KRONIKA TYGODNIOWA (7)
Antoniego Słonimskiego

Tańcujący pies. – Ryba, która sama włazi, – System Ptolomeusza. – Włos w zupie. – „Titine”. – Panienka w smole. – O złudzeniach. – Córka miljardera. – Empirja nie istnieje. – 2 + 2 = 5. – Oszukany przez powonienie. – Lewa pierś w Kaliszu. – Zlana z Kuleszy. – Zakończenie. – O pogodzie. – Ukłony dla wszystkich.

Warszawa jest jednem z najbardziej mistycznych miast w Europie. Nie wszyscy wiedzą o tem, że stolica nasza, posiadając tak mało wartości realnych, eksportuje jednak na cały świat astrologów, medja spirytystyczne i cudotwórców. Niestety, eksport jest, jak widać, za mały, bo dosyć zostaje jeszcze tego tałałajstwa dla nas. W każdej kamienicy urzęduje jakiś grafomano-astrolog i wyciąga od kucharek ostatnie grosze, nie to jest jednak tragiczne, i pies z nim i z kucharkami tańcował. Gorzej, że wysoko postawione osoby również każą sobie robić horoskopy, i na losy państwa wpływ wywiera ni mniej ni więcej tylko jakiś „rak”, który wlazł na „panny”, lub „ryba”, która sama żywcem wlazła na „wagę”. Stąd pewnie tyle mamy w polityce upartych „baranów” i tak często zdarzają się „byki”. Twórcy horoskopów, astrologowie, -to naród ciemny i zawzięty. Cała ta wspaniała nauka oparta jest na systemie Ptolomeusza, i żaden Kopernik ani Einstein zachwiać niczem nie mogą porządku dawno już ustanowionego.

Każdy z nas potrzebuje złudzeń jak chleba lub wody. Świat astralny stanowi tę pociechę i karmi zawiedzione serca ludzi, w życiu realnem wykolejonych. Kucharka, która kradnie całe życie, czuje się pokrzywdzona w domu swych chlebodawców (gdzie jeśli jej włos z głowy spadnie, to djabli wiedzą czemu zawsze do zupy), ale ma głębokie o tem przekonanie, że tam, w życiu pozagrobowem, anioły będą jej grały na trąbach „Titine” a pan, pani i panienka piekli się w smole. Bez tego smażenia swych bliźnich chóry archanielskie nie sprawiałyby jej wielkiemu sercu minimalnej satysfakcji. Ludzie łudzić się pragną podwójnie: że powiedzie się im cudnie, a innym jak najgorzej.

Łudzą się różni krytycy, że za lat dwadzieścia granica fonetyczna między Kończycem a Konczyńskim jeszcze się nie zatrze. Jest to złudzenie optyczne czyli t. zw. gra słów. Łudzą się różni Lorentowicze, Zagórscy, Grabińscy czy Wroczyńscy, że przejdą do potomności nie dlatego że się ich wykpiwa, ale dla jakichś im tylko znanych innych tajemniczych przyczyn. Ta potrzeba złudzeń pcha ludzkie umysły na śliską i mętną drogę rozważań mistycznych. Ostatnio oczarowała pewną garstkę społeczeństwa idea metampsychozy, Po wystawieniu „Samuela Zborowskiego” niejeden myśli sobie -no dobrze, więc jestem nędznym sprzedajnym pismakiem z brukowego świstka, ale w życiu przyszłem będę córką miljardera z San-Francisco. Czy będzie tą córką czy nie, pozostawmy w zawieszeniu -narazie możemy kontentować się tem, że jest zwykłym łobuzem, że wie o tem, że się do tego przyznaje i że my również o tem wiemy. Nie chciałbym odbierać biednym ludziom miłych złudzeń, sądzę jednak, ze reinkarnacje mogą się odbywać tylko na ich własnym poziomie. Nie jest bowiem zbyt ważną sprawą przejście ducha aktora Szymańskiego do ciała Eustachego Czekalskiego i vice versa, – jeśli w ogóle podobne duchy istnieją, w co pozwolę sobie jako przykry sceptyk nie wierzyć.

Mimo iż ostatnio w Cukierni Ziemiańskiej słyszy się ciągle tubalne okrzyki w rodzaju „Boga niema”, „Empirja nie istnieje” i t. d., rozważania tego rodzaju nie leżą w zakresie moich zainteresowań. Czasem jednak zdarzają się dyskusje, wobec których trudno mi przejść obojętnie. Zgodzić się mogę z moim miłym interlokutorem, że w kinematografie niema pierwiastka mistycznego, bo mi to w niczem nie przeszkadza zachwycać się kinem, ale muszę zaprotestować przeciw temu, jakoby p. X. Y. Z. „nie istniał empirycznie”. Pan X. Y. Z. z miłym przekąsem twierdził (jak słyszałem siedząc przy sąsiednim stoliku), że 2 +2 nie jest 4, bo i on jest tam również, więc 2+2+X.Y.Z. = 5. Przyjaciel nasz p. Franciszek Fiszer zbił to twierdzenie bardzo prostem ale skutecznem zapewnieniem, że 2 + 2 = 4, ponieważ p. X. Y. Z. empirycznie nie istnieje. Jeśli to prawda, zmysły moje nigdy mnie bardziej bezwstydnie nie oszukały. Zwłaszcza mam żal do zmysłu powonienia.

Jak widzimy, wiedza wychodzi z uniwersytetów i laboratorjów i zaczyna się objawiać w zmienionej nieco formie po cukierniach. Niedługo wymagany będzie cenzus metafizyczmy przy piciu pół czarnej i obrona tezy doktorskiej przy mazagranie. Już i tak Związek Artystów Scen Polskich urządza egzaminy dla swych adeptów na szczęście nie z metafizyki, ale z równie niepotrzebnych rzeczy. Baletnica, która chce obnażyć swoją lewą pierś w Kaliszu w pantomimie p. t. „Bez majtek”, musi odpowiadać na krzyżowe pytania egzaminatorów z Z. A. S. P’u. Egzaminują tam nietylko z historji dramatu, ale również z historji Związku. Pytają się tej biednej uczciwej dziewczyny, kto napisał jakiegoś tam „Zabobonnika”, i w końcu zlewają ją z Kuleszy – bo okazuje się, że nie wie w którym wieku i roku urodził się ten zasłużony baletnik i co zdziałał nogami dla sceny i Związku. Pan Pitoszyński, który ma dublować rolę lokaja, musi wiedzieć, czy twórca teatru, Bogusławski, byt „żeniaty”, a p. Pimposzyńska znać życiorys Szekspira, bo bez tego nie da rady odśpiewać swych „kupletów z własną gwizdą” w kabarecie „Eldorado”.

Wiedza tajemna to rzecz piękna, o metafizyce niejedno da się powiedzieć. Egzaminy też niezła to czasem rzecz. Związek Artystów także owszem, niczego. Ale to wszystko – nie dla mnie, panowie. Życie pozagrobowe w tych warunkach mnie nie nęci, a i życie doczesne napełnia mnie trwogą i niemą rozpaczą. Pozatem humor i apetyt dopisują mi znakomicie. Pogoda wyśmienita. Ukłony dla wszystkich.

Antoni Słonimski.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close