Czytanie Sienkiewicza

Jest teraz jesień. Chmurzy się niebo, nabiera stalowych odcieni, aby się bardziej złociły drzewa. Stal owa zapewne wkrótce rozkruszy się, rozsypie się białym proszkiem, białym całunem śniegu. Takie dni zawsze mi schodzą na miejskiej krzątaninie, na zagospodarowywaniu się na długie miesiące zimowe: tysiące kwestyj praktycznych zaprząta głowę, i nie myśli się, nie myśli o niczem pozatem. Zdarzyło mi się jednak niedawno – z powodów ode mnie niezależnych – spędzić cały dzień na wsi, – jesienny, pogodny dzień. Ziemia w takie dni pachnie mocniej niż kiedykolwiek, mocniej niż na wiosnę, i przypomina najdawniejsze lata.

Ach, jakże to już dawno. Nie latami może, choć i to z ćwierć wieku już upłynęło, ale odległością epoki innej, zupełnie innej, do niczego dzisiejszego niepodobnej, epoki – nicią żywej tradycji związanej z krwawemi historjami Dzikich Pól. Właśnie najbardziej pamiętam takie jesienne dni. Szło się na wieś na spacer – i drogi ciągnące się bez końca, szare pod niebem białawem i mętnem, pełne były oddechu szerokiego, oddechu wiatrem od stepów. Drogami ciągnęły wozy naładowane ślicznemi trójkątami buraków, burakami pachniały daleko w polu kanały, odprowadzające gorącą wodę z fabryki. Zapach stepu, ziemi rozoranej i buraków, szelest liści w ogrodach i zwiędłej buraczanej naci, skrzyp wozów, ciągnionych przez spokojne woły, – to właśnie, ta muzyka dawnych dni przypomniała mi się teraz.

Świat był piękny, dotykalny, codzienny – a w sobie zamknięty. Miła codzienność przedmiotów, miła codzienność szerokich powiewów, do których teraz tak bardzo tęsknimy. I wszystko układało się na codzień, na zwyczajno, na prosto, jak gdyby nigdy nic prócz tych buraków na stepach tych nie rosło, jak gdyby nigdy nikt prócz pristawa w sąsiedniem mieście nie urzędował, jak gdyby nie było ani tych wałów za wsią, resztek polskiego obozu, ani owej olbrzymiej mogiły, z której szczytu Sobieski, pod Chocim idąc, szyki wojska swego sprawował. Cisza i zbożna praca, codzienna praca – i to wszystko.

Ze spaceru wracało się do domu, kiedy się już poczynało ściemniać. Dziecko – włóczyłem się po kącikach i kątach domu, aż lampa i samowar, te jasne symbole wieczornej spokojności, wjeżdżały triumfalnie. Cierpliwość moja pomału się wyczerpywała, słuchałem szmeru samowarowego, cichutkiego jęku, patrzyłem mrużąc senne ślepia na lampę, mówiono o zwyczajnych sprawach, krowa się ocieliła, jest mały czarny byczek w oborze, albo przywiozło się za mało nafty z miasteczka, trzeba jutro znowu jechać, albo kartofli się jeszcze nie zwiozło z ogrodów, trzeba poprosić w fabryce o drugą parę koni do wozu. Ojciec przychodził z kantoru późno i czytał poczciwą „Gazetę Polską” – dziś jeszcze pamiętam wykrój czcionek na tytule.

Potem dopiero zaczynało się to pożądane czarnoksięstwo. Równym głosem jednej z sióstr zaklinane, przychodziły postacie, osoby, obrazy, przychodziły, aby już zostać na zawsze. Oddychały one tem samem powietrzem, którem przed chwilą myśmy oddychali, wiatrem od stepów, szerokim, żywicielskim, soczystym. Ale z wiatru owego wykrzesali tamci życie o ileż pełniejsze, większe, mądrzejsze, bo pełne beztroski, swoistej jakiejś, naszej niefrasobliwości, która nawet czarną rozpacz Skrzetuskiego okrywała srebrzystą pozłotą.

I oto gotowy, dany, skończony świat, w którym nic się nie działo, pełen smutnego gospodarowania, pełen ciężkich wozów buraczanych i powolnych stąpań, – napełniał się tętentem i szumem skrzydeł. Otwierały się olbrzymie wrota, przez które widziałeś tych i to, co nasze, bliskie kochane stepy przed laty napełniało i szczękiem i zgiełkiem. Raz wraz chwytałeś znajome nazwy okolicznych wsi, znane imiona, postacie podobne otoczeniu. Zagłoba – to pan Madeyski, który przymrużając oczy opowiada nam różne kawały, pan Muszalski – to pan Mieleniewski, który chodzi w czarnym kożuszku z szaremi wyporkami, – można sobie tak tylko pomyśleć, i wnet świat się odmienia. Fabryka staje się fortecą, którą oblegają Tatarzy, pan Mieleniewski jej broni, a pan Madeyski fortelem ocala nas od zagłady; gdy się za wieś wyjdzie – nie widzi się pól uprawnych, a tylko rozległe, nieprzebyte stepy, bodiaki tam rosną, i w trawie po pas wysokiej jadą Helena, Rzędzian, Zagłoba i Wołodyjowski.

Ale nie tylko przez wrota, otwarte nagle, ukazuje nam się widok najromantyczniejszej przeszłości. Przyszłość równie się nam odmienia, i przychodzi marzenie najcudniejsze i chętka, aby znowu się działo to, co przed laty. Dziwaczna to, zabawna, mówią dorośli, dziecinna chętka, aby znowu polskie zaszumiały skrzydła, aby znowu nasza siła zmierzyła się – nie fabrykami, nie żniwiarkami, nie pługiem – a szablą szlachecką, świętą, rdzewiejącą w komorze, w mogile, w polu pustkownem. I podchodzę do ojca, który, ostatni, miał jeszcze szlachecką broń w ręku, przed dawnemi laty, – i zapytuję: „Tatku, czy może być jeszcze raz powstanie?”

I jeszcze, jeszcze jeden świat, największy ze wszystkich, odkrywa się za temi wrotami. Olbrzymia rzeczpospolita sztuki. Siedzę sobie na krzesełku, przechylam głowę i słucham słowa. Po raz pierwszy w życiu przychodzi mi do głowy, że oto słowa, zwyczajne słowa, równym głosem wymawiane przez siostrę, nabrać mogą nagle jakiejś barwy niespodziewanej, dźwięku znacznie treściwszego, niż ścisłe jego znaczenie, rozszerzyć się mogą jak wezbrane fale – i malować, malować, malować. Cudowne polskie bogactwo, jedyne polskie bogactwo polśniewa, pobłyska, grzmi, huczy, szepce, modli się. I oto w szary prąd życia, w wodę wisełczaną małego domku, zagubionego w polach wiejskich, wlewa się prąd najszerszy, najbarwniejszy. Wielki oddech sztuki, ten najprawdziwszy wiatr od stepów gorący i zimny, przylata przez wrota, otwarte sienkiewiczowską prozą; owiewa on nas wszystkich chłodem zaświatów i żarem poezji; a mnie – że to byłem jeszcze bardzo malutki, najmniejszy, najlżejszy – porwał i uniósł, i dotąd jeszcze mną miota, i dotąd upaja najwyższą swą słodyczą, najwyższą potęgą słowa.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close