KRONIKA TYGODNIOWA (1)
Antoniego Słonimskiego

O cudzoziemcach. – Dobrze o Schillerze i źle o Śliwińskim. – „Pusta czaszka” – Projekty p. Kotarbińskiego. – Mężczyzna o kobiecem imieniu. – Niewiadomo co gorsze.

Kroniki tygodniowe SłonimskiegoCudzoziemcy, którzy jak dotąd przyjeżdżali do nas w pojedynkę, zachęceni pewnie pochwałami „menu” bankietów, rozgłoszonemi w prasie przez Tomasza Manna, – rzucili się hurmem na Warszawę.

Odjechał Chesterton, chwaląc warszawskie piwo i wodę borową, odfrunęła „siwaja ptica” Balmont, przewalił się przez miasto Majakowskij, autor poematu „Obłok w spodniach” (ktoś nazwał ten poemat „Obok w spodniach”), zjechało się natomiast parę tysięcy lekarzy z wielkiego świata i paru kawalerzystów z Węgier. Ponieważ istniała obawa, że lekarze puszczeni samopas będą się rzucali na ludzi i dokonywali gwałtem na przechodniach operacji wyrostka robaczkowego, – komitet zjazdu zaopiekował się lekarzami i zatrudnił każdą wolną minutę delegatów.

Dziwi nas natomiast, iż zignorowano zupełnem milczeniem w prasie przyjazd największego conradzisty, p. Jean-Aubry. P. E. N. Club, który – zdawałoby się -istnieje poto, aby podejmować i ułatwiać pracę gościom tego rodzaju, powinienby się bardziej nieco zakrzątnąć koło krytyka, który nie przyjechał, aby zjeść obiad i wygłosić toast, ale w celu konkretnej i nader nas wszystkich zajmującej pracy rad polską młodością Conrada.

Z okazji tych licznych przyjazdów zastanowićby się należało, co pokazywać gościom, zaprowadzenie bowiem Chestertona na „Adriannę Lecouvreur” równoznaczne jest z pokazem Kina Palace lub przyzwoitej dorożki samochodowej, z tą różnicą, że dorożką mógłby się Chesterton przejechać, a z Adrianną mu tego zrobić nie wypada. Niema chyba potrzeby stawania na głowie, aby pokazać cudzoziemcowi tylko tyle, że mamy pewne strony życia znajdujące się na poziomie środkowej Europy.

Pożądaną i piękną inowacją w tej sprawie było widowisko łazienkowskie, zorganizowane przez Teatr Polski. Schiller zaprezentował naszym gościom wszystko co z folkloru było najciekawszego. Dał przedstawienie, które pod względem uroku i celowości mało może mieć równych. Pokazał współczesność i twórczą młodą pracę. Nie można bowiem ciągle kokietować przeszłością. Ważne jest, żeśmy mieli Słowackich, ale ważniejsze byłoby, gdybyśmy mieli dziś równie wielkich poetów.

Istnieje natomiast u nas mnóstwo widowisk, które się powinno pokazywać tylko cudzoziemcom, i to cudzoziemcom nie znającym języka, nieco głuchawym i cierpiącym na oczy. Myślę tu o Teatrze Narodowym. Ta arka „sztuki narodowej”, która kosztuje stolicę parę miljonów rocznie, ośmiela się po dwu miesiącach prób wystąpić z premjerą „Różyczki” Caillaveta i de Flersa, wystawionej i wyreżyserowanej w stylu religijno-pasyjnym (bo, zaiste, pasja bierze, albo też modlić się trzeba o pożar tej budy, kiedy się patrzy na te bezeceństwa). Sztuka ta, poruszająca niebardzo żywotną i palącą sprawę rozdziału kościoła od państwa przed trzydziestu laty, zgromadziła kilkunastu płatnych widzów, co należy uważać za wielki sukces. Kiedyś wyrażaliśmy zdziwienie, iż reżyser Trzciński bierze tylko dwieście złotych miesięcznie pensji, dzisiaj i ta suma wydaje się nam przesadna. Sala na premjerze świeciła pustkami, i to samo robili na swój sposób pp. Śliwiński i Lorentowicz. Nie wiem co będzie w Teatrze Narodowym zabawniejsze: czy „Złota czaszka” Słowackiego, czy „pusta czaszka” Śliwińskiego, – w każdym razie te kpiny z teatru trwają już nieco za długo.

Warszawa jest typowem miastem bez konsekwencji. Jeśli się ktoś skompromituje tak ostatecznie i nieodwołalnie, jak dyrekcja Teatru Narodowego, zdawaćby się mogło, iż powinien ustąpić. U nas nic podobnego. U nas, aby uczcić Słowackiego, wystawia się Calderona, a ponieważ teatr ma świetnego wykonawcę roli Muleja – Jerzego Leszczyńskiego, zupełnie zrozumiałą jest rzeczą, iż rolę tę powierza się p. Lenczewskiemu (!).

„Różyczkę” dano na jubileusz aktora Owerłły. Po akcie drugim nastąpiła farsa przemówień przechodząca najśmielsze pomysły pp. Caillaveta i de Flersa. Pan Józef Kotarbiński bredził na temat inwazji niemieckiej, odrodzenia ojczyzny (dziwne, że nie wspomniał katorgi i dzieci wrzesińskich), wszystko to poto, aby życzyć długiej i pomyślnej pracy jubilatowi, który na dzień przed jubileuszem zestał przeniesiony na emeryturę. Szpital wariatów!

W pogoni za kasowością teatry warszawskie rzuciły się z wielką łapczywością na t. zw. „pewniaki”. Ta deska ratunku okazała się nieco przegniła. Obie sztuki Caillaveta i de Flersa nie porwały ani nie znęciły naszej publiczności. Burżuazja, na którą tak liczą dyrektorowie teatrów, zawodzi coraz bardziej. Pozostaje prowdziwa młoda publiczność, inteligencja i robotnicy. Dla tej publiczności teatr jest jeszcze za drogi.

Oczywiście jest to zarówno winą cen teatru jak i mizernych zarobków proletarjackich. Zamiast wydawać katastrofalne sumy na szerzenie tandety i odstraszanie ludzi od sztuki – miasto powinno dbać bardziej o szkoły i oświatę. Niestety, jest to u nas system uprawiany we wszystkich dziedzinach życia społecznego – niewspółmierność pompy zewnętrznej z mizerną i smutną rzeczywistością. Odezwa komitetu sprowadzenia zwłok Słowackiego jest tego jaskrawym przykładem. Ta pretensjonalna elukubracja, wyprodukowana przez postarzałą Miriam, nawołuje do wstrzymania ruchu ulicznego w dniu sprowadzenia prochów poety. Można zatrzymać ruch uliczny, ale trzeba również robić cośniecoś w kierunku ożywienia ruchu literackiego i umysłowego. Miriam, który od kilkunastu lat nie może wydać cudzego tomu poezji (mowa tu o Norwidzie), wykwita co pewien czas, aby przybrany w cylinder (jedyna to Żydówka, która się tak ubiera), sięgnąć po jakieś zaszczytne stanowisko lub tekę ministerjalną. Ten mężczyzna o kobiecem imieniu nie może być nawet spensjonowany, bo – jak fama głosi, -ma już pensję ośmioklasową. Być może, iż trzeba mieć więcej szacunku dla ludzi starych, ale nie tam gdzie oni sami nie mają szacunku dla swej pracy. Anatol France pisał do ostatnich chwil swego życia. Conradowi czy Żeromskiemu śmierć dopiero wytrąciła z ręki pracowite pióro. Nie mówiąc o talencie, o genjuszu pisarskim Wellsów i Shawów, -spójrzcie na katalogi ich dzieł a zarumienicie się ze wstydu. Chociaż kto wie, czy należy tak zachęcać do pisania naszych starych i młodych pisarzy. Źle jest gdy nie piszą, ale często gorzej znacznie gdy piszą.

Antoni Słonimski.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close