KRONIKA TYGODNIOWA (6)
Antoniego Słonimskiego

Czego nie było. – Literatura maruderem. – Sos bez potrawy. – Psy i mróz. – Nakłady książek. – Czyżby naprawdę ludzie w Polsce byli nieczuli? – Nawoływanie do kanonady. – Kpiny z prasy. – Kalendarz geograficzny. – Szapiro delfinem. – Wogóle parą drobnych kawałów. – Takie sobie zakończenie.

Zdawaćby sie mogło, iż żyjemy w epoce niezwykłej. Przed trzydziestu laty nie było jeszcze samochodów, aeroplanów, kinematografu, radja. Nauka i technika w potężnym porywie zdobyła w lat kilkadziesiąt więcej niż przez całe wieki. Pozwolono nam śledzić rosnący pęd siły geniuszu ludzkiego. Pokazano nam krwawą zbrodnie wojny, upojono nas rewolucją i wolnością, aby okazać w końcu kłamstwa rewolucji i bezsilność naszej wolności. Wielcy uczeni w fizyce, chemji, medycynie, biologji i matematyce odkrywają nowe horyzonty i stwarzają nowe zagadnienia.

Literatura i poezja, która iść powinna na czele, zaskoczona zmienionym obrazem świata wychodzi jeszcze wciąż poza swe stare poszarzałe formy. Wraz z nowemi zdobyczami ducha ludzkiego rośnie też mrok apatji i znudzenia wlecze się on długim cieniem, a literatura jak maruder leniwie ukrywa się w tym cieniu. Dzieje się to zwłaszcza u nas. Proza przeżywa okres dekadencji, przekwitu formy. Jak wtedy, gdy poezja lubowała się w kunsztownościach wersyfikacji, w różnych akrostychach lub rondach i tem złudnem bogactwem przykrywała swe ubóstwo -dziś młoda polska proza lubuje się w różnych „fajnościach” formalnych, delektuje się sosem do nieistniejącej potrawy. Zdawaćby się mogło, iż nigdy silniej niż dziś nie zarysowały się nowe wspaniałe obowiązki i drogi nie były wyraźniejsze. Czas nagli, życie pragnie skonkretyzowania, nazwania i wyśpiewania uczuć już dojrzewających, a wśród ludzi pióra króluje „biała cisza” (jakby powiedział Jack London): 85-stopniowy mróz obojętności i psy, które się gryzą.

Obojętność czytelnika dla literatury najnowszej jest ciężka winą właśnie tej literatury. Dzieje się tak zawsze, iż wraz z rozkwitem poezji przychodzi pełne jej zrozumienie. Wielcy pisarze współcześni oddaliby przysługę dawnym poetom. Choć jeśli chodzi o nasze stosunki trudno nie być pesymistą. Istniało u nas uwielbienie dla peczji i literatury wtedy, gdy sztuka była jedynem ujściem uczuć patriotycznych. Od czasu niepodległości państwa obojętność ta rośnie z rokiem każdym. Dziś na nieco większe zainteresowanie liczyć może tylko poezja komunistyczna, – konieczne jest więc zabarwienie społeczne lub narodowe, aby trafić do nieco szerszej warstwy ludzi. Nie byłoby w tem nic złego. Literatura musi mieć żywy związek z życiem, i dawno pogrzebaliśmy smrodliwe estetyzowania. Niestety, zarówno proza jak i poezja współczesna boi się śmiertelnie wszelkiej aktualności, i – co jest jeszcze gorsze -najjaskrawsza aktualność nie przerwałaby tego kręgu obojętności. Nakłady poważnych książek jak na trzydziestomiljonowy naród są poprostu rozpaczliwe. Właściwie pisze się dla paruset osób, które się zna osobiście i dla paruset innych, które pozna się przy najbliższej okazji. Jeżeli tom poezyj idzie w tysiącu egzemplarzy nazywa się to już sukcesem. „Samuel Zborowski”, mimo niezgorszej reklamy sprowadzenia prochów Słowackiego, szedł 13 razy przy słabo zapełnionej widowni. Nawet najpiękniejsze, mocno z życiem związane, tętniące siłą dzieła, jak „Przedwiośnie”, nie mogą się przedrzeć przez ten ciasny mur zobojętnienia.

Ta wrogość do poezji powinna budzić chęć walki, zapał przebicia się, dosięgnięcia do największej ilości czytelników. Nie można przecież wierzyć w to, że ludzie w Polsce są nieczuli. Trzeba wielkiego wysiłku, ale czyż jest u nas choćby próba takiego wysiłku? Dosyć już panowie, tomików poezji, westchnień i lirycznych spowiedzi. Czas najwyższy rozpocząć ogień, wzmożoną kanonadę słów żywych i trafiających.

Nie można namówić nikogo do pisania genjalnych utworów ale można i należy kierować usiłowania pisarzy ku rzeczom istotnym. To chyba jest właśnie zdaniem krytyki, ale właśnie krytyka bardziej jeszcze od twórczości przyczynia się do powiększenia tej pustyni lodowej, jaka dzieli sztukę od jej konsumentów.

Cóż więc zostaje? – Prasa? Prawdziwe kpiny. Prasa nasza nie może nikogo zachęcić, ale musi obrzydzić nietylko sztukę, lecz i wszelkie objawy życia. Po przeczytaniu jednego numeru „Kurjera Warszawskiego” możnaby się powiesić, i całe w tem szczęście, że nikt tego pisma poważnie nie czyta. Prasa nasza – to szereg małych państewek, które są w ciągłej i jałowej wojnie o koryta i synekury. Państewka te należałoby sklasyfikować i opisać dla jakiej takiej orientacji ludzi, którzy uparli się, aby czytać dzienniki. A więc:

Kurjer Poranny. Księstwo dziedziczne pod protektoratem Anglji. Godło: chorągiewka na dachu z białym lub czerwonym fryzem. Stolica kraju: Erenberg.

Kurjer Warszawski. Królestwo dziedziczne. Ludność składa się napływowego elementu aryjskiego i autochtonów – Żydów. Godło: trupia czaszka na białem polu. Armji niema. Silny korpus policji obyczajowej. Flota handlowa pod dowódctwem komandora Lewentala. Ludność zajmuje się składaniem i drukowaniem nekrologów.

Express i Kurjer Czerwony. Nizina o charakterze błotnistym. Miejscowości zagórskie o wielkich pokładach guana. Forma rządu – obojętna. Flota aby była. Liczne bandy dywersyjne. Ludność zajmuje się koprofagją i rybołóstwem w mętnej wodzie.

Głos Prawdy. Małe księstwo bojaźni bożej pod protektoratem Belwederu. Ludność składa się wyłącznie z karabinjerów, sierżantów, sokołów. Sokołowów, efreiterów i Breiterów. Floty nigdy niema. Godło: czarny licznik na złotem polu. W razie wojny: nakład podwójny.

Gazeta Warszawska Poranna. Stany zjednoczone. Główny stan: stan zacietrzewienia. Ludność przeważnie żydowska. Armja: znienawidzona. Godło, rudy kozioł na polu bardzo już wyjałowionem. Forma rządu: wroga.

Robotnik. Płaskowzgórze piaszczyste, położone między księstwem Głosu Prawdy i Kurjera Porannego. Na czele rządu delfin, książę krwi Szapiro. Ludność zajmuje się pochodami. Godło: młot, kielnia i Hebbel w ręku Irzykowskiego.

Epoka. Bezkrólewie. Wojna o sukcesję austriacką.

Oto ważniejsze mocarstwa prasy. Przestępują one wzajem własne granice i granice cierpliwości czytelników. Nie warto tych krajów zwiedzać i nie warto się w nich zatrzymywać można się co najwyżej po nich przejechać i to w czasie wakacyj, gdy brak lepszego tematu do feljetonu. Gdyby się nam w przyszłym tygodniu bardzo nudziło – pomówimy również o t. zw. tygodnikach. O miesięcznikach – w przyszłym miesiącu.

Antoni Słonimski.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close