KRONIKA TYGODNIOWA (4)
Antoniego Słonimskiego

Stare dowcipy. – Kanały są nawet na Marsie. – 1 : 3.000. – Dlaczego nie wysłano Gracjana Pyrka? – Z czem do gościa? – Dedykacja Or-Ota. – Boy jest elektroluxem. – Stalaktyty. – Co mi p. Kołaczkowski zrobi? – Słabe odkrycie. – Barok czy prymityw?

Kroniki tygodniowe SłonimskiegoDowcipy starzeją się szybciej niźli ludzie. (Dlatego pewnie tak wielu młodych jeszcze ludzi opowiada bardzo już stare dowcipy). Kiedyś, dawno temu, opowiadano dowcip następujący. „Marne miasto ta Warszawa, – u nas niema nawet oszustw i afer w wielkim stylu, – weźmy choćby np. taki kanał panamski”. „Ludzie by się znaleźli, – ktoś na to odpowiedział, – ale kanału niema”. Otóż nieprawda! Kanały są, kanały są wszędzie, nawet podobno na Marsie, ale właśnie niema ludzi. Wszystko odbywa się u nas w skali bardzo mizernej. Niebrak zdolności i dobrych chęci, ale brak polotu. Gdzież są te wielkie brudy, o których marzy każdy feljetonista? Nawet kiedy zrobiono generalną czy też generalską sanację ze strzelaniem z armat, wyszły na jaw dość mizerne, małe, płaskie nadużycia i oszustwa. Niema już tych wielkich, patetycznych świństw – wszystko odbywa się w małej skali 1 : 3.000. A jeśli nawet jakiś jeden weźmie te trzy tysiące z funduszów propagandy, żeby się przejechać zagranicę, – czyż można pisać o tem, załamywać ręce i biadać? Nie dziw, iż w tak małej skali i w tak małych możliwościach wygrywają minimalne kwalifikacje osobiste.

Na kongres P. E. N. Clubów do Brukselli Polska wysłała p. Pomirowskiego. Jeśli z Anglji przyjedzie Bernard Shaw, a z Polski p. Pomirowski, nikogo nie powinno to oburzać – jest to wiernym, niejako graficznym obrazem wielkości tych dwu mocarstw w literaturze. Podobno p. Pomirowski został delegowany dlatego, że mówi po francusku. Nie jest to racja doskonała, lecz i nie najgorsza, jak powiada Szekspir. Oczywiście mógł i powinien pojechać p. Gracjan Pyrek, widocznie jednak o nim zapomniano. Ale czy powinno się wysyłać do Paryża dwóch znanych poetów, którzy nie mówią po francusku, czy do Brukselli jednego krytyka, który po francusku mówi, – to także sprawa dość minimalna. Prawdziwych, naturalnej wielkości zdarzeń szukać można tylko jeszcze w jednej niewyczerpanej dziedzinie głupoty ludzkiej – w prasie codziennej.

Ostatnio ukazał się w „Gazecie Porannej Warszawskiej” artykuł p. t. „Nadużywanie radjofonji do celów antynarodowych”. Jest to głupstwo zupełnie normalnej wielkości, i mogę je polecić ludziom, którzy lubią rzeczy duże i solidne. Powodem tego wystąpienia było zdanie p. Aleksandra Lednickiego, który w odczycie wygłoszonym do radja powiedział: „Intelektualne zbliżenie narodów jest faktem dokonanym. Namiętności wprawdzie istnieją jeszcze, ale uspokajają się i opadają. Epoka renesansu europejskiego będzie epoką zbliżenia i pod pewnym względem scalenia narodów”. Oczywiście, że „Gazeta Poranna” nie może być zwolenniczką zbliżenia intelektualnego narodów, bo gdyby tak przyszło do zbliżenia, coby zbliżyła? Z czem do gościa? Pismo to powinno zaziemić nietylko swój aparat radjowy, ale i cały lokal redakcyjny.

O ile brak nam rozmachu w dziedzinie czynów, o tyle nie brakuje odwagi w słowach, czyż to bowiem nie odwaga, aby wydrukować w „Kurjerze Warszawskim” taką dedykację, jak Or-Ot „Lechoniowi, towarzyszowi najwznioślejszej podróży z prochami Juljusza Słowackiego z Paryża do kraju”. Jak wiadomo bowiem, Or-Ot wcale tej podróży z Paryża do kraju z prochami Słowackiego nie odbył, ale wrócił spokojnie sam koleją.

Ludzie u nas boją się podróży i choroby morskiej, ale nie boją się słów. Piszą co ślina na język przyniesie. Z powodu uroczystości Słowackiego urwała się prawdziwa chmura, lunął na nas potok śliny z pod belferskich języków. Słaby to sposób uczczenia Słowackiego te belferskie elukubracje! Prawdziwym wentylatorem, elektroluxem i punkt-rollerem w świecie krytyki jest Boy-Żeleński. Wentyluje, odkurza i odtłuszcza wszystkie stęchłe, spleśniałe i opuchłe racje, kryterja i sądy literackie. Poczucie prawdziwego życia i prawdziwego człowieka, poparte zdrowem poczuciem humoru i rozumem, pozwala mu patrzeć z całą twórczością spojrzenia na utwory, które w chłodzie bezmyślnej adoracji zastygły w martwe stalaktyty.

Nie zamierzam rozprawiać się tu z całą współczesną pseudo-naukową tandetą, która nazywa się krytyką literacką, muszę jednak odpowiedzieć na zaczepkę jednego z koryfeuszy krytyki, p. Kołaczkowskiego.

Pan Kołaczkowski w artykule, umieszczonym w poprzednim numerze „Wiadomości”, zarzuca mi, iż mój krytyczny stosunek do „Snu srebrnego Salomei” oparty był na omyłce i ironizuje: „Jak dalece nowoczesnym i kulturalnym artystycznie człowiekiem trzeba było być, by nie wiedzieć nic o związku baroku ze sztuką nowoczesną, jak dalece subtelne trzeba było mieć poetyckie wyczucie, aby bez etykiety nie móc odczuć baroku u Słowackiego”… Pan Kołaczkowski drwi ze mnie, że nie domyśliłem się, nie odgadłem, że to jest barok, a teraz kiedy już wiem, powiem pewnie: „A – jeżeli to był barok, to przepraszam”. No, a co mi p. Kołaczkowski zrobi, jeśli się nie ulęknę tego nietykalnego „tabu”, tego świętego zaklęcia, i powiem, że to właśnie ten barok najzupełniej mi nie smakuje?

Pan Kołaczkowski zrobił odkrycie, że Słowacki jest barokowy – rewelacyjność tego odkrycia wydaje mi się jednak dość mała i nie ma żadnego związku ani z wartością dramatu Słowackiego (o co mi chodziło), ani z wartością baroku w poezji. Niech więc mi p. Kołaczkowski wybaczy, że jestem „tak nowoczesnym i kulturalnym artystycznie człowiekiem”, iż właśnie ten barok zarówno w poezji jak i w sposobie myślenia zwalczam. Trzeba, zaiste, mieć „tak dalece subtelne wyczucie”, jak p. Kołaczkowski, aby powiedzieć, iż „urok baroku wywarł potężny wpływ na całą naszą sztukę plastyczną”. Ten urok baroku, zwłaszcza w plastyce, jest dzisiaj najsurowiej tępiony. Jak architektura współczesna, idąc ku szlachetnej celowości, brzydzi się wszelkim barokiem, jak literatura, biorąca pełną odpowiedzialność za proste i rzetelne słowo, – tak, zdawałoby się, powinna i krytyka wystrzegać się baroku, który w tym wypadku jest ubóstwem przemyślenia, utopionem w barokowem nagromadzeniu słów.

Antoni Słonimski.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close