MICHAŁ NIEMYSKI

Droga Niemiec do narodowego socjalizmu

Nigdy monarchiści nie tworzą monarchji, ani republikanie republiki. Raczej dzięki złym monarchistom rodzi się idea republikańska, a dzięki złym republikanom idea monarchiczna.
(Erik Reger: „Das wachsame Hähnchen”)

ODREWOLUCJONIZOWANA REWOLUCJA

W rewolucjach tkwi skłonność do potęgującego się rozwoju w kierunku radykalnym. Natomiast inicjatorzy wszelkiej rewolucji dążą do tego, aby rozpoczęty ruch możliwie szybko skierować na ustalone tory, stworzyć dla rewolucji podstawę prawną, zalegalizować ją i w ten sposób nie dopuścić, żeby rewolucja – jak się to często w dziejach zdarza – pożarła własnych swych twórców. Od napięcia pomiędzy początkiem a końcem rewolucji zależy rozmiar i ilość zdobyczy rewolucyjnych.

Przywódcy przewrotu niemieckiego w r. 1918, Ebert, Hermann Müller, Noske, Scheidemann i t. d., od pierwszej chwili widzieli swe zadanie w odrewolucjonizowaniu rewolucji. Przewrót wyniósł ich na szczyt, rewolucja mogła strącić ich w nicość. Przy pomocy mieszczańskich partyj i cesarskich generałów udało im się zamierzony cel osiągnąć aż za dobrze. „Rewolucja” niemiecka została przez nich w zarodku stłumiona, zdławiona, tak że na czyny prawdziwie rewolucyjne nie było już miejsca. Z wyjątkiem ustroju państwowego nic się zasadniczo nie zmieniło w „porewolucyjnych” Niemczech. Bez większej przesady można mniemać, że owi „rewolucjoniści”, ze strachu przed nieobliczalnemi możliwościami rewolucji, dosyć łatwo przywróciliby z powrotem monarchję, gdyby idea monarchistyczna nie została zbyt silnie skompromitowana wskutek przedwczesnej ucieczki cesarza.

Pierwsze powojenne rządy, zaabsorbowane tłumieniem rozwoju wypadków po stronie lewicy, – a zarazem, być może, tworzeniem skutecznej obrony przeciwko zrewolucjonizowanym masom, – nie zwracały dostatecznej uwagi na to co się działo na prawicy. W ten sposób, przy tolerancji a nawet poczęści przy poparciu rządowem, zwłaszcza ze strony ministerstwa Reichswehry, powstały tam ugrupowania krążące wokół młodej republiki niby planetoidy wokół słońca: czarna Reichswehra, brygada Ehrhardta, organizacja C, Stahlhelm, Niemiecko-Ludowa Partja Ojczysta i t. d.

GENEZA HITLERYZMU

Jedna z takich planetoid, wówczas jeszcze całkiem mizerna – mianowicie Narodowo-Socjalistyczna Partja Wolności – miała z biegiem lat następnych rozrosnąć się przed samemi oczami republiki do rozmiarów potężnego tworu i stać się grabarzem tej republiki oraz konstytucji weimarskiej, pod której skrzydłami mogła się najspokojniej rozrastać.

Przyglądając się drodze rozwoju socjalizmu narodowego w Niemczech, widzimy, że wina i zasługa za powstanie i wzrost tego zjawiska pada przedewszystkiem na cztery główne czynniki: na moralną, materjalną i społeczną pomoc ze strony ciężkiego przemysłu i wielkiej własności rolnej, na błędy i zaniedbania ludzi stojących z urzędu na straży republiki, na typowo mesjaniczną tęsknotę do zbawcy, wyhodowaną w ludzie niemieckim przez klęski ekonomiczne i polityczne, wreszcie na organizację psychologicznie przemyślaną i posługującą się prawie genjalną, chociaż bezczelną i niesumienną, propagandą.

Rolę ciężkiego przemysłu i rolę latyfundystów da się przedstawić najłatwiej. Wojna, z towarzyszącem jej zawrotnem zapotrzebowaniem w zakresie uzbrojenia, ekwipunku i utrzymania armji, stworzyła chorobliwie wybujały przemysł, który z wielkim trudem i tylko w drodze rezygnacji z dotychczasowego zasięgu mógł się dostosować do warunków pokojowych. Inflacja i pomoc pieniędzy skarbowych pozwoliły mu spłacić długi, umocnić zakres władzy i ukonstytuować się w organizacje, które tworzą prawie odrębne państwa w łonie państwowości ogólnej. Pożyczki państwowe, udzielone takim firmom jak Krupp, Thyssen, Stinnes, Kirdorf et consortes zostały spłacone pieniądzem, który posiadał zaledwie niewielki ułamek pierwotnej wartości, ale był liczony podług zasady „marka za markę”.

Tego rodzaju gospodarka inflacyjna mogła być prowadzona tylko na koszt robotników, drobnych rentjerów i posiadaczy oszczędności. Toteż po okresie inflacyjnym niemieckie masy ludowe znalazły się w nędzy, dla której niema przykładu w historji ostatnich stuleci. Głód i niedostatek są założeniami i zwiastunami radykalizmu. Człowiek beznadziejnie biedny nie ma nic do stracenia, ale człowiek taki jednym zamachem ręki może zyskać wszystko. Ludzie syci nie robią rewolucji.

Powstała więc możliwość, że miljonowe rzesze robotnicze i drobnomieszczańskie zwrócą się w stronę komunizmu, a władza państwowa okaże się bezsilna wobec takiego niebezpieczeństwa. Objawy podobnego stanu rzeczy dały się zaobserwować w prowincjach nadreńskich, gdzie bunt robotniczy tłumił późniejszy minister Severing w środkowych Niemczech (powstanie Hölza) i w innych miejscowościach.

W takiej chwili zjawił się ze swoją partją robotniczą, niby anioł-wyzwoliciel, Adolf Hitler, świeżo właśnie wypuszczony z więzienia. (Oficjalna nazwa jego partji, po reorganizacji, brzmi: Narodowo-Socjalistyczna Niemiecka Partja Robotnicza, w skrócie: NSDAP). A jakkolwiek partje robotnicze, rozdzielone bezkompromisowo na socjalistów i komunistow, osłabiały się wzajemnie pełnemi zajadłej nienawiści walkami, to przecież było możliwe, ze wynędzniałe masy robotnicze pogodzą się i połączą pewnego dnia ponad głowami swoich przywódców – i wtedy wybije ostatnia godzina.

Za pieniądze przemysłowców i agrarjuszy mógł Hitler pociągnąć za sobą najniebezpieczniejszy odłam świata robotniczego – bezrobotnych; mógł dać im jeżeli nie pracę, to przynajmniej zajęcie: w organizacji SA, w zebraniach, w „spreng-kolumnach”, w propagandzie i t. d.; przedewszystkiem zaś mógł ich dopóty tresować moralnym i fizycznym „drillem”, dopóki nie uwierzyli w prawdę i słuszność mglistych ideałów i programów i dopóki nie zaczęli się uważać za sól ziemi i ozdobę narodu. A zresztą i ze względu na zdobycie pracy przynależność do tej partji była korzystna, ponieważ liczne fabryki (np. Siemens i Borsig) dawały im pierwszeństwo przed robotnikami „marxowskimi”.

WIELKA WŁASNOŚĆ W NIEBEZPIECZEŃSTWIE

Szły na ta miljonowe sumy, – często z kieszeni żydowskich, a przynajmniej z kieszeni żydowskich akcjonarjuszy, – ci zaś, którzy te sumy płacili, byli pewni, że na zawsze mają w swoich kieszeniach ową partję „robotniczą”, ponieważ – w ich przekonaniu – mogli w każdej chwili skazać ją na śmierć przez wstrzymanie dalszych subsydjów.

Kalkulacja ta okazała się słuszna tylko do pewnego stopnia. Wprawdzie dalsze rozproszkowanie robotników udało się w nadspodziewany sposób, ale po nominacji Hitlera na kanclerza Rzeszy cugle wymknęły się z rąk kalkulatorów. Partja mocno trzyma w garści motory maszyny państwowej i wcale nie daje się ponosić uczuciom wdzięczności. Dzisiaj już nie otrzymuje się pieniędzy z dobrej woli, tylko się ich żąda, a biada wielkiemu czy małemu przedsiębiorcy, który odważyłby się usunąć od zbiórki. Areszt stanowiłby najłagodniejszą formę zapłaty. We wszystkich fabrykach rzeczywistą władzę sprawuje nie właściciel, lecz „komórka fabryczna”. t. j. narodowo-socjalistyczna organizacja („cech”), – i nawet wszechmocny dyrektor wszechmocnego Państwowego Związku Przemysłu Niemieckiego musiał ustąpić wobec komisarza partji.

Nikt się do tego nie przyznaje, ale obecnie zagraża niebezpieczeństwo ze strony najniższych warstw partyjnych, zwłaszcza ze strony szeregowców SA i SS. Zarówno wódz jak i rząd znajdują się pod presją, której otwarcie przeciwstawić się nie mają odwagi. Trudno byłoby ściśle określić, kto w tej chwili prowadzi a kto jest prowadzony. Zapewne słuszne będzie przypuszczenie, że największą troską wśród szczytów partyjnych i rządowych jest obecnie utrzymanie w spokoju najradykalniejszych elementów partji. Albowiem i tym szczytom grozi niebezpieczeństwo stałego prawa każdej rewolucji: że w dalszym ciągu jej rozwoju zostaną zmiażdżone. Trwające pomimo zakazu „akcje indywidualne”, coraz częstsze nawoływania do dyscypliny i wierności, umyślnie organizowany szał i upojenie, entuzjazm na rozkaz – to wszystko przemawia językiem, którego trudno nie zrozumieć. Tymczasem same „circenses” nikogo na dłuższy czas nie nakarmią, lud domaga się „panem”. A jeśli go nie dostanie, to oczywiście sam sobie weźmie. Kapitaliści widzą się nagle zagrożeni przez rewolucję, której rozmiary mogą przewyższyć wszystko co Niemcy kiedykolwiek przeżyły. A ostatecznie wszystko jedno, czy bolszewizm występuje w stroju narodowym czy międzynarodowym.

Jednocześnie agrarjuszom uszy puchną od nawoływań w sprawie osadnictwa rolnego. Brüning i Schleicher musieli ustąpić, ponieważ ich skromniutkie projekty osadnicze okrzyczano jako bolszewizm. To jednak co w tej dziedzinie przyniesie najbliższy czas tak się ma do tamtych projektów jak socjalizacja do sanacji. Ostatnia podpora wielkiej własności ziemskiej w rządzie, minister Hugenberg, musiał ustąpić wcześniej niż przypuszczano wtedy gdy pomagało się Hitlerowi zasiąść w siodle.

Jeżeli przemysłowcy i wielcy agrarjusze pomylili się w swej kalkulacji co do jednego, wprawdzie najważniejszego, punktu, to kalkulacja rządów republikańskich i demokratycznych w całości była przeprowadzona w sposób partacki.

MIĘKKIE LEGOWISKO WŁADZY

Nie powinno się lżyć powalonego szermierza. Ale to nie byli żadni szermierze. Bunt i powstanie ludu, doprowadzonego przez wojnę do rozpaczy, wyniosły ich na twardy i odpowiedzialny stolec przewodników i regentów narodu; tymczasem ci ludzie usłali tam sobie miękkie trony, sądząc, że będą mogli na nich wypoczywać i bez żadnej walki napawać się władzą. W chaosie przejściowych okresów historycznych mogą zdarzać się nadużycia, a ich tuszowanie w imię źle zrozumianej racji stanu jest rzeczą wybaczalną. Ale występować w obronie korupcji, kiedy skandal oddawna „cuchnie aż w niebiosa”, jest głupotą – a głupoty nie wybacza się nigdy.

Kiedy partja Hitlera, ciągnąc od południa, z Monachjum, zbliżała się ku północy, do Prus, powołani do tego mężowie długo nie mogli rozpoznać znaków zbliżającej się burzy. Ktoś kręcił głową na widok krzykliwej reklamy, ktoś wzruszał ramionami na widok uniformów i pochodów, ktoś próbował uspokajać szaleńców, przemawiając do nich dobrotliwie, aby jednak swemi wrzaskami nie budzili śpiących wyborców. A kiedy niebezpieczeństwo podeszło już tak blisko, że nawet ślepy nie mógł go nie dostrzec, sklerotyczni panowie bynajmniej nie usunęli się nabok, aby zrobić miejsce dla ludzi młodych i gotowych do walki, – nie, ci panowie przylgnęli do swoich tronów i stanowisk, zaprzeczyli własnym ideałom, porzucili zadania rewolucyjne i przedsięwzięli żałosne wysiłki, aby chwytać wiatr z wrogich żagli i przyswajać sobie hasła i zawołania wojenne przeciwnika.

Polityka niemiecka ostatnich dziesięcioleci odznacza się tem, że żadna partja – z wyjątkiem partji narodowych socjalistów – nie prowadziła własnej polityki, a każda partja pozwoliła dyktować sobie politykę przez swoich przeciwników.

Jeżeli podczas okupowania Nadrenji przez Francuzów nacjonaliści wołali: „Uwolnić prowincje nadreńskie”, to zaraz Partja Ludowa kuśtykała za nimi, za nią demokraci i socjaliści, a wszyscy zgodnie porykiwali za nacjonalistami. Kiedy zaś Stresemann, z nacjonalisty przemieniony na demokratę, osiągnął wreszcie ów cel, dzięki niezmordowanej, dobrze obmyślonej i umiejętnie prowadzonej polityce, – to na tle tamtych okrzyków jego osiągnięcie było przyjęte nie jak powodzenie, lecz jak rzecz, która się sama przez się rozumie. Tymczasem narodowi socjaliści dawno już zdążyli wystąpić z żądaniem zbrojeń, a socjalistyczny rząd Hermanna Müllera nie miał pilniejszej roboty nad uchwalenie budowy pierwszego pancernika, – i to właśnie w chwili, kiedy wskutek wzrostu deficytu państwowego musiały być zredukowane zapomogi dla bezrobotnych. I tak to szło i szło aż do ostatniego dnia – aż do Brüninga i Papena, ba, nawet aż do Hitlera, kiedyto przywódca robotniczy Wels złożył w ostatnim Reichstagu zawstydzającą i płaczliwą deklarację, aby urbi et orbi obwieścić, że socjaliści nie byli przecież mniej narodowi od innych, że na wojnie również dzielnie się bili, a w czasie pokoju piorunowali na brzydką zagranicę. Że potem musiał schować do kieszeni grzmiącą odprawę zwycięskiego Hitlera, to było aż nadto zasłużone.

Brak odporności znamionował kierownictwo powojennych Niemiec. Bezczynnie przyglądano się, jak młodzież przechodziła tłumnie do Hitlera, – ta młodzież, która wobec wzrastającej nędzy i niemożności znalezienia dla siebie miejsca w procesie produkcji, została pociągnięta przez grającą najżywszemi barwami propagandę; bez oporu pozwolono się przepędzić tchórzliwej hordzie brunatnych koszul, dziko wymachujących kijami; bez walki oddawano sztuka po sztuce najważniejsze zdobycze społeczne, bezkarnie pozwalano lżyć republikę i jej godności i poniewierać codzień w błocie jej powagę; z rezygnacją pozwolono się wyrzucić z ministerstwa policji przez jednego „leutnanta” i czterech żołnierzy.

PISTOLET I PARAGRAF

W walkach, które się prowadzi o życie i istnienie, trzeba się starać o pokonanie wroga na jego własnym terenie. Rozjuszonego buhaja można uspokoić tylko ciosem w łeb, a przeciwko pistoletowi trudno wyruszać z paragrafem. Argumenty bywają rzeczą skuteczną, jeżeli są dobrze słyszane; toteż jeżeli chcemy mówić, musimy naprzód mieć spokój. Istnieją ludzie, którzy tylko wtedy poddają się perswazji, gdy zostaną przekonani ich własnym argumentem: pięścią. Gdyby jeszcze przed niewielu laty zaaresztowano Hitlera i jego dziesięciu podkomendnych, a przeciwko narodowym socjalistom wystąpiono z taką surowością jak na to zasłużyli, – wystarczyłyby do tego istniejące wówczas łagodne przepisy prawne, – to dzisiaj z partji Hitlera nie istniałoby nic oprócz nazwy.

Każdego musi zastanowić, że badając przyczyny klęski demokracji niemieckiej oraz wzrostu zalewu narodowo-socjalistycznego, zwracamy się głównie przeciwko Socjalnej Demokracji. Dzieje się to nie bez powodu.

Partja socjaldemokratyczna w Niemczech, z jej świetnie postawioną armją zwolenników, z pomocniczemi oddziałami organizacyj robotniczych i precyzyjnym aparatem wykonawczym, tworzyła bastjon obronny, na którym każda reakcyjna próba powinna się była rozbić. Niezrobienie użytku z takiego oręża jest wielką, historyczną winą przywódców. Aż do ostatniego momentu masy oczekiwały w skupieniu na rozkaz – tymczasem bezczynne kierownictwo pozwalało toczyć się nadciągającym wypadkom. Drobiazgiem było pociągnięcie za sobą również sproletaryzowanego przez inflację stanu średniego. Zamiast tego kierownictwo Socjalnej Demokracji dało się samo zagarnąć nacjonalizmowi, stan średni pozostawiło samemu sobie, pozwoliło mu coraz bardziej przesuwać się na prawo, tak iż stan ten poprzez partję Hugenberga dotarł wkońcu do narodowych socjalistów.

Partje mieszczańskie – lewy i prawy środek, demokratów (Partja Państwowa), Niemiecką Partję Ludową, Partję Gospodarczą i t. d, – można tu pominąć milczeniem. Rozczarowane do przywódców tych partyj miało za skutek masowy odpływ ich zwolenników i wyborców, przez co w ostatnich latach partje owe spadły do śmiesznych i nic nie znaczących rozmiarów. Partje rozporządzające w pierwszych latach republiki 60-80 mandatami wprowadzały do ostatnich Reichstagów po 2-6 posłów. Tym sposobem zostały skwitowane przez własnych wyborców zanim jeszcze ostatnia godzina wybiła.

CENTRUM I KOMUNIŚCI

Pozostaje Centrum i pozostają komuniści. Centrum, jako ekspozytura polityczna kościoła katolickiego, było jedyną partją, która dawała przekrój całego narodu. Siedzieli tam katoliccy górnicy obok katolickich fabrykantów, proboszcz obok urzędnika, student obok profesora. Zasadnicza postawa partji była od początku narodowa, stałe ciążenie ku prawicy było również tradycyjne. Okolicznościowe koalicje z socjal-demokratami miały zawsze charakter „male necessarium”, i skoro tylko okoliczności pozwalały, odłączano się od partji, w której szeregach uprawiano propagandę antykościelną. Dla partji kościoła katolickiego, gdzie hierarchja opiera się całkowicie na zasadzie autorytetu, nie istniała konieczność całkiem wyraźnego odseparowania się od narodowych socjalistów jako przeciwników demokracji a zwolenników dyktatury. A to tem bardziej, że partja ta mogła liczyć, iż wzgląd na jej „języczkowe” stanowisko w niemieckiem życiu partyjnem i wzgląd na poparcie kościoła – nie pozwoli żadnemu rządowi, a więc i rządowi Hitlera, zanadto jej uciskać. Oczekiwanie to okazało się prawie że usprawiedliwione. Pozatem Centrum nigdy nie ukrywało sympatyj dla narodowej polityki hitlerowców i niejednokrotnie nawoływało Hitlera do współpracy. Wojna, którą biskupi niemieccy przez pewien czas prowadzili przeciwko narodowemu socjalizmowi, rozgrywała się wyłącznie na terenie religijnym, nigdy nie wkraczając na teren polityczny.

Komuniści nigdy nie zasiadali w rządzie, nigdy więc nie mieli w swych rękach władzy państwowej, nie ryzykowali niczem, a cokolwiekby przedsięwzięli, nie mogli nigdy liczyć nietylko na pomoc, ale nawet na tolerancję ze strony chłopów i drobnomieszczaństwa, z właszcza wobec oczywistej zależności partji komunistycznej od Moskwy. Pomimo to przyszły historyk tych czasów nie będzie mógł zapomnieć komunistom, że przez bezmyślnie zajadłą walkę z Socjalną Demokracją (całkowicie wskutek tej walki na pewien czas ubezwładnioną) oraz przez chwilowe poparcie narodowych socjalistów, wobec których odegrali rolę przyprzążki, zaszkodzili nietylko zwalczanej przez nich demokracji, ale zarazem stali się grabarzami interesów klaisowych swoich własnych zwolenników.

Wojna, odszkodowania i inflacja – te trzy stacje niemieckiej męki w ostatnich dwóch dziesięcioleciach – ściągnęły na obywatela niemieckiego taką nędzę, że można ją porównać chyba tylko z latami tuż po wojnie trzydziestoletniej. Gospodarka społeczna legła w gruzach, wydęta konjunktura lat 1926 – 1929, wytworzona przez bezmyślne i bezplanowe inwestowanie pożyczek zagranicznych, pękła z ogłuszającym trzaskiem. Zwykły skromny obywatel, chłop, mieszczanin, robotnik, nie jest ekonomistą ani politykiem. Do jego zadań nie należy ani badanie win i wzajemnych zależności, ani tworzenie planów ratunku. Wybiera rząd, pozostawia mu pełnię władzy i chce być uratowany. Jeżeli rząd go zawiedzie, wtedy odwraca się od niego i idzie tam, gdzie sądzi, iż znajdzie zbawienie. Proces całkiem naturalny, z którego rządy i partje powinny zdawać sobie sprawę. Ich zadaniem jest gruntowne i przekonywające uświadomienie obywatela.

BŁĘDNA i OBŁĘDNA POLITYKA SOCJALISTÓW

Wyborca nigdy nie zrozumie, dlaczego po jego karku wspinają się ku tłustym synekurom najgorsze indywidua. Dlaczego socjaliści zrobili najwyższym sędzią w Prusach ochrzczonego Żyda Soellinga (Seligsohna), który zaraz potem w najordynarniejszy sposób napadł publicznie na ministrów socjalistycznych, a pomimo to nie został usunięty z partji, aż wreszcie sam od niej odszedł, i to odrazu tak daleko w kierunku prawicy, iż zatrzymał się prawie przy Hitlerze? (Że tego handlarza posadami, usadowionego na tronie prezesa sądu najwyższego, narodowi socjaliści, nie powodując się falszywem uczuciem wdzięczności, przepędzili ze świątyni razem z innymi Żydami, to nawet przez samych Żydów zostało przyjęte z zadowoleniem). Dlaczego całemi latami partja socjal-demokratyczna trzymała na stanowisku ministra a potem nadprezydenta prowincji hannoverskiej takiego Noskego z przydomkiem „morderca robotników”, Noskego, którego nawet reakcyjny von Papen pozostawił na stanowisku, mimo usunięcia wszystkich „socjalistów”, Noskego, który po ostatniej zmianie rządu z płaczem błagał ministra Goeringa, aby go jeszcze przez parę miesięcy pozostawiono na urzędzie, dopóki nie wysłuży emerytury? Czy to byli najlepsi mężowie w partji? Co do charakteru człowieka można się omylić, ale skoro ten człowiek nie wytrzymał próby, dlaczegóż nie przeciąć pępowiny pomiędzy nim a partją? Fałszywy wstyd i źle zrozumiany prestige kierownictwa przyniosły powadze i wewnętrznej spoistości partji więcej uszczerbku, niż to kiedykolwiek da się usprawiedliwić przed trybunałem historji. Dlaczego zagrodzono drogę do partji młodszemu pokoleniu? Czyż nie jest rzeczą uderzającą, że narodowi socjaliści osiągali coraz większe zdobycze, pomimo to (a może właśnie dlatego), że ich najwybitniejsi przywódcy rzadko liczyli ponad czterdzieści lat, a najczęściej byli ludźmi w okolicach trzydziestki, gdy tymczasem gdzieindziej kierownictwo spoczywało wyłącznie w rękach starszych panów, którzy niczego więcej nie pragnęli ponad własny spokój?

Te i tym podobne pytania stawiali sobie napewno chłopi, drobnomieszczanie i robotnicy. Kto miał uszy, słyszał je, tylko przywódcy partyjni byli na nie głusi. Kontakt z masami został przerwany, starano się o nawiązanie stosunków z „kołami ekskluzywnemi”; przyjęcie w „Herrenklubie” było ważniejsze od inspekcji nor, w których gnieździli się robotnicy. Zrzadka tylko mógł zwykły członek partji ujrzeć swego przywódcę twarz w twarz; jeżeli chciał go zobaczyć, musiał czekać aż do wyborów, kiedy to w pałacu sportowym wolno mu było podziwiać go przez lornetkę. Człowiek został zdegradowany do roli wyborcy.

W takich to okolicznościach, w niezgruntowanych głębiach podświadomości zabiedzonego i opuszczonego ludu niemieckiego, – ludu, który nie widział wyjścia z zaklętego koła redukcji zarobków, bezrobocia i drożyzny, – zrodziła się głęboka tęsknota do zbawiciela, do Mesjasza. Rozrost sekt religijnych, napływ zwolenników do gmin weissenbergowskich, do „Christian Science”, która sama jedna posiada w Berlinie pięć kościołów, do wielu innych zwiastunów zbawienia i szarlatanów, – jest wymownem świadectwem tego (inaczej nazwać go nie można) psychopatycznego procesu. Tymczasem żaden z przywódców nie posiadał woli i wiary optymistycznej, żaden nie zdołał przekonać ludu, że zarządzenia były słuszne i celowe, żaden nie wziął na siebie trudu koniecznej pracy drobiazgowej, polegającej ma codziennem nieustannem dowodzeniu, że cudów niema, że niemożliwością było naruszenie praw gospodarczych, politycznych i ludzkich bez jednoczesnego wstrząśnienia aż do fundamentów całą budową państwową.

HITLER JAKO MIT

Hitler natomiast nie miał skrupułów i wszystko wszystkim obiecywał, a odpowiedzialność za krach kapitalizmu zwalił na socjalizm. Ponieważ był przywódcą partji nie reprezentowanej w rządzie, nie potrzebował się o nic troszczyć i zajął się tworzeniem haseł o wyjątkowej dosadności, a przemyślana do najdrobniejszych szczegółów organizacja i propaganda uformowała z nich w okamgnieniu cały katechizm. Hitler słynie z tego, – i bodaj słusznie, – iż posiada prawie zwierzęcy instynkt wyczuwania każdego drgnięcia w masach i umie w jednej sekundzie zwrócić się w kierunku tego drgnięcia, tak jak kompas zwraca się w kierunku północy. Tę zdolność tłumaczy się jako wewnętrzny jego związek z ludem, a można pozostawić naboku pytanie, czy między nim a ludem istnieje wogóle jakaś różnica jakościowa. W każdym razie – w miarę jak coraz mniej posłuchu masy znajdowały u innych przywódców – Hitler występował niby promienny rycerz Graala, posiadający czarodziejską formułkę zbawienia i odwagę urzeczywistnienia jej w czynie, Hitler przestał być człowiekiem i stał się mitem.

Błędna, pozbawiona steru tęsknota ludu otoczyła go nagle ze wszystkich stron, zapaliła się od niego i razem z nim wybuchnęła prawie mistycznym chasydzkim płomieniem, objęła go płaszczem boskości i porwała wgórę, uczyniła z niego proroka i Mesjasza. On zaś przyjął tę rolę z całą konsekwencją, i jeszcze mocniej rozniecił ów płomień. Fantastyczny, histeryczny dur ogarnął ludzi, i coraz liczniejsi zaczynają ulegać jakiemuś religijnemu szaleństwu.

Tymczasem Hitler coraz mocniej wrasta w przyjętą przez siebie rolę proroka. Groteskowa i niesamowita groza tkwi w tem, że Hitler, który w sprawach religijnych osobiście zawsze był obojętny, w ostatnich swych przemówieniach publicznych prowadzi z Bogiem dialogi, jak-gdyby był z nim „na ty”. („…Panie, uczyń nas wolnymi… Panie, my nie odejdziemy od Ciebie, pobłogosław więc naszemu dniowi i naszej wolności, a tem samem naszemu ludowi niemieckiemu i ojczyźnie”)…

Przeciętny obywatel niemiecki dzięki odwiecznemu sposobowi systematycznej edukacji został wychowany na namiętnego szermierza. Nie cel jest dla niego ważny, ale sama walka; nie idea, ale doznanie psychiczne. Toteż posiada prawie religijny pociąg do symbolów walki: mundurów, galonów, orderów, naszywek, sztandarów, szeregów, muzyki marszowej – wszystko to ma dla niego nieopisany urok. Możnaby zaryzykować paradoksalne twierdzenie, że w Niemczech nawet pacyfizm wystąpił w uniformie i w ordynku wojskowym. Wychowanie, od czasów Fryderyka Wielkiego do Hitlera, wytworzyło niezliczone mnóstwo kompleksów, które w drodze różnych przewartościowań doprowadziły, jako do ideału, do ubóstwienia człowieka „bohaterskiego” w przeciwstawieniu do człowieka duchowego. W ten sposób student Horst Wessel, rozstrzelany przez komunistów, odnosi zwycięstwo nad Nietschem, a bezmyślna ofiarnosć Schlagetera – na dmężem stanu, baronem von Stein. Świadome wyzyskanie tej słabości niemieckiej, a nawet organizacyjne jej zużytkowanie, stanowi potężny atut ruchu narodowo-socjalistycznego. Niedocenienie tej słabości było grubym błędem republiki. Albowiem republika wprawdzie zabrała Niemcowi dystynkcje i odznaki, ale zaniedbała sprawę jakiejś skutecznej zamiany tych rzeczy na coś z innej dziedziny, nie uleczyła choroby przez skierowanie próżności na inne tory Jeżeli dziecku odbiera się zabawkę, trzeba jego umysł zająć czemś innem, gdyż inaczej umysł dziecka zwyrodnieje.

ZANIEDBANA PROPAGANDA

Innemi słowy: republika zaniedbała propagandy samej siebie i swej dostojnej bezsymboliczności. Tak jest – propagandy! Propagandy wszelkiemi środkami i metodami działającemi na psychologję mas. „Dostojna powściągliwość” doprowadziła do osamotnienia ideologji republikańskiej i ideałów demokratycznych. Republika i demokracja nigdy nie były naprawdę popularne w Niemczech, nigdy stanowisko wobec tych rzeczy nie wychodziło poza nieufność, kpinę, a w najlepszym razie chłodne wyczekiwanie. Nigdy republika nie zdołała bronić się skutecznie przeciwko gwałtownym atakom reakcyjnej propagandy. A przecież miała do rozporządzenia aparat państwowy i władzę państwową; ale na jej czele nigdy nie stał człowiek, któryby miał odwagę zerwania z tradycją i wkroczenia na nowe tory; byli to zawsze poczciwi ojcowie rodziny i zacni profesorzy, którzy z podniesionym do góry wskazującym palcem nauczali, że podobnych metod nie wypada używać w przyzwoitym domu.

Można sto razy tłumaczyć, że propaganda, to morfina dla ludu. Ale morfina nie jest tylko trucizną; dobrze dozowana jest zbawiennem lekarstwem. Jeżeli dzień 1 maja 1933 r, na polach Tempelhofu był typowym cyrkiem, to jednak był to cyrk potężny, cyrk, o którym lud będzie wspominał z przyjażniejszemi uczuciami niż o dn. 1 maja 1929 r„ kiedy to wskutek zarządzeń prezydenta policji Zörgiebela, socjalisty, 23 demonstrujących robotników, znalazło śmierć na ulicach Berlina, a setki rannych trzeba było zbierać z tych ulic.

Czego może dokonać zręczna propaganda państwowa, tego dowiedli socjaliści narodowi, skoro znaleźli się u steru rządu. Smutna to rzecz, że właśnie na nich trzeba się powoływać, ale nawet zawiść musi im przyznać, że są wirtuozami w dziedzinie reklamy państwowej – przynajmniej o ile chodzi o propagandę wewnętrzną. Zamykać na to oczy nie miałoby sensu: jeżeli przed dojściem do władzy stała za Hitlerem w najlepszym razie jedna czwarta narodu, to dzisiaj trzeba się z tem liczyć, że w ciągu półrocznego urzędowania liczba ta przynajmniej podwoiła, a następna ćwiartka zachowuje, mówiąc ostrożnie, pełne zainteresowania oczekiwanie. Jeżeli jednak pomimo to wolno wróżyć (i życzyć), że panowanie Hitlera w bliższej lub dalszej przyszłości poniesie klęskę, to tylko dlatego, że robi się tutaj cudowną reklamę dla rzeczy złej. Artykuł niezdatny do użytku, nawet przy najgenjalniejszej reklamie, nie utrzyma się długo na rynku.

Badanie i ustalenie winy za klęskę demokracji niemieckiej miało na oku cel specjalny: niechaj poznanie drogi, która doprowadziła Niemcy do hitleryzmu, posłuży wszystkim powołanym strażnikom i przywódcom za przestrogę i upomnienie. Wyrażamy przekonanie, że klęska demokracji niemieckiej, socjalizmu niemieckiego i wolności niemieckiej nie jest bankructwem ideałów wolnościowych i ideologji demokratycznej, lecz bankructwem przywódców, natomiast upadek parlamentaryzmu polega na bankructwie systemu partyjnego. I wyrażamy nadzieję, że po zniknięciu hitlerowskiej zmory – niestety, nie odbędzie się to bez przykrego przebudzenia – demokracja i wolność, zreorganizowane in capite et in membris, powstaną do nowego, trwałego życia. Albowiem nawet najgorsza demokracja jest jeszcze lepsza od takiego systemu rządów, przy którym ministrowie chwalą się, że wypędzili objektywizm z orzecznistwa sądowego a przez cel uświęcone środki podnieśli do godności zasady państwowej, -dzięki czemu stało się rzeczą możliwą, że skazanych sądownie skrytobójców mianuje się ministrami i prezydentami policji, a sutenerów otacza się po śmierci aureolą bohaterstwa.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close