Dobre rady Witkiewicza

Stanisław Ignacy Witkiewicz, Nikotyna – Alkohol – Kokaina – Peyotl – Morfina – Eter – Appendix. Warszawa, 1932; str. 187 i 5nl.

Witkacy

Podczas czytania tej książki proszę nie palić papierosów. Nie wypada. Czytamy bowiem rozprawę pisarza, który przedstawia się nam jako „Wielki Mistrz czasowego niepalenia”. Po raz pierwszy od dziesiątków lat nie paliłem w ciągu paru godzin, chociaż należę do palaczów nałogowych. Nie paliłem przez szacunek dla lektury i dla autora, który w swój antynarkotyczny atak włożył tyle zapału. Czytać słowa człowieka piekielnie rozgniewanego na słabeuszów, którzy nie mogą wyzwolić się z tego nałogu, czytać wywody pełne wściekłej pasji w obronie zdrowia, równowagi umysłu, jasności myśli, i jednocześnie palić? Byłby to nietakt. To tak jakbyśmy puszczali kłęby dymu w twarz wroga papierosów. Wstrzymując się od niepalenia w ciągu tych paru godzin zbliżamy się do osoby autora, eksperymentujemy razem z nim, doznajemy tych samych przykrości nerwowych, tej samej męki przy choćby tak krótkiej walce z nałogiem i – tej samej satysfakcji, że przecież rozum i wola coś znaczą.

Witkiewicz walczy od 28 lat „ze straszliwem przyzwyczajeniem”. Miał często okresy abstynencji, nawet do kilku tygodni. Nie przestaje żywić nadziei, że palić poprzestanie na zawsze. Naturalnie – od jutra.

Namawiając do porzucenia narkotyków i pragnąc przeprowadzić z czytelnikiem najszczerszą w tej sprawie rozmowę, spowiada się z własnych klęsk i zwycięstw na drodze owej „bohaterskiej walki”. Wyjątkowa pod tym względem książka. Jeśli tak powiedzieć można – spowiedź szlachetnie bezwstydna. Ale trzeba dodać czem prędzej: przyznając się do tego co prawdziwe, z furją odpiera krążące o nim plotki.

Więc co do alkoholu. Możnaby go „w pewnych okresach uważać za nałogowego pijaka, o ile za takiego uzna się kogoś, kto urzyna się przeciętnie raz na tydzień, potem nie pije miesiąc, albo i więcej, i kto miał jedną, jedyną w życiu pięciodniówkę (à propos pewnej premjery scenicznej – okoliczność wysoce łagodząca) i do dziesięciu trzydniówek”.

Ktoś kiedyś pisał w „Wiadomościach Literackich” o „kokainowem wyczerpaniu Witkiewicza”. W tej sprawie kategoryczne zaprzeczenie: „O ile możnaby mnie nazwać okresowym pijakiem, „Wochensaüfer”, na przestrzeni lat dziesięciu, to proponowałbym nazwę „Quartalkokainist” w okresie trzyletnim, i to z dużą przesadą. Dwa razy w życiu zażyłem kokainę na trzeźwo i zaraz postarałem się zapić to świństwo”.

Do morfiny ma idiosynkrazję („raz w życiu miałem zastrzyk minimalny i o mało co nie umarłem”), nigdy też nie był eteromanem. Użył eteru parę razy w życiu („z wódką i przez wdychanie”).

Słowem, doświadczenie było, ale – poza tytoniem – bez typowego nałogu.

Walkę z nikotyną, alkoholem, morfiną i eterem zaleca Witikewicz w imię walorów najwyższych: godności myśli, ambicji intelektu, zdrowia psychicznego. Narkotyki ogłupiają – oto wyrok dostateczny. Witkiewiczowi chodzi przedewszystkiem o stan ducha, o psychiczne „przesunięcia”, zrazu drobne, potem katastrofalne. Oczywiście, rozumie, że owe straszliwe „przesunięcia psychiczne” pozostają w najściślejszym związku ze zmianami fizjologicznemi. Ale najsilniejszy nacisk kładzie na wielką sprawę intelektu. Przy okazji dostało się naszym „intuicjonistom”, dla których Witkiewicz ma dobrze uzasadnioną pogardę. Zaiste, hasło niepokalanej wiedzą „intuicji”, to najpospolitszy wybieg leniwców, półanalfabetów i cywilizowanych barbarzyńców. Ich „intuicja”, to poprostu tupet ignorancji, nie mający nic wspólnego z tajemniczym darem Bożym – intuicją bez cudzysłowu, tą, która idzie w parze z uczciwą pracą umysłową, z najwyższem napięciem władz duchowych i z rzetelnym zapasem wiedzy. Walka z narkotykami, prowadzona w imię światła rozumu, zyskuje na powadze.

Książka Witkiewicza, to zarazem -hymn na cześć jedynego „cudownego” narkotyku: peyotlu. Tu – pochwała i apoteoza, zachwyt bezgraniczny. Peyotl, dobywany z meksykańskiego kaktusa, nie grozi nałogiem. Indjanie meksykańscy zażywają tej rośliny tylko w czasie uroczystości religijnych, które w porze zbioru kaktusa w pustyni przeciągają się czasem do paru tygodni. Nie popadają w nałóg, nie można też stwierdzić na czcicielach peyotlu jakichkolwiek szkodliwych skutków. Witkiewicz po zażyciu dawki maksymalnej przeżył noc świetlaną, wypełnioną wizjami, które szczegółowo opisuje. Sama już lektura może tu czytelnika przyprawić o nawrót głowy. „Całe góry, światy i tabuny wizyj”… Zapewne, to co widział Witkiewicz mógł tylko on widzieć. Prawdopodobnie peyotl wyzwala i potęguje możliwości danego osobnika, lecz nie odkrywa wszystkim takiego czy pokrewnego świata wizji. Rozsądne zastrzeżenie: „Ale że doskonale można żyć bez takich przeżyć, to jest najświętsza prawda, i nikogo na tem miejscu na peyotl nie namawiam”.

Książkę uzupełniają dwie rozprawki: o eterze – dr. Dezyderego Prokopowicza i o morfinie – p. Bohdana Filipowskiego, którego Witkiewicz rekomenduje jako fachowca, t. j. „długoletniego i nałogowego morfinistę”. Obydwaj wyjaśniają złe skutki tych narkotyków.

I wreszcie – appendix, parę rad praktycznych, które Witkiewicz udziela w dobroci serca i przez życzliwość dla ludzi. O brudzie, o gimnastyce, o goleniu się i t. d. W przedmowie uprzedza: „Oświadczam oficjalnie, że piszę poważnie i chcę wreszcie coś bezpośrednio pożytecznego zdziałać”. Stwierdzam oficjalnie, że rady Witkiewicza są poważne. Podaje np. sposób golenia się – racjonalny i najbardziej celowy. Tego sposobu trzymam się już od szeregu lat.

Józef Wasowski.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close