „Za naszych dni bywają zbrodnie druku, warte dawnych zbrodni zabójstwa, ojcobójstwa, zdrady ojczyzny… Dopierom się przekonał, jak głęboko upadł Mickiewicz”, mógł, nazajutrz po jego śmierci, świadczyć: „On był dla ludzi mego pokolenia i miodem i mlekiem i żółcią i krwią duchową”…

Takie oto refleksje obudziła we mnie relacja pułk. Bednarczyka. Znowuż to są tylko domysły, zapewne. Ale tak się składa, że w wiedzy naszej o życiu największego naszego poety wszystko bezmała skazane jest na to, aby było domysłem. Nawet śmierć…

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close