STEFANJA ZAHORSKA

LISTY Z NOWEGO WSCHODU
Komsomolcy

Moja znajomość z komsomolcami nawiązała się w długich podziemnych korytarzach, półokrągło sklepionych, pełnych piekielnej wrzawy, cementowego błota żelaznej gęstwiny prętów, chybotliwych wagoników, ssących pomp, wrzaskliwych świdrów. Na przestrzeni kilkunastu kilometrów pod powierzchnią życia Moskwy wrzało życie podziemne i nosiło miano budowy „metra”.

W którymś korytarzu zsunął się nagle po drewnianym palu z ciemnego otworu betonowego nieboskłonu, jak z czeluści nieba, cherub w szerokim odchylonym kapeluszu, w niebieskiej kombinezie, na której jak obłoki bielały roztarte cementowe plamy. Spadł nam nieomal na barki. To był Wołodia. Na szerokiej czerwonej twarzy śmiały się młode niebieskie oczy. Prowadził nas, przeskakując zwały żelaza, zwisał na belkach, uskakiwał przed wagonikami na chwiejne deski, chodził po tym podziemnym folwarku jak gospodarz. Przedstawiał napotykanych: ten z drugiego roku architektury, ten z fabryki, ten, to nasz najzdolniejszy poeta, tu pracuje brygada górnicza z zagłębia Donieckiego. Podawali twarde, szorstkie dłonie, podchwycili radośnie myśl spotkania się i pogwarzenia: „Przyjdźcie na zebranie naszego kółka literackiego”.

Zebranie kółka literackiego komsomolców z „metrostroju” odbywało się w lokalu „Komsomolskiej Prawdy”. W wypchanej po brzegi ciasnej i zadymionej salce otwierały się szerokie perspektywy na „budownictwo socjalistyczne” od strony wewnętrznej. Ostrzegał mnie złośliwy obcokrajowiec: „Nie warto chodzić… czytają Lenina albo Stalina i komentują”. Tymczasem nie było żadnej egzegezy. Była właściwie mowa o miłości. Przeczytano scenariusz pisarza Oleszi, którego tematem była miłość młodego komsomolca do żony profesora, – problemat: czy zasługi genjalnego uczonego narzucają młodzieńcowi obowiązek poświęcenia swej miłości? czy ma swe uczucia poświęcić dla dobra ogólnego, uosobionego w postaci profesora?

Drżałam, że młody Grisza zostanie bezapelacyjnie skazany na porzucenie ukochanej Olgi. Ale wstał młodzieniec w monterskiej bluzie, ciemny od metalowej sadzy, i rzucił się jak rozjuszony byk na słabą koncepcję autora. „Dlaczego Olga nie mówi, kogo kocha? Przecież w tej odpowiedzi, a nie w czem innem leży rozwiązanie konfliktu”. Wypominał autorowi, że jest w swem pojęciowem, nie zaś psychologicznem postawieniu zagadnienia idealistą starego typu. „My nie potrzebujemy katechizmu moralności, – mówił, -stosunek do idei i do naszego społeczeństwa mamy w sobie, głęboko i gorąco, tak jak w sobie mamy nasze uczucie miłości, i z tego stosunku rodzi się każdorazowe rozwiązanie konfliktu, a nie z nakazów moralnych”. Inni wysnuli z dialektycznego materjalizmu potrzebę psychologicznego, rozwojowego i życiowego, traktowania miłości. Zresztą… – wstała błękitnooka komsomołka – „zrozumieliśmy już dawno, że nie wszystko co stworzył kapitalizm musi być potępione, jesteśmy dość silni, aby brać zeń to co jest nam potrzebne. A w sprawach miłości nie wszystkie pojęcia kapitalistyczne nadają się do odrzucenia. Przyznacie, że chęć posiadania własnej i wyłącznie do indywidualnego użytku przeznaczonej szklanki nie sprzeciwia się w niczem komunistycznym zasadom. Czyż mamy się cofnąć przed stwierdzeniem, że miłość oparta jest na najbardziej indywidualnej, osobistej – kapitalistycznej – potrzebie własności?”.

A jednak kiedy rozpoczęło się recytowanie wierszy i młodzi poeci z przejęciem wypowiadali w rymie i rytmie swe odczucie świata i siebie – nie było ani jednego wiersza miłosnego. Dlaczego? -pytałam. Wtedy wstał Andriusza i zadeklamował swój wiersz miłosny. Wiersz był cichy i liljowy. Za oknem wstawał blady świt zimowy – a Ona odchodziła. Zresztą nie z powodów, do których my przywykliśmy, – wzywała ją daleka praca, nowy przydział. Był potem jeszcze piękny wiersz do matki. I jeden do syna. Twórcą jego był komsomolec, któremu ciemny puszek zaledwie ocieniał górną wargę.

Przyjaźń moja z komsomolcami z „metrostroju” zacieśniła się, kiedy młodzi ludzie odprowadzali mnie wieczorami do domu i kiedy po ostatniem dobranoc krążyliśmy długo po ulicach ściszonych śniegiem i znieruchomiałych pod ciężarem nocy. Kiedy staliśmy oparci o kamienną balustradę na rzece Moskwie, patrząc na zębaty mur okalający Kreml, – popiliśmy byli sowicie, – carskie orły, beztrosko pozostawione przez władzę sowiecką na wysokich wieżycach, machały nam przed oczyma sztywnemi skrzydłami. Sobór Uspienskij mrużył wąskie średniowieczne okna – wtedy Wołodia szerokim gestem wytaczał sprawę historycznego materjalizmu, a kiedy docieraliśmy do jego idealistycznych początków, Andriusza pytał wstydliwie: „Czy Polki są ładne? Ładniejsze od naszych dziewcząt? Jakie są naprawdę?”. Chodziliśmy razem do klubów robotniczych, na zebrania kółek literackich, wracaliśmy pełni zagadnień dialektycznego stosunku treści i formy, które rozwiązywaliśmy w tramwaju, rzucając pytania w ciżbę tłumu i czekając na odpowiedź dwa przystanki. Kiedy przechodziliśmy pod domem „narkomindiełu”, Achmed spoglądał wgórę na okna pierwszego piętra, jako na miejsce swej przyszłej władzy, sprawy Europy porządkował wzdłuż ulicy Łubianki, a kiedy docieraliśmy do Srietenki, już cała Azja przeszła z okresu feudalizmu wprost w okres socjalizmu i pustynia Gobi była najżyźniejszą republiką środkowo-azjatyckiego sowietu. Stopniowo odsłaniała mi się zasadnicza cecha życia tych ludzi: stąpali mocno a zarazem lekko, byli jakby uskrzydleni. Nie czuli koło siebie granic i zapór. Nie znali najstraszliwszego ciężaru naszej młodości – troski o byt, widma bezcelowych wysiłków i beznadziejnej przyszłości.

W tej grupie moich młodych przyjaciół znajdował się były ślusarz, kotlarz, architekt, były bezprizornik. Tania opuściła już szeregi „metrostroju”. Jegora poznałam osobno, znacznie wcześniej – na sowieckim statku, na morzu. Ale umysłowość jego nabrała dla mnie plastyczności dopiero po poznaniu tej grupy – stawała się klamrą, która zamykała szereg zaczynający się Wołodią.

Wołodia miał lat dwadzieścia i czub jasnych włosów spadał mu na czoło. Do „metrostroju” poszedł prosto z fabryki. Pracował zrazu jak wszyscy sześć godzin – taki jest czas pracy w „metrostroju” – a wieczorami się uczył. Był wówczas na pierwszym roku wydziału literackiego na uniwersytecie. Po roku, po zdaniu egzaminu, przeszedł do drugiego stadjum: pracował już tylko cztery godziny i mógł więcej czasu poświęcić nauce. Na przyszły rok, t. j. w trzecim roku, ma być zwolniony z pracy aż do ukończenia studjów. (Takie samo następstwo rzeczy byłoby również, gdyby Wołodia pozostał w fabryce). Wołodia mieszkał w domu uniwersyteckim, razem z trzema innymi w jednym pokoju, gdzie stały cztery łóżka i dwa długie stoły. Przy jednym z tych stołów wieczorami pisywał wiersze. Trosk nie miał żadnych. Jak wszyscy uczący się był stypendystą, t. zn. posiadał mieszkanie, utrzymanie i jeszcze kilkadziesiąt rubli miesięcznie na drobne wydatki. Wołodia miał tylko jedną troskę osobistą grubszego kalibru. Właściwie chciałby się ożenić. Widoczne było, że podoba mu się Maszeńka, młoda kołchoźnica, która przyjechała do Moskwy, aby się uczyć, i narazie pełniła obowiązki posługaczki w lokalu „Komsomolskiej Prawdy”. I ona czekała na dostanie się na wydział literacki, ale narazie wiersze które pisała były słabe. Maszeńka miała czarne, błyszczące oczy, mięsiste i miękko zarysowane wargi, ale popełniała kalwaryjskie rymy. I to martwiło Wołodię. Pozatem w drodze stała – jak zawsze – kwestja mieszkaniowa. O pokoju trudno było marzyć. Maszeńki do domu uniwersyteckiego nie można było wziąć. A gdyby nawet pokój… przecież Borys (kotlarz) nie mógł sobie dać rady: miał dwoje dzieci i jeden pokój. Kiedy można w tych warunkach pisać wiersze?

Ta chmura na błękitnem niebie Wołodi nie była jednak groźna. Nieraz może się zdarzyć – nawet pokój. Do tego czasu skończy uniwersytet. I do tego czasu jest piękne życie i są wiersze. Achmed (były bezprizornik) czytał wiersz do pióra, którem napisał swój pierwszy utwór: było to pióro wiszące jak pies na łańcuchu, umocowane do pulpitu urzędu pocztowego, – innego bezprizornik nie posiadał, – ludzie stali obok i niecierpliwili się: czego ty tak długo piszesz? Wołodia nalał pełną szklankę wódki, podszedł do Achmeda, objął go i zaczął całować. „Ty będziesz kiedyś pierwszym poetą w całem Z. S. R. R. ” – mówił rozczulony. Wołodia był szczęśliwy i nie taił swego szczęścia. „Buduję najpiękniejsze w świecie metro, uczę się na uniwersytecie i piszę wiersze – jestem szczęśliwy!”. Otaczający go świat był najpiękniejszy ze wszystkich możliwych światów – Wołodia nie znał zresztą żadnego innego -i słał się u stóp Wołodi przyjazny, własny, nieograniczony w rozwojowym pędzie i pełen obietnic przyszłej wielkości. Marxa czytał i miał dla niego głęboki podziw i zaufanie. Ale pojęcie kapitalizmu było dlań czysto teoretyczne, nie umiał sobie tego wyobrazić. Prosił mnie, abym i mu wyjaśniła jak to właściwie wygląda, szukał konkretu, pytał o każdy dzień, o szczegóły życia, kładł nacisk przedewszystkiem na życie robotników, nie dlatego że tak nakazywała mu jego ideologja, ale dlatego że nie umiał sobie wyobrazić życia bez pracy, że automatycznie świat robotniczy stawał w centrum jego zainteresowań. Wprawiał mnie w kłopot bezustannem powtarzaniem pytania: gdzie i jak uczą się wasi robotnicy? Nie byłam szczera w dawanych mu na ten temat odpowiedziach. Rozumiałam, że pojęcie pracy fizycznej bez równoczesnego rozwoju umysłowego, bez perspektyw myślowych, które były dla niego źródłem bezustannego zachwytu, byłoby w oczach Wołodi jakimś koszmarem i czemś niedopojęcia. Natomiast sprawy, które zdawały się jakby stworzone na to aby wywoływać entuzjazm, przyjmował z zupełnym spokojem. W dniu święta rewolucji, 7 listopada, byliśmy razem w teatrze na przedstawieniu zakupionem przez pracowników fabryki samolotów. Przed spektaklem były przemówienia dość nudne i dość prymitywne. Orkiestra intonowała co chwila Międzynarodówkę – Wołodia wstawał za każdym razem z poczuciem, że tak być powinno. Ale kiedy na mównicę wyszedł słynny lotnik Wodopianow i zaczął opowiadać swe dzieje – jak to rozpoczął od pracy niewykwalifikowanego robotnika w tejże właśnie fabryce – jak pierwszy raz odbył swój samodzielny lot – jak zgłosił swą gotowość wylotu na pomoc czeluskinowcom – jak odmówiono mu początkowo kwalifikacji do odbycia tego lotu i jak gotów był popełnić z tego powodu samobójstwo – jak wreszcie poleciał i uratował – sala wyła z zachwytu, a Wołodia był znudzony i niezadowolony. „No i co w tem takiego? – mówił. -Każdy rozpoczyna od niewykwalifikowanego robotnika i każdy leci jak przyjdzie czas i jak mu pozwolą”.

Raz Wołodia przybiegł rozradowany bardziej niż zwykle. „Pozwolili” – wołał. „Co wam pozwolili?” Okazało się, że pozwolili mu pracować przy jakichś maszynach, które kruszą skalne ściany, mocą wielkiego ciśnienia powietrza. Robotnicy, którzy tam pracowali, podlegali specjalnym codziennym badaniom lekarskim, zmieniano ich ciągle, mieli krótszy dzień roboczy i wolny dzień co cztery dni. Wołodia zastanawiał sie co jest przyjemniej, czy napisać piękny wiersz, czy pracować przy wysokiem ciśnieniu, czy lecieć i ratować czeluskinowców, jak Wodopianow? W danej chwili rozstrzygnął na korzyść wysokiego ciśnienia.

Szukałam u tych komsomolców śladu hierarchji pracy i nie znalazłam. Borys, kiedy pracował w fabryce, postarał się o przeniesienie z działu kotlarskiego do innego, ale to dlatego że praca kotlarza groziła mu ogłuchnięciem, – napisał na ten temat piękny wiersz do Beethovena; Beethoven ogłuchł także, – i w tem zamieraniu dźwięków stworzył się cichy pomost między kotlarzem a muzykiem. Borys był sam muzykalny i głęboko czuł Beethovena. Był zresztą jako poeta niewątpliwie najzdolniejszy z całej grupy. Ton jego poezji był ciemny i głęboki, wyobraźnia zaludniona niesamowitemi obrazami.

Achmed, a raczej ten, którego zwaliśmy Achmedem spowodu wschodniego typu, był dla mnie najmniej jasny. Ten były bezprizornik ubierał się wyjątkowo starannie, i zdawało mi się, że rozpiera go wielka ambicja. Projektował siebie na jakieś wysokie przyszłościowe płaszczyzny, i w tej projekcji zanikały jego własne kontury. Niekiedy odnajdywał je kiedy wracał wspomnieniem do swego rozwałęsanego dzieciństwa. Szliśmy nocą bulwarem, ciągnącym się nad rzeką Moskwą wzdłuż murów Kremla. Achmed przystanął i powiedział: „Tu po raz pierwszy pomyślałem o Leninie i „poczułem” jego istnienie. Było to w 1923 r. po jakiejś demonstracji. Demonstracja trwała długo, było zimno, kiedy się skończyła, każdemu zachciało się pójść za swoją potrzebą. Wszyscy schodzili z Krasnego placu wdół, tu pod mur. Zrobiła się kolejka, czekałem spokojnie aż dojdę. Doszedłem, nade mną wysoki ceglany zwał szczerzył się na niebie zębami blanków. Tam wgórze był Kreml. Nagle zrozumiałem, że ja tu sobie mogę stać i… tylko dlatego, że tam jest Lenin. Miałem dziesięć lat i stałem się „leninistą”. Achmed nie lubił opowiadać o swych dziecięcych przeżyciach, sumienie jego musiało być obciążone nieprzeciętnemi sprawkami. Raz tylko powiedział mi: „Jestem podwójnie obywatelem sowieckim, raz dlatego, że jestem, a po wtóre dlatego, że gdzieindziej nie byłbym już więcej człowiekiem”. Może dlatego był w nim jakiś zbiornik niepokoju, coś parło go aby zdziałać więcej i prześcignąć samego siebie i oczy jego błyszczały czujnem napięciem nawet wtedy gdy Wołodia składał swą głowę obciążoną alkoholem na pierwszej lepszej poręczy i z dziecięcą ufnością przymykał swe niebieskie, zamglone snem oczy.

Pewnego dnia dogonili mnie, kiedy już weszłam w bramę mego domu: zapomnieli zapytać o najważniejszą rzecz… „No gadaj Andriusza! Czy wasza młodzież czytuje Lawrence’a „Kochanka Lady Chatterley” i czy ustosunkowuje się dodatnio do tej sprawy? „.

Być może, istniał u nich „chatterleizm”. Nad widoczną powierzchnią spraw erotycznych unosił się jednak raczej zapaszek porządku i układności – może niebardzo odległy od tego, który ongiś towarzyszył uczuciowym perypetiom solidnych urzędników, kupców i statecznych buchalterów z połowy XIX w. i wskazujący, że po rewolucyjnym okresie swobody nastąpił bodaj odskok w przeciwną stronę. Duch „czystości” płynął, jak się zdaje, odgóry – rozwody są łatwe, trójkąty małżeńskie dyskretnie tolerowane, ale nad opuszczeniem prawowitych żon zawisło nieuchwytne odium moralne.

Może w tej właśnie atmosferze miała swe źródło reakcja Tani, kiedy byliśmy razem w teatrze Meyerholda na „Damie Kameljowej”. Na widowni było wiele kobiet, i wszystkie płakały. Serce Armanda płonęło jak lampa nad salą – komsomołki otwierały szeroko załzawione oczy w nagłem zrozumieniu tego, co to jest miłość i jak można kochać. Meyerhold przeprowadzał „education sentimentale”, która zapalała serca i szerzyła pożogę tęsknot. Po przedstawieniu na ulicy Tania mówiła urywanym przez wiatr szeptem: „My wszystkie tęsknimy bezwiednie, ale nasze życie jest twarde… I tak nam się wydaje jakby jeszcze nie było wolno, jakby jeszcze nie nadszedł czas. Nasza sowiecka miłość jest zadyszana z pośpiechu, niedopowiedziana ze zmęczenia – spotykamy się na zebraniach lub przy pracy, wymieniamy spojrzenia, idziemy razem do kina lub teatru, a potem następuje proste pytanie: chcesz? I miłość między godziną 1-2 w nocy, bo przedtem są zebrania, a potem trzeba spać, aby móc pracować następnego dnia”… Nagle, niespodziewanie Tania roześmiała się głośno. „I równocześnie taka jest w nas radość, może to właśnie dlatego iż tyle mamy do roboty że nawet na miłość czasu nam nie starczy. Czy wy na Zachodzie znacie to uczucie, tę niecierpliwość nad ranem, aby prędzej wyjść na ulicę i zobaczyć co też narosło przez noc, jakie nowe sklepy, domy, bruki, ulice powstały?”.

Tania mieszkała w małym pokoiku, jednej piątej ongi dużego mieszkania, dziś zajętego przez pięć rodzin, liczących razem 12 osób. Rano, idąc do pracy, czekała cierpliwie na możność dostania się do łazienki. Ale w pokoiku jej stało łóżeczko dziecięce, na krześle leżały majteczki i niedźwiadek, pokój pachniał ciepłem dziecka, które różowe i pyzate spało z piąstkami groźnie wzniesionemi nad głową. Wiedziałam, że Tania kończy uniwersytet, ale idąc do niej nie oczekiwałam tego małego Miszki. Chociaż właściwie – dlaczegóżby nie? Wszystkie kobiety w Sowietach mają dzieci. Stają się matkami, skoro tylko przekroczą 18 lub 20 rok życia. Utrzymanie dzieci jest łatwe, opieka roztoczona nad niemi przez państwo rozpoczyna się niemal od dnia ich poczęcia i uwalnia rodziców od ciężkiej odpowiedzialności moralnej i materjalnej. Miszka miał dwa lata i spędzał dni swego żywota w ogródku dziecięcym – Tania doprowadzała go tam co rano – pod doskonałą opieką i w doskonałem towarzystwie. Był już udarnikiem swojej grupy, a jego opiekunka miała raz jeden tylko z nim kłopot – Miszka zachował się nieprzyzwoicie… Opiekunka załamała ręce: „Dziś – rzekła – kiedy „diadia Unszlicht” Doleciał do Paryża, a stalinowska fabryka wygrała socjalistyczny wyścig – ty robisz pipi do łóżeczka?”.

Na Tani obserwowałam jak wytwarza się ten stan, który dla nas, przychodzących z odmiennych warunków, wydaje się tylko zewnętrznym nalotem, przesadnym pragmatyzmem społecznym. Jej świadomość zdawała się narastać nie na powierzchni jej indywidualnych przeżyć i przemian, ale na powierzchni przemian całego społeczeństwa. U podstaw tego procesu leżał, być może, instynkt macierzyński rozrosły i spotężniały, którego tylko odnogą był ciepły i miękki gest, kiedy tuliła małego płaczącego Miszkę, wiedząc doskonale, – lepiej od niego, – czy boli go brzuszek, czy też jest tylko śpiący. Taksamo wiedziała, jakie zagadnienie narośnie jutro we wszystkich komsomołach fabrycznych i kołchoźnych i jakie są utajone tęsknoty ludzi czytających poezje. Tania pisała pracę doktorską o krytyce systemów estetycznych, i na tym też terenie nie opuszczała jej charakterystyczna, przesublimowana „społeczna” macierzyńskość. Niejednokrotnie zadawałam sobie pytanie, jakie są granice tego społecznego pragmatyzmu u tych ludzi? Jakie są granice ich krytyki spraw i rzeczy? Ich samokrytyki?

Odbywał się właśnie w Moskwie zjazd delegatów wszystkich fabryk kaloszy, dokonywał się uroczysty „sąd nad kaloszem”. W wielkiej sali, której patronowały spiżowe twarze Lenina i Stalina, stał prawdziwy gumowy kalosz metrowej długości – symbol spraw do omówienia i symbol przedziwnej potrzeby symbolu. Kalosz oskarżali pracownicy rożnych działów, sprzedawcy, kupujący. Krytykowano bez żadnych względów schematy organizacyjne pracy, działalność bliższych i dalszych przełożonych, piętnowano bez pardonu błędy i popełnione głupstwa. Była to owa propagowana szeroko „krytyka organizacyjna”, zmierzająca do usprawnienia działalności. Nie krępowały jej żadne względy osobiste. Dla Wołodi, Borysa i Achmeda, którzy mnie tam zaprowadzili, było to proste i niewątpliwe. Im chodziło raczej o przekonanie mnie, że boty moje kupione w Moskwie, ciężkie i niezgrabne, należą do pokolenia kaloszy na wymarciu, bo wkrótce narodzi się nowe, pełne wdzięku i lekkości. Ale tylko z trudem zdołałam im wytłumaczyć, że jeśli chodzi o krytykę, interesowałaby mnie raczej inna, mniej utylitarna. Nie domyślili się wcale mych liberalistycznych zastrzeżeń. Poprowadzili mnie poprostu na zebrania kółek literackich w kilku klubach fabrycznych.

Ludzie przychodzili tu prosto od maszyn, od ciężkiej pracy, i zgłębiali zagadnienia literackie. To było nowe, dziwne i imponujące. Ale zapominało się o tem łatwo – ci nowi ludzie torowali sobie drogę poważnie i władczo, uśmiech pobłażania zamierał mi na ustach. Wnosili ze sobą swoje własne prawo. Krytyka przybierała tu formy analizy zmierzającej przedewszystkiem do uzgodnienia i zjednolicenia poglądu na świat. Jeżeli z wywodów autora wynika A, Lenin zaś powiedział B – jak to się da pogodzić? Albo też: w jakim stosunku stoi twierdzenie autora do naszej rzeczywistości? Czy jest prawdziwe? Dlaczego autor nie rozwinął lub nie rozwiązał tego zagadnienia, które dla nas jest najważniejsze? Pytania wynikały z istotnej, wewnętrznej potrzeby. Wszystkie szeroko otwarte oczy zwracały się ku „autorowi” z nieposkromionem pragnieniem usłyszenia decydującej odpowiedzi. Autor-pisarz był instancją potrzebną, właściwą i najważniejszą dla spraw wewnętrznego autoramentu i dla kwestyj ideologicznej syntezy. W kółkach literackich było wielu młodych ludzi próbujących swych sił w prozie czy w poezji. Prowadzono zaciekłe spory na temat formy, oceniano wdzięcznie każdy nowy zwrot poetycki, każdy nowy asonans -komsomołki miewały wówczas rozmarzone oczy i powtarzały: „jakież to piękne”. I wówczas wstawał z jakiegoś miejsca ktoś o napiętym wyrazie twarzy i pytał o treść cudnego dźwięku. Tak powstawał utylitaryzm psychologicznego typu – na miejsce odrzuconego rewolucyjnego utylitaryzmu „Rapp’u”. Ci ludzie byli jak Robinsoni, wszędzie szukali kamieni pod budowę.

Ten pragmatyzm społeczny miał smak cierpki jak sok młodych brzóz, był świeży, naiwny i – męczący. Nikt nie zamykał swych dziennych spraw, nie mył rąk z błogiem uczuciem – teraz już nie jestem udarnikiem, metrostrojowcem, profesorem – teraz mogę się pośmiać z siebie samego. Cały dzień stroiłem poważne grymasy, byłem mądry – ja głuptas, człowiek miękki, któremu w nocy śniła się mama z kotkiem na ręku… Ci ludzie tu, jeśli patrzyli w siebie, to tylko poto, aby zbudować jeszcze kawałek życia, aby podnieść swą wydajność na tym czy innym terenie pracy, aby dostać się na wyższy szczebel udarnikostwa. Patrzyli zdumionemi oczami na rzeczy, które spod ich rąk wychodziły, i szukali swych konturów w wynikach swej pracy. Identyfikowali się całkowicie ze swą funkcją. Ja istniało dla nich jako forma stojąca poza nimi. Patrzyli w oczy towarzysza, towarzysz mówił: „To dzielny chłop, to zdolny pracownik, to prawdziwy bolszewik” – i wówczas wiedzieli, że są dzielni, zdolni, prawdziwi bolszewicy. I kiedy my idziemy do domu, i ze sceptycznym uśmiechem odmierzamy dystans od swego ja „właściwego”, „wewnętrznego” (czy jak to się nazywa), kiedy odgradzamy się od swej funkcji, – oni w tym czasie identyfikowali się z nią jeszcze bardziej i podciągali się pod swe funkcjonalne kontury. Byli zresztą poczęści świadomi niebezpieczeństwa, które w tem tkwiło. Eisenstein inscenizował komedję. W jakiemś mieście postawiono spiżowy pomnik udarnika. I oto młodzi rzeczywiści udarnicy siadają przed lustrem i starannie układają usta i włosy na wzór swego własnego spiżowego symbolu.

Na to wszystko Jegor odpowiedział mi kiedyś pogardliwie: „Przecież u was na Zachodzie jest bezrobocie. To ważna rzecz nawet dla sprawy samopoznania. Bo znaczy to, że wy wszyscy przerastacie wasze funkcje, każdy z was czuje, że mógłby być czemś więcej aniżeli jest. Więc stwarzacie sobie świadomość wartości, która nie wypowiada się w pracy. A u nas jest wręcz odwrotnie – ludzie nie dorastają do rzeczywistości, nie dorastają do swych funkcyj. Cóż pozostaje im innego jak urabiać się na wzór udarników”…

Jegora poznałam w drodze do Leningradu, na wybrzeżu Tamizy. Statek leżał na wodzie dymiąc z białego komina, w jego otwarty brzuch składał obrotny kran miłośnie i lekko garście wielkich skrzyń. Na maszcie powiewała czerwona flaga z sierpem i młotem.

Podniesiono kotwicę. Otworzył się nad nami łuk Tower-bridge’u, brzegi Tamizy rozsuwały się powoli i milkły; wyjechaliśmy na pełne, wyiskrzone morze. Po jakimś czasie dopuszczono mnie do „czerwonego kącika” – pewnego rodzaju sanktuarjum w każdej instytucji sowieckiej. Mieścił się w głębi na przodzie statku, był miejscem wypoczynku i lektury załogi. Czuwał nad nim Lenin w spowiciu czerwonego płótna, mieściła się tam bibljoteka, na stole były pisma, pod ścianą pianino i gramofon. Próg był wysoki, obity metalem, przekroczenie go niweczyło wszelkie różnice pozycyj i funkcyj. Kucharze okrętowi, stewardzi, pokojówki, radiotelegrafiści, lekarz, kapitan, oficerowie, palacze i maszyniści tu w tym kąciku byli na ty. Za tym progiem rozpoczynał się rozdział służbowy. W „czerwonym kąciku” Jegor, napinając pierś pod marynarską koszulką, czujny na drganie potężnych bicepsów, deklamował swe wiersze. Były twarde, rytmiczne, pachniały Majakowskim, choć mówiły o morzu.

Zdarzało się, że złażąc z drabiny, na której mył okrągłe białe cielsko komina, Jegor przystawał na chwilę i zamieniał kilka słów ze mną. Z tych rozmów dowiedziałam się, że pochodzi z Irkuckiej gubernji i że ojciec jego był robociarzem i zesłańcem politycznym. Wychował się w atmosferze pełnej ideowego napięcia. Rewolucja była jego osobistą sprawą, powietrzem jego dzieciństwa, przygarnęła go mokremi od krwi rękami, kiedy umarła – z głodu – jego matka. Może naskutek tej zupełnej bliskości stosunek Jegora do rewolucji był pozbawiony emfazy. Był raczej prywatnie liryczny i krytyczny. Wspominał ją jak my wspominamy zabawki i tort imieninowy, krytykował ją jak my krytykujemy ojca i pierwszego ubóstwianego nauczyciela. Romantyka rewolucji jest silna w Sowietach – Jegor jej nie podlegał. Był na to za młody. Wszystko tak być musiało jak było.

Była w nim przedziwna mieszanina miłości i krytycyzmu – ponad zakres „krytyki organizacyjnej”. Nie lubił Hegla, nie podobał mu się abstrakcyjno-pojęciowy charakter systemu. Był marxistą z przekonania, ale tropił bezlitośnie marxizm wulgarny i ciasny i znajdował jego ślady tam, gdzie jego towarzysze poddawali się trwożnie i bezkrytycznie. Wyśmiewał „sztywniaków”, pilnujących „linji ideologicznej” ciasno i zewnętrznie, – opowiadał ze śmiechem wszystkie duże i małe głupstwa, z któremi spotykał się na każdym zakręcie sowieckiego życia. Mówił o tych błędach beztrosko, z jakąś wewnętrzną pychą i pewnością siebie i patrząc na białą pianę zielonych fal, odsłaniał swe białe zęby w radosnym śmiechu: ot, kotłuje się życie u nas…

Bywały dni, że powietrze było nieruchome i gęste. W takie dni Jegor chodził lunatyczny i niewidzący, jakby szukał nowego słowa, aby powiedzieć „morze”, „blask”, „miłość”. W ciężkie od oparów południe wyjawił mi, że kocha daleką, jasną towarzyszkę, że jego nowe poezje opiewają te miłość, i mówi o tem właśnie dlatego, aby pokonać jakąś śmieszną niezaradność miłosnej liryki w sowieckiej poezji. „Nasi poeci nie ujrzeli nas jeszcze, – mówił, – i my sami jeszcze nie wiemy gdzie siebie szukać. Nasi poeci chodzą na zebrania partyjne i do fabryk, widzą nasze ręce, w których trzymamy sierp i młot, ale nie widzą jeszcze nas młodych, żywych i czujących, nie wiedzą, że wszystko jest ważne co się w nas dokonywa. Segregują… Nie zrozumieli, że całe Sowiety to jedna wielka fabryka indywidualności, że wszystko co się u nas dzieje zmierza w istocie ku temu, aby z miazgi 160 miljonów wydobyć człowieka. Boją się utracić wielkość, odsłaniając rzeczy pozornie małe”… I zawstydził się głęboko, kiedy przypomniałam mu pierwszy wieczór i jego własne wiersze, robione pod Majakowskiego.

Kiedy mijaliśmy kamienne, szare rondo Kronsztatu, wyskakujące nagle z zieleni fal, Jegor oświadczył mi, że znudziło mu się już kołowanie po Bałtyku, na przyszły rok wypłynie na ocean Lodowaty, będzie torował drogę arktyczną, która jest przyszłością sowieckiego handlu i sowieckiej poezji. Ale przedtem jeszcze będzie w Moskwie – spotkamy się? Oczywiście. Więc dowidzenia. „Ale a propos: wiersze, które recytowałem, ściągane z Majakowskiego, to młodzieńcza bujda… Teraz już piszę całkiem inne. Jakie? Zobaczycie… Dowidzenia”.

Zamykały się właśnie ramiona zatoki Fińskiej, ciemne, owłosione lasami, statek wsuwał się powoli w port leningradzki, który zdawał się wodną przystanią w leśnej puszczy. W chłodnem słońcu złociły się stosy bierwion, świeżych i błyszczących jak kły młodych wilków. Przystań była drewniana i bardzo prosta. W nowym dużym pawilonie mieścił się sklep Torgsinu pełen antyków, dywanów, ikon, empirowej porcelany i biżuterji, i cały ten bezdomny bric-à-brac sprzedawano przybyłym Anglikom i Amerykanom po tanich cenach, ale za walutę.

Stefanja Zahorska.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close