BOY-ŻELEŃSKI

Gwiazdka lekarza japońskiego dla katolickich żon*)

Domorosły katolicyzm polski ma tę właściwość, że jest – dosłownie, nie w przenośni – bardziej katolicki od papieża. Kiedy, w czasie wojny, papież, uwzględniając trudności sytuacji gospodarczej wszystkich krajów, skasował pewną ilość świąt, kucharka moja, gorliwa katoliczka, oświadczyła, że „święta ustanowił Pan Bóg, a papież nie ma w tem nic do gadania”. Kucharka ta mogłaby być patronką naszej klerykalnej literatury. Można się było przekonać o tem w czasie dyskusji o poradniach świadomego macierzyństwa. Z jaką pewnością siebie różne gryzipiórki rozstrzygały bez apelacji, że kościół na żadne regulacje urodzeń, stanowiące masoński wymysł i grzech śmiertelny nigdy się nie zgodzi i że zna tylko jedną drogę do ograniczenia potomstwa -bezwzględną wstrzemięźliwość. To było hasło naszych klerykałów, naszych felietonowych ojców kościoła i KAP’ów do wczoraj, do dziś.

Tymczasem kwestja nie była tak prosta. Każdego, kto uważnie czytał encyklikę papieską z r. 1930 („Casti Connubii”), musiał uderzyć ustęp, domagający się wręcz ściślejszej interpretacji. Interpretowano go też rozmaicie. Podczas gdy amerykański sędzia Lindsey, krytykując encyklikę w swojej ostatniej książce („Życie niebezpieczne”) rozumie ten jej ustęp w sensie absolutnej wstrzemięźliwości płciowej, jako jedynej uznanej przez papieża formy regulacji urodzeń, warszawski lekarz, docent Lorentowicz, w broszurze „O sposobach zapobiegania ciąży” wykłada myśl papieża zupełnie odmiennie, uważając, że w sprawie zapobiegania ciąży papież przechyla się ku liberalizmowi, i cytując, na poparcie swej opinji, autentyczny tekst encykliki: „Wolno natomiast i winno się mieć na względzie to wszystko co przemawia za indykacją społeczną i eugeniczną, byleby się to osiągało środkami dozwolonemi, uczciwemi i w słusznych granicach”.

Pożądane byłoby, coprawda, w rzeczy dla świata katolickiego tak doniosłej, ściślejsze określenie, które środki są „dozwolone, uczciwe i mieszczące się w słusznych granicach”? Otóż, w tym właśnie punkcie encyklika była zdana na sporne interpretacje. Przez wzgląd na „społeczną i eugeniczną” wagę zagadnienia dla ogromnej części ludności, trudno przypuszczać, aby zamierzeniem encykliki było załatwić te trudne sprawy ewentualnem zaleceniem powszechnej wstrzemięźliwości płciowej w małżeństwie. A jednak, nietylko Lindsey, ale i wielu innych mniej lub więcej powołanych komentatorów w ten właśnie sposób encyklikę „Casti Connubii” interpretowało.

Objaśnieniem encykliki miał być świeży list papieża Piusa XI do lekarzy katolickich, datowany z dn. 22 października b. r. Charakterystyczne jest, że cała nasza prasa katolicka zbojkotowała ten list papieża: widocznie nie znalazł łaski w oczach naszej cenzurki obyczajowej. Podaje tu ten list w streszczeniu PAT’a:

„W liście wystosowanym do zjazdu lekarzy katolickich Pius XI stwierdza, że w czasach dzisiejszych zawód lekarski wymaga zrozumienia zasadniczych podstaw moralnych, tak ściśle związanych z udzielaniem pomocy cierpiącej ludzkości. W dalszym ciągu, Pius XI pochwala zamiary przestudiowania problematu demograficznego, wychodząc z założeń encykliki „Casti Connubii”, w zrozumieniu, iż od realizacji zawartych w niej postulatów zależy dobrobyt rodzin i narodów. Wreszcie, papież podkreśla, że poważne studja problematów tak niesłychanie ważkich wykazują zawsze, jak wspaniała i istotna harmonja panuje między doktryną katolicką a prawdziwemi zdobyczami nauki”.

Mimo tego najbardziej autorytatywnego komentarza, trudno powiedzieć, aby sprawa była dostatecznie jasna, a w szczególności punkt, dokoła którego cała rzecz się kręci: mianowicie, mówiąc poprostu, czy ze stanowiska katolickiego, zapobieganie ciąży jest zabronione czy dozwolone, i w jakiej mierze.

To też prawdziwą rewelacją będzie dla całego świata katolickiego broszura, która ukazała się przed kilku dniami. Nie przez swoją wartość; broszura, której autorem jest dr. Aleksander Zajdlicz 1), utrzymana jest na dosyć niewybrednym poziomie; poglądom zaś, które głosi, też ani nowym ani oryginalnym, wagę nadają przedewszystkiem pieczątki autoryzacyjne, któremi się legitymuje. Świadectwa te pozwalają mniemać, że znajdziemy w tej rozprawie autentyczne opinje kościoła, bo czytamy tam na wstępie:

NIHIL OBSTAT
Poznań, dnia 23 września 1932
X. Dr. Baranowski
cenzor

IMPRIMATUR
Poznań, dnia 27 września 1932
Bp. Dymek
wikarjusz generalny
X. Jedwabski
kanclerz Kurji Arcybiskupiej
L. D. 1172/32

A oto wywody, które częściowo streszczam, częściowo zaś cytuję dosłownie, zachowując podkreślenia autora:

„Kwestja, – powiada we wstępie, – o którą tu chodzi, należy do najbardziej drażliwych i brzemiennych w skutki, tak daleko idące, że bez cienia przesady powiedzieć można: chodzi tu o los duszy i ciała milionowych rzesz, chodzi o przyszłość całego narodu„.

Po głębokiej rozwadze i zasięgnięciu zdania „osób najbardziej światłych i miarodajnych”, autor uznał że przemilczenie byłoby moralnie karygodnem zaniedbaniem. Chrystus kazał nie chować światła pod korcem.

Chodzi o regulację ilości potomstwa.

Dotąd, zajmowały się tem jedynie sfery wolnomyślicielskie; dla wierzącego katolika, twarde „non possumus” Rzymu było zamknięciem dyskusji. Obecnie „niespodziewanie, otworzyły się widoki rozwiązania najtrudniejszego zagadnienia moralno-społecznego, zgodnie z nakazem etyki katolickiej i praw przyrody„.

Nim przejdzie do podania tego rozwiązania, autor zastanawia się nad istotą i celami małżeństwa. Utrzymanie gatunku, rodzenie dzieci, nie jest wyłącznym celem tej instytucji. Są i inne cele: wspólna pomoc i pociecha, a także to co teologja nazywa „seditio concupiscentiae„, zaspokojenie pożądania, uzyskanie tą drogą spokoju zmysłów. Wynikiem tego zaspokojenia zmysłów jest najczęściej poczęcie dziecka. Dotąd sądzono, że tak być musi.

W prymitywnem bytowaniu ludzkiem, – wywodzi dalej autor, – opłakane warunki higjeniczne same regulują „rozrzutność przyrody”, i, przez ogromną śmiertelność dzieci, nie dopuszczają do zbytniego przeludnienia. W warunkach cywilizowanych, wyłania się problem nadmiaru ludności, który dał początek teorjom maltuzjańskim i neomaltuzjańskim. Kościół potępia neomaltuzjanizm, czyli ograniczanie potomstwa zapomocą sztucznych środków zapobiegawczych.

Potępienie to – pisze i podkreśla autor broszury – nie odnosiło się jednak do samej zasady redukcji ilości potomstwa. Nakaz Boży „mnóżcie się” nie znaczy, że mamy się mnożyć bez względu na warunki. Kto nie może wyżywić potomstwa, kto jest obciążony dziedzicznie i mógłby zrodzić potomstwo fizycznie i duchowo chore – ten nie pracuje dla Królestwa Bożego ani dla dobra Ojczyzny, zaludniając świat kandydatami do więzienia lub szpitala albo domu obłąkanych. Nie ilość potomstwa decyduje o przyszłości narodu, ale jego jakość. Szczególnie Polska zdobyła sobie smutną sławę jako „eksporterka krwi ludzkiej” – czyli pozbawionego wszelkiej kultury proletariatu roboczego…

(Pokreślam: to nie jest – mimo identycznego niemal brzmienia – wyjątek z programu wyklinanej z ambon „poradni świadomego macierzyństwa”; to pisze broszura wydana w Poznaniu z aprobatą Kurji Arcybiskupiej; skład główny: Księgarnia św. Wojciecha).

Nadużywano – mówi dalej autor -budującej zasady: „Skoro Bóg dał potomstwo, da też i na jego wyżywienie”. Taka wiara jest, jego zdaniem, „w najlepszym razie karygodną lekkomyślnością, brakiem poczucia odpowiedzialności, albo – mówiąc językiem teologicznym – dufnością„.

Co do zachowania czystości w małżeństwie ta jest cnotą tylko dla wybranych. Wymaga obustronnej zgody; jedna strona, odmawiając drugiej należnego jej prawa, wyrządza jej krzywdę, którą uważa się nawet za grzech, za pewnego rodzaju zerwanie umowy; co więcej, naraża na grzech drugą stronę prowadzi do niebezpieczeństwa zboczeń, do zdrady małżeńskiej. Wstrzemięźliwość taka, stosowana bez wspólnej zgody, osłabia węzły wzajemnej miłości.

„Cóż uczynić jednak, gdy rozum i sumienie zgodnie oświadczają, że w tej chwili sprowadzenie na świat potomstwa byłoby lekkomyślnością, a nawet zbrodnią wobec żony, która w danym okresie nie jest fizycznie ani duchowo zdolna do macierzyństwa, lub wobec warunków ekonomicznych, których lekceważenie byłoby dufaniem w miłosierdzie Boże? Czyż wolno apelować do opieki Opatrzności dlatego – by móc zaspokoić własną żądzę? Czy taka bezwzględność męża nie musi w żonie zabić wszelkich uczuć, wywołać odrazę fizjologiczną i wkońcu zamienić pożycie w największą niedolę? Czy aż nazbyt często to co ma być nagrodą nie staje się w tych warunkach poprostu piekłem? Trzeba prawdzie w oczy spojrzeć. Spowiednicy nasi dużo na ten temat mogliby powiedzieć” – konkluduje autor.

Zatem, w konkluzji, zapobiegać ciąży nietylko wolno, ale należy, o ile jest ona ze względów ekonomicznych, eugenicznych czy innych ważnych względów niepożądana. Ale jak, jakiemi sposobami, skoro środki dotychczasowej nauki są wzbronione? Autor daje na to odpowiedź.

Jakby dar niebios – pisze – „zjawiło się rozwiązanie odwiecznego problematu. Zawdzięczamy je genjuszowi syna obcej nam rasy, Japończyka dr. Ogino z (niezależnym) współudziałem austrjackiego lekarza dr. Knausa. Na tle tych odkryć medycyny zrozumiemy dopiero w pełni to, co nie każdy nawet katolik rozumiał, jak świętą rację miał kościół w swym rzekomym uporze… A zarazem otworzą się nam inne zupełnie perspektywy, które dotąd pozostawały niedostępne dla tych, którzy chcieli być konsekwentni i karni. Chodzi tu o ni mniej ni więcej, tylko o rozwiązanie zagadnienia regulacji ilości potomstwa i warunków, w których wyrastać będzie nowe pokolenie synów kościoła i ojczyzny”.

Odkrycie to (znane od kilku lat światu lekarskiemu) polega na hipotezie, że owulacja następuje u kobiety mniej więcej w połowie międzymiesięcznego okresu i że jajko „tylko przez parę godzin (6-8) zachowuje zdolność przyjęcia plemnika„. Gdyby się tedy dało ściśle określić porę owulacji, możnaby równie ściśle oznaczyć długi ciąg dni w miesiącu, w których czasie obcowanie płciowe nie grozi zapłodnieniem. Zachować wstrzemięźliwość okresową, dostępną każdemu, ograniczyć stosunki płciowe do owego „bezpiecznego” okresu, – i oto sprawa regulacji urodzeń, zapobiegania ciąży załatwiona. Jeden z badaczy, Smuldera, uznaje, że tylko 8 dni miesiącu jest płodnych: chodzi o to, aby je ominąć. Do tego celu służą dość już rozpowszechnione w Niemczech tabelki i kalendarzyki dla kobiet.

Tego środka zapobiegawczego – dowiadujemy się – kościół katolicki dozwala, nie jako normalną praktykę, gdyż to byłoby zaprzeczeniem głównego celu małżeństwa, ale jako koncesję, tam gdzie wspomniane warunki czynią ciążę niepożądaną.   

Broszurka zawiera również tabelkę graficzną, pozwalającą kobietom obliczyć czas jakoby bezpieczny od zapłodnienia.

Tyle mówi broszura dr. Zajdlicza. Nie jest tu mojem zadaniem dyskutować tezę dr. Ogino i dr. Knausa. Uczynią to (i czynią już) specjaliści całego świata na łamach fachowych pism. Jeżeli obliczenia japońskiego i austriackiego lekarza są trafne, w takim razie możnaby się spodziewać po nich skutecznego sposobu regulowania urodzeń. Nie wszyscy jednak lekarze podzielają optymizm dr. Zajdlicza; zdania w tej mierze są bardzo podzielone, a sama mnogość tabelek, kalendarzyków i sposobów obliczania „bezpiecznego okresu” świadczy, że rzecz nie jest jeszcze ostatecznie ustalona. W każdym razie, dokładne poznanie okoliczności zapłodnienia jest w drodze.

Ale tutaj chodzi mi o co innego. Chodzi mi o stwierdzenie samej zasady, o stwierdzenie faktu, że obecnie – takby wynikało z broszury – nastaje zgodność między nauką kościoła a poglądami wyklinanych dotychczas lekarzy „masonów” co do spraw populacyjnych, eugenicznych i co do samej zasady regulacji urodzeń. Posłuchamy końcowego hymnu broszury dr. Zajdlicza: imię dr. Ogino – pisze -twórcy skutecznej metody chronienia się przed ciążą, „ludzkość będzie wymawiała po długie wieki z czcią i wdzięcznością”. – A dalej formalny program „świadomego macierzyństwa”: „W takich warunkach poczęte potomstwo nie będzie napełniało szpitali i więzień. Oto jest droga do stworzenia rasy wysokiego duchowego i fizycznego gatunku, rasy do której należeć będzie przyszłość… Mniejszą rozrzutność przyrody zastąpi większa higjena duchowa i fizyczna, zmniejszenie liczby urodzin wyrówna mniejsza śmiertelność”…

Czytam to, patrzę na pieczątkę Kurji Arcybiskupiej i ledwo oczom wierzę: toż jeszcze miesiąc temu za wygłaszanie takich rzeczy szło się na indeks! A niech kto porówna te poglądy z broszurą księdza dr. Szymańskiego, wydaną w r. 1930 w Lublinie! Czarne słało się białem.

Czytajmy dalej ten hymn na cześć japońsko-katolickiej regulacji urodzeń:

„A wtedy przyjdzie czas, gdy Polska potrafi spełnić swoje wielkie zadania, których nie rozwiąże, dopóki jedynie ślepy instynkt decydować będzie o rzeczy najdonioślejszej, jaką jest nietylko zachowanie ale i udoskonalenie gatunku, bez którego podołać nie zdołamy coraz trudniejszym warunkom bytu ani zwyciężyć w coraz ostrzejszej walce narodów. A nadewszystko nie zrealizujemy Królestwa Bożego na ziemi”.

Tak kończy dr. Zajdlicz, „po zasięgnięciu zdania światłych i miarodajnych osób”.

Nie potrzebuję wskazywać, jak dalece sensacyjna jest ta broszura, właśnie przez wzgląd na te „miarodajne osoby” i przez zupełną zmianę frontu kościelnych sfer, jaką wróży w danej sprawie.

Zatem zapanowała zgoda co do samej zasady: ograniczenia urodzeń.

Ograniczenie to, dotąd przez kościół ścigane klątwami, staje się oto niemal nakazem kościoła. „Świadome macierzyństwo”, dotąd piętnowane jako zakała, doczekało się swej apoteozy na kartach tej aprobowanej broszury.

Różnica jest jedynie w technice. Tu kalendarzyk, tam pessarja i środki chemiczne. O to nie będzie sporu. O ile tylko kalendarzyk Ogino – Knaus wytrzyma próbę doświadczenia, medycyna praktyczna z radością przyswoi sobie jego korzyści. Niebawem – to ostateczny wniosek nastręczający się z broszury dr. Zajdlicza – Polska powinnaby się pokryć katolickiemi poradniami dla kobiet, któreby uświadamiały potrzebującą ludność i dostarczały jej kalendarzyków.

Ale, w razie gdyby pewność tych obliczeń, czasu „bezpieczeństwa” okazała się zawodna, czy wówczas, oświetliwszy tak jaskrawo zgubność bezmiernej i dzikiej populacji a błogosławieństwo ograniczenia urodzeń, kościół zdoła utrzymać swoje bezwzględnie potępiające stanowisko wobec dotychczasowych środków medycyny w tej mierze? Czy granica pociągnięta między różnemi metodami nie będzie nieco sztuczna? Więc wolno -a nawet nieraz należy – kobiecie strzec się najpilniej ciąży przy pomocy kalendarzyka; ale gdyby ta kobieta, nie ufając dostatecznie japońskiemu doktorowi lub, co gorsza, zawiódłszy się na nim, a przekonana wymową dr. Zajdlicza o szkodach niepożądanej płodności, zechciała uzupełnić gwarancje kalendarzyka dodatkowem użyciem np. wody z octem, wówczas popada w stan grzechu śmiertelnego? Czy takie rozróżnienie nie wyda się zbyt talmudyczną subtelnością? Skoro raz postawiło się zasadę „świadomego macierzyństwa” w tak przekonywających i przez tak wysokie powagi duchowne uprawnionych słowach, bardzo trudno będzie potem utrzymać zasadnicze granice między metodami, stworzyć dwie medycyny, katolicką i „masońską”. Te rozróżnienia, siłą rzeczy, muszą się stać martwą literą; to też broszurę Zajdlicza mamy prawo uznać za symptom wycofywania się kościoła z dotychczasowego nieprzejednania. A skoro raz rzecz weszła na te tory, już się nie zatrzyma.

Teraz czeka nas ucieszne widowisko. Nasze katolickie pisma i pisemka, prowadząc zaciekłą kampanję przeciw „świadomemu macierzyństwu”, ścigały nie te czy inne metody zapobiegawcze, ale samą zasadę ograniczenia potomstwa, sławiąc świętość i obowiązek nieograniczonego rozradzania się – w każdym wypadku i we wszelkich okolicznościach. Obecnie, czytając hymn na cześć regulacji urodzeń, wyśpiewany w broszurze opatrzonej tak wysoką aprobatą, pisma te będą miały niewątpliwie chwilę zakłopotania, zanim, przy pomocy mniej lub więcej pomysłowej dialektyki, zaczną trąbić do odwrotu.

Jak się robi takie szprynce, daje przykład sam autor broszury, dr. Zajdlicz, który – możnaby rzec – czerpiąc garściami argumenty z moich artykułów i powtarzając przeciwko dzikiej populacji wszystko to co ja staram się krzyczeć od kilku lat, równocześnie nazywa mnie, za tę właśnie akcję, „osławionym d-rem Boyem-Żeleńskim”. Oddawna przywykłem uśmiechać się z takiej logiki i z takich epitetów. Pełną satysfakcję daje mi przeświadczenie, że, bez tej mojej akcji, nigdy nasz kler nie zdecydowałby się na zasadniczą zmianę stosunku do jednej z najbardziej palących w Polsce kwestyj. Mnie wystarcza satysfakcja spełnionego zadania; niech drugiej stronie służy satysfakcja rzucanych na mnie obelg.

I miejmy nadzieję, że w istocie zapanuje w tej sprawie „harmonja między doktryną katolicką a prawdziwemi zdobyczami nauki”, tak jak zapanowała harmonja między nauką kościoła a nauką Kopernika, z której szczęśliwie zdjęto klątwę – w początkach XIX wieku.

—————————
*) Artykuł niniejszy powinien był się pojawić w „Życiu Świadomem”, dla którego był przeznaczony. Aktualność kwestji, której nowy i niespodziewany obrót stanie się wydarzeniem dla całej katolickiej Polski, skłoniła redakcję do umieszczenia go na łamach właściwych „Wiadomości Literackich”.
1) Dr. Aleksander Zajdlicz (ze współudziałem dr. med. Fr. W.) Odkrycie dr. Ogino. Rozwiązanie zagadnienia regulacji urodzin (sic!) ze stanowiska katolickiego. Poznań, 1932; str. 30 i 2nl.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close