Katolicyzm polski przed francuskim konfesjonałem

W b. r. dwa czołowe organy katolików francuskich, jezuickie „Etudes” i na bardzo wysokim poziomie stojąca dominikańska „La Vie Intellectuelle”, zamieściły obszerniejsze artykuły o katolicyzmie w Polsce. Oba artykuły, w formie oględne, – artykuł w „Etudes” nawet mocno oględny, – przynoszą bardzo stanowcze potępienie niektórych braków intelektualnych i etycznych naszego życia katolickiego. Na tle swoistych zwyczajów katolicyzmu polskiego, który – jak wiadomo – krytyki organicznie nie znosi a na wszelkie próby krytycznego ustosunkowania się do osób czy instytucyj kościelnych reaguje obowiązkowym gniewem, głosy te, z oficjalnych francuskich kół katolickich, mają szczególną wymowę.

W „Etudes” z dn. 5 stycznia pisze na podstawie wrażeń z dwutygodniowego pobytu w Polsce Pierre Lorson. Chociaż cudzoziemiec, jest p. Lorson wyraźnie zaangażowany uczuciowo w naszych antagonizmach politycznych. Rządu i sanacji mocno nie lubi. Niechęć ta doprowadziła go nawet do insynuowania, iż w Polsce katolicy prorządowi, to „urzędnicy lub kandydaci na urzędników”, inaczej mówiąc, iż katolik może być u nas prorządowy tylko z oportunizmu. Ręka w rękę z tym wstrętem do sanacji idą u p. Lorsona gorące sympatje endeckie, rzecz dosyć zabawna, jeśli uświadomić sobie, iż czyta się to w organie jezuitów, a więc zakonu, który jest z endekami w zadawnionej wojnie. (Wystarczy przypomnieć co o jezuitach pisali czołowi historycy endeccy, profesorowie Chrzanowski i Sobieski).

Trafiają się też w artykule i niedokładności rzeczowe. Obok błędów stosunkowo drobniejszych, jak np. dowodzenie, że kontrreformacja ocaliła Polskę od germanizacji, lub że rząd, redukując w ub. r. szereg katedr, miał na oku specjalnie najczynniejszych katolików, spotykamy się tu z jedną szczególnie znamienną gaffą; katolików prorządowych stale nazywa p. Lorson „lewicą katolicką”. Widocznie nie miał w ręku ani jednego numeru „Czasu” czy „Słowa”, a podczas swego pobytu w Polsce obracał się wyłącznie w kołach endeckich.

Jeśli tak, to wystawił im w swoim artykule wcale nieszczególne świadectwo. Co go bowiem w katolicyzmie polskim szczególnie martwi, to jego poziom umysłowy. Pisze o tem dwukrotnie, przyczem za pierwszym razem daje swemu zmartwieniu mocno kunsztowny wyraz:

„Gdyby sobie wyobrazić organizacje religijne w Polsce jako serję kół koncentrycznych, otaczających jądro życia parafialnego i zbliżających się do peryferyj, w miarę jak przyjmują one w swoją działalność duchową coraz więcej czynników świeckich, trzebaby udzielić jądru bardzo wiele miejsca, zato koła rysowałyby się coraz to słabiej. Inaczej mówiąc, w tym pobożnym kraju grupy katolickie są tem bardziej kwitnące, im bardziej są one w sposób szczególnie specyficzny pobożne, t. j. im więcej organizują zbiorowych komunij, modlitw i nowenn, procesyj i pielgrzymek”. I dalej: „Że te zewnętrzne oznaki kultu doprowadzają często do skostnienia i otępienia ducha wiernych, że przez swą częstość osłabiają na dalszą metę symboliczną wartość gestów i postawy, a nawet wyradzają się w czynności mechaniczne i w widowiska, jest rzeczą niedouniknienia”.

Gdzieindziej zaś, pisząc o katolickich organizacjach kobiecych w Poznańskiem, wzdycha: „Tym poczciwym dziewczętom brak zupełnie jakichkolwiek zainteresowań intelektualnych”.

Przedmiotem zato szczególnej dumy p. Lorson jest zawarty w r. 1925 konkordat z Watykanem, „najlepsza ustawa, jaką społeczność katolicka otrzymała po r. 1925″. Na tym punkcie zgadza się on z autorem artykułu „Le catfiolicisme en Pologne”, zamieszczonym w „La Vie Intellectuelle” z dn. 10 września. Autor jego, występujący pod inicjałami Cyrila M. E. W., z wyraźną satysfakcją wylicza wszystkie spadłe na kościół z racji konkordatu przywileje. W terenie polskim porusza się on dużo swobodniej i pewniej od swego poprzednika. Co zaś najważniejsze, katolicyzm polski spowiada z jego grzechów z otwartością, za którą, gdyby artykuł pojawił się w któremś z pism polskich, autora obdarzonoby z pewnością – z nominacji prasy klerykalnej – jednem z wyższych dygnitarstw masońskich.

Razi go tu sporo rzeczy: „Niektórzy księża wiejscy uważali za rzecz stosowną dla obrony przed niebezpieczeństwem dechrystjanizacji propagandę praktyk naprawdę zabobonnych i wypaczających sens doktryny katolickiej. Wystarczy, aby się w tem zorjentować, przerzucić karty takiego pisma dewocyjnego jak „Rycerz Niepokalanej”. Cowięcej, natrafia się w pismach katolickich na metody denuncjacji, niewątpliwie godne nagany. Nauczyciel miał jakiś zatarg z proboszczem. W kilka dni później można czyfać w prasie całej Polski, że „p. X., nauczyciel w W. ożenił się z rozwódką. Jak długo jeszcze rodzice katoliccy będą cierpieli, aby ich dzieci znajdowały się pod opieką tego rodzaju nauczycieli?”. Wiele osób niemniej razi pewien rodzaj nietolerancji, skierowanej nie przeciw ideom, lecz przeciw ludziom, z jaką można się spotkać w ostatnich latach równie dobrze u katolików jak i u ich przeciwników”.

Klerowi, zwłaszcza niższemu, ma autor wiele do zarzucenia. W jego chciwości widzi możliwości niebezpiecznych dla kościoła konfliktów społecznych. „Według konkordatu Kościół zachowuje wszystkie swoje majątki – ksiądz miałby więc zawsze z czego żyć. A jednak chłopi się skarżą. Księża są bardzo często wymagający, jeśli idzie o wynagrodzenie za chrzty, śluby i t. p. Przytoczono nam historję chłopa, który za cały majątek miał tylko liczną rodzinę, chałupę, królika i krowę; – jedno z jego dzieci umiera. Proboszcz odmawia religijnego pogrzebu, jeśli mu się nie zapłaci taksy wynoszącej około 150 franków.

Przytoczywszy jeszcze dwa podobne „równie autentyczne” przykłady chciwości księżej, autor nasz równie otwarcie rozprawia się z drugim grzechem śmiertelnym polskiego kleru – nadużyciem kościoła do celów politycznych. „Bądźmy szczerzy, księża polscy za dużo zajmuja się polityką. Pierwsi za to odpokutują, i rozsądni dostojnicy kościelni, których niebrak w Polsce, zdają sobie z tego dobrze sprawę”.

„Przedewszystkiem wielki odłam kleru związał się z partją narodowo-demokratyczną, czyli z „endekami”, i popiera ich ze wszystkich sił, aż do nadużycia swojej władzy duchownej włącznie. Istnieje taka diecezja, w której biskup rokrocznie zabrania odprawiania mszy na intencję marszałka Piłsudskiego… Nacjonaliści, burżuje i antysemici endecy, to tradycyjni frankofile i ich stanowisko wobec katolicyzmu było bardzo podobne do postawy „Action Française” przed potępieniem, – ich opozycja wobec rządu była w gruncie rzeczy dosyć jałowa” (nb. -o narodowych radykałach – w terminologii autora artykułu „neo-endekach” -pisze się tutaj, „iż nie są wcale lepszymi katolikami od nazich”).

Same w sobie zarzuty te nie są żadną rewelacją. Posmaku sensacji dodaje im dopiero fakt, że ukazały się w czołowym organie francuskich katolików i że autorem ich jest zdeklarowany katolik. Trzeba to bowiem wyraźnie podkreślić – artykuł nie wyszedł spod pióra żadnego radykała (dowodem to co się tu pisze o Legjonie Młodych, o chadecji i o Żydach), lub też luzaka czy malkontenta katolicyzmu. Pisał go człowiek jaknajściślej związany z kościołem, który jeśli oskarżał, to nie jako „bezbożnik, mason, zaciekły wróg wiary i kościoła”, ale właśnie jako jego – obrońca.

zz.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close