Józef Piłsudski na Syberji

Pierwsza relacja autentyczna, oparta na rozmowach osobistych z Marszałkiem, napisana specjalnie dla „Wiadomości Literackich” 1)

Jako dziesięcioletnie dziecko Józef Piłsudski powziął postanowienie, że zrobi powstanie i wyrzuci Moskali z Podbrodzia. Czynu tego miał dokonać w chwili gdy osiągnie lat piętnaście: był to w jego mniemaniu szczyt dojrzałości męskiej.

Wprawdzie w piętnastym roku życia powstania nie zrobił, ale już w dziewiętnastym zaznał gorzkiego chleba więziennego. Było to w r. 1887. Mało ludzi wówczas myślało o Polsce. Młody Ziuk Piłsudski jednak myślał. Za to było się w owych czasach już tylko o krok od więzienia i Sybiru. Ani pierwsze ani drugie nie ominęły dzisiejszego Marszałka. Aresztowany i skazany na wygnanie 2), znalazł się po wielu miesiącach okropnej jak sen drogi (kolei jeszcze wówczas nie było) w Irkucku. Tam miała nastąpić segregacja więźniów i wysyłka w różne strony kraju. Zaraz w pierwszych dniach wyekspediowano połowę całego transportu, reszta, w liczbie trzynastu, wśród których znajdował się również Piłsudski, miała czekać swojej kolei conajmniej do połowy listopada, gdyż dopiero najwcześniej w tym czasie ustanawia się na stałe droga (sanna) do miejscowości leżących nad dolnym biegiem rzeki Leny, dokąd mieli być wysłani. Długie tygodnie wyczekiwania na wolność posieleńczą rozstroiły nerwy więźniów, czego rezultatem były liczne zatargi z władzą więzienną. W połowie października miała miejsce większa awantura z powodu agresywności policmajstra w stosunku do jednego ze współtowarzyszy – niejakiego Cejtlina. Stało się to przyczyną otwartego buntu. Ówczesny generał-gubernator Wschodniej Syberji, hrabia Ignatjew, postanowił załatwić się z opornymi ostro. Do więzienia przysłano oddział żołnierzy, którzy udali się do obszernej sali, gdzie byli zgrupowani wszyscy więźniowie, i tutaj oficer dowodzący wydał rozkaz: „Biej ich, rebiata! cztob dołgo pomnili!”.

"Józef Piłsudski na Syberii" - rysunki Zdzisława Czermańskiego

„Józef Piłsudski na Syberii” – rysunki Zdzisława Czermańskiego

Piłsudski tak sam opisuje chwile uśmierzania buntu w więzieniu irkuckiem:

„Żołnierze, jak wściekłe wilki, rzucili się ku nam z podniesionemi karabinami. Byliśmy skupieni w kącie między piecem i ścianą, ja stałem w pierwszych szeregach. Podniosłem oczy, nade mną była kolba karabinowa. Odsunąłem ją ręką, kolba ześlizgnęła się po czole, lecz w tej chwili otrzymałem kolejne uderzenie kolbą po drugiej stronie głowy, potem drugie, trzecie… Krew zalała mi oczy, zachwiałem się na nogach, w głowie mi się zakręciło… Upadłem. W chwili gdym się przewracał żołnierze odskoczyli od nas – był to efekt rzuconej z tylnych naszych szeregów poduszki, która upadła tuż przy mnie. Po chwili zemdlałem, słysząc jeszcze narazie jakiś jęk, nie wiem już, czy z moich czy innego kolegi ust wydarty. Co dalej było, nie widziałem. Jak mi opowiadał potem jeden z kolegów, z pomiędzy nas trzynastu trzech tylko pozostało na nogach do końca, reszta pomdlała pod uderzeniami kolb żołdackich. Wyciągano nas pokolei z celi na podwórze. Co do mnie, ocknąłem się w objęciach dwóch żołnierzy, którzy już na podwórzu próbowali postawić mnie na nogi. Przyszedłem do przytomności, lecz nie bardzo rozumiałem, co wokoło mnie się dzieje. Instynktownym ruchem wyrwałem się z rąk żołnierzy i pobiegłem przed siebie. Wpadłem pod bramę więzienną, gdzie ujrzałem szereg żołnierzy z karabinami w ręku. Podoficer, który stał przed szeregiem, otworzył ramiona i chwycił mnie. Nogi pode mną się uginały, i osunąłem się na ręce tęgiego chłopa, który mnie złapał. W tej chwili dopadł mnie jeden z żołnierzy, którym przed chwilą się wyrwałem, i uderzył mnie kolbą w twarz. Krew z nosa i ust buchnęła mi na twarz i odzienie. Oburzyło to widocznie podoficera. „Durak! – usłyszałem nad sobą – nie widzisz, że chłopiec na nogach nie stoi?”. Żołnierz widocznie się zażenował. Szorstkim rękawem szynelu starał się otrzeć mi twarz, naturalnie rozmazując krew jeszcze bardziej. Wreszcie na rozkaz podoficera wziął mnie pod ramię i poprowadził za innymi. Prowadzono nas na oddział kobiecy, skąd świeżo wywieziono nasze koleżanki. W głowie mi huczało, szedłem krokiem niepewnym, napół omdlały; dusiła mię bezsilna złość, a gorycz grubjańsko zdeptanej godności osobistej dławiła mi gardło. Słyszałem wokoło brutalne słowa żołdaków, podpędzających mych kolegów, słyszałem głuche dźwięki uderzeń. Mój żołnierz po naganie podoficera zachowywał się grzecznie. Silnem ramieniem podtrzymywał moje niepewne kroki i raz po raz powtarzał: „Nu, warnaczok 3) idź! Wisz! Nie buntuj! Osłab, biednyj!”. Wepchnięto mnie wreszcie do celi, gdzie już zastałem kolegę, leżącego na podłodze. Drzwi za mną zamknęły się natychmiast”.

Władze nie poprzestały jedynie na pobiciu i zmaltretowaniu więźniów, wytoczyły im jeszcze sprawę sądową. Piłsudskiego skazano na trzy miesiące więzienia, którą to karę senat petersburski podwyższył do sześciu miesięcy.

Jako miejsce zesłania wyznaczono Piłsudskiemu miejscowość Kireńsk, położoną nad rzeką Leną i odległą o tysiąc wiorst w kierunku północnym od Irkucka. Już pisząc ten artykuł, zapytałem marszałka Piłsudskiego, ile dni trwała ta droga.

Marszałek zamyślił się, poczem odrzekł:

– Wleczono nas dziesięć dni. Nie była to podróż wesoła. Odbyliśmy ją saniami.

Zesłańców wysyłano „etapem”. Na drogach sybirskich istniały wówczas stacje pocztowe z końmi, tak jak to się działo w dawnej Europie. Partję zesłańców pod eskortą odstawiano od stacji do stacji, zatrzymując się jedynie na wypoczynek nocny. Przebycie przestrzeni tysiącwiorstowej saniami wydaje się nam dzisiaj czemś zupełnie fantastycznem, ale przebycie jej podczas czterdziestostopniowych mrozów, w lichem odzieniu, wydawało się nawet w końcu ub. w. sprawą bardzo ciężką. Gdybyż to jeszcze droga ta prowadziła do wolności. Wydałaby się zapewne krótka i wygodna, ale przecież u jej kresu oczekiwała zesłańca nędzna wegetacja człowieka, skazanego na zupełną izolację od cywilizacji i wogóle „świata”. Toteż trzeba było duszy tak hartownej i ciała tak wytrzymałego, jakiem obdarzony był Piłsudski, aby tę Golgotę odbyć bez skargi i bez upadku ciucha.

Do Kireńska przybył Piłsudski w grudniu 1887 r., mając już za sobą ośmiomiesięczny pobyt w więzieniach i na etapach. Była to w owym czasie mała miejscowość, gdzie oprócz urzędu powiatowego, izby skarbowej i szpitala nie było żadnych innych urządzeń, któreby mogły usprawiedliwiać jej miano miasteczka. W rzeczywistości była to wioska położona na wyspie na rzece Lenie, zamieszkała przez „czałdonów”, czyli Sybiraków, oraz przez zesłańców. Ludność trudniła się rybołóstwem, myślistwem, hodowlą i nieco rolnictwem. Stosunek czałdonów do wygnańców był obojętny, ale raczej przychylny. Szczególnie Polacy cieszyli się wielkiem poszanowaniem, gdyż uważano ich za takich, którzy wszystko umieją i wszystko potrafią zrobić.

W czasie przybycia Piłsudskiego do Kireńska przebywały tam jeszcze resztki powstańców z lat 1863-1864. Byli to przeważnie ci, którzy służyli w żandarmerji powstańczej i których wskutek tego nie objęła żadna amnestja.

"Józef Piłsudski na Syberii" - rysunki Zdzisława Czermańskiego

„Józef Piłsudski na Syberii” – rysunki Zdzisława Czermańskiego

Odmienne warunki bytu na Syberji, odmienny krajobraz, inni ludzie i inne obyczaje wyryły się w duszy Piłsudskiego niezatartemi wspomnieniami. Obecnie, w czterdzieści sześć lat po ujrzeniu po raz pierwszy Kireńska, są one w nim tak żywe jakgdyby zdarzyły się przed paru miesiącami. Słuchając opowieści Marszałka o tych czasach, byłem pełen zdziwienia z powodu ich dokładności i plastyczności. Gdy się jednak zważy jakiego wstrząśnienia musiała wówczas doświadczyć dusza tego młodego chłopca (Piłsudski liczył w chwili aresztowania lat 19), wtedy zdumienie opada. Niezależnie bowiem od grozy, zesłanie posiadało i swój urok, a posiadało zwłaszcza dla romantycznej, wrażliwej duszy. Wspaniała przyroda, olbrzymie odwieczne puszcze, tundry, dzikie zwierzęta, a nadewszystko potężna, groźna Lena. Szum jej fal i łoskot pękających na wiosnę lodów dźwięczy do dzisiaj żywemi tonami w uszach marszałka Piłsudskiego. Ten ogrom kraju i olbrzymia skala wszystkiego musiała zachwycić każdego, nawet skazanego na przymusowy tu pobyt. Odległości gdzieindziej olbrzymie, tutaj wydawały się bliskie i nieznaczne. Gdy się udawano w odwiedziny do sąsiada, trzeba było przebyć wiorst sto; gdy się szło na polowanie – to na niedźwiedzie; gdy się mówiło: „rzeka” – miało się na myśli koryto dziesięć razy szersze od Wisły; gdy kto rzekł: „morze”, – oznaczało to ocean bez kresu, a las-tajga równał się nieomal całej części świata.

Mimo swojej szarości i beznadziejności, życie w Kireńsku nie było pozbawione oryginalności i ponurego wdzięku. Włóczęga po tajdze i po Lenie, polowanie, współżycie z nawpółcywilizowanymi czałdonami i dzikiemi szczepami autochtonów, poczucie spełnionego obowiązku – wszystko to stwarzało całość w zetknięciu trudną i ciężką, ale we wspomnieniu i opisie – pełną poezji.

Władze mało troszczyły się o zesłańców. Kontentowały się przeświadczeniem o ich odosobnieniu, obaw zaś co do ich ucieczki nie miały zupełnie, gdyż wprawdzie oddalić się z Kireńska było łatwo, lecz dostać się do stron cywilizowanych – prawie niemożliwe. Olbrzymia odległość od miasta (tysiąc wiorst) i wogóle od ludzi pozwalała pozostawiać skazańcom pewną swobodę. Korzystali z niej jedak tylko nieliczni. Większość ogarniała już rychło apatja i niechęć do życia. Poprostu nie chciało im się opuszczać chat i niekiedy woleli nawet marznąć, aniżeli iść do lasu do drzewo na opał.

Piłsudski nie pozwolił jednak zapanować nad sobą apatji. Od pierwszych dni starał się być czynny. Nie uległ też żadnym pokusom, czyhającym na zdesperowanych męczenników. Nie rozpił się, co było rzeczą mało zrozumiałą nawet dla władz, nie poddał się lenistwu, co znowu wprawiało w zdumienie skazańców. Słowem, zachował równowagę ducha i pełne opanowanie ciała.

Po pewnym czasie nadszedł wyrok sądowy za bunt w Irkucku. Nieszczęsnego młodzieńca zamknięto w więzieniu, przyczem, jak sam mi to wspominał, pierwszą dobę spędził w celi, z której przez szczeliny widać było w nocy gwiazdy. Ponieważ była zima i termometr wskazywał około 40° niżej zera, przeto Piłsudskiemu groziła wówczas śmierć. Dzięki antagonizmowi, panującemu między naczelnikiem więzienia i prystawem, udało się jego kolegom pozostałym na wolności uzyskać przeniesienie go do szpitala więziennego, gdzie też, jako pisarz, odbył całą karę.

Z czasów pobytu w Kireńsku i później w Tunce datują się nieliczne w życiu marszałka Piłsudskiego epizody myśliwskie. Głuche lasy sybirskie wprost zapraszały na polowanie. W czasie pobytu na Maderze usłyszałem z ust Marszałka opowieść myśliwską, którą zapamiętał z czasów pobytu nad rzeką Leną. Oto ona:

– Pewnego razu – mówił Marszałek – poszedł chłop rosyjski z synami do tajgi po drzewo. Innej broni, oprócz siekier, nie mieli. W czasie roboty natknęli się na niedźwiedzia, który uniósł się na tylne łapy i począł ku nim zbliżać. Synowie, jako młodsi, zdołali uciec. Ojciec pozostał, a widząc, że niema innej rady, schronił się za jedno z najbliższych drzew, mając nadzieję, że może zwierz go nie zauważy i pójdzie spokojnie dalej. Jednak niedźwiedź nie minął go, lecz podszedł pod drzewo i sięgnął po chłopa łapą. Człowiek przesunął się. Niedźwiedź obchodził drzewo, starając się dosięgnąć ofiary; człowiek przesuwał się znowu. Powstało coś w rodzaju gry „w chowanego”, aż wreszcie zniecierpliwiony niedźwiedź objął niezbyt gruby pień obu łapami, chcąc w ten sposób chłopa schwycić. Wtedy chłop chwycił te łapy i przytrzymał. Niedźwiedź począł ryczeć, ale pozbawiony możności wyzyskania swej siły, stał w tej pozycji unieruchomiony. Chłop począł wówczas nawoływać synów. Po pewnej chwili podszedł jeden z nich z siekierą w ręku. „Podejdź bliżej -rzekł chłop – i zabij niedźwiedzia”. „Boję się” – odpowiedział syn. Napróżno ojciec namawiał go, aby podszedł do niedźwiedzia i zadał mu cios. Syn bał się. „No, to chodź, – rzekł wreszcie chłop, – potrzymaj niedźwiedzia, a ja go zabiję”. I syn przytrzymał niedźwiedzia. Tymczasem chłop, uwolniony z opresji, począł jaknajspokojniej oddalać się od fatalnego miejsca. „Ojcze! – wrzasnął przerażony syn – czemu nie zabijasz niedźwiedzia?” „Mam czas, – odrzekł na to chłop, – a ty poznaj, jak to przyjemnie trzymać zdrowego niedźwiedzia za łapy”…

Życie w Kireńsku płynęło monotonnie. Zimą – a zima trwała dziewięć miesięcy – zapadał mrok tak wcześnie, że dzień trwał zaledwie kilka godzin, a brak jakiegokolwiek oświetlenia podnosił niepomiernie uciążliwość takiego stanu rzeczy. Przy migotliwem świetle łuczywa lub ogniska nie można było czytać ani pisać, nie można też było wykrzesać pogodnego nastroju, przychodzącego tak łatwo w jasnem świetle słońca lub żarówek. Dnie i noce wlokły się z rozpaczliwą powolnością, ale gdy zesłaniec po latach spojrzał w przeszłość, wydawała mu się ona tak krótka, że nie chciał wierzyć, aby czas, który biegł z dnia na dzień tak powolnie, w sumie upływał tak szybko. Powodowała to nijakość i bezwrażeniowość życia. W Kireńsku nic się nie działo, a w szczególności nic się nie działo w życiu zesłańców. List z Polski, gazeta, czasem echo jakiejś dalekiej, podziemnej roboty, to były najważniejsze zdarzenia. Niekiedy budziła się myśl o ucieczce. Apatja ulatywała wówczas i rozpoczynały się dysputy: – dokąd? Dokąd i którędy uciec? Czy przez ocean Lodowaty do Alaski lub Kanady; czy przez pół Azji do niezależnych chanatów mongolskich, albo też przez niezmierzone przestrzenie Rosji?… Ucieczki jednak zdarzały się rzadko, a udawały się jeszcze rzadziej.

Pobyt w Kireńsku trwał przez cały r. 1888 i część r. 1889. W początku lata władze rosyjskie uległy prośbom wnoszonym przez przyjaciół Piłsudskiego i przeniosły go „ze względu na słabe zdrowie” do miejscowości Tunka, położonej na południu Sybiru, a więc w klimacie nieco łagodniejszym. Przeniesienie do Tunki, do kraju, gdzie lato było dłuższe, gdzie do Irkucka jechało się nie dwa tygodnie, lecz tylko kilka dni, gdzie ponadto mieszkała pewna ilość ludzi inteligentnych, było awansem, o jakim znaczna większość skazańców nie mogła nawet śnić. W naszem zrozumieniu byłby to awans wątpliwej natury, gdyż ten raj liczył conajwyżej kilkuset mieszkańców i nie posiadał żadnych urządzeń kulturalnych.

Aby dostać się z Kireńska do Tunki trzeba było przejechać najpierw tysiąc wiorst drogi do Irkucka, a stamtąd dwieście wiorst na południo-zachód, w kierunku gór Tunkiskich. Więc znowu nastąpiła podróż etapami, wprawdzie lżejsza od poprzedniej, gdyż Piłsudski był już zaaklimatyzowany, a pozatem pomagała mu znajomość zachowania się w obcych poprzednio warunkach, mimo to jednak nie łatwa. W każdym razie odbył ją bez odmrożeń, czego nie można było powiedzieć o podróży poprzedniej.

Na nowe miejsce przeznaczenia przybył Piłsudski w sierpniu 1889 r. O przyjeździe do Tunki tak mówił mi w czasie jednej z rozmów:

– Był to w tamtych stronach właśnie koniec lata. Miało się już na jesień, a trzeba wam wiedzieć, że w Tunce jesień jest bodaj najpiękniejszą porą roku. Jest słoneczna i sucha. Spodobała mi się ta miejscowość bardzo. W kilka dni później wrażenie to utrwaliło się we mnie jeszcze więcej, ponieważ tutaj mogłem nareszcie zdobyć się na własne mieszkanie, czego nie udało mi się nigdy osiągnąć w Kireńsku. Mieszkanie to nie było wprawdzie luksusowe, ani zbyt obszerne, ale było własne. Składało się z jednego pokoju, odnajmowanego od pewnej starej Sybiraczki, kobiety prostej.

Tunka była w owym czasie i jest zapewne dotychczas niewielką wsią, leżącą w powiecie irkuckim. Stanowiła stolicę administracyjną dużego obszaru, rządzonego przez prystawa, który wobec znacznej odległości jego siedziby od urzędu powiatowego, posiadał władzę równającą się władzy starosty w Polsce. Leży ona przy ujściu rzeki Tunki do rzeki Irkutu, która, skolei, wpada do Angary. Dzięki położeniu w rozległej dolinie, zasłoniętej od północy pasmem górskiem, klimat jej był znacznie łagodniejszy, co wyrażało się nastawaniem zimy dopiero na początku listopada, a więc wówczas gdy w Kireńsku panowały już trzaskające mrozy. Dzięki tym górom również nie dawał się zbytnio zaznaczać wpływ wiatrów, których ogniskiem jest olbrzymie jezioro Bajkalskie (34.930 km2), leżące niedaleko. Mówiąc o tej łagodności, trzeba zaznaczyć, że jednakże mrozy czterdziesto-stopniowe nie należały tam podczas zimy do rzadkości.

Na ludność składali się czałdoni i trochę Kozaków, a ponadto, jak prawie wszędzie na Syberji, pewna ilość zesłańców politycznych.

Zarówno sama Tunka jak i jej okolica były bardzo malownicze. Otoczona niewielkiemi lesistemi wzgórzami, położona na brzegu szumiącej rzeki, zielona w lecie, biała w zimie, zamieszkana przez ludność wprawdzie prostą, lecz szczerą, musiała pozostawić wspomnienie miłe. Toteż marszałek Piłsudski mówi o niej ze znacznie mniejszą goryczą aniżeli o Kireńsku, gdzie, ponadto, był jeszcze nowicjuszem, nie zahartowanym dostatecznie do walki z twardym losem, wyznaczonym mu przez Opatrzność.

W Tunce Piłsudski zaprzyjaźnił się z Bronisławem Szwarcem, wybitnym działaczem z epoki bezpośrednio poprzedzającej wybuch powstania styczniowego. Szwarce, stał blisko tajnego rządu narodowego, i zapewne dlatego omijały go wszystkie amnestje carskie.

W owym czasie dobiegał już dwudziesty ósmy rok jego pobytu w mroźnej Syberji. Otóż ów Szwarce wprowadził Piłsudskiego do domu doktora Afanasja Michalewicza, Ukraińca, czyli, jak tę narodowość wówczas określano, „chochła”. Był to człowiek mądry i oryginalny, co w rezultacie zaprowadziło go z rodzinnego Podola do Tunki. Swój stosunek do Rosji określał kilku bardzo charakterystycznemi słowami:

„Podalsze od etowo słona”.

W jego zrozumieniu oznaczało to, że im luźniej Ukraina a również i Polska będą związane z Moskwą, tem dla tych obu krajów będzie lepiej. Słowa te powtarzał często i z lubością. Afanasij Michalewicz był ożeniony z niejaką Katarzyną, prostą chłopką, która jednak, czyto dzięki wpływowi męża, czy też jakimś innym skojarzeniom, odznaczała się dużem zrozumieniem dla wartości nauki. Dawała temu wyraz troską o wykształcenie dzieci, których posiadała troje. Z nich w wieku szkolnym było dwóch chłopców: czternastoletni i dziewięcioletni. Lekcyj udzielał im pewien Polak, który kiedyś ukończył szkołę mierniczą, a języków – Szwarce. Gdy jednak na horyzoncie ukazał się Piłsudski, który przybył do Tunki nieomal z ławy szkolnej, Katarzyna postanowiła dla dobra dzieci, aby nauką zajął się on. Jednakże nie było rzeczą łatwą namówić Piłsudskiego na belferkę. Po długich molestacjach zgodził się uczestniczyć w egzaminie ogólnym, który urządzono, aby przekonać się, czego dzieci dotychczas się nauczyły. Wtedy to Piłsudski przypomniał sobie swego znienawidzonego profesora z gimnazjum wileńskiego, Pawła Iwanowicza Jachontowa, i powiedział, że będzie egzaminował jego sposobem. „Gdyby dzieci wyszły z tej próby zwycięsko, – mówił, – oznaczałoby to nieomylnie, że są dobrze przygotowane do gimnazjum”. Musiał to być sposób osobliwy, skoro już po pierwszem pytaniu obaj chłopcy rozpłakali się rzewnie.

– Gdy zobaczyłem okropny skutek metody wileńskiego profesora zastowanej w Tunce, – opowiadał mi marszałek Piłsudski, – zrobiło mi się niesłychanie przykro. Począłem biedactwa całować i przytulać, aż wreszcie uspokoiły się, widząc, że nie jestem taki znowu straszny. Jaskrawo uświadomiłem sobie wówczas, jakie piekło musiałem wraz ze swoimi kolegami przechodzić w czasie ośmioletniego pobytu w rosyjskiem gimnazjum wileńskiem, skoro jego słaby odblask wywołał u dzieci spazmy.

Najciekawiej i najosobliwiej na cały egzamin zareagowała Katarzyna, która oświadczyła natychmiast, że „Poliaczok” musi być świetnym profesorem, skoro chłopcy zaraz po pierwszem pytaniu rozpłakali się. Dlaczego tak przypuszczała, nikomu nie wyjaśniała, podawała to poprostu jako pewnik.

Naskutek nalegań Katarzyny, która stanowczo oświadczyła mężowi, że gdy „Poliaczok” nie zgodzi się uczyć jej dzieci, to natychmiast pojedzie z niemi do Irkucka i niech się dzieje wola Boża, Michalewicz wraz ze Szwarcem uprosili Piłsudskiego, aby zgodził się zostać nauczycielem.

Tak Piłsudski został w Tunce nauczycielem dwóch młodych Michalewiczów, z których starszy marzył o zdaniu do klasy trzeciej, młodszy zaś do pierwszej.

Oprócz tej „profesorki”, Piłsudski nie miał możności nic więcej robić. Poprostu nie było do pracy żadnej sposobności, oprócz, oczywiście, pracy fizycznej. Gdy pewnego razu zapytałem Marszałka, czem, poza uczeniem młodych Michalewiczów, zajmował się w Tunce, odrzekł:

– Wiecie, pozatem to ja głównie tylko psułem proch.

Miał na myśli liczne polowania, a właściwie włóczęgę po lasach z dubeltówką na ramieniu. Myśliwym „zawziętym”, jakich w Polsce spotyka się wielu, marszałek Piłsudski nie był właściwie nigdy. Łowy traktował jako sposób dostarczenia pożywienia mięsnego, albo poprostu pretekst do przebywania z przyrodą. Zawsze daleki był od zabijania zwierząt niepotrzebnie, dla sportu. Nigdy nie przychodziło mu na myśl zabić więcej zwierzyny, aniżeli potrzebowałby sam lub jego najbliżsi. Nigdy nie polował dla samej przyjemności polowania, czyli w przełożeniu na język zwykły – dla przyjemności zabijania. To nastawienie charakteryzuje opowieść o polowaniu na łosie i jelenie. Otóż gdy pewnego razu zapytałem, czy w czasie pobytu na Syberji polował na grubego zwierza, odpowiedział mi w tych słowach:

– Na Syberji do grubego zwierza zalicza się niedźwiedzie i łosie, a na południu również jelenie. Poluje się na nie na nartach. Wybiera się czas, gdy śnieg po lekkiem stajaniu na powierzchni zamarza ponownie. Tworzy się wówczas pokrywa dostatecznie silna, aby utrzymać człowieka na nartach, ale za słaba, aby utrzymać jelenia lub łosia. Sybirak, wypatrzywszy w takim czasie np. jelenia, goni go z wielką łatwością, podczas gdy zwierzę zapada się co chwilę, kalecząc się dotkliwie o ostre kanty zlodowaciałego śniegu. Już po krótkiej chwili ślad uciekającego jelenia znaczy krew. Nieszczęsne zwierzę dobywa wszystkich sił, kaleczy się jednak coraz więcej i coraz więcej słabnie. Po pewnym czasie myśliwiec dopada zdobyczy i zabija. Otóż, widzicie, ja nigdy nie zdobyłbym się na wzięcie udziału w takiem barbarzyństwie i dlatego nigdy na Syberji na grubego zwierza nie polowałem.

Jak już wspominałem poprzednio, Piłsudski zamieszkał w Tunce w osobnym pokoju, wynajętym od pewnej Sybiraczki, a ponieważ był młodzieńcem pełnym fantazji i temperamentu, przeto myślał raczej o wszystkiem innem, a nie o tem, aby pokój utrzymywać w porządku. Całemi tygodniami panował tam wielki nieład. Książki, gazety, ubranie i zapasy żywności – wszystko to leżało pospołu, porozrzucane bez ładu i składu. Najmniej przejmował się tem sam gospodarz, najwięcej zaś jego gospodyni. Kobieta ta, odznaczająca się dużem poczuciem porządku i ochędóstwa, poprostu cierpiała fizycznie, widząc pod swoim dachem ten nieporządek. Ponieważ jednak była to kobieta prosta, a Piłsudskiego otaczał w Tunce nimb pochodzenia szlacheckiego i wysokiej inteligencji, nie śmiała przeto ani zwrócić mu uwagi na ten stan rzeczy, niezgodny z jej naturą, ani też zaproponować pomocy w wykonaniu tej kobiecej bądźcobądź pracy. Trwało to tak dłuższy czas. Piłsudski hasał po lasach ze strzelbą na ramieniu, mało troszcząc się o swój „dom”, Sybiraczka zaś cierpiała w milczeniu, bojąc się niewczesnem odezwaniem naderwać dobrych stosunków z mądrym Polakiem. W pomoc jej przyszło… święto Matki Boskiej Kazańskiej, obchodzone na Syberji bardzo uroczyście. Dawny zwyczaj nakazuje radować się i bawić w tym dniu, który jest najdalszą ku zimie wysuniętą granicą zbiorów z pola. Na święto Matki Boskiej Kazańskiej wszystko musi być już zwiezione do stodół, co oczywiście nastręcza okazję do radości z ukończenia pracy. Odbywają się wówczas w całej południowej Syberji zabawy, tańce, składanie wizyt, a ponadto, jak ten sam zwyczaj każe, świadczenia wzajemnych usług. A więc Iwan przynosi Dymitrowi garnek topionego masła, Jewdokja składa w prezencie Anastazji wyszywaną koszulę, młodziutka Tatjana obiecuje starej ciotce uprać bieliznę, a znowu Fiodor swemu teściowi – narąbać drzewa. Jest to jakby ogólne święto dobroci. Otóż gdy nadszedł w r. 1889 dzień 1 października starego stylu, na który przypada święto Matki Boskiej Kazańskiej, zjawiła się u Piłsudskiego jego gospodyni i nieśmiało zaproponowała, aby pozwolił jej sprzątnąć pokój.

– Nie chciałabym – mówiła – urazić waszej wiary. Jak ona nie pozwala sprzątać, to nie. Niech zostanie, jak było.

Początkowo Piłsudski nie mógł zrozumieć, o co chodzi starej kobiecie, i dopiero po dłuższej rozmowie pojął, że poczciwa Sybiraczka przypuszczała, że jest on członkiem jakiejś sekty katolickiej, której przepisy nie pozwalają na porządkowanie mieszkania…

Szefem administracji w Tunce i całej gminie był prystaw, którego nazwiska marszałek Piłsudski nie pamięta. Był to człowiek bardzo poczciwy, samouk, który miał manję stałego uczenia się, przebywania w towarzystwie ludzi inteligentnych i prowadzenia „inteligentnych” rozmów. Mając takie upodobania, musiał siłą rzeczy lgnąć do skazańców politycznych, gdyż oni jedynie w tym zapadłym kącie reprezentowali element inteligencki. Tutaj jednak napotykał jaknajmniej podatny grunt do przyjaźni, gdyż wśród osiedleńców panowało niepisane prawo unikania z władzą wszelkiego kontaktu, pozbawionego cech urzędowości. Zwyczaj ten był przez wygnańców przestrzegany pilnie, toteż prystaw nie miał możności w żaden sposób zadość uczynić swoim ambitnym planom wznoszenia się na wyższe szczeble kultury towarzyskiej. Otóż człowiek ten wezwał pewnego razu do swego urzędu Piłsudskiego i oświadczył mu, że nadeszła z Irkucka „bumaga”, z której wynika, że „pan Poliak” musi odsiedzieć karę siedmiu dni aresztu za przekroczenie przepisów.

Piłsudski przypomniał sobie wówczas, że podczas pobytu jego w Kireńsku wyszło rozporządzenie, zabraniające politycznym wydalania się poza obręb miejscowości, do której byli zesłani. Zesłańcy rozporządzenie to poczęli sabotować, gwałcąc je konsekwentnie i wydalając się poza obręb przepisowy umyślnie, niekiedy nawet bez potrzeby. Tosamo zrobił Piłsudski, który pewnego dnia wsiadł do łodzi i udał się rzeką Leną do innej miejscowości, położonej o dwanaście wiorst od Kireńska, gdzie mieszkał jego znajomy zesłaniec, Polak. Po dwudniowym pobycie poza Kireńskiem powrócił, lecz tutaj zastał już sporządzony przeciw sobie protokół, a sprawę oddaną do sądu. Wkrótce po tem zdarzeniu, z którego nic sobie zresztą nie robił, został przeniesiony do Tunki i o całej sprawie zapomniał, przypuszczając, że utknęła gdzieś po drodze między Kireńskiem, Irkuckiem i jego nowem miejscem pobytu. Tymczasem jednak „bumaga”, nabrawszy raz toku, przebrnęła wszystkie trudności i trafiła do miejsca właściwego. Już przed samym finałem, t. zn. przed odejściem Piłsudskiego do aresztu, napotkała na jeszcze jedną trudność. Prystaw, odczytawszy bowiem wyrok, począł się kręcić po izbie i wreszcie rzekł:

– Właściwie to ja mam z panem duży kłopot, gdyż pan jest szlachcicem, a mnie nie wolno szlachcica zamknąć w wołostnym areszcie. Sam nie wiem, co mam zrobić.

Piłsudski, który zorjentował się natychmiast, że sprawa przy odpowiedniem pokierowaniu może mu przynieść nieco rozrywki w monotonji zesłania, odparł szybko: „Naturalnie, nie może mnie pan tutaj zamknąć. Wiem o tem doskonale”.

Prystaw zafrasował się jeszcze bardziej: „Więc cóż mam zrobić?”. „Bardzo prosta sprawa. Musi mnie pan odesłać do Irkucka”.

Nie trzeba przytem zapominać, że do Irkucka było dwieście wiorst i sama droga musiałaby trwać więcej dni, aniżeli ich ilość wyznaczona do odsiedzenia.

W czasie opowiadania mi tego epizodu, marszałek Piłsudski dodał:

– Upierając się przy wysłaniu mnie do Irkucka, liczyłem głównie na to, że przy pomocy przyjaciół uda mi się posiedzieć w mieście dłuższy czas, co w mojem życiu wygnańczem byłoby nielada rozmaitością.

Jednakże prystaw nie chciał zgodzić się na koncepcję Piłsudskiego i postanowił wysłać do Irkucka, do gubernatora, zapytanie, jak ma postąpić.

W szereg miesięcy później nadeszła odpowiedź. Gubernator wydał rozkaz, aby skazaniec pochodzenia szlacheckiego odbył wyznaczoną mu karę nie w areszcie, co sprzeciwiałoby się prawu, lecz w mieszkaniu samego prystawa.

Decyzja ta wprawiła urzędnika w prawdziwy szał radości. Co za szczęście! U niego, w jego mieszkaniu, będzie przez cały tydzień gościł człowiek tak inteligentny, który przecież, jak wiadomo, i dzieci doktora Afanasija Michalewicza uczy i po francusku tak mówi, jak on, prystaw, po rosyjsku… Co za szczęście!

Pobyt w mieszkaniu prystawa był jedną, nieprzerwaną ucztą. Duchową dla gospodarza, kulinarną dla gościa.

Termin zesłania kończył się Piłsudskiemu w kwietniu 1892 r. Władze carskie nie darowały mu ani jednego dnia. Dotrwał w Tunce do końca i dopiero po pełnych pięciu latach nieobecności w kraju wrócił, znanym już sobie szlakiem przez pół Azji i trzy czwarte Europy, do stron rodzinnych. Zamknięto go w więzieniu jako dziecko, wypuszczono jako dojrzałego mężczyznę. Dziecinne, niejasne myśli o Polsce skrystalizowały się w nim tymczasem i przyoblekły w kształty realne.

——–
1) W porozumieniu z redakcją „Wiadomości Literackich” praca kpt. M. B. Lepeckiego ukazuje się jednocześnie w miesięczniku „Polacy Zagranicą”, redagowanym przez B. T. Lepeckiego.
2) Piłsudski był aresztowany w kwietniu, przywieziono go do Irkucka we wrześniu, na miejscu zaś zesłania, w Kireńsku, znalazł się w grudniu 1887 r.
3) Ludność sybirska dla zesłańców wszelkiej kategorji miała nazwę pogardliwą „warnak”. Natomiast przybysze zwali Sybiraków „czałdonami”.

 

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close