KRONIKA TYGODNIOWA (8)
Antoniego Słonimskiego

Wybitny piccolak. – Klejenie pieniędzy. – Co mamy oddać poczcie. – Nieznane piersi. – O Anglji. – Pchnąć kryminalistów. -Kobieta w sześciu częściach. – Mordercy Grobickiej. – Co zrobi Majde, gdy umrze Krukowski. – Analiza moczu. – Kilkadziesiąt tysięcy stolików. – Bodo się nie rozwija. – Liczniki. – Przyjezdni z Gdyni. – Wysiedlanie urzędników. – Zasłużony chłopak. – Nowe państwo urzędnicze. – Wszyscy pod kloszem. – Kto zdechnie w męczarniach?

Kroniki tygodniowe SłonimskiegoCzęsto słyszy się u nas ubolewania nad brakiem sił fachowych. Kto wie – może mamy fachowców, ale nie potrafimy ich wyzyskać? Należałoby spróbować, czy pewien opasły dziennikarzyna, marny reporter teatralny, nie okazałby się pożyteczną siłą jako pomocnik introligatorski lub, kto wie, może mimo podeszłego wieku byłby wręcz wybitnym piccolakiem w restauracji. Trzeba próbować.

Faktem jest, iż w obecnych warunkach nic się w Polsce nie klei z wyjątkiem podartych dwuzłotówek. Trzebaby pozmieniać role, urzędników poprzenosić, ministerstwa przetasować. Mianowanie generała Góreckiego dyrektorem banku było nieśmiałą próbą tego nowego systemu – ale to mało. Spróbujmy sprawy zagraniczne oddać poczcie. Mają tam mareczki i stempelki, niech sobie korespondują z obcemi mocarstwami. Wojsko oddać ciężkim robotom publicznym. Tłumy żołnierzy próżnujące w koszarach niech się zajmą naprawą dróg zamiast, jak dotąd, uczyć się wbijania bagnetu w jakieś nieznane piersi (które będą im dostarczone w odpowiednim czasie przez M. S. Z. w porozumieniu z M. S. W.) Skarb oddać ministerstwu wyznań – może się tam kto lepiej wyzna na tem. Ministerstwo handlu i przemysłu, jak słusznie ktoś już zauważył, powinno się nazywać ministerstwem „i”, bo ani handlu ani przemysłu niema, a nad tem „i”, które pozostało, można już postawić kropkę. Resztę ministerstw oddać kolei – niech je razem z wszystkimi urzędnikami wywiezie zagranicę.

Zasada „właściwy człowiek na właściwem miejscu” dobra jest w Anglji, gdzie właściwie miejsc jest niewiele, ale jest paru ludzi. U nas, gdzie ludzie nie pasują do swoich zajęć, należy poddawać każdego zosobna różnym próbom. Mamy głośne procesy kryminalne i złe teatry. Cóż z tego wynika? Należy wziąć wolnych kryminalistów i pchnąć ich, że tak powiem, do teatru. Projekt ten zresztą właśnie wchodzi w życie. Królikowski, gdyby żył dzisiaj, napewnoby został w czterdziestym roku życia zemerytowany. Ale jest na szczęście nowy Królikowski, posądzony w swoim czasie o mord w Cytadeli, i ten, jak nasza prasa donosi, został reżyserem w jednym z popularnych teatrzyków na przedmieściu, gdzie ma wyreżyserować i zagrać sam w sztuce osnutej na tle poćwiartowania kobiety. Sztuka ta p. t. „Kobieta w sześciu częściach” może obejść wszystkie sceny prowincjonalne z niemniejszem powodzeniem od Kiedrzyńskiego. Królikowski nie jest odosobniony; jak się dowiadujemy, Roniker po wyjściu z więzienia zaciągnął się do „Reduty”, jak gdyby więzienie było jeszcze dostateczną karą. Nie zdziwimy się, gdy Bisping zostanie zaangażowany przez Chaberskiego, a nieznani mordercy Grobickiej zgłoszą się na ochotnika do Teatru Ćwiklińskiej i Fertnera.

Idąc drogą tych nowych i nader obiecujących eksperymentów „Głos Prawdy” pomieścił poezje gen. Bałachowicza. Ten liryczny aniołek spowiada się ze swoich uczuć patriotycznych wierszem gorszym niż wszystkie mordy i okrucieństwa wojen.

Gdzie jak gdzie, ale właśnie w literaturze taka zmiana ról miałaby dużo sensu. Cóż z tego, kiedy dobry lekarz, inżynier lub adwokat, gdy zaczyna pisać, nie potrafi dać nic ze swych doświadczeń życiowych. Ludzi, którzy zdawaćby się mogło widzieli mnóstwo rzeczy zajmujących, gdy zaczynają pisać, piszą o rzeczach, o których nie mają pojęcia, lub – co gorsza – opisując własne nawet środowisko, wpadają w szablon i fałsz literacki. To samo dzieje się i w rozmowach. Adwokat czy lekarz pogardza rozmową na temat swych istotnych zajęć, ale cały zmienia się w słuch, gdy mowa jest o kabarecie albo o Teatrze Narodowym. Pragnie się okazać człowiekiem obytym i światowym i poświęca długie godziny na dyskusje, czy Pogorzelska jest lepsza od Ordonki i co zrobi Majde, gdy umrze Krukowski. Taki dobry, rzetelny specjalista z dziką namiętnością rozprawia o Millerze czy Irzykowskim, a gdy go zagadnąć o analizę moczu albo o rupturę pępka, czuje się osobiście dotknięty. Cóż mnie obchodzi do djabla jego zdanie o Claudelu! Jak mnie raz jeszcze zaczepi, wywalę mu swoje jak najszersze poglądy na sprawy, o których nic nie wiem, i będę mówił z arogancką pewnością siebie i jak najgorzej o profilaktyce albo o szczepieniach ochronnych.

Należałoby również wprowadzić, prócz innych inowacyj, jeszcze trybunał i kasę więzienia dla ludzi prowadzących głupie rozmowy. Pomyśleć, że kilkadziesiąt tysięcy stolików kawiarnianych obsiadło w tej chwili w Polsce paręset tysięcy nudziarzy i gada o pożyczce amerykańskiej, miesza Słonimskiego ze Słomińskim, wymyśla na teatry i magistraty i martwi się o to, że Bodo się nie rozwija. Zamknąć te gęby – oto piękne i wspaniałe zadanie.

Djabli wiedzą, jakby to zrobić? Niezłym pomysłem byłyby liczniki. Średni facet niech ma prawo do zadania dwudziestu pytań dziennie, za każde nadprogramowe pytanie cyk: dwadzieścia groszy. Raczej niech właśnie różne baby zwierzają sobie przez telefon co było wczoraj na obiad – taką rozmowę przynajmniej słyszy tylko druga baba. Ale na wolnem powietrzu, a zwłaszcza w lokalach publicznych, pyski powinno się zamykać na kłódkę, a klucze wrzucać do waterclosetu. Słowo powinno stać się luksusem, czemś odświętnem i kosztownem. Zwłaszcza jak najsurowsze represje powinny ścigać opowiadaczy snów, anegdotek autentycznych o dzieciach i przyjezdnych z Krynicy albo Gdyni.

Ponieważ ogarnął mnie szał reformatorski, pragnę powiedzieć jeszcze parę gorących słów w sprawie wysiedlenia urzędników. Sprawa ta powinna raz już wyjść z różnych komisyj i kancelaryj i wejść w życie. Każde dziecko wie o tem, że urzędnik jest zakałą społeczną, że urzędnik jest od utrudniania i że gdyby nie było urzędników niebo byłoby jaśniejsze i kwiaty wonniejsze. Urzędnik jest szkodliwy nieobliczalnie, gdyż zaraża mikrobem władzy ludzi prywatnych. Człowiek zarażony tym mikrobem zaraża innych, tak iż niebawem cały kraj stanie się pastwą tej choroby. Już chłopak otwierający drzwi w kinie, zarażony mikrobem urzędniczym, nie wpuszcza tłoczącej się publiczności do pustej sali. Poi się, odurza swą mocą, polegającą na przetrzymaniu ludzi przez półtorej minuty przed drzwiami. Poeta urzędujący w ministerstwie nagle zmienia się w lwa. Utrudnia nieznajomym osobom wjazd do Polski i z jeszcze większą rozkoszą wyjazd znajomym.

Wszystkie państwa europejskie powinny wysiedlić przymusowo swych urzędników. Niech powstanie osobne państwo urzędnicze, gdzie każda kategorja będzie gnębiła niższą, gdzie etatowy będzie kopał kontraktowego, a emerytów będzie się przekłuwało spinaczami, zaklejało mareczkami i wogóle torturowało. Wtedy to – mimo iż jestem pacyfistą – sam namawiać będę do wojny z tem państwem. Choć właściwie wojna nie będzie potrzebna. Wystarczy izolacja. Pożrą się między sobą jak szczury pod kloszem – i ostatni urzędnik, który przejdzie przez dziennik, sam się zabije szykanami i umrze bez aktu zejścia i zdechnie, choć nieurzędowo, ale w męczarniach.

Antoni Słonimski.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close