Goście polscy na dworze angielskim za Elżbiety

Na dworze Elżbiety bywało Polaków więcej niż na dworze jej poprzedników; i nie same tylko sprawy polityczne i handlowe były tego powodem. Różni młodzi magnaci przyjeżdżali tu poprostu przedstawić się (jak to zresztą zdarzało się i dawniej). Tak np. w r. 1561 przybył (z listem polecającym od cesarza) Jan Tęczyński, starosta rohatyński, i najwidoczniej był bardzo uprzejmie przyjęty przez młodą królowę. Młodzieniec ten, mający już za sobą podróż do Hiszpanji, towarzyszył wkrótce potem krewniakowi swemu, wojewodzie bełskiemu Janowi Baptyście Tęczyńskiemu (bohaterowi „Pamiątki” Kochanowskiego i „Jana z Tęczyna” Niemcewicza), zaręczonemu z królewną szwedzą Cecylją, w podróży jego do Szwecji i przeszedł z nim razem dramatyczne perypetje napadu Duńczyków i więzienia kopenhaskiego, w których wyniku Jan Baptysta umarł (1563). Starosta rohatyński wystąpił wówczas jako dziedzic uczuć krewnego i począł czynić zabiegi o rękę Cecylji dla siebie; musiał być pewny względów królowej angielskiej, bo do niej zwrócił się o poparcie; w rachubach zaś się nie pomylił, gdyż Elżbieta istotnie wysłała do królewny szwedzkiej (1564) list z pochlebną o nim opinją, ustylizowaną wytwornem humanistycznem piórem Rogera Aschama, wysławiającą go jako człowieka „cuius in mente et in moribus praestans quaedam dignitas elucebat”. Zabiegi te nie dały pożądanego wyniku, na czem zresztą Tęczyński może raczej dobrze wyszedł. Cecylja, tak upoetyzowana przez Kochanowskiego, była w istocie wysokiej klasy awanturnicą, bardzo na dworze kłopotliwą; brat jej też, król szwedzki, dołożył starań, żeby ją czemprędzej wydać zamąż za pierwszego lepszego kandydata, jaki się właśnie nawinął w osobie margrabi badeńskiego Krzysztofa „zu Rodemachern”, nieefektownego, ale statecznego i widocznie cierpliwego. Dopiero jako młoda mężatka odwiedziła Cecylja Anglję (1565), nie zabłysnęła tu jednak ani wykwintnemi manierami, ani taktem, zabrnęła natomiast w długi, uwikłała się w awantury z jakimś rzekomym wytwórcą złota, a nawet wdała w dyplomatyczne intrygi z jednym z ambasadorów cudzoziemskich; wyjeżdżała też żegnana ogólną prawie antypatją. Kiedy więc w wiele lat później (1591) zjawiła się w Krakowie, jako ciotka Zygmunta III, na uroczystości jego zaślubin z Anną austrjacką, nie przywiozła pewno miłych wspomnień z Anglji do opowiedzenia. Być może zresztą, że i nie dla wszystkich ziem, w których panował jej siostrzeniec, miała miłe słowa, w czasie bowiem owej pierwszej podróży poślubnej, która na Anglji się zakończyła, spotkała ją jakaś przykra przygoda na Litwie. Coś było podobno nie w porządku w jej paszporcie, wskutek czego aresztowano ją w Kownie i jakiś czas przetrzymano; bardzo ją to musiało dotknąć, i dużo o tem najwidoczniej mówiła, skoro James Bell, Anglik, który jej podróż do Londynu współcześnie opisał, nie tylko poświęcił temu epizodowi osobny ustęp, ale scharakteryzował przy sposobności Litwę w nader soczystych słowach jako kraj „najbardziej barbarzyński na świecie, naród równie grubych obyczajów jak złośliwej natury; toteż za swoje niegrzeczne zachowanie i prostackie maniery uważany za dzikie i głupie bydło nawet przez swoich najbliższych sąsiadów”. Takie się przy okazji wizyty niedoszłej wojewodziny Tęczyńskiej w Londynie rozeszły wśród Anglików wiadomości o Litwinach.

Losy Cecylji łączą się z Polską i Anglją jeszcze przez osobę jednego z jej dworzan, Anglika imieniem George North, który towarzyszył jej do Londynu, przedtem zaś był przez czas jakiś w służbie Jana Tęczyńskiego (w okresie konkurów). O tym dworzaninie, który był także pisarzem i wydał kilka dziełek kompilacyjnych treści geograficznej i historycznej (jedno o Szwecji), wypadnie jeszcze wspomnieć w dalszym ciągu.

W r. 1581 wybierał się do Anglji młody Piotr Gorajski, dobrze do takiej podróży przygotowany przez znajomości i przyjaźni zawarte z Anglikami w czasie studjów w Bazylei, zwłaszcza z niejakim Gooche’em (który miał mu do Anglji towarzyszyć) i Stefanem Powle (z którym żywo i inteligentnie korespondował). Pobudki, które go do Anglji ciągnęły, określał, pisząc do Powle’a, w słowach: „amor gentis vestrae vel fatum quoddam meum”. Anglik-przyjaciel dawał mu szczegółowe wskazówki, m. in. radził, aby nie jechał sam, lecz w towarzystwie któregoś z posłów angielskich, wracających do Londynu. Tak będzie bezpieczniej, – ciągnął, – wprawdzie bowiem Anglicy z wyższej sfery odnoszą się do cudzoziemców jak najserdeczniej ale pospólstwo i chłopi żywią ku nim nienawiść zgoła barbarzyńską. (W świetle tej opinji nie tak znów kompromitująco wygląda sąd Bella o Litwinach, oparty na doświadczeniach o szesnaście lat wcześniejszych!). Nieoczekiwane jednak wypadki nie pozwoliły Gorajskiemu urzeczywistnić tego projektu.

Koło r. 1584 odbył podróż do Anglji Mikołaj Ostroróg, młodzieniec wówczas mniej więcej 17-letni, syn głośniejszego Stanisława; towarzyszył mu zaś, jako preceptor, uczony Wielkopolanin Jan Tomasz Moravus (uczeń sławnego pedagoga Johanna Sturma ze Strassburga, pochlebnem ongi świadectwem przez niego zaszczycony).

Żaden jednak z tych gości polskich tak uroczyście podejmowany nie był i takiego poruszenia w Anglji nie wywołał jak Olbracht Łaski, wojewoda sieradzki, bratanek reformatora Jana, a syn dyplomaty Jarosława. Bo też gościa tego różnił od poprzednio wspomnianych i wiek, i prezencja, i rozgłos, i obfitość talentów. Przybywał tym razem nie młodzik, ale człowiek przeszło 50-letni, mimo tych lat przecie, wedle zgodnej relacji współczesnych, odznaczający się wspaniałą urodą męską, której wielka broda, dobrze już siwizną przyprószona, nadawała cechę majestatu. Przybywał człowiek doświadczony kolejami bujnego życia, uzdolniony wybitnie mówca, o imieniu znanem nie tylko w Polsce, ale i w wielu innych krajach, a zwłaszcza na dworach. Inna sprawa z wartością czynów i rysów charakteru, którym swoją sławę zawdzięczał. Syn niepospolitego awanturnika, odziedziczył po nim pomysłowość, energję i animusz rycerski, nadewszystko jednak niesłychaną ambicję. „Zadowolenie tej ambicji ogromnej, – jak powiada jego monografista Wincenty Zakrzewski,  -interes własny i własna korzyść były dla Olbrachta Łaskiego jedynym celem, namiętna żądza czynu, trawiąca gorączka rozgłosu kierowały wyłącznie wszystkiemi jego krokami”. Obce mu było natomiast najzupełniej, jak stwierdza ten sam rozważny historyk, „wszelkie pojęcie złego czy dobrego, wszelkie poczucie tego co się godzi albo nie godzi”. O własnem wyniesieniu się myśląc, organizował imprezy polityczne, a nawet wojenne na Wołoszczyźnie, nie troszcząc się o to że może przez to kraj uwikłać w niepożądane i niebezpieczne konflikty. Był odważny i waleczny, niewątpliwie, i potrafił z brawurą odeprzeć Tatarów, którzy na Ruś napadli (za co uczcił go Kochanowski, w elegji łacińskiej), ale i ten akt dzielności umiał wyzyskać dla siebie (a bez szczególnej troski o interes państwa). Typowy kondotjer, przez lata całe był na żołdzie Habsburgów, aby opuścić ich w krytycznej chwili, po śmierci Zygmunta Augusta, i poprzeć kandydaturę Henryka Walezego, który więcej i prędzej zapłacił. Wrócił znów do nich w czasie drugiego bezkrólewia i wraz z nimi przegrał. Próbował wówczas wejść w jakieś porozumienie z Iwanem Groźnym, aby wreszcie wkońcu, dość późno, ukorzyć się przed Batorym. Podobnie zmieniał i religję. Katolik humanistycznego typu w młodości, przystał później do kalwinów, aby wreszcie efektownie wrócic do katolicyzmu, a co więcej, stać się w nim nietolerantem (zyskując przez to wpływy – i materjalne ich dowody – wśród duchowieństwa). Dwa razy bogato się żenił; drugą żonę, wyłudziwszy od niej zapis majątku, uwięził i za życia jej jeszcze ożenił się po raz trzeci. „Człowiek bez sumienia, – powiada o nim Jakob Caro – ale o palącej żądzy zaszczytów, nieustannie czynny, a przecie nie osiągający trwałego powodzenia; wyniosły rycerz, a przecież bez rycerskiego honoru; raz widziało się go opływającym w złoto, kiedyindziej wałęsającym się jak żebrzący hidalgo; chciwy jak zwierz drapieżny, był zarazem rozrzutny jak błazen”. Wszędzie jednak wywierał urok: „był jednym z tych ludzi, których nigdzie nie można przeoczyć, którzy przykuwają oczy i serca”. Taka mieszanina charakterowa nie była czemś wyjątkowem w okresie odrodzenia. Jak wielu innych głośnych ludzi tego czasu, mógł też Łaski działać na różnych polach. Jego obejście było, naturalnie, nacechowane najdelikatniejszą dwornością i uprzejmością. Prawił mu więc komplementy i Rej (w „Zwierzyńcu” i „Żywocie człowieka poczciwego” ) i Marcin Bielski (dedykując mu „Sprawę rycerską”); poświęcił mu czołobitny epigramat i Kochanowski. Batory, nie zaniedbując ostrożności, przebaczył mu przecie dawne zdrady i obszedł się z nim łaskawie (zyskując zato jego pomoc w sprawie Zborowskich). Nic więc dziwnego, że i w Anglji obudził Łaski ciekawość, a nawet sympatję wśród wielu wybitnych osób. Był wprawdzie już wtedy katolikiem, co na dworze angielskim nie mogło szczególnie zalecać, korzystał jednak ze spadku moralnego po swym stryju reformatorze; wiedziano zresztą dobrze, że był nie byle kim i że po śmierci Zygmunta Augusta mówiło się pzez czas jakiś o jego kandydaturze do korony (stąd nawet w kołach bliskich dworu urosła pogłoska, że pochodził z rodziny, „z której królowie najczęściej dotąd byli obierani”). Przybywał zresztą uprzedzony depeszami z kontynentu, a wiedziano też od Rogersa, agenta angielskiego w Polsce, że ten już o dwa lata wcześniej z nim się w Warszawie porozumiewał!

Wizycie Łaskiego poświęcili sporo uwagi znani kronikarze czasów Elżbiety Raphael Holinshed i William Camden, świadcząc wymownie o wrażeniu jakie wywarł, podnosząc zarówno jego erudycję jak elegancję, nie pominąć niezwykłej brody („barba promississima”). Holinshed wspomniał nawet o jego butach, które niektórym przypominały legendarne już buty Geoffreya Chaucera, zanotował też, że na codzień Łaski chodził w stroju szkarłatnym, a przed królową stawał w sukni z purpurowego aksamitu. Pochlebnie wyrażał się o nim nawet wielki minister Elżbiety sir Francis Walsingham, pisząc (i to w liście urzędowym), że „ma on wiele przymiotów, które czynią go miłym dla wszystkich”. Przybywszy do Londynu, był Łaski honorowo ulokowany (w Winchester House na przedmieściu Southwark) i natychmiast przyjęty na dworze, wyprzedzając nawet posłów szkockich którzy wcześniej przybyli. Królowa zaprosiła go do zamku w Nonsuch. W kilka dni później był podejmowany w Greenwich przez Leicestera. Po paru tygodniach widziano go na przejażdżce w towarzystwie lorda Russella i sir Philipa Sidney, czyli ciągle osobistości należących do najznakomitszych w Anglji. M. in. Łaski wyraził życzenie zobaczenia któregoś ze starych uniwersytetów angielskich, i oto, na rozkaz królowej, Oxford roztoczył przed nim pompę tak wspaniałych uroczystości, że – jak powiada osiemnastowieczny historjograf oxfordzki Wood – nigdy ani przedtem ani potem nie urządzano podobnych dla człowieka jego godności (a dodać trzeba, że i Wood, jak inni w Anglji, uważał Łaskiego za księcia krwi).

Uniwersytet wraz z kolegjami wydał na to przyjęcie ogromną sumę przeszło 377 funtów; trudno jednak dziwić się wysokości wydatku, kiedy się czyta z jakiemi ceremonjami wystąpiono. A więc, przedewszystkiem, Łaski był uroczyście powitany przy wschodniej bramie miasta przez reprezentantów uniwersytetu (w szkarłatnych togach), a także burmistrza, aldermanów i ławników (również w szkarłacie). Po przemówieniu powitalnem, na które Łaski po łacinie odpowiedział, odbył się pochód z muzyką przez miasto, kilkakrotnie przerywany mowami i składaniem podarków. Dwa razy w ciągu tego krótkiego stosunkowo przemarszu ofiarowywano Łaskiemu i jego towarzyszom rękawiczki; po obydwu zaś stronach High street byli ustawieni studenci wszystkich stopni w strojach akademickich. Przed kościołem St. Mary’s wręczono Łaskiemu biblję. Szczególnie zaś liczne i gorące alokucje powitalne wygłoszono przed kolegjum Christ Church, gdzie egzotyczny gość miał zamieszkać. Wieczorem na wielkim kwadratowym dziedzińcu tego kolegjum puszczano „dziwne” fajerwerki. W ciągu trzech dni następnych Łaski zwiedzał różne kolegja, przysłuchiwał się wykładom, kazaniom, ćwiczeniom i dysputom, w przerwach zaś był podejmowany wystawnemi obiadami. Dwa wieczory były wypełnione przedstawieniami teatralnemi, na które się złożyły dwie sztuki łacińskie Williama Gagera (komedja „Rywale” i tragedja „Dydo”). Reżyserem tych widowisk był George Peele, głośny także jako dramaturg, i zastosował w nich niezwykłe efekty techniczne. Jak opowiada Holinshed, słyszało się tam w scenie polowania szczekanie prawdziwych psów, Merkury i Izyda wznosili się wgórę i opuszczali nadół, w scenie zaś wystawiającej burzę padał grad z drobnych cukierków, sztuczny śnieg i deszcz z wody różanej: „wszystko dziwne, cudowne i obfite”.

Na wszystkie przemówienia odpowiadał Łaski, „w różnych językach extempore”. Obfity program zakończyła wycieczka do pobliskiego Woodstocku.

Był jeszcze w projekcie suty bankiet pożegnalny w kolegjum St. John’s, który jednak, zdaje się, już się nie odbył, acz drzwi i ściany sali biesiadnej były zawczasu pokryte tysiącami utworów okolicznościowych. Jednym z tych utworów był zapewne zachowany „Artificiosae memoriae libellus”, napisany i uniżenie Łaskiemu dedykowany przez Thomasa Watsona, dwudziestokilkoletniego wtedy studenta prawa, niepośledniego poetę łacińskiego i angielskiego, który miał później zasłynąć jako sonecista. Dla krótkości czasu, tylko liczni doktorowie i kierownicy kolegjów odprowadzili gościa konno w swoich szkarłatach o kilka mil za miasto. Dodać warto, że przez cały czas pobytu Łaskiego w Oxfordzie trzej służący (jego właśni) nosili przed nim srebrne berło.

Przy wszystkich tych widowiskach był obecny inny cudzoziemiec, na którego znacznie mniej zwracano uwagi. Był to Giordano Bruno. Że jego popularność w Oxfordzie była o wiele mniejsza niż Łaskiego, tłumaczy się nietylko niższością jego kondycji i brakiem protekcji ze dworu (i on, owszem, miał nie byle jaką protekcję, bo sir Philipa Sidneya), ale odmiennością tonu, jakim się w wystąpieniach swoich posługiwał. Niesłychanie pewny siebie i wysoko o sobie mniemający, zalecił się był przecie wicekanclerzowi Oxfordu nieco wcześniej z nieprzeciętnym rozmachem jako „miłośnik Boga, doktor doskonalszej teologji, profesor czystszej i łagodniejszej wiedzy, filozof znany, szanowany i godnie przyjmowany przez naczelne akademje Europy, obcy zaś tylko chamom i barbarzyńcom”. Bombast taki nie był na tle epoki czemś zupełnie niezwykłem: przecież nawet wykwintny Sidney miewał tarcze z napisem: „najsławniejszy i dobrze urodzony szlachcic” i t. d. Wysokiemu jednak mniemaniu Giordana Bruna o sobie towarzyszyło niskie mniemanie o uniwersytetach angielskich. Pisał później, że w kraju tym „panuje konstelacja pedantycznej a jak najbardziej upartej ignorancji i zarozumiałości, zmieszanej z chłopską niegrzecznością, która wyczerpałaby cierpliwość Hioba”; opowiadając zaś o dysputach, w których brał udział w czasie przyjęcia Łaskiego, nie zawahał się nazwać swojego oponenta ordynarną i niewychowaną świnią („con quanta incivilta e discortesia procedea quel porco”). Napisane to było wprawdzie później; można jednak przypuszczać, że Giordano Bruno dał poznać coś ze swoich uczuć już współcześnie. Jakże ogromny był to kontrast z Łaskim, który oczarował cały Oxford „zachowaniem (jak to Wood wyraził) wysoce ujmującem i chwalebnem, statecznością osoby, słodyczą wymowy, łatwością usposobienia i doskonałością dowcipu”.

Poziom nauki w Oxfordzie był rzeczywiście wtedy niewysoki; i trudno się dziwić, że Giordano Bruno nie zachwycił się dysputami akademickiemi na takie tematy, jak „czy mężczyźni żyją dłużej od kobiet” albo „czy możliwe jest wróżenie z gwiazd” (nad temi dwoma właśnie dyskutowano). Tem dziwniejsza rzecz, że nawet on mówi o Łaskim (w jednym z dialogów zbioru „La cena de le Ceneri”, z którego pochodzą przytoczone cytaty) z respektem, a jego przyjęcie w Oxfordzie nazywa wielką okazją („questa grava ocasione”).

Jaki cel miała cała ta angielska wyprawa Łaskiego? Ci i owi z historyków dopatrywali się w niej jakiejś misji politycznej, w szczególności w związku z niedawno ukończoną wojną moskiewską. Ale Łaski był wtedy dla Batorego osobistością jeszcze za mało pewną; dla omówienia zresztą bieżących spraw politycznych i handlowych był o wiele już wcześniej wysłany oficjalny poseł w osobie Stanisława Ossowińskiego. Przytem zaś w aktach kancelaryjnych owa domniemana misja nie zostawiła żadnego śladu; przeciwnie, jeszcze w lipcu, t. zn. po dwóch przeszło miesiącach pobytu Łaskiego w Anglji, Walsingham wyraził w piśmie do Herberta (ówczesnego agenta angielskiego w Polsce) zdziwienie, że jego przyjazd istotnie jakby innego celu nie miał „nad zobaczenie Najjaśniejszej Pani i kraju angielskiego”. Być może, iż Łaski chciał sobie pozyskać dwór angielski z myślą o jakichś dalszych planach politycznych, pary o nich jednak widocznie nie puścił (acz blisko pięć miesięcy w Anglji zabawił: od dn. 30 kwietnia do dn. 22 września 1583 r.).

Był to jeden z najdziwniejszych gości polskich, jakich podejmowano w Anglji.

Wacław Borowy.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close