STANISŁAW KOT

Król w Gdańsku
Z dziennika francuskiego dyplomaty w r. 1636

W r. 1635 zjechał do Gdańska nadzwyczajny poseł króla Francji, Claude de Mesmes hr. d’Avaux, z licznym orszakiem sekretarzy, dworzan i służby, wysłany przez kardynała Richelieu z trudną misją. Miał doprowadzić do zgody miedzy wojującemi stronami, Polską i Szwecją, by zbrojne siły szwedzkie zużytkować przeciwko Habsburgom, a Władysława IV, ile można, też do obozu francuskiego przyciągnąć. Wspólnie z przedstawicielami Anglji i państw pomniejszych, ale głównie dzięki własnej bystrości i ujmującemu taktowi doprowadził d’Avaux, nie tylko energiczny mąż stanu ale poeta, literat i esteta, do 26-letniego rozejmu podpisanego dn. 12 września 1635 r. w Stumdorfie. Akta jego misji, zachowane w archiwach paryskiego ministerstwa spraw zagranicznych, wyszły drukiem przed rokiem w pokaźnym tomie, wydanym przez pp. Franciszka Pułaskiego i Władysława Tomkiewicza nakładem Bibljoteki Polskiej w Paryżu („Documents relatifs aux rapports diplomatiques entre la France et la Pologne, I: La mission de Claude de Mesmes comte d’Avaux, Ambassadeur extraordinaire en Pologne 1634 – 1636”).

Panorama Gdańska

W tomie owym sporą część zajmuje „Caroli Ogerii Iter Polonicum sive Borussicum 1635″, diarjusz spisany przez sekretarza ambasady Karola Ogier, zdolnego literata i jurystę paryskiego. Część tego diarjusza ukazała się w Paryżu w r. 1654, wkrótce po śmierci autora wydana przez jego brata; dochodzi ona końca r. 1635. Resztę, prowadzoną od dn. 5 lutego do dn. 16 czerwca 1636 r., ogłosili obecnie po raz pierwszy polscy wydawcy z autografu autora, dochowanego w „British Museum”. Przepadł rękopis odzwierciedlający czynności ambasady z początku tego roku, z dni bardzo dla nas interesujących pobytu króla Władysława w Gdańsku. Cząstka zachowana notuje odjazd króla już w dn. 10 lutego, czyli że informuje nas zaledwie o ostatnich chwilach pobytu króla i jego orszaku.

Dziennik Ogiera jest pierwszorzędnem źródłem do poznania wewnętrznych stosunków Gdańska, zwłaszcza jego życia kulturalnego i towarzyskiego. Zdolny i ruchliwy Francuz chciał być wszędzie i zobaczyć wszystko. Zaprzyjaźnił się odrazu z wielu rodami patrycjuszowskiemi, zaglądał do kościołów, szkół, sklepów i kramów, obserwował śluby, wesela i pogrzeby, odwiedzał port, przedmieścia, wille, sady i ogrody, uczestniczył w przyjęciach, wycieczkach, ucztach i tańcach, a sposobności potemu nasuwały się prawie każdego dnia. Gdańszczankom podobali się eleganccy i uprzejmi przedstawiciele dobrego tonu znad Sekwany i chętnie uczyły się od nich zarówno języka, śpiewu, tańców najnowszych jak i wszelkiej mody paryskiej. Ojcowie ich i mężowie znajdowali satysfakcję w rozmowach z Francuzami, którzy usiłowali mówić po niemiecku, i opowiadali im o stosunkach politycznych i gospodarczych, w jakie Gdańsk był wrośnięty, pokazywali im swe zbiory arcydzieł sztuki włoskiej lub instrumentów astronomicznych, rozwijali swe poglądy na osobistości dynastyczne, tradycje o Krzyżakach i związki z Polską. Ogier chwytał wszystko chciwie, gdyż jak wyznaje, pragnął wystudjować język i obyczaje Gdańszczan, codziennie też notował co widział i słyszał z wielką sympatją dla poważnych patrycjuszy, bogatych, wykształconych, wyrobionych politycznie, a jeszcze większą dla ich urodziwych i pełnych wdzięku żon i córek.

Co uderza z tych rozmów, to całkowite związanie się Gdańska z Rzecząpospolitą. Obecność króla Władysława jest wielką radością i wielkiem świętem dla Gdańska. Dn. 9 lutego musiał Ogier wraz z ambasadorem iść pocieszać dwie nadobne dziewice, które były przygnębione spowodu wyjazdu króla. Członek senatu gdańskiego (Ratsherr) Zygmunt Kirschenstein wyjaśnia mu charakter króla. Jest on – wywodzi – przeciwieństwem swego ojca. Zygmunt był dumny, nikogo z ludu nie powitał ukłonem, przy zdaniu swem dobrem czy złem upierał się nieustępliwie; był zdatny raczej do zajęć pokojowych niż wojennych. Przeciwnie, Władysław, dzielny i mężny, w wojnie szczęśliwy, niezmiernie popularny i grzeczny, chętnie wybucha śmiechem (gdy ojciec się nigdy nie uśmiechnął), liczy się ze zdaniem i radą, ustępuje argumentom i perswazji, nie jest mściwy, bardzo lubiany przez lud i wojsko, mniej przez kler i t. d.

Wspomnienia o czasach krzyżackich jak najgorsze; dużo o nich opowiadał Ratsherr Kirschenstein, podkreślając butę i okrucieństwo rycerzy zakonnych; widział Ogier w kościele napis na grobie trzech burmistrzów gdańskich podstępnie zwabionych przez mnichów na biesiadę i zamordowanych, poczem ich trupy wrzucono do miasta. W świetle takich czynów było zrozumiałe, dlaczego miasta pruskie się zbuntowały i poddały królowi polskiemu. Przeor kartuzów charakteryzował pobożność chrześcijańską Krzyżaków: gdy komtur dzierzgoński (Christburg) ruszał do bitwy z Polakami, zapytany, komu oddaje na czas nieobecności zamek swój w opiekę, odrzekł: „djabłom”; padł w bitwie a djabli istotnie zamek obsiedli i tam w strojach krzyżackich pili i ściskali się z kobietami.

Inny Ratsherr, Ernest Schröer, luter, jeden z głównych rządców Gdańska, opowiadał Ogierowi, dlaczego to Gdańszczanie dali odmowną odpowiedź samemu Gustawowi Adolfowi, kiedy od nich żądał neutralności wojując z Polską, a nawet zachęcał ich do zbuntowania się przeciw Polakom i obiecywał pomoc i opiekę. „Jakiż to naród, – mówił wielki Szwed, – jakiż człowiek nie dąży całym pędem do wolności? naco potrzebujecie Polski? Za mą zgodą macie wolne morze, skąd można wam dostarczyć i przywieźć wszystko czego potrzebujecie do życia. Stawcie sobie za wzór państwo i ustrój Wenecji: czyż nie potraficie dokonać tego samego co Wenecjanie?”. Kiedy syndyk gdański, bodaj Keckerbarten, skromnie wtrącił, iż współobywatele jego nie myślą o sobie tak wysoko, iżby pozwalali porównywać się z Wenecjanami, Gustaw na to: „Bądźcie więc jak Genewa!”. A ów ostatecznie odpowiedział, że miasto jego Gdańsk już od wielu lat, skoro się wyzwoliło spod okrucieństwa i panowania Krzyżaków, poddało się królom polskim, spod których władzy i zwierzchnictwa nie mogłoby się usunąć bez wielkiego wiarołomstwa i niebezpieczeństwa. A wreszcie i handel, którym miasto stało i dzięki któremu do tej wielkości wyrosło, zależy nie tylko od morza ale i od pól polskich, wszak stamtąd przywozi się Wisłą te ogromne ilości pszenicy a z tej wymiany i sprzedaży nabywają wszystko co konieczne i dla swego życia i dla użytku sąsiadów. Dużo jeszcze trzeba tam było (do Szweda) chodzić i wracać, a gdy senat gdański miasto już troskliwie obwarował od strony Elbląga, odpowiedzieli Gustawowi, że chcą pozostać w zależności od swojego króla.

Oglądał też Ogier godzinami różne rodzaje statków, które zwoziły polską pszenicę do śpichrzów przy kanale; zanotował rodzaj wioseł, pracę chłopów i nadzór szlachcica. Nie był zaś zbudowany brakiem troskliwości rządu polskiego o własną flotę wojenną. W grudniu przeżył w Gdańsku straszną burzę, która pochłonęła m. in. polski statek wojenny. Dziwił się Francuz temu, że Polska nie wybudowała sobie odpowiedniego portu prócz stacji w Pucku, „takie jest – pisze – niedbalstwo Polaków, że skoro się ugodzili z Szwedami, już nie myślą o urządzaniu portu ani rozbudowie floty”.

Stosunki narodowościowe i wyznaniowe Gdańska zbadał Ogier szybko i trafnie się w nich orjentował dzięki informacjom patrycjuszy-kalwinów, których jedynie rząd polski bronił przed krzywdami ze strony większości luterskiej. Większość ta usiłuje wbrew sprawiedliwym i tolerancyjnym rozkazom króla polskiego odebrać uprawnienia obywatelskie wszystkim nie-lutrom. Katolicy, ponieważ są w mniejszości, nie mają żadnego uczestnictwa w rządach miasta. Ale że ci katolicy są liczni i że są to w ogromnej większości Polacy, stwierdzał Ogier na każdem nabożeństwie, na które jako gorący katolik pilnie uczęszczał. Stwierdzał to przedewszystkiem u dominikanów, gdzie były kazania polskie i niemieckie, toż spowiedź w obu językach i po łacinie, a lud polski śpiewał tłumnie psalmy i pieśni w języku polskim, bez księdza, zwłaszcza uderzały go polskie pieśni podczas nieszporów. W Wielką Sobotę przy Bożym grobie nawet protestanci mieszali się z procesją i śpiewali z katolikami „oczywiście po polsku”. Z zaciekawieniem przypatrywał się Francuz objawom polskiej pobożności; ich westchnieniom i łzom na wzmiankę imienia Chrystusowego i Najświętszej Panny Marji, biciu się w twarz i piersi podczas Podniesienia, uderzaniu głową o posadzkę. Ale największe nań wrażenie wywarły pochody polskich biczowników, które szczegółowo opisuje.

Podobnież przewagę Polaków widział Ogier u karmelitów, tak samo u jezuitów w Szotlandzie, a tem bardziej u cystersów w Oliwie; tam się mu podobało, jak w Boże Ciało szlachta asystowała opatowi, dźwigała baldachim, rzucano kwiaty i gałęzie pod stopy celebransa.

Odwiedziwszy raz klasztor żeński dominikanek na wsi pod miastem, zdziwił się Francuz, że tam do zakonnic, Polek i katoliczek, przyjechały z Gdańska damy luterskie i służyły im nawet za tłumaczki. „Dziwna – wykrzykuje – w tych krajach mieszanina religji. Jest wprost zwyczajem u lutrów oddawać córki do zakonnic, aby tam ukształtowały swoje obyczaje i wyuczyły się nauk szlachetnych a przedewszystkiem mówić po polsku”. Polaków znalazł Ogier także i wśród nie-katolików, zajrzał mianowicie do kalwińskiej świątyni św. Piotra, na polskie nabożeństwo, kazania ministra polskiego nie zrozumiał, słuchaczy wielu nie było, tylko ludzie nie obarczeni pracą, bo to był dzień bardzo handlowy.

Język polski jak i strój polski mieszają się w Gdańsku z niemieckim. Kirschenstein objaśnia Ogierowi odmienności stroju polskiego, żona jego śpiewa tak po niemiecku i po polsku jak i po włosku.

Jak zażyłe i przyjacielskie były stosunki Gdańszczan ze szlachtą polską, poucza barwny opis tłustego wtorku, zachowany u Ogiera. Kanclerz litewski ks. Albrecht Radziwiłł, znany autor olbrzymich pamiętników, zaprosił do siebie grono senatorów polskich, orszak ambasady francuskiej, tudzież towarzystwo gdańskie. Mężczyźni ucztowali od południa, a ponowili biesiadę, gdy wieczorem nadeszły panie. Po uprzątnięciu stołów zaczęły się zabawy i tańce. Pierwsza zabawa była następująca: stanął na środku Adam Kazanowski, ulubieniec króla, a po kilku podskokach i obrotach wybrał sobie damę, była nią piękna Konstancja z Cirembergów Kirschensteinowa. Razem uczynili kilka kroków poważnych, posuwistych, poczem tancerz na środku postawił damę, która stoi nieruchomo, on dokoła niej tańczy i zabawnemi ruchami i gestami usiłuje ją rozśmieszyć. Najlepiej się spisują te co robią miny poważne aż prawie ponure i najdłużej umieją się wstrzymać od śmiechu. Gdy się dama uśmiechnie, mężczyzna zwycięsko chwyta ją ręką, i razem kilka biegów tam i z powrotem odtańcują. Potem ta sama dama wybiera innego aby go do śmiechu pobudzić; staje on na środku na oczach wszystkich, wtedy przysuwa się doń któryś ze śmielszych dworzan ze świecą w kandelabrze i zbliża ją do twarzy stojącego aż go do śmiechu podnieci; kto dowcipny, wesoły, zuchwały, nadaje się najlepiej do tej komedji.

Rozkosznie było patrzeć – zauważa Francuz – jak owe Gdańszczanki, panienki i mężatki, które wcale się nie wywodzą z rodu królewskiego, wytańcowują z owymi wojewodami, przeważnie dość starymi, jak ich poufale gonią i głaskają. Samego kanclerza litewskiego wygłaskiwały…

Potem zaczęto drugą zabawę: na ziemi położono kamień a na nim pióro, które ustami podjąć muszą ze związanemi styłu rękami i mężczyźni i damy, wzajemnie się dobierający.

Wkońcu przyszła trzecia zabawa. Wpada znienacka ktoś w masce, ciągnąc wielki kloc na sznurze, i sznur ten zawiązany na pętlicę, zarzuca na szyję pierwszemu zbrzega kawalerowi. Ten musi tańczyć z tym ciężarem, póki go nie zarzuci drugiemu; zarzuca się go kolejno kawalerom i pannom. Ma to być polski zwyczaj, iż choćby w obecności króla jeśli jakiemuś kawalerowi sznur ten zarzucono a nie uwolni go panna, musi nieszczęśnik jarzmo to nosić do jutra. Nie potrafiła tego zwyczaju obalić nawet królowa Konstancja, tyle tylko wymogła, iż zwyczaj z popielca przeniesiono na zapusty.

Już w poście, dn. 7 lutego, król Władysław, pragnąc pożegnać się z paniami gdańskiemi, wyraził chęć przyjścia na biesiadę do pani Brygidy Schwarzwald, wdowy, której zięcia świeżo obdarzył dobrodziejstwem. Zięć sprosił grono osób miłych królowi, w czem i poselstwo francuskie, temu też zawdzięczamy wspomnienie owego wieczoru. Ogier uczuł się niezmiernie zaszczycony, siadając do królewskiego stołu pośród magnatów polskich. „Przypijania, – opisuje, – które zaczął Najjaśniejszy Król, doszły aż do nas i wychylaliśmy te same puhary do tej samej miary co sam król. Cztery znakomite damy które tam były obecne, posługiwały królowi gdy się pragnął obmyć. Zasiadł król pierwszy z jednej strony stołu i życzył sobie, by na początku stołu siedziała tylko Konstancja (Kirschensteinowa). Po prawicy królewskiej siadła Kordula Cirembergowa, pani również urodziwej twarzy jak budowy, następnie nasz poseł, za nim Anna Schwarzwaldowa. Dalej podkanclerzy koronny Gębicki, za nim naprzemian panie i mężczyźni, za Kazanowskim Lizbeta Hofferat, prześliczna panna, a za nią ks. Radziwiłł, dalej burmistrz Ciremberg, ja i inni. Po przeciwnej stronie stołu siedział naprzeciw króla wojewoda sieradzki Denhoff, marszałek wielki koronny Łukasz Opaliński, podskarbi koronny Daniłowicz, dalej magnaci i dworzanie a między nimi panny porozsadzane.

„Po uprzątnięciu stołów, spowodu obecności podkanclerzego, osoby duchownej, nie tańczono. Ale król sam zaczął zabawę: schował pierścień do rąk jednej z dam i kazał innym zgadywać, u kogo jest; wzajemne głosy zbierali mężczyźni i panie.

„Potem bawiono się w inną grę: przy dźwiękach muzyki instrumentalnej kładą obecni kolejno głowę na kolana jednej osoby i zgadują, kto ich styłu uderzył (do dziś popularna zabawa w „wójta” zeszła do znacznie niższych sfer towarzyskich!).

„Konstancja wkońcu postawiła na swojem, aby król zechciał posłuchać śpiewu Varenne’a (drugiego sekretarza ambasady francuskiej), który się też popisał i zyskał oklaski całego dworu. Poczem zawiedziono tańce według zwyczaju francuskiego, „bransles et curantes”, tańczyliśmy nasz poseł, ks. Radziwiłł, dwaj bracia Kryscy, ja i Molaeus.

„Król odchodząc podał rękę wszystkim paniom i pannom z odkrytą głową, nader grzecznie i miło, a że widział, jak bardzo im się podobają takie rozrywki, obiecał powrócić za kilka miesięcy. Obok innych zalet umie ten pan przecudownie zdobywać sobie sympatje”.

Darzyli go istotnie Gdańszczanie taką sympatją, iż wcale się nie gorszyli, że w orszaku królewskim znajdowała się tajemnicza postać jego kochanki. Nie byłby Ogier Francuzem, gdyby się nie starał jej dojrzeć. „Po obiedzie – notuje dn. 10 lutego – zobaczyłem wygodnie odjeżdżającą kochankę królewską, którą bardzo pragnąłem ujrzeć. Jest przepiękna i nad wyraz urocza, oczy i włosy czarniawe, cera żywa i wytworna. Nie ma jednak całkowitej swobody, mocno pilnowana przez straż męską i kobiecą”.

Wart jest rozpowszechnienia ten piękny obraz kulturalnego i towarzyskiego współżycia Gdańszczan z Polakami, jaki nam zostawił obserwator postronny, wcale nie odznaczający się osobliwą ku Polakom życzliwością. W jego niepodejrzanem świetle przynależność Gdańska do Polski była nie tylko rezultatem interesu, nie tylko aktem dobrowolnym rozumu politycznego, ale prawdziwem dla Gdańska szczęściem, podwaliną jego dobrobytu i kultury.

Stanisław Kot.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close