KRONIKA TYGODNIOWA (2)
Antoniego Słonimskiego

Sprawy konkursowe – Z. A. D. nie jest zdolny do dania satysfakcji – O oficerach i tasakach – Stempelki – Grubiński na stosie – Czy Lorentowicz wypłynie? – Niema walki – Porozumienie przeciętności – Groźby – Głos budzącego się życia.

Kroniki tygodniowe SłonimskiegoPrzyjęła się u nas metoda załatwiania wszelkich sporów literackich przez t. zw. postępowanie honorowe. W samem tem wyrażeniu jest już coś niedorzecznego. Postępowanie honorowe zaczyna się bowiem zwykle od popełnienia jakiegoś niehonorowego czynu. Ludzie nawymyślają sobie od świń, popełnią różne łobuzerstwa lub pobiją się po twarzach i w konsekwencji zaczynają „postępować honorowo”. Właściwie mogliby sobie ten honor przypomnieć nieco wcześniej. Również słabe nieco wydaje mi się utarte powiedzenie o „daniu satysfakcji”. Owa satysfakcja polega zwykle na strzelaniu do siebie ze słabo nabitych pistoletów. Jest to oczywiście poważna satysfakcja wobec możliwości strzelania z prawdziwych rewolwerów lub karabinów. Ale czy człowiek znieważony albo obity uważać może za dostateczną satysfakcję, że dostanie kulą w brzuch albo w udo? Według mego mniemania, cały Związek Autorów Dramatycznych np. jest niezdolny do dania komukolwiek satysfakcji. Panowie Krzywoszewski, Grubiński, Beylin czy Wroczyński jako autorzy dramatyczni nie są zdolni do dania jak najskromniejszej satysfakcji, jako ludzie zaś nikogo nie obchodzą. Zdawaćby się mogło, iż pisarze, jeśli się czują obrażeni, szukać powinni satysfakcji, obrony i zemsty w pisaniu, nie zaś w strzelaniu lub skakaniu przez płotki. Można natomiast zrozumieć, iż oficerowie kawalerji, nie umiejąc dość dobrze pisać, w porywie gniewu sięgają po szable czy tasaki, któremi sprawniej niż piórem władają.

Forma sądów honorowych, aczkolwiek nieco wyższa od pojedynka, nie jest też odpowiednia dla ludzi piszących. Wiadomo przecież do djabła, że zawsze wszystkie sądy kończą się oświadczeniem, że „pan 1. wyraża żal”, albo że „pan N. nie miał zamiaru dotknąć” co zresztą jest kłamstwem, bo pan 1. niczego nie żałuje, a p. N. miał zamiar dotknąć. Redakcje pism powinny mieć już do tego odpowiednie stempelki z pustem miejscem dla wpisywania nazwiska obrażonego i tego który obraził.

Gdyby zaś ktoś się upierał koniecznie, aby kwestję racji roztrzygnąć przy pomocy pistoletów wypożyczonych ze Spółki Myśliwskiej, to niechże już, śmielszy w pomysłach, wróci raczej do dawniejszych, ale bardziej malowniczych metod dochodzenia racji. Myślę tu o t. zw „spławianiu” albo próbie ognia. Sprawa konkursu na temat „butów” nie jest coprawda sprawą, za którą wartoby umierać, lecz jeśli już rzecz zaszła tak daleko, powinna być rozstrzygnięta przy pomocy „spławiania”. Wedle zasady „swój do swego po swoje” niechaj włożą obie strony zwaśnione do wody. Lękam się jednak, iż mimo nieziemskiej lekkości stylu Grubińskiego, mimo piankowatości jego filozofji, autor „Gadu-gadu” sięgnąłby dna po raz pierwszy w życiu. Ciało jego, wyciągnięte bosakami, spalonoby w aloesie na Saskiej Kępie. Jeżeli już zaczęliśmy mówić o spławianiu, jest jeszcze paru „gości” w Warszawie, których należałoby spławić. Nie radziłbym tego próbować z Nowaczyńskim -nie utonie. Możnaby natomiast potrzymać parę godzin pod wodą Jana Lorentowicza. Ciekawe, czy znowu wypłynąłby na posadę dyrektora Teatru Narodowego?

Tak czy inaczej, jeśli się już zebrało tyle wojowniczości wśród pisarzy, niech walczą. Możnaby nawet wprowadzić co roku literackie wypadki majowe. (Żydowskie wypadki byłyby o parę dni później, a prawosławne według starego stylu). Czasopismo „Dźwignia” po krwawej walce pokonałoby miesięcznik „Droga” i odśpiewało nad ciałami poległych uroczyste „Stawar Mater”. Bój nad „Skamandrem” zakoóczyłby się zwycięstwem „Kwadrygi”, która wlokłaby ciało Zegadłowicza wśród wrzawy trąb i rozbieganych koni ze stajni p. Hulewicz. Skamandryci z za muru Troi, nie biorąc udziału w walce, przyglądaliby się pewnie wszystkiemu z obojętnością, która powoli staje się ich programem.

Ale czy, mówiąc poważnie, istnieje u nas możliwość jakiejkolwiek walki – poważnych starć ideowych? Gdzie są te strony walczące? Wymyślanie, które zresztą z satysfakcją uprawiam, nie jest walką; jest to separowanie się od zalewającej nas tandety. Pisarze odchodzącego pokolenia nie przedstawiają żadnej ideologii, nie zajmują żadnych stanowisk prócz synekur. Zwalczać ideowo stanowisko artystyczne Lorentowiczów, Krzywoszewskich, Kończyców czy Grubińskich mógłby chyba jeden tylko Witkiewicz, któremu wszystko jedno, z kim i o czem dyskutuje.

Że p. Magnuski pisze o wyścigach, a p. Adam Zagórski – o teatrze, – to kwestja przypadku, a nie kwalifikacyj osobistych. Wśród spoufalonych i rozpuszczonych wycirusów dziennikarskich, wśród zaśniedziałych belfrów gimnazjalnych smażących swoje nudne, na trójkę pisane elukubracje, – gdzież są żywi ludzie, którzy mogliby przeciwstawić nowemu pokoleniu siłę konserwatywnego myślenia? Nie, panowie, tu niema miejsca na walkę. Tragizm polega na tem, że nowe pokolenie ludzi piszących w Polsce nie wnosi również żadnej burzycielskiej ani budującej siły. Triumfuje u nas wielka rzeczpospolita miernoty, wielkie wszechporozumienie przeciętności. Aż dziwne jest, jak bardzo łatwo burzliwe do niedawna temperamenty dały się ugłaskać krzesełkiem w takim lub innym komitecie, bankiecie czy pogrzebie. Modne są dzisiej hasła mdłego obiektywizmu i taktu. „Takt” staje się świętem przykazaniem. Dla tej grzeczności stosunków, w której tak jest wygodnie celebrować szlifami poety, toleruje się u nas niejedno błazeństwo, zatraca się granicę między tem, co żywe, prawdziwe i słuszne, a kostniejącym, marnym światem konwenansu. Obie strony walczące nie mają nie do wygrania ani do przegrania. Mogą się albo modlić albo pojedynkować. Uszy ich głuche są na głos budzącego się nowego życia. Co się dzieje u nas od śmierci Stefana Żeromskiego – to żałosne tło dla zarysowania się przyszłego silnego pokolenia ludzi naprawdę czujących i myślących. Ale i tło może być bardziej lub mniej malownicze; w tym wypadku jest to tło i liche i nudne. Jeśli się szanownym panom uśmiecha rola tła – winszuję, ale nie zazdroszczę.

Antoni Słonimski.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close