Historje około Włocławka

(Z cyklu: Pisarze polscy o Polsce)

Kobieta, która mnie wykarmiła swojem mlekiem, pochodziła właśnie spod Włocławka, w rodzinie naszej ustaliło się dla niej przezwisko „piękna Kosta”, bo na imię jej było Konstancja. Jakie nosiła nazwisko, do dziś nie wiem, chociaż ją potem spotkałam. Była to chłopka ze wsi Wieniec, nazwa tej wsi dodawała jej jeszcze w moich oczach romantycznego uroku: piękna, i do tego z Wieńca, cóż za zbieg okoliczności!

Włocławek - bulwary nad Wisłą; lata trzydzieste XX wieku

Włocławek – bulwary nad Wisłą; lata trzydzieste XX wieku (źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Jeżeli dzisiaj myślę, dlaczego tyle spraw łączyło mnie zawsze z Włocławkiem, dlaczego krewni tam tylko obierali sobie miejsce pobytu albo stamtąd się przyżeniali, dlaczego w tak różnych okolicznościach do tego właśnie miasta zawsze powracałam, znajduję częściowe tylko wytłumaczenie. Naturalnie, ten miał takie powody, tamten inne, i te powody dostatecznie jego postanowienia tłumaczą – ale ta reszta, ta niepokojąca reszta? I kiedy staram się ten cały długi korowód wydarzeń myślą powiązać, popadam we władzę ciemnych, nieznanych sił i gotowa jestem przypuszczać, że coś takiego było w tem chłopskiem mleku, którem obficie i bez żalu karmiła mnie Kosta. Jakiś eliksir miłosny, czy co?

Więc najpierw taka historja: jest późny wieczór, prawie noc, godzina zapewne koło jedenastej, deszcz pada, kołyszące się latarnie rzucają niepewne światło przez ogrodzenie, gdzie są kamienie, ułożone rządkiem, żeby wygodniej było przechodzić, żeby nogi nie grzęzły w tej urodzajnej, tłustej, kujawskiej ziemi. Stłoczeni pod parasolami, stoimy wszyscy na tych kamieniach, z których obślizgują się nogi, matka trzyma mnie mocno za rękę. Po koncercie, który się właśnie odbył w sali jakiejś szkoły, wielbiciele miasteczkowi żegnają mojego ojca. Dobre panie z prowincji o egzaltowanych oczach pod siwemi włosami, uczesanemi „w czuprynkę”, potrząsają mocno jego ręką, którą już teraz, po dokonanym trudzie, można ściskać. Wreszcie wszyscy przeszli, dość kropel nakapało za kołnierz, można iść spać do domu ciotki, która ma w jednej z bocznych od rynku ulic pensję żeńską „z prawami”. Rano, jak tylko się rozwidni, będzie można połknąć prędko bułkę z gorącem mlekiem i pobiec, o ile ktoś starszy odprowadzi, nad Wisłę, oglądać most łyżwowy.

Łyżwowy most, cóż za pastwa dla wyobraźni! Czy ten most się ślizga, czy przesuwa się w polotnym pędzie z miejsca na miejsce? Czy latem Wisła jest ścięta lodem, żeby on mógł wziąć większy rozpęd, kiedy się gdzieś daleko wybiera? Czy rzeka pod nim jest biała jak cukier, między zielonemi brzegami?

I zaraz go zobaczyłam. Nie, to nie był ten sam most. To były tylko drewniane belki z poręczą, oparte nisko nad wodą o szerokie łodzie. Ktoś go widocznie w nocy zamienił.

A potem tak: słońce zachodzi. To już nie jest Włocławek, to Brzezie, jeden z majątków barona Kronenberga, i rok inny parę lat minęło od tamtej nocy i poranka. Gorące lato, pachnie maciejka, na podwórzu małego dworku bawimy się z synem Kosty, który jest przecież w moim wieiku. Mały chłopak, szeroko oparty na dwóch chudych, opalonych nogach, prowokuje mnie głośno, stojąc nad rowem:

– No, Wanda, przehycnę, nie przehycnę?

Naturalnie, skakał świetnie, chociaż rów był szeroki, z trudem próbuję go naśladować, a on już znowu kołysze się po przeciwnej stronie, zanim jeszcze mogłam wziąć rozmach:

– Przehycnę, nie przehycnę?

Mój dziś już nieżyjący cioteczny dziadek był wtedy starym, siwym człowiekiem, o spalonej na cegłę twarzy. Jak wielu sybiraków, otrzymał i on posadę u barona po powrocie z zesłania. Babka umarła w tych krajach śniegu i lodu w rok po ślubie, albo niewiele później, wiernie mu towarzysząc; zaledwie, dowiedziawszy się o mojem urodzeniu, zdążyła matce przysłać różową szydełkową kołderkę, którą ścibała pracowicie na etapach. Wtedy, kiedy byliśmy w lecie u dziadka, tyła tam już nowa żona, młoda i wesoła, którą zaledwie można było nazywać ciocią.

Potem, rano, wstawałam wcześnie i szłam do maleńkiego ogródka pod oknami, była tam nasiana lewkonja. O tak wczesnej godzinie porannej nie chciała jeszcze pachnieć, przygotowywała się dopiero do zapachu, otrząsając się i prężąc w rosie. Słońce stało tak nisko, że mała lewkonja rzucała długie cienie, klękałam przy niej i nachylałam się, żeby chciała wysłać dla mnie specjalnie trochę woni. I rzeczywiście, kiedy tak czekałam klęcząc, omdlały pod wilgocią rosy zapach uderzał nagle falą o moje nozdrza, i zaraz znów wszystko było tylko chłodne, tylko sprężyste i świeże. Uspokojona, wstawałam z klęczek, obcierałam zbłocone kolana, wzrok za rabatą lewkonji krążył powoli ze śmigami wiatraka, który widać było dokładnie na pagórzystym horyzoncie. A oto za sztachetami stała Kosta, która przyniosła mi parę jabłek, i wydawała mi się jak ziemia, taką miała twarz spokojną i ciemną, a w niej oczy niebieskie, podłużne, głęboko szafirowe jak lobelje. (Taka Gea chłopska, niezbyt juz młoda, z włosami rozczesanemi na skronie i zaplecionemi w ukręcone na karku, jak chała, warkocze, które widać spod chustki, noszonej po kujawsku, sczoła, i związanej wysoko).

Potem już byłam dorastającą pannicą i mieszkałam u wuja, ale innego, w fabryce cykorji, bo panna, z którą się ożenił pochodziła właśnie z Włocławka. Dom był duży, w ogrodzie fontanna i oswojona sarna, a nad samą Wisłą, wyniesiona na palach, altana. I znowu, tak jak pamiętałam zawsze sam ogród w słońcu, kiedy małe, monne akacje rzucały na trawę okrągłe, zabawne cienie, tak znowu tę altanę i tę Wisłę tutaj pamiętam zawsze w jakiś dzień ponury, kiedy duże fale wiślane i dmący, nisko przelatujący wicher koił skomplikowane, osiemnastoletnie weltszmerce. Tu, z tej altany, oglądało się Wisłę, podchodzącą do brzegu wodę, jak biła szaremi, spienionemi falami o nadbrzeżne piaski. Tu można było spod nasępionej brwi śledzić bacznie strukturę wiślanej fali, jak, krótka i zdradna, podnosiła się od środka rzeki i szła ku brzegom, omijając spiralnie małe wiry, śledzić jej przezroczystość, jakby z agatu, jej czubate, nastroszone piany, które wiatr odwiewał i strącał.

Czasami spoza zakrętu wyjeżdżał piaskarz na wozie w deski, zaprzężonym w chudego konia, złaził z wozu i łopatą nabierał wiślany piach. Czasami na środku rzeki znowu wyjeżdżało zanurzone po burtę czółno piaskarzy, w którem ludzie koloru cegły, przeważając i tak już pochyloną łódź ciężarem ciała, wyprężali się rytmicznie wtył, ładując swoje mokre, Wisłą ociekające brzemię. Kiedy skończyli, odpychali się pracowicie od dna długiemi żerdziami, sunąc ku ujściu małej rzeczki, która wpadała do Wisły koło biskupiego pałacu i zapewniała im bezpieczną przystań pod nawisłemi wierzbami parku.

Żeby się pocieszyć, można było iść, a raczej być zabraną do hotelu Wiktorja na raki, ale nato, żeby tam dojść albo dojechać, trzeba było przebrnąć przez całe miasto. Od mostu, który jeszcze ciągle był łyżwowy ale do którego można się było ostatecznie przyzwyczaić, trzeba było iść źle brukowaną ulicą, potykać się na wielkich, okrągłych kamieniach, patrzeć na małe domki z drewnianemi przygórkami i facjatkami, w których nieodmiennie kwitły pelargonje. Dopiero potem wychodziło się na plac przed katedrą, gdzie z lewej strony było seminarjum dla księży a z prawej niski domek doktora. Katedra była olbrzymia, dwuwieżowa – czyż to nie stąd Kopernik obserwował niebo? W jej strzelistych oknach, w ołowiane ramki, między nowe malowane szkła, wprawione były bezcenne klejnoty połamanych i niekompletnych witraży z w. XIII, przedstawiających ucieczkę z Egiptu i życie Świętej Rodziny w soczystych, jak wino, kolorach, w ciekłych szafirach i złocie. Siedząc w ławce, można było podnieść do nich oczy i pomyśleć.

Potem maleńka uliczka Cyganka, przy tej Cygance mieszkania, gdzie słońce wygodnie odpoczywało, nic nie tracąc ze swoich kolorów, na żółtych, jak miód, jesionach starych mebli. Wreszcie, na prawo, główna arterja tego organizmu, ulica nazwana Szeroką, rzeczywiście szeroka, z domkami maleńkiemi po obydwóch stronach, pstrokatemi od szyldów i napisów, od łbów wypchanych zwierząt, będących oznaką kuśnierzy, od piramid z lukru w cukierni. Bo oto tuż właśnie, po prawej ręce, i cukiernia, gdzie schodzi się „beau monde” miejscowy, młodzieńcy z wypomadowanemi głowami, którzy w drugim pokoju grywają w bilard, panienki, które za parę lat będą posyłały swoje fotografje na konkursy piękności, kupcy, którzy mówią o interesach. Potem z rwetesem toczy się po bruku kareta z dziedziczką z tamtej strony Wisły, wstępującą na lody po zrobieniu niezbędnych sprawunków. Kareta krąży po mieście, przystaje przed sklepami, zajeżdża do składu produktów (dokąd dwory dostarczają owoców i konfitur, a czasem wielkiego świeżo złowionego łososia) i jest obficie komentowana przez zaciekawionych przechodniów. Każdy wie, kto jedzie i skąd jedzie, gotów każdej chwili opisać maść koni, wchodzić w szczegóły obicia poduszek, wymienić ukłon czy uśmiech.

Ach, te zajazdy, hotele, cukiernie małego miasta na prowincji, których urządzenie, fasada, uśmiechy nie stoją nigdy w żadnej proporcji do przejadanych tam i przepijanych fortun! Taka „Wiktorja”: niski, rozłożysty dom, liczący sobie chyba ze sto lat, olbrzymie kwadratowe podwórze, pełne pojazdów i przekrzykujących się stangretów, pokoje, zastawione zbiorowiskiem mebli, z których jedne pamiętają może czasy Napoleona, a inne są nowoczesną, współczesną tandetą. Miejscowe tuzy chciały kiedyś wykupić plac i pobudować drapacz, ale któżby docenił kiedy taki hotel, gdzie jednego wieczora obrót był na kilka tysięcy! Nie dało się. Tutaj przecież zjeżdżali się najbogatsi fabrykanci, królowie żelaza i stali, pożenieni z prześlicznemi aktorkami, które przez kilka ostatnich lat były uśmiechem stolicy, tutaj piły szampana okoliczne kacyki, którzy mogli się chwalić stu włókami najdorodniejszej pszenicy, tu przyjeżdżały ich kobiety, drobne, umyślnie zaniedbane, w niemodnem palcie, w niebieskim lisie, odziedziczonym po szykownej babuni, z olbrzymim brylantem na palcu, którego paznokieć nigdy nie widział lakieru.

Zaraz zegnie się wpół wąsaty kelner, wyjdzie w noc, nabijaną gwiazdami, jak krakowskie szory, i zawoła, aż się echo rozlegnie: „Jaśnie pan kazał postawić konie w cieniu!”, co oczywiście znaczy, że będą tu pili do rana.

Historje około Włocławka! Mogłabym ich opowiedzieć tyle! O ślicznej córce kupca, która pojechała do Szwecji a po powrocie tańczyła tak pięknie narodowy taniec szwedzki i mówiła niezrozumiałe szwedzkie przysłowia. O pięknym księdzu, który przyrządzał tak świetnie nalewki, tak dobrze był widziany w Rzymie i takiego miłego miał synka z jedną z miejscowych dam. O fotografie, w którym kochały się panie i który nosił długie włosy. O prześlicznej Żydówce, która miała czarne anglezy z dwuch stron bladych policzków i tak ładnie mówiła, jak Rachel u Wyspiańskiego. Historje około Włocławka! Bo były tam przecież i historje wojenne.

Dobroczynny Włocławek ponaotwierał i pourządzał kuchnie żołnierskie, świetlice, lazarety, punkty opatrunkowe. Wszystkie te instytucje zatrudniały wielkie ilości dobrych pań, które spędzały tam dnie i wieczory. Bez przerwy dzwonił w fabryce telefon, wzywając panią dyrektorową, panią inspektorową i inne panie i podniecając je do coraz nowych wyczynów. Starsi panowie znowu, którzy o godzinie dwunastej w południe siadali do nakrytego stołu, żeby najpierw przy zakąsce i węgierskiem winie, a potem przy dalszych daniach sutego obiadu spędzić boży dzień do piątej i szóstej nad wieczorem, irytowali się niepomiernie wieczną nieobecnością przy stole połowic.

– Pobiegałabyś, jak już musisz, Madziu, czy Stasiu, koło klombu, przynajmniejbym cię z oczu nie tracił, a nie tak prosto od pieczeni gnać na koniec miasta.

Ponieważ to nie pomagało, rozwodzili się, lepsze były te żony, które pozwalały spokojnie zjeść obiad.

Inna znów była sprawa cerkwi. Przy końcu ulicy Szerokiej, na placu, skąd już było blisko do dworca, stała przysadzista, wielokopulasta, nie rażąca kolorami, zresztą nieduża i wcale niebrzydka cerkiewka. No, oczywiście, zajmowała plac. Tutaj na lewo, ciągnęły się już przecież do spacerów wybrane, zacienione akacjami aleje Ciemne, prowadzące daleko, koło cmentarza, między lasami, aż do Czarnego jeziora. A już było po wojnie. Zburzyć, nie zburzyć? Długo nad tem obradował zarząd miasta, radzono się malarzy, zabierali głos księża. Jeden z moich znajomych plastyków, wiedziony szlachetnym duchem tolerancji, sprowadził rysunki, demonstrował plany, przekonywał, że ta cerkiew ma styl wcale nie prawosławny, ale wschodni, i że byłoby ślicznie właśnie pozostawić ją na tym placu. Ruch się zrobił w miejscowych dziennikach, których wtedy wychodziło dwa, głos zabrał bardzo obszernie słynny ks. Charszewski, rezydujący na parafji po drugiej stronie Wisły. Byliśmy jeszcze wtedy w najlepszej zgodzie, jeszcze przed całą moją powyborczą aferą, jeszcze nie byłam wtedy wyklęta z ambony. Zresztą i tak nikt wtedy niczego nie dokonał, cerkiew w rezultacie zburzono.

Żeby od tego miejskiego zamętu wypocząć, jeździło się do folwarków na Kujawy o dwadzieścia, trzydzieści kilometrów w głąb kraju – kto był w Brazylji, powiedziałby: „na interior”. Tu były suszarnie cykorji, którą przerabiano i owijano w papierki w fabrykach miejskich. Tu były powykrawane z większych majątków ośrodki, które nabywali fabrykanci, dworki, które stylem zasługiwały całkowicie na nazwę „polskich”, na dwóch słupkach oparte ganeczki, owinięte lotem gołębi i dzikiem winem, tu były gospodynie, wyrabiające niebywałe sery śmietankowe i ubijające na puch tłustą, wiejską śmietanę do pierogów z wiśniami, rządcy, którzy cały dzień, niebaczni na gospodarstwo, spacerowali z dubeltówką i tłukli na jeziorach kaczki, praktykanci, którzy prosto od miejskich biurek szli do kosy i dozorowali nieprawdopodobnych dniówek. Tu byli także chłopi – zbogaceni sąsiedzi, którzy z uporem wyrywali się w miedze i hodowali pszczoły koło swoich domów, gdzie na czerwonej dachówce wypisany był dachówką czarną rok postawienia; i chłopi małorolni, a także służba folwarczna, której nędza urągała najstraszliwszym opisom.

W sąsiedzkich ogrodach stały figury świętych, ciosane w drzewie, prosto z pnia, o szlachetnych, pociągłych rysach i długich brodach, których drewniane kędziory mieszały się z liśćmi fasoli, szukającej na nich oparcia dla swoich wątłych łodyg. Na szachownicy łubinów i gryki wyrastały kurhany-dworzyszcza, w które prożno wdrążały się łopatami niecierpliwe dzieci ze dworów, żeby nawet, po długich poszukiwaniach i grzebaniu w ziemi, nie znaleźć skorupy od łzawniczego garnka albo amuletu z zakrzywionego kła dzika-totemu. Potem w karecie, przytulona do poduszek i usypiająca, mogłam wracać do miasta, świecącego zdaleka dwiema czerwonemi wieżami katedry, między któremi unosił się zapach cykorji.

Ach, ten zapach cykorji nad miastem! Był on dla mieszkańców przedmiotem wstrętu i zachwytu, źródłem dochodu i barometrem. Wieczorem, siedząc w ogrodzie, kiedy tak mocno pachniały powoje i tytonie, mówiło się:

– Jutro będzie deszcz, bo cykorja wieje ku rzece.

– Nie, – protestował wtedy ktoś doświadczeńszy, – w północnej części ogrodu nie czuć jej wcale, sądzę, że będzie pogoda.

Fabryka była krajem z innego klimatu. Subtelny pył cykorniany przenikał wszystkie tkaniny, robotnicy, zgięci pod workami, twarze mieli zapożyczone z dalekich kontynentów. Przytem nie były to cery murzyńskie, których czarność ma w sobie zawsze coś niebieskiego. Nie, to były twarze arabskie, a ciemne włosy kleiły się do spotniałego czoła pod jakiemś białem zawinięciem, jak pod turbanem.

Wracałam tam parokrotnie w tym właśnie okresie mojego życia, pozostając za każdym razem nie dłużej niż parę tygodni. Potem ten cały świat rozpadł się, przestał istnieć. Jedni ludzie umarli, inni rozluźnili między sobą węzły, tak że wyższego rzędu organizm, jakim jest dom rodzinny, stawał się tylko wspomnieniem, i nie było już tam dla mnie miejsca. Jedne rodziny pobankrutowały, inne przeniosły się, -jeszcze inne wzniosły się wyżej i nadawały miastu kolor swojej obecności. Z fabrykami to samo, jedne przestały istnieć zupełnie, inne, przeciwnie, połączyły się po dwie lub po trzy i tak zrosłe, wyprodukowały nowe, nieznane dotąd organizmy. Przez szereg lat nie wracałam potem do Włocławka, i nie było żadnego powodu, żebym tam znowu miała powrócić.

Aż powód się znalazł. Wyszłam zamąż, i okazało się, że mój mąż pochodzi znów spod a właściwie znad Włocławka, po drugiej stronie Wisły. Były tam, na wzgórzach rozległe przedmieścia, nowe stosunkowo i dość porządne dzielnice, pochodzące z częściowej parcelacji wielkiego majątku. Za lasem stał rozległy dwór, kryty czerwoną dachówką, z kanalizacją i elektrycznością. Dalej ciągnęły się szerokie pola, rozległe ogrody. Tam właśnie miałam zamieszkać.

Na stacji, gdzie już tylokrotnie, w tak różnych, że tak powiem, „swoich wiekach” i okolicznościach wysiadałam, czekała kareta, ubrana białemi kwiatami. Pamiętam doskonale kwiaty, pojazd i siebie samą, która mi się wtedy wydawała jakimś manekinem, wypełniającym niewiadome i niezrozumiałe funkcje. Konie przejechały od stacji całe miasto, przejechały wbok Cygankę, przejechały most, który, raz spalony, przestał być łyżwowym, tylko stał się zupełnie zwyczajnym mostem, nad którym nie warto się było zastanawiać, i zaczęły się wspinać na wzgórza.

Byłam więc teraz po drugiej stronie Wisły, i rzeka prezentowała dla mnie nowe zupełnie aspekty. Zamiast w kamień ściętej, szarej, wiślanej fali, oglądać mogłam zwysoka perspektywę wijących się odnóg, rozgałęzień i delt rzecznych, płaskich na rozległym krajobrazie, jak na portretach mistrzów włoskich. Prześliczne rozpadliny i jary, gdzie kwitły sasanki, pachniały jałowce i gdzie tyle było kleszczy po przechodzących stadach, stały się ulubionem miejscem moich pieszych i konnych spacerów. A tam, dalej, za wspaniałemi dworami z elektrycznością i kanalizacją, był znowu tajemniczy „interior”.

Pierwszy prawie na drodze do tego interioru był dwór i rozległy majątek pewnej pani, socjalistki i w ogóle osoby wywrotowych przekonań, która była zgorszeniem okolicy. Ale też, jakie miała ogrody, a jakie pobudowała czworaki! Chłopi u niej mieli pałace, jak nasze, kryte czerwoną dachówką, według planów angielskiego architekta, przy domkach wzorowo poprowadzone i utrzymane ogródki. Ale co już najbardziej zakrawało na zbytki, to elektryczność, tak, światło elektryczne we wszystkich chałupach. Do samej pani dziewuchy od pielenia przychodziły obejrzeć żurnale i naradzić się nad fasonem nowej bluzki. W rozległych, najpiękniejszych w okolicy ogrodach kwitły ku schyłkowi lata cudowne cynje, których blaszanych, metalowemi farbami malowanych płatków nie mogę do dziś zapomnieć. Zjeżdżały się też z okolicy damy, które nigdyby nie przestąpiły progu tego domu, ale które nie wahały się zsiąść z konia, przyłożyć oko do szczeliny świetnie zresztą dopasowanych sztachet i oglądać ogrody, nie wiszące wprawdzie, ale równie słynne jak te, któremi pyszniła się Semiramida.

Tak było o kilka, może o osiem kilometrów od miasta. Dalej już ciągnął się kraj szeroki, falisty, kraj, gdzie nie docierała żadna kolej, gdzie nie było żadnej innej komunikacji, prócz wozu lub grzbietu końskiego. I ludzie byli tutaj inni. O paniach z tych okolic nie mówiło się nigdy, wymawiając nazwisko, nikt nawet nie znał ich imion. Mówiło się o nich poprostu: „pani z Mieleszek”, albo „pani z Gościec”, albo „pani z Żórawna”, i wszyscy odrazu wiedzieli, kto to był i jak wyglądał, jakiego koloru miał włosy, albo oczy, tak tam właśnie, pomimo setek ludzi, którzy w tych Mieleszkach albo w tem Żórawnie mieszkali, pani była tylko jedna, i do nikogo innego takie słowo nie mogło się odnosić.

Starzy panowie odsuwali się coraz bardziej od gospodarstwa, warunki po wojnie były zmienione, ludzie żądali ziemi za uregulowanie serwitutów i wcale nie chcieli się zgadzać na branie działek piasczystej wydmy, żądali najlepszych kawałków. Przyszła fala strajków rolnych, widmo towarzysza Kwapińskiego straszyło po dworach i bywało tematem niekończących się rozmów przy stole, kiedy kotlety stygły na zbyt szerokich półmiskach. Od czasu do czasu szlachta (tak się tam właśnie mówiło) zjeżdżała na konferencje albo tłumnie ruszała na konkursy hippiczne.

Teraz ja też przecież byłam panią, która jeździła karetą do Włocławka po igły albo po szpulkę nici, choć czasami też biegłam po wykrotach leśnych zgóry, na łeb na szyję, śpiesząc się do Muzeum, które się mieściło w paru pokojach niedaleko dworca, na odczyt. Więc raz właśnie znalazłam się w takim pociągu, którym wszyscy jechali na konkursy do Ciechocinka. Nigdy nie zapomnę tej jazdy. Teraz myślę, że przecież był to pociąg jak wszystkie inne, że pewno w innych wagonach jechali tam razem z nami chłopi, którzy przewozili produkty, i Żydzi za jakiemiś swojemi interesami, tylko że nie było ich wcale widać. Wszystkie panie były w amazonkach, wszyscy panowie w dżokejkach na głowach, jazda trwała tak krótko, że nie warto było się (nieczytelne), wieczorowe ubrania jechały w małych walizeczkach, konie z trenerami już były na miejscu. Całe towarzystwo zajeło od razu wszystkie ławki, tak że wszyscy się znali, wszyscy ze sobą rozmawiali, i we wszystkich dostępnych przedziałach nie było nikogo obcego; i napełnili zaraz przedziały swoim odmiennym żargonem, głośną wiejską rozmową ludzi przyzwyczajonych krzyczeć na parobków.

Potem jeden z młodych ludzi, którzy wtedy z nami jechali, był przez czas krótki uczniem mojego ojca, a teraz z niezwykłym talentem i fenomenalną pamięcią muzyczną grywa do tańca w pierwszorzędnych warszawskich hotelach, i sądzę, że świetnie robi, jeżeli korzec żyta kosztuje dwanaście złotych a pszenica jest niewiele co droższa. Bo przecież, gdy się mówi o sprawach i ludziach na prowincji, z każdego prawie wspomnienia wygląda czarna i surowa i prosta twarz ziemi, z którą się trzeba liczyć.

I znowu inna historja: świetny projekt, wylęgły w naszych głowach, założenia ponad tem czystem zresztą i schludnem przedmieściem Włocławka miasta-ogrodu na nierozparcelowanych jeszcze, piasczystych częściach wiślanych pagórów. Pamiętam, było to w Paryżu, kiedy w małej mleczarni przy rue de la Seine umówiliśmy się z le Corbusier-Saugnier, żeby z nim o tym projekcie pomówić. Le Corbusier chętnie jeszcze wtedy mówił o sobie, że się nazywa Jeanneret, miał niewiele pieniędzy, przyszedł bez kapelusza, z nieodłączną fają w zębach i z zapałem rysował na marmurze stolika domy na palach i domy ze szkła, które świetnie upiększą lipnowskie pejzaże.

Potem te projekty, całe to otoczenie i wogóle cały ten kompleks spraw rozwiał się, przestał istnieć, jakby go nigdy nie było, i znowu wyjeżdżałam w jakiś dzień miesiąca i roku ze stacji we Włocławku na zawsze. Prawie bezpośrednio stamtąd pojechałam do Konstantynopola i Angory, potem przez parę lat jeździłam po świecie bliższym i dalszym, a pamięć niewielkiego, prowincjonalnego miasta schowała się w najgłębsze pokłady podświadomości, żeby nie wracać w żadnych okolicznościach.

A jednak okazało się, że trzeba było wrócić. Z musem nie można walczyć, więc znalazłam się znowu we Włocławku, i tym razem zajęłam z moim drugim mężem pokój na piętrze w hotelu Wiktorja.

Któregoś dnia pojechaliśmy do Czarnego jeziora, żeby się wykąpać, włożyliśmy kostjumy kąpielowe i tak leżeliśmy na słońcu, w zapachu sosen. Jakiś wielki pies gonił rowerzystę, po drugiej stronie jeziora bawiło się wesołe towarzystwo. Kiedyśmy tak na to wszystko patrzyli, spoza pni wyszła para, mężczyzna i młoda dziewczyna. Dziewczyna szła trochę naprzód, zobaczyła nas i zatrzymała się. Potem, marszcząc z niezadowoleniem nos, powiedziała:

– Chodźmy stąd, tu cyrkiem śmierdzi.

I przeszli. To jest tymczasem moje ostatnie wspomnienie z tego miasta.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close