BOY-ŻELEŃSKI

Kraków naiwny

(Z cyklu: Pisarze polscy o Polsce)

Miałem sześć lat, kiedy ojciec przeniósł się z Warszawy do Krakowa. Warszawa ówczesna miała dla dziecka coś z grozy, coś z tajemnicy. Upiorni kozacy na koniach, w wysokich skórzanych rurach na głowie, z pikami; olbrzymi czerkiesi z kindżałami i w czapach; obmierzłe galówki z łojowemi lampkami kopcącemi w rynsztokach; ściszone rozmowy starszych, nagła wieść o zamordowaniu cara Aleksandra…

A Kraków? Nie odrazu zorjentowałem się w różnicy atmosfery. Długo przejmowało mnie lękiem spotkanie żandarmów, którzy zawsze chodzili po dwóch, z nasadzonym bagnetem, w kapeluszach z koguciemi piórami. Z dość niespokojnem wzruszeniem mijałem Węgra, który w obcisłych cyfrowanych spodniach stał na warcie przed swoją budką. Dopiero kiedy ujrzałem na murze plakat zaadresowany: „Kochany hrabio Taaffe”, a podpisany: „Franciszek Józef m. p.”, uspokoiłem się. Ten życzliwy i konstytucyjny sposób korespondowania sprawił mi podświadomą ulgę.

W Warszawie chodziłem do pani Mleczko. To była taka freblówka. Tu miałem iść do prawdziwej szkoły, do szkoły powszechnej. Właściwie nie była ona taka powszechna: nazywała się „wzorowa” i była pomieszczona przy seminarjum nauczycielskiem, dla którego była terenem doświadczalnym. Mieściła się na wylocie ulicy Brackiej, w domu barona Larischa; mówiono krótko: „u Larysza”. Była to jedyna w Krakowie uczelnia nie pod wezwaniem jakiegoś świętego; toteż, zapytany przez kogoś z krewnych, do jakiej szkoły chodzę, odpowiedziałem naiwnie, z najlepszą wiarą: „Do świętego Larysza”.

Już przy wstępnym egzaminie, odczułem różnice dwóch systemów nauczania. W Krakowie był system bardziej naukowy, w Warszawie bardziej domowy. Naprzykład, kiedy na pytanie z zakresu zaimków zwrotnych, wyjaśniłem, że forma „Staś myje się” zastępuje zdanie „Staś myje Stasia”, zauważyłem, że komisja przyjęła tę moją wiedzę z pobłażliwą ironją. W Warszawie kwitło jeszcze klasyczne sylabizowanie be-a-ba, be-a-ba, ba-ba, podczas gdy w Krakowie obowiązywało już postępowe psztykanie wargami b. Omal nie zgubiłem się wreszcie przy egzaminie, kiedy, na pytanie gdzie koń ma grzywę, odpowiedziałem: „Na szyi”. Ale ostatecznie, przyjęto mnie, mimo młodego wieku, do klasy drugiej. Może przez wzgląd na ojca? Bo ojciec mój miał wówczas w Krakowie wielkie stanowisko. W dniu jego imienin, na św. Władysława, o siódmej rano orkiestra ustawiała się w półkole pod naszem mieszkaniem przy ulicy Szewskiej i rżnęła marsze. Dlatego że sławny muzyk i że dał sto guldenów na założenie tej orkiestry.

W tej szkole galicyjskiej czekało mnie przeżycie napozór paradoksalne. Szydzono ze mnie, przybysza z Warszawy, ponieważ mowa moja była najeżona germanizmami. Mówiłem szyfer, gdy tam mówiło się rysik; mówiłem banhof, zamiast dworzec, i inne takie rzeczy. W Warszawie te germanizmy miały jakieś historyczne tradycje jeszcze sprzed bitwy pod Jeną, szanowano je; w Krakowie tępiono już i tropiono niemczyznę dla zbyt bliskiego sąsiedztwa.

Jak wspomniałem, było to seminarjum nauczycielskie. Seminarzyści nazywali się „panowie” albo „kandydaci”. Wydawali mi się bardzo dorośli i groźni. Nie wiedziałem, że to są młodzi chłopcy i że taksamo się w tej szkole nudzą jak ja. Od czasu do czasu przychodził cały ich kurs „na praktykę”; każdy niósł na głowie krzesło i zapychali całą naszą klasę. Wówczas zjawiał się dyrektor, nazwiskiem Zgórek; nie widziałem w życiu nic tak straszliwego jak on. Ale sądzę, że „panowie” bali go się daleko bardziej niż my, malcy, a najbardziej musiał się go bać gospodarz klasy, który miał złote okulary, rude bokobrody, nazywał się pan Kowalikowski i niekiedy zasypiał w czasie lekcji. Dopiero w tej chwili rodzi się we mnie podejrzenie, że on lubił się napić.

Tylko jednego z tych „panów” (lub kandydatów) spotkałem później w życiu. Był najgorszy ze wszystkich, brzydki, ryży, kuternoga, nazywaliśmy go „kandydjabeł”, pastwił się nad nami w czasie inspekcji na pauzach. Mimo że już byłem pod wąsem, serce we mnie zamarło, kiedym go naraz ujrzał w okienku jako urzędnika w Towarzystwie Zaliczkowem, gdzie jako student chronicznie prolongowałem swoje studenckie weksle. Jakbym zobaczył czarta! I przekonałem się, że w każdej profesji można zaspokoić wrodzony sadyzm. Bo ten kandydjabeł znów pastwił się nade mną i nad mojemi biednemi wekslami: najmniejsza poprawka, najmniejsza kreska nie tam gdzie trzeba, i już odrzucał blankiet z wyraźną, zmysłową wprost rozkoszą. Dla mnie to był dramat, gdy naprzykład w deszcz czy mróz musiałem z nowym blankietem pieszo dyrdać do Bronowic do Włodzia Tetmajera po świeże żyro. Wracałem zdyszany, pędząc do okienka; kandydjabeł szatańskim gestem wskazywał zegar: minuta po pierwszej, za późno, do protestu. Zawsze pedagog!

Do pierwszych dziecięcych lat odnosi się przeżycie, które utkwiło we mnie dość ciężkim urazem. Ono to może stało się później (znacznie później) źródłem mojego balzakizmu. Bo pierwsza powieść Balzaka która mi wpadła w ręce, to były „Stracone złudzenia”: jakże żywo odczułem stan duszy młodego Lucjana de Rubempré, kiedy się znalazł niedobrze ubrany w loży margrabiny d’Espard! Bo oto co mi się zdarzyło w siódmym roku życia.

Rozdarło mi się palto na gwoździu; oddano je do krawca, który nie odniósł go na czas. Było to w zimie, w czem tu iść do szkoły? Matka, mimo że sama przejęta świętością obowiązków szkolnych, zwróciła się nieśmiało do gromowładnego ojca z zapytaniem czybym nie mógł zostać w domu. Ojciec aż się żachnął: nie iść do szkoły?! – ani słyszeć nie chciał o tem. Matka wykombinowała tedy taki strój: włożyła mi jakiś damski serdaczek, a na to stary żakiet ojca, rosłego i zażywnego mężczyzny. Rękawy dało się zawinąć, obfity przód zapięto jakoś agrafkami, ale poły! poły sięgały do samej ziemi, a kto wie czy się nie wlekły. Płakałem rzewnemi łzami przez całą drogę ze wstydu i rozpaczy, byłbym chciał nigdy nie zajść na miejsce, umrzeć w drodze. Jak mnie w szkole powitano, można sobie wyobrazić. A myśl o powrocie!

Tak oto w małem mieście – bo Kraków był wówczas bardzo mały – mogą się pomieścić wielkie tragedje…

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close