Dwa zielone samochody

Rano jeździ hycel a wieczorem „buda”. Hycel łapie psy a buda – dziewczyny uliczne.

Przepisy obowiązujące hycla są nieelastyczne. Nakazują mu schwytać każdego psa bez kagańca, przywieźć bezapelacyjnie do zakładu oczyszczania miasta.

Jeżeli przyjaciel wasz, serdeczny, wierny i łagodny, skorzysta z niedomkniętych drzwi i w złą godzinę wymknie się na ulicę, stanie się zwierzyną hycla. Nie pomogą prośby, tłumaczenia, że uciekł przypadkiem, że podatek za niego opłacony, że ma dobrą opiekę i zapewnione utrzymanie. Pies wasz zatoczy półkole na sznurze hyclowskim i wpadnie do psiego piekła. W zielonej skrzyni, w kłębowisku pazurów, zębów, skowytu i jęku pozna ludzką sprawiedliwość. Stołownik rynsztoków, dzwoniący kościami Don Kiszot w beznadziejnym wyścigu z zielonym samochodem ślizga się po świeżo polanej ulicy, ale po chwili już frunął wgórę z nogami zbitemi w bezradny pęczek, schwytany na lasso. Do tej samej skrzyni wrzucają psy chore, zameldowane w urzędzie przez swych właścicieli, i czysto utrzymanego kundelka z paskiem na szyi. Na pasku niema marki magistrackiej, i kundelek nie ma prawa do życia.

W Anglji istnieje towarzystwo dobroczynne, opłacające podatki miejskie za psy należące do ludzi ubogich. Celem towarzystwa jest ochrona zwierząt a jednocześnie umożliwienie biedakom posiadania wiernych przyjaciół i opiekunow. U nas do domów proletarjackich przemyca się mnóstwo psów. Dzieciak przyniósł pod kapotą zmarzniętego szczeniaka, ogrzali go, nakarmili, szczeniak łasi się, liże po rękach swoich dobroczyńców, trudno go wyrzucić na ulicę. Dzieciak przywiązuje się do psa, pies rozwija nielegalną wierność, zadziwiającą mądrość, zwija się w kłębek i chowa pod łóżko, gdy koło okna przechodzi rządca albo stróż. Ale przy pierwszem niedopatrzeniu psa łapie hycel. Płacz dziecka, błagania, prośby, jazdy na koniec Woli, żeby psa wykupić, – nic nie pomaga, i pies wędruje albo do uniwersytetu, albo zostaje stracony na miejscu w zakładach oczyszczania miasta.

Czyściciel miasta jest zwykłym urzędnikiem, urzędnikiem pożytecznym, bo nie wymyśliliśmy jeszcze lepszego sposobu zapobiegania wściekliźnie i walki z psami włóczącemi się po ulicach. A raczej nie mamy ani czasu ani środków na rozpatrywanie każdej psiej sprawy zosobna, na indywidualizowanie, dlatego stosujemy błyskawiczne sądy doraźne z przesądzonym zgóry wyrokiem.

Gdzie niema indywidualizowania, nie może być mowy o prawdziwej sprawiedliwości; czując to podświadomie, każdy przyzwoity chłopiec ulicznik czy uczniak trzyma stronę psów przeciwko hyclom. Piski, wrzaski, gwizdy poprzedzają magistrackie wózki, nie poto żeby wydrwić hycla, lecz żeby uprzedzić psy. Ale gdy „buda” alias „karawan” łapie dziewczyny uliczne, ani ulicznicy, ani uczniaki nie krzyczą: „Uciekajcie!”. Pościg odbywa się między dorosłymi, nie trzeba się do nich wtrącać. Jedni patrzą na to oczami głodnemi każdej sensacji, inni – z obrzydzeniem. Syn pyta ojca, co znaczy to polowanie? Jeżeli ojciec jest człowiekiem uczciwym, plącze się w odpowiedziach. Bo zawsze dojść musi do punktu, w którym okazuje się, że prostytutka reprezentuje połowę przestępstwa, drugą połowę zaś on, bezpiecznie spacerujący po ulicy, i jego brat, przyjaciel i znajomy.

Kiedy za czasów naszych matek padało w dobrem towarzystwie słowo „prostytutka”, oburzone i podświadomie zazdrosne panie wydziały w swej wyobraźni gabinety, jedwabne halki, papierosy i Pochronia w lakierkach. Dziś każda pensjonarka wie, że prostytutka, to przedewszystkiem bezrobocie, głód i wyzysk. Policjant nie goni rozpustnicy, ale w ogromnej większości wypadków nędzarkę zepchniętą przez los na dno. Kundelka z paskiem na szyi, co nie może sobie opłacić godziwej egzystencji, istotę żyjącą odpadkami z rynsztoka życia. Matka dzieciom, żona bezrobotnego, dziewczyna zgwałcona przez majstra fabrycznego i przez majstra wyrzucona na bruk, wiejska dziewczyna, co przyjechała do miasta szukać pracy, panienka z dobrego domu, której ojciec pokazał drzwi gdy ją rzucił kochanek, narkomanka i łajdaczka z zamiłowania, mająca wstręt do pracy, kuplerka i jej ofiara – wszystkich razem pakuje się do ciemnego zielonego wozu, motor warczy, prędzej, prędzej. Podczas obławy niema czasu na indywidualizowanie odpowiedzialności, a jest tylko, martwy, nieelastyczny przepis. Wrzaski, przekleństwa, płacze, kułaki, pazury i wyrywanie włosów – w budzie kłębi się jak w hyclowskim wózku.

Jakiem, kojącem głód sprawiedliwości, zdaniem wytłumaczyć kursowanie „karawanu” po ulicach? Czy tem, że prostytutka musi cierpieć dla dobra spokoju publicznego? Nie. Polowanie na kobiety zakłóca go haniebnie. Czy dla dobra zdrowia publicznego? Nie. Tylko mężczyzna może zapobiegać chorobom wenerycznym i wszelka akcja profilaktyczna dla kobiet jest absurdem, a drakońskie metody, stosowane do prostytutek, ani na krok nie posuwają sprawy.

Rewolucja francuska morzem krwi opłaciła narodziny wielkiej zasady moralnej, że człowiek nie może człowiekowi służyć za narzędzie. Reglamentacja jest zbrodnią przeciw tej maksymie. Anglja, Ameryka, kraje skandynawskie zrzuciły ze siebie reglamentację jak brudny łachman zostawiony przez epokę niewolnictwa. U nas usuwa się ją po kawałku. Niema już czarnych książek, dziewczyny ulicznej nie wolno maltretować, obyczajówka przestała być kaźnią. Ale został chwytny organ szczątkowy, zaopatrzony w motor, żeby trudniej było przed nim uciekać.

Kilka dni temu przed sądem okręgowym odbyła się sprawa Czesławy Karolak, oskarżonej o opór władzy za to, że uciekła przed „karawanem”. Pan prokurator Missuna oparł się na naszym nowym kodeksie karnym i zdobył nowy szczebel na drabinie postępu: zrzekł się oskarżenia, twierdząc, że do takiej ucieczki prześladowana prostytutka ma prawo! Pogląd ten podzielił sąd okręgowy, uniewinniając oskarżoną.

Zdawałoby się, że ten światły wyrok sądu kasuje automatycznie „karawany”. Ani mowy. Kursują podawnemu.

O Marjo Jehanne Wielopolska, patronko policji, wstaw się gdzie potrzeba i spraw, żeby zielony upiór przestał nas straszyć po nocach. W żądaniu zniesienia „budy” panie od św. Zyty powinny wystąpić zgodnie z Ligą Reformy Obyczajów. Pierwsze dlatego, że polowanie na prostytutki jest widokiem gorszącym, druga zgodnie ze swym programem potępiającym reglamentację i krzewiącym myśl humanitarną.

Oddzielną zaś petycję w tej sprawie powinni wnieść mężczyźni. Władze każą im być huncfotami i patrzeć spokojnie na to, jak uzbrojeni ludzie chwytają bezbronne kobiety, prześladowane za grzechy, w których oni, szanowni obywatele, brali czynny udział.

W chwilach takich ich cnoty rycerskie mają bardzo mizerny aspekt.

Marjusz Dawn.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close