STEFANJA ZAHORSKA

LISTY Z NOWEGO WSCHODU
Jadę tramwajem w Moskwie

Życie moje w Moskwie rozpoczęło się od chwili kiedy stanęłam na przystanku tramwajowym, oczekując przybycia wagonu nr. 45. Było to na ulicy Baumańskiej odległej od centrum miasta. Wraz ze mną czekało kilkadziesiąt osób. Na tym to przystanku, na rogu Aptekarskiego piereułka, nauczyłam się wyczekiwać spokojnie długie kwadranse, obserwując obdarte ściany wielkiego żółtego budynku i wyrwy w bruku, w których widniało jesienne błoto. Ludzie obok stali cierpliwie bez najmniejszych oznak zdenerwowania. Czekanie należało do czynności niezbędnych i poniekąd już nieświadomych. Przejeżdżały oliwkowe samochody, rzadko osobowe, często ciężarowe, ciągnęły wozy konne, naładowane, nawierzchu siedzieli woźnice w papachach, brudni, przesiąkli wilgocią i zapachem butwiejących postronków. Wozy tramwajowe nr. 37, 42, 35 i inne, o potrójnych wagonach, przejeżdżały głośne, niechętne, i ruszały, wlokąc za sobą łańcuch ludzi uczepionych jedną nogą lub jedną ręką. Mężczyźni dostawali się do środka, kobiety wisiały nazewnątrz.

Moskiewskie tramwaje - lata trzydzieste XX wieku

Współżycie z tłumem wdzierającym się do wnętrza rozpoczęłam o godzinie czwartej popołudniu. Była to pora niewdzięczna. W tym czesie rozpoczynał się napływ mas z fabryk i biur, i odsłaniało się nieoczekiwane oblicze tej ery stojącej na ostrym zakręcie przeszłości i przyszłości. Przez pierwszy tydzień odpychano mnie nieuchronnie od stopni tramwajowych, lawina proletarjacka przepływała nade mną jak nad zgubionym szpargałem papieru. Tramwaj ruszał w momencie najbardziej nieoczekiwanym i dramatycznym. Potem torowałam sobie drogę mocnemi kułakami. Jeszcze później, już we wnętrzu wozu, kopnęłam z całej siły stojącego obok mnie towarzysza. Zawstydzona obejrzałam się. Towarzysz stał na jednej kopniętej nodze (na drugą nie było już miejsca) i nie zwrócił najmniejszej uwagi na mój gest. Był zaczytany. Na kartkach książki były wzory geometryczne.

Tramwaj wiózł mnie przez ulice Moskwy. Tu na przedmieściach domy były bezwstydnie odarte z tynku, stały w łachmanach, brudne i rozdziawione. Uderzały barbarzyńskiemi proporcjami bram i okien, nieforemnością gzymsów, nasadzonemi czapami ostrych frontonów, spuchłemi na mrozie kolumnami, zdegenerowanemi wypryskami ozdób. Były dzikie, prymitywne, pijane samogonką, jak ludzie z noclegowych domów Gorkiego. Domy zachowały psychologję z czasów caratu. Lepsze już były drewniaki. Parterowe, o krzywych żebrach i rzezanych obramieniach, błyskały jednem sprytnem okiem ruchomego „oberiuftu”. Czuło się, że ludzie żyją w nich za zalepionemi oknami, za liśćmi pelargonij i fuksyj, pod wiszącą lampą za stołami o grubo ciosanych nogach, w wąskich przejściach między łóżkami, szafami, piecami i zatłuszczonemi papierkami po wczorajszej kolacji. Czuło się szpary w ścianach, w futrynach okien i drzwi, od których zimą ręce robią się czerwone i zgrabiałe, zamarza wylana koło wodociągów woda, życie nie przylega do skóry, ze schodów trzeba schodzić ostrożnie, podczas gdy u sąsiadki płacze Wania, a na piętrze chrapie Stiepan Wasiljewicz, który rano wraca z nocnej zmiany.

„Podajcie dalej, towarzyszko”.

15 kopiejek wędruje przez trzydzieści rąk do wciśniętej w róg tramwaju obojętnej kobiety w szarej chustce na głowie, z której wykonywane funkcje czynią konduktorkę tramwajową. Podawany milcząco mikroskopijny szpargałek papieru wraca do kogoś bardzo odległego, oddzielonego zastępami ludzi, może kobiety z dzieckiem, która ma prawo wsiadania przedniem wejściem.

Tu na przedmieściach chodniki są krzywe, choć już asfaltowane. Ale ulica, rebeljancka i kontrrewolucyjna, napina mięśnie, asfalt pęka jak niedopasowana koszula, wyłażą rodzime wądoły, kamienie dawnego porządku rzeczy, nieujarzmione ścieki, żelazne pale, do których przywiązywano zapewne prowadzone na targ konie lub krowy. Jest gołoledź, ludzie chodząc rozstawiają nogi szeroko, konie ślizgają się i padają, woźnice pomagają krzykiem i batem – ale ludzie, którzy upadli, muszą radzić sobie sami, nikt się za nimi nie obejrzy. Tłum płynie przez ulice jednolicie szary, jednolicie śpieszący – już socjalistycznie solidarny jako masa, a jeszcze wzajem sobie obcy wewnętrznie, obijający się kantami łokci, rozhuśtanych ramion, koszykami i pakami. Wschodni i ponury.

Wewnątrz tramwaju krótkie fale zdyszanego ruchu pchają cię w niewiadomym kierunku, skręcają się jak twardy ciasny malström, zdzierają poły zapiętego płaszcza, nieraz ginie ci ramię pozostawione w miejscu niedawnego postoju – nie możesz go przyciągnąć ku sobie z powrotem – napróżno chcesz krzyczeć, że to twoja bezsporna własność, któż będzie reagował na takie argumenty? Dzikie popychanie w kierunku wyjścia rzuca cię nosem w plecy najbliższego towarzysza. Wtedy można obserwować skład molekularny ustroju, zamiast ludzi i twarzy widzisz prążki jakiegoś kabatu, skośne, zatarte i starte, fakturą wskazują na okres sprzed lat dwudziestu, nić zszarzała i obolała pęka i zwisa zmęczonemi strzępkami, barwa ma patynę historji – może to ten właśnie kabat leżał długo w błocie syberyjskiej tajgi, kiedy następowali czescy legjoniści?

Ta komsomołka obok w czerwonym berecie, – berety są zawsze czerwone, ludzie potrzebują symbolu i dziś jeszcze nadają swym dzieciom imiona: „Rewolucja , „Oktiabrina”, „Komuna”, – okrągła i twarda jak jabłko, nie pamięta historji i ma płaszcz w wielką kratę. Inne kobiety w szarych chustkach na głowach przerabiały swoje okrycia, wycinały fałdy z dawnych szerokich spódnic. Historja, wtarta szaremi plamami w ciemne sukno, ma zapach zleżałych szmat i zgęstniałego potu.

Ale ten towarzysz nosi czysty kołnierzyk. A ta kobieta czyta. (Wszyscy czytają, nigdy i nigdzie nie widziałam tyle wzorów trygonometrycznych w tramwaju). Za chwilę spadnę na nią zapewne całym ciężarem mego ugniecionego ciała – teraz widać wyraźnie: wzory benzolowe, chemja organiczna. W obramieniu szarej szydełkowej chustki widać twarz typową, szeroką, o rysach trochę grubych, oczy jasne, spokojne i wzrok jakby stwardniały. Tego stwardniałego błysku w oczach nabywały te kobiety może niekoniecznie w walkach nad Wołgą i wówczas, kiedy szły, sczerniałe i wychudzone, przeciwko Denikinowi. Nabyły go prawdopodobnie znacznie później, kiedy okazało się, że zrobić rewolucję jest łatwiej aniżeli uruchomić fabrykę, zorganizować pracę, pokonać głód. Te kobiety mają w oczach zatroskanie matek. Odpowiedzialność matek. Każda z nich jest odpowiedzialna za 160 miljonów.

Niektóre twarze pod zmiętemi czapkami, pod szaremi chustkami, pod papachami z carskich czasów, niektóre gesty ramion wciśniętych w wytarte przedrewolucyjne kubraki, posiadają nową godność, nowy honor, nową reprezentatywność.

Słowa są równie znoszone jak ubrania. Ktoś nachyla głowę i mówi: „Musicie to zrozumieć, towarzyszu”… Ton jest poważny, sugestywny, poparty wzrokiem spokojnym, nieustępliwym. Ze startych słów wyzyskuje nowy obszar świadomości, obejmujący przepływ życia na 20 miljonach kilometrów kwadratowych, borykający się z prawami rozwoju 160 miljonów ludzi. „Musicie to zrozumieć” niekiedy powiedziane jest tonem miękkim, uczuciowym. Tak mówi do dzieci ktoś kto miłośnie spełnia swą funkcję pedagogiczną.

Dwaj towarzysze prowadzą rozmowę półszeptem i krzyżują spojrzenia spokojne i poważne. Te spojrzenia oznaczałyby w Paryżu, że spadł kurs złotej renty lub wybuchła nieoczekiwana panika na nowojorskiej giełdzie. W Berlinie takie spojrzenia wymieniają ludzie których babka była z domu Levy. W Warszawie na Marszałkowskiej tym szeptem mówią o tem, że ona jego rzuciła. Ci towarzysze w moskiewskim tramwaju mówią – o kaloszach. Jakaś wysoce skomplikowana kwestja dotyczy nierównego rozmieszczenia lakieru – błyski na czarnej gumie były zmatowiałe -brygada nie osiągnęła przepisanej ilościowo normy. Taki wstyd sprawia, że matowieje szarawa barwa oczu i ściszony głos przechodzi w półszept. Szept tak intensywny może oznaczać rzecz jeszcze ważniejszą: obecność gdzieś blisko politycznego szkodnika, niewyśledzonego, a już wyczuwalnego jak zapach iperytu, wroga bardziej strasznego aniżeli choroba w domu, bardziej deprymującego aniżeli ucieczka żony z młodym kochankiem. Jeden towarzysz mówi: jutro na zebraniu… Drugi odpowiada: trzeba przeprowadzić.

Niekiedy w ciasnym moskiewskim tramwaju otwierają się perspektywy dalekie i egzotyczne. Skala życia urasta gigantycznie. Rozmawiają dwaj towarzysze, z których jeden ciemny kaukaski typ. „Nawieźliśmy już iłu na jeden metr grubości” – opowiada. „A skąd go bierzecie?” – „O, wody Rionu mają dwukrotnie więcej iłu od wód Nilu… Zalewamy cały obszar i potem spuszczamy wodę. A wiecie, że to się dzieje w antycznej Kolchidzie? Za dwa lata cały wielki kraj będzie pokryty polami bawełny, winem i pszenicą – niezgorsze złote runo”… – A dziś?” – „Dziś pracujemy tam w gorącej mgle. Podcinamy ljany i rododendrony. W gąszczu nie widać słońca, a nad głowami skaczą nam dzikie koty. Ziemia jest grząska i roztopiona z wilgotnego gorąca”. Tego właśnie dnia w Moskwie był mróz, ziemia była twarda i śliska z zimna.

Kiedy na ostrym i z pasją wziętym zakręcie ulicy pasażerowie tramwaju pochylili się jak snopy i legli na sobie – towarzysz w wielkiej baraniej papasze rzekł z uśmiechem: „Ot, nie przymierzając, tak samo rzucało nas kiedyśmy wjechali z Białomorskiego kanału na ocean Lodowaty. Na wiosnę pod biegunem są wielkie burze”… Potem opowiadał o zawiejach nad Murmańskiem i o tem, jak kopano lodowatą tajgę dniami i nocami tam gdzie dzisiaj płyną okręty. Ktoś w tramwaju mówił o wichurach piaszczystego pyłu wiejących nad Magnitogorskiem. Piasek wżera się w maszyny. „Ale – oświadczył głośno, wszystkim towarzyszom w tramwaju -miasto rośnie i ma już trzysta tysięcy mieszkańców”…

W tramwaju dowiedziałam się, że na stepach Burjato-Mongolji było przedstawienie teatralne przyjezdnej trupy, widzowie siedzieli na koniach, jechali do teatru dwa dni. Kiedy w Moskwie pada śnieg, w tramwaju zawiewa nieraz gorącym wiatrem z Turkiestanu, kiedy niespodzianie podnosi się termometr i śnieg taje na moskiewskim asfalcie, słyszę że w Kuznieckostroju wielkie piece pokryły się warstwą lodu, pod którą pękają stalowe płyty, i jest 50° zimna.

Nieraz zawrotna skala ścieśnia się do wymiarów swojskich, tak bardzo znanych że aż groźnych.

Na przystanku tramwajowym koło wielkiego domu, zbudowanego przez Corbusiera, – dom stoi na betonowych palach, jest nowy, wspaniały i mało się podoba, – wsiada „grażdanka”. Pulchna, różowa, ma różową chustkę na głowie, w torbie puszki z konserwami rybnemi, wielką dynię rodem z Turkiestanu, paczki w szarym papierze. Aż po Jełochowską płoszczad, całe pół godziny, mówi do mnie, do sąsiadki z lewej powiada że ma męża, który właśnie został inżynierem, był robotnikiem w tej samej fabryce, ale on udarnik, skończył politechnikę, posiada również dwoje dzieci, jej dzieci zawsze czyściutko ubrane, ona lubi kiedy dzieci są ładnie ubrane, mąż przecież dobrze zarabia, wyjmuje paczkę, pokazuje czerwony aksamit, ona nie może zrozumieć takich kobiet, które… „w tym nowym sklepie na ulicy Gorkiego – widzieliście, towarzyszko? – tam są najlepsze wędliny, choć to daleko, tam najlepiej kupować – że drogo, to nie szkodzi, nas przecież stać” – ona nawet wolałaby, żeby dzieci nie jadły obiadu w szkole, no ale skoro wszystkie dzieci dostają w szkole…

„A u was zagranicą – pyta jakaś młoda towarzyszka – jak noszą berety? Czy zsunięte na ucho, czy bardziej na czoło?”

On i ona: „Nikituszka, przyjdziesz? Ty niedobry. A to ja ci powiem ty tylko za Lizą. A ona teraz z Aleksiejem Władimirowiczem chodzi. On został dyrektorem i ma maszynę. Ona nie taka jak ja. Dla mnie tylko miłość znaczy. A dla niej maszyna – dyrektor”. – „Jak się będę uczył, też zostanę dyrektorem”. – „Ale to jeszcze daleko”. – „Daleko, ale będzie”. Nikituszka patrzy butnie. Napewno zostanie dyrektorem.

„Dziś wieczór idziemy na tańce. Ja włożę różową bluzkę, a ty?”…

„Kupiliśmy kanapę, śliczna. Pluszowa. W środku wyszywana róża. Prześliczna”.

„A mnie się to nie podoba, żeby kierownicy dostawali lepsze jedzenie w stołówce”. – „Nie podoba ci się? Urawniłowki ci się zachciewa? To jest kontrrewolucyjne myślenie”. – „Nie chodzi o urawniłowkę, ale o to że w jedzeniu powinna być równość”. – „Nie powinna i nie może być. Jak będzie wszystkiego dość, to i ty dostaniesz „słodkie”. A teraz ci dostają co więcej pracują”. – „A ja też chcę mieć na obiad „słodkie”…

Rozmowy prowadzone są w tramwaju głosem ściszonym, niekiedy ktoś się uśmiecha, nikt się nie śmieje. Spory, które od czasu do czasu wybuchają między konduktorką a publicznością, są ostre, zlokalizowane do stron zainteresowanych, pozatem traktowane obojętnie – nigdy dowcipne. Niekiedy, uwieszona u rzemiennej pętli, kiwając się na jednej nodze, marzyłam o paryskich konduktorach, o burzach, które przeciągają przez wnętrza tramwajowe między dwoma przystankami na faubourg St. Antoine lub avenue d’Orleans, kończąc się pointą i onomatopeicznym przytykiem. W Moskwie udało mi się raz jeden tylko schwytać dowcip świeży i samorodny. Było to w 45-tce – w trzecim kwadransie jazdy na jednej nodze, kiedy bliska omdlenia, szukałam oczami towarzysza, który ma zamiar wysiąść na jednym z najbliższych przystanków. Aż oto ten właśnie, który siedział przede mną, zaczął niespokojnie wyglądać przez okno. W strachu, aby ktoś nie wcisnął się przede mną na jego miejsce, już zgięłam się wpół, już – przygotowałam siedzenie, kiedy mój przyszły dobroczyńca usiadł na dobre. Stojący obok mnie jegomość wypalił: „Cóż wy towarzyszu, prowokacją się zajmujecie?”

Nigdy nie spotkałam w tramwaju „cytatowiczów”. Być może, tramwaj nie nadaje się do odpowiedzi, opartych na stronie i wersecie. Raz tylko widziałam w tramwaju „entuzjastnika”, zawodowego entuzjastę, z tych, których często spotyka się w towarzystwie inteligentów, dziś komunistów, wczoraj „bezwyznaniowych”. Mówił: „…sklepy moskiewskie są dziś równie piękne jak sklepy Londynu czy Paryża”… Te sklepy moskiewskie przesuwały się przed oknami tramwaju. „Prodmag”, „Uniwermag”, „Stołowaja”, „Żete” z mydełkami i flakonami wody kolońskiej, „Wino Kaukaskie”, „Wody” – wszędzie budki z wodami do picia.

Sklepy bezpostaciowe i milczące, zakryte szaremi płachtami szyb, bez form, barw i słów, jakby wszyscy kupujący byli ślepi, głusi, i natrętni, – niekiedy tylko „Żete” wabi naiwnie czerwonemi papierkami i zielonemi wstążeczkami, niekiedy „Uniwermag” pokazuje guziki, swetry i krawaty („już mam, już mam”), niekiedy któryś z nowszych „prodmagów” pyszni się piramidą konserw. Prawda, że jedziemy przez dzielnice odległe od centrum – „poczekajcie towarzyszko, zobaczycie jakie wspaniałe sklepy są w środku miasta”. Tego nie mówi zawodowy „entuzjasta”, to mówi ktoś dotknięty moją smutną miną. Jutro pojadę na Kuznieckij Most i na ulicę Gorkiego; tam przed wielkiemi szybami wielkiego „Uniwermagu” stoi cierpliwy ogonek ludzi, aby spojrzeć, jak się błyszczy wzorzysty krepdeszyn na wypiętym biuście porcelanowej damy, z której rewolucja nie zdążyła jeszcze zdjąć gorsetu, nałożonego w r. 1910.

Linje tramwajowe, kursujące między dworcami, są specjalnie niebezpieczne. Niebaczny obcokrajowiec wpycha się do tych tramwai, nie przeczuwając że za chwilę staną się one terenem najdzikszych walk. Dopiero po dobrym czasie zaczyna rozumieć, że lepiej trzy razy przesiadać (czekając za każdym razem po kilkanaście minut) aniżeli wsiąść do linji bezpośredniej, kursującej np. między dworcem Kazańskim a Białoruskim. Te międzydworcowe linje mają swój specjalny charakter. Podlegają inwazji. Inwazja wygląda jak tłum ludzi o twarzach bardziej czerwonych, bardziej szerokich, bardziej porosłych, o oczach szerzej otwartych i bardziej błyszczących, ludzi niekiedy bardziej jeszcze obdartych, obciążonych naładowanemi worami i kobiałkami. Są to przybysze ze wsi. W Moskwie przewala się dziennie około trzystu tysięcy kołchoźników i kołchoźnic, przyjezdnych z dalszych i bliższych okolic, takich którzy otrzymali „putiowki” (bezpłatne podróże) w nagrodę za wysoko wartościową pracę, albo takich którzy przyjechali na dłuższe lub krótsze kursy i studja, albo takich, którzy chcą kupować, jaknajwięcej kupować, wszystko kupować. Wieś rosyjska stała nieruchoma przez setki jeśli nie tysiące lat. Teraz ruszyła. Niepowstrzymana niczem nawałnica. Ciągły przypływ i odpływ, fala zalewająca wszystkie miasta, wszystkie fabryki, wszystkie szkoły, wszystkie tramwaje, wszystkie muzea, wszystkie sklepy, wszystkie widowiska. Obywatele pierwszej kategorji, największej zachłanności: kołchoźnicy.

W tramwaju wyglądają na hordę która bodzie tobołami. Niekiedy zalatuje od nich baranim łojem, niekiedy także wódką. Obcokrajowiec ma wobec nich jeden tylko paniczny odruch: ucieczkę. Uciekając, myśli: poco Meyerhold cyzeluje przedstawienie „Damy kameljowej” jak drogocenny szmaragd? Poco wczoraj grał Prokofjew? Poco w Galerji Zachodniego Malarstwa wiszą różowe, jedwabiste Renoiry?

Nie twierdzę, że spotkanie moje z Ilją Sergiejewiczem Żarowem było typowe. Należało niewątpliwie raczej do kategorji wyjątków. Ale wyjątki posiadają przywilej rozsadzania nieświadomych założeń, przekręca się kontakt i zapala się światło którego przedtem nie było.

Koło dworca Kazańskiego – to było właśnie w 45-tce – wysiedli kołchoźnicy. Stałam na tylnej platformie. Na tę to tylną platformę, już w momencie ruszania tramwaju (a tramwaje w Moskwie nie czekają na publiczność), zaczęli niezdarnie gramolić się dwaj chłopi. Jeden, odziany w kożuch, wielki, brodaty, drugi w palcie, mały, bladawy. Obydwaj byli pijani. Mały taszczył wielki napchany wór, do którego postronkami przywiązane były walonki. Był zakręt, tramwaj pędził, wór był ciężki, równowaga w stanie nietrzeźwym jest trudna do utrzymania, wór, walonki, mały chłop, wielka czapa i zapach paru litrów wódki – wszystko znalazło się na mnie. Przyjechałam była tylko co z Paryża i Londynu – lecz wola poznania kultury proletarjackiej była mocna i działała nawet na odruchy samoobrony. „Izwiniajus” – powiedział blady chłopek, patrząc na mnie wzrokiem mętnym i anielskim. W Moskwie naogół nikt za nic nie przeprasza, kopnięty czy uderzony nie oczekuje odszkodowania moralnego i czyni drugiemu to samo – może to serdeczne „obwinienie się”, poparte łzawym uśmiechem, natchnęło mnie nagłą sympatją do posiadacza wora i walonek. Ustawiliśmy bagaż i właściciela.

„Skąd jesteście?” – „Z Riazańskiej gubernji, z kołchozu „Czerwona Gwiazda”.

– „A dawno w Moskwie?” – „Dawno… Może pięć dni, albo siedem dni”… Pamięć widocznie była zamglona. Zamglona, a raczej pokryta szarą warstwą brudu była również twarz kołchoźnika, niemyta zapewne od pięciu albo siedmiu dni. – „A podoba wam się w Moskwie?” – „Nie -oświadczył krótko. Potem machnął ręką. – Co mi się tu właściwie ma podobać? -Spojrzał na mnie z wyrzutem jakby mi brał za złe pytanie. – Ulice? Nie interesują mnie. Domy? Ja nie interesuję się garnkami, tylko tem co jest w nich. W Moskwie wszyscy są dumni z tego, że tyle ludzi chodzi po ulicach. No – miljon. No – dwa miljony. No – trzy miljony. Co z tego? Dużo wśród nich „umnych”, mało – rozumnych. Byłem w teatrze. Pokazywali jakąś historyczną sztukę. „Car Piotr” czy coś takiego. Już sto razy o tem czytałem. Co mnie to może obchodzić?” -„Więc cóż was ostatecznie obchodzi, towarzyszu?” – Tym razem uśmiechnął się do mnie przyjaźnie. – „Obchodzi mnie -życie. Życie ludzi. Ot, z tej bramy wychodzą w tej chwili zamiatacze ulic w białych fartuchach, idą w szeregu, tam zostawili swoje miotły i łopaty, teraz idą może na obiad i każdy z nich myśli… Ot, mnie właśnie interesuje, co każdy z nich myśli. A tego mi w żadnym teatrze w Moskwie nie pokazano. Już ja wolę moją Riazańską gubernję”. – „A cóż wy robicie, towarzyszu, w kołchozie „Czerwona Gwiazda?” -„Ja”… – W tej właśnie chwili zachwiał się, ale w przeciwnym ode mnie kierunku, nie dosłyszałam słowa, może zresztą nie uchwyciłam tylko sensu. – „Jaki wasz zawód?” – „No mówię przecież: poeta”. -„Co takiego?” – „Nie rozumiecie, co to znaczy poeta? No tak jak Jesienin. No – poeta. Przeczytajcie sobie kołchozną gazetę naszej gubernji. Tam są moje wiersze”.

– „A jak się nazywacie?” – „Jegor Timofiejewicz Żarow”.

Przy dworcu wysiadł wraz z towarzyszem. Musiałam pomagać przy spychaniu worka ze stopni tramwaju. Chciał mi jeszcze podać dłoń na pożegnanie, ale jakoś nie mógł utrafić, więc machaliśmy sobie tylko wzajem długo rękami.

Jegor Timofiejewicz Żarow nie ma oczywiście nic wspólnego ze znanym poetą Żarowem. Potem, kiedy poznałam nieco bliżej życie kołchozów, wrażenie, które zrobił na mnie Jegor Timofiejewicz, nieco się przyćmiło. W kołchozach jest wielu poetów. Niemal równie wielu jak po fabrykach. Prowadzą traktory, myją chlewy i krowy, czytają Jesienina i Majakowskiego i piszą poezje. I oczywiście, pilnie baczą, aby były drukowane.

Ale spotkanie z Jegorem Timofiejewiczem Żarowem pozwoliło mi odkryć nieświadome założenie, czy też raczej nieświadome skojarzenie stojące u podstaw mego myślenia i mych sądów. My w Europie zachodniej mamy ustalony sposób kojarzenia zewnętrznych objawów z wewnętrzną treścią. Mamy konwencjonalny i naogół trafny w naszych warunkach sposób wnioskowania. Sowiecka rzeczywistość ma odrębny rytm i stwarza relacje dla nas nieoczekiwane. Forma inaczej się wiąże z treścią.

W Moskwie budowano metro. Co chwila pękały jakieś bruki. Pod powierzchnią wrzało. Wypaproszona ulica wyrzucała nawierzch krany, betoniarki, wyciągi, świdry, komsomołki w szarawarach przesypywały piasek, rosły góry cementu, ciężarowe samochody tarasowały drogę. Błoto pryskało, roiło się od ludzi, setek i tysięcy ludzi, przechodnie przemykali się prawie pod kołami, Moskwa cała była rozorana, rozkopana w paroksyzmie ruchu, burzenia i budowania. Jeśli nie było to metro, był to jakiś nowy wielki dom. Jeśli nic nie budowano, to burzono. Burzono „Kitajski mur”, średniowieczne opasanie środka miasta, burzono cerkwie, całe kompleksy domów, które stały na zawadzie planowi nowych bulwarów. W miejscach, wczoraj jeszcze cichych i nietkniętych, wyrastały nagle parkany, zwały cegieł, kupy gruzu, zaskoczone tramwaje musiały się cofać w poprzeczne ulice, pasażerów odrzucało o parę kilometrów wbok lub wtył, nikt się o to nie troszczył. Raz zdarzyło się, że tramwaje kołowały godzinę w zamkniętem kole, z którego wszystkie wyjścia okazały się zatarasowane.

W tramwaju wybuchały burze. – „Dokąd jedziemy? Towarzyszko konduktorko, dlaczego tramwaj nie idzie swoją drogą?”… „Towarzyszko konduktorko, dlaczego nie zapowiadacie zmiany?”… „Towarzyszu, przepuśćcie”… – „Do czorta z wami – jak was przepuścić? Wszyscy wysiadamy. Nie jechać dalej! Stać!”.

Tramwaj pędził dalej w niewiadomym kierunku. Ludzie wyskakiwali, spychali się ze schodków, klęli. Konduktorka stoi w rogu obojętna i zapatrzona w siebie. „Niczewo nie znaju”. Osiemnastoletnia dziewczyna, która prowadzi tramwaj, odpowiada butnie: „Widzicie, że droga zatarasowana, stać nie można. Wszystko jedno dokąd się jedzie”.

Kto się niecierpliwił, wyskakiwał na bylejakim rogu bylejakiej ulicy. Ale przedtem jeszcze stwierdzał: „Ot, będzie metro”…

Pasażerowie tramwajów moskiewskich stali godzinę lub dwie, w wyziewach zmoczonych ubrań, stłoczeni jak szproty, przemarzli jak foki, udzielając sobie informacyj: „Widzieliście, towarzyszu, na Kitajskim przejeździe?” – „Bulwar. A wczoraj jeszcze był mur” – „Takiego bulwaru niema w żadnem mieście na świecie”. – „A widzieliście nowe hotele na placu Teatralnym?”

Po pracy tłumy jechały na plac Teatralny i na ulicę Mochowaja. Tam naprzeciwko pięknego empirowego gmachu Teatru Wielkiego, na parkanie osłaniającym przyszłą stację metra, ustawiony był model podziemnej kolei. Dwa wagoniki z tektury czy blachy przesuwały się jak dziecinna zabawka na szynach w przekroju gipsowego tunelu, w rzęsistem oświetleniu. Nad tem ustawione były modele przyszłych stacyj, tak jak będą kiedyś wyglądały: gigantycznie, nieprawdopodobnie wielki Pałac Sowietów, Bibljoteka Lenina i t. p. Głośniki grały. Tłumy zjeżdżały ze wszystkich stron miasta i stały zafascynowane.

Tramwaje wyrzucały masy, które zjeżdżały aby obejrzeć nowowybudowane wielkie hotele. W świetle reflektorów zdzierano właśnie rusztowania. Na jednym z gmachów odsłaniała się na szczycie przewiewna, południowa, renesansowa loggia. Nieco dalej, na gmachu ambasady amerykańskiej, widniały wielkie korynckie kolumny i architrawy. Ludzie zastygali w podziwie – i w mrozie, który chwycił nagle. W tramwajach powtarzano: „Widzieliście?” Kto złapał „inostranca”, pytał z podwójnym zapałem: „Widzieliście? Widzieliście?”.

Jakiś towarzysz o mongolskim wyglądzie chciał u mnie – „inostranki” – sprawdzić wartość doznanych wrażeń, wypytywał o metro w wielkich miastach zachodu, o ulice i gmachy. Wnętrze tramwaju było już nieco luźniejsze, konduktorka mniej zgnieciona i spłaszczona w kącie. Ale w odpowiedziach moich było widocznie coś niejasnego, niedopowiedzianego. Konduktorka zawyrokowała: „Cóż wy, towarzyszu, nie wiecie, że na Zachodzie mają ładniejsze i bogatsze rzeczy… Burżuazja miała czas. Tylko że wybyście i tak nic z tego nie mieli”…

Psychologja konduktorek moskiewskich przedstawiała mi się w pierwszej chwili jako dość ciekawy przekrój dawnego mistycyzmu i obecnego materjalizmu. Materjalizm wypowiadał się w funkcji wręczania biletów i pociągania za sznurek od dzwonka, mistycyzm manifestował się w zupełnej obojętności na otaczającą rzeczywistość. Dzwonek dzwonił, i tramwaj ruszał, niezależnie od tego czy pasażerowie wsiedli, czy nie. Przy wsiadaniu pchano się zatem gorączkowo nawet w godzinach kiedy we wnętrzu tramwaju było stosunkowo pusto, wskakiwali przedewszystkiem młodzi i silni, słabsze niedobitki pozostawały na placu. Ktoś sprostował potem moje mylne, idealistyczne tłumaczenie tego stanu rzeczy. Nie chodzi o mistycyzm konduktorski. Chodzi raczej o wyścig pracy. Ongi tramwaje kursowały z wielkiemi opóźnieniami. Ogłoszono zatem premje za punktualność. Dziś już wszystkie tramwaje przyjeżdżają na stacje krańcowe w oznaczonych godzinach i minutach.

W żadnem mieście nie widziałam tylu młodych ludzi o kulach. Nie wszyscy zresztą mają nogi wręcz obcięte. Pozatem wszelka reforma pracy i urabianie psychologji funkcjonariuszy jest bardzo utrudnione. Komisje kontrolujące organizują kursy przeszkoleniowe, udzielają srogich nagan i nakładają kary pieniężne. Ale nawet wydaleni pracownicy stają najczęściej znowu do tej samej pracy. Jest katastrofalny brak sił roboczych.

Pod wieczór, koło ósmej, napięcie ruchu maleje. Ludzie są w domach, teatrach, kinach, klubach. W tramwaju można siedzieć. Przekrój życia trochę się zmienia. Niektóre komsomołki mają wtedy usta równie czerwone jak berety. Wsiada jakiś pan w porządnem palcie. Jakaś pani w futrze. W rogu, na ławce przeznaczonej dla dzieci, – teraz dzieci niema, – siedzi starsza dama i zagaduje po francusku: „Vous étes une étrangére? To się natychmiast poznaje po ubraniu… Jakżeż jestem szczęśliwa że mogę z kimś mówić, kto przyjechał z zagranicy. Mój mąż jest inżynierem. Jeszcze przed wojną przyjechaliśmy… Nachyla się ku mnie. Ciężko, strasznie ciężko… Ce ne sont pas les conditions pour les gens bien… Wychowałam się w szlacheckim domu. A tu – to dzicz! Dzicz… Może mnie pani odwiedzi?” W zniszczonej torebce, gdzie były sznurki i ogarek świecy, szukała długo i napróżno ołówka, aby mi zanotować adres. Kiedy wysiadała, mało co nie wywróciła się na niemożliwie śliskim asfalcie, ale się jakoś sama wygramoliła, nikt zresztą na nią nie zwrócił uwagi.

Niekiedy tramwaj zaludnia się nagle rozbawioną młodzieżą. Idą na tańce, do teatru, do kina, dyskutują, mają pretensje do autorów, plotkują – i są dumni. Albo wyróżniono brygadę, albo wyróżniono „udarnika”. Mówią głośno, śmieją się, i nie widzą nikogo dokoła siebie.

Wieczorami w tramwajach zdarzają się pijani. Mężczyźni ustępują im niekiedy miejsca i budzą na przystankach, pytając pieczołowicie: „Czy to nie tu trzeba wam wysiąść, towarzyszu?” Kobiety są nieubłagane. Koło drzemiącego na ławce pijaka tworzy się pierścień zajadłej kobiecej nienawiści, buntują konduktorkę, że nie wolno wpuszczać pijanych, że trzeba go wyrzucić, a jeśli ktoś się wstawi za uśmiechniętym słodko i nieprzytomnie, rzucają jedną tylko odpowiedź: „Niech nie pije”. Mają zaciśnięte zęby, kanciaste gesty pokrzywdzonych i żądnych sprawiedliwości, jakieś złe wspomnienia wyostrzają głosy, konduktorka zatrzymuje tramwaj, i pijak złazi niechętnie. Gdzieś potem upadnie na ulicy i leży długo. Nikt mu nie przeszkadza. Ludzie omijają go bez oznak zainteresowania. Milicjantów na ulicach jest bardzo mało, stoją tylko przed obcokrajowemi poselstwami i na skrzyżowaniach najludniejszych arteryj, gdzie wykonywają swe sakralne, kwadratowe ruchy. Na wielkich, ciemnawych obszarach Moskwy noc jest cicha, na ulicy można spać, prędzej jeszcze zamarznąć, złodziei mało, bo zajęcie to nie popłaca, prostytucja nie istnieje, tramwaje przestają kursować koło pierwszej w nocy, i ludzie śpią spokojnie, bo niema ani bezdomnych, ani bezrobotnych.

Stefanja Zahorska.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

1 komentarz

  • S.Karaś 11 maja 2016 at 17:18

    To jest ta piękna Rosja, z jej bogactwem ludzi. Nic się nie zmieniło. Kilka lat temu, w trolejbusie na Krymie, też podawałem kopiejki i ruble na zakup biletu i tak samo mówiono do mnie ‚towarzyszu’. Tłok w kijowskim metrze i sposób ruszania pociągów nie uległ zmianie. Tam każdy ma swoje zdanie, ale rozumie że musi być inaczej. Mieżdunarodność jest ta sama, tj. niezmieniona. Różne nacje ale w języku rosyjskim. Tysiące kilometrów i ciągle język rosyjski. Trzeba przywyknąć, że wszystko jest po rosyjsku. To nie mieszanka słowackiego, niemieckiego, ukraińskiego chorwackiego, węgierskiego, rumuńskiego, serbskiego, greckiego, tureckiego, … , zamiast jednego np. angielskiego.
    Inną jest ‚mieżdunarodność’ w londyńskim i paryskim metrze, gdzie mieszanina ras, kolorów skóry i języków jest pełna. W Polsce , w tramwaju, autobusie czy trolejbusie też podawano bilet do skasowania, ale bez tej manifestacji do nowego życia, tej rosyjskiej nuty tu nigdy nie było. Może dlatego, że nie była to nigdy intelektualna propozycja.
    Przypadkiem trafiłem na stronę z tekstami ‚Wiadomości Literackich’. Znakomity tekst, w stylu Bułhakowa.
    Pozdrawiam – SLK.

    Odpowiedz
  • Napisz komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

    Close