KRONIKA TYGODNIOWA (10)
Antoniego Słonimskiego

Zginiesz straszną śmiercią! – Przepowiednie pogody. – Czekoladki Wyplutos. – Wezwanie do wszystkich osób. – Niezły sposób. – Spadanie z kanapy. – To także ludzie. – Śpiewanie pieśni na trzy glosy. – Nareszcie rozsądna rozmowa. – Francuz to duża rzecz. — Łotwa z Litwą. – Opowiadania w Quimper. – Kokoszniki. – Wysiać czy nie wysiać? – Nowe ubranka. – Reklama Brocard’a et Cie. – Drapowanie Żydów. – Jampolski u cioci. – Menu bankietów. – Nieprzyjemne typy. – Salon towarzyski Europy.

Pisma warszawskie w każdym prawie numerze pomieszczają następujące ostrzeżenie: „Obywatelu! Zginiesz straszną śmiercią, jeśli napad gazowy zastanie cię nieprzygotowanym. Czy jesteś już członkiem Towarzystwa Obrony Przeciwgazowej?”

Dawniej w tak zwanych „złotych myślach”, kalendarzach i wzorkach do kaligrafji groziło się: „kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie”, „kto pod kim dołki kopie, sam w nie wpada…” „Nie czyń drugiemu co tobie nie miło”, „Zbrodnia bywa zawsze ukaraną”. Obecnie zaczynają prywatnym i niewinnym ludziom grozić śmiercią w męczarniach. Mogę się zgodzić, aby mi przepowiadano pogodę na jutro, ale takie zawiadomienia o niechybnej śmierci, niewiadomo za co i dlaczego, to już nieco zawiele. Gdyby mi pisano: ,,Zostaniesz uduszony, jeśli nie kupisz Elektro-Luxa” albo „Udławisz się, jedząc czekoladki Wyplutos – kupuj tylko Wedla”, mógłbym się jeszcze namyślać, ale w tym wypadku nie dają mi najmniejszego wyboru. Wzywam wszystkie osoby w Europie zainteresowane w sprawie uduszenia, aby wpłynęły na swoich braci, siostry i ciotki w kierunku zaprzestania fabrykacji gazów. Jeśli nam naprawdę zależy na tem, abyśmy nie byli wytruci – śmiem przypuszczać, że jest to wcale niezły sposób. Fabrykowanie gazów poto, aby nie zostać uduszonym, przypomina mi kładzenie się na ziemi poto, żeby nie spaść z kanapy.

Ostatecznie ci groźni najeźdźcy, te tajemnicze bestje, które mają nas wytruć to także ludzie których straszą i którzy sporo przyjemności znajdują w życiu, piciu piwa i śpiewania pieśni na trzy głosy. Trzebaby się było zejść, którego wieczoru z sąsiadami ze wschodu i zachodu i pogadać. „Wiecie, mają nas wytruć i mówią, że to wy szykujecie się do tego żartu”. „To ciekawe – odpowiedzą nam sąsiedzi – bo i nas tem straszą”. W takiej rozmowie mogłoby się wyklarować wiele prawd pożytecznych i niejedno brzydkie oszustwo mogłoby wyjść na jaw.

Do rozmów podobnych mamy coraz więcej okazji. Przyjeżdżają do kraju różni prywatni ludzie, z którymi można przecież dojść do porozumienia. Oczywiście straconą byłaby każda chwila rozmowy na ten temat z tak zwanymi politykami. Nie wydaje mi się również słuszne sprowadzenie do kraju „Przyjaciół Polski”. Ostatnio bawiła w stolicy francuska wycieczka adwokatów, biuralistów i nauczycieli z prowincji. Sam fakt, że ktoś jest Francuzem, jest to oczywiście dużo jak na nasze stosunki, ale nawet ta okoliczność nie wystarcza do okazywania entuzjazmu. Myślę, iż pożyteczniej byłoby sprowadzić towarzystwo „Nieprzyjaciół Polski”. Zaznaczyć bowiem trzeba, iż ostentacyjni nasi przyjaciele znacznie mniej się nami interesują od tak zwanych wrogów. Ba, nawet przy każdej okazji mieszają nas z Łotwą a Łotwę z Litwą, a wszystkich razem z Czechami. I cóż to wogóle za fach i sytuacja życiowa taki przyjaciel Polski? Był czas, kiedy Amerykanie przyjeżdżali do nas, przywozili mleko dla dzieci, mąkę i słoninę, zakładali schroniska, kąpiele i czytelnie. To są pewne dowody zainteresowania i przyjaźni. Ale przyjechać poto, aby zjeść lody i wysłuchać przemówienia a potem opowiadać całe życie u siebie w Garonne lub Quimper, że się było czczonym w Warszawie jak fetysz przez barbarzyńskich Polaków, to ostatecznie nie stanowi jeszcze o przyjaźni. Oczywiście byłby sens przywieźć stadko upartych Francuzów do Polski – ale właśnie tych Francuzów, co to się uśmiechają, gdy się mówi o tem, że Warszawa nie leży w Rosji i oświadczają się (chcąc nam zrobić przyjemność) z gorącą sympatją do cara. Możnaby zwabić podstępnie paru takich burżujów francuskich – pokazać im, że nie nosimy kokoszników i nie jeździmy na białych niedźwiedziach a potem wysłać ich w zaplombowanym wagonie do Rosji. Możnaby, ale też nie warto. Najlepiej byłoby tak zwane zbliżenie intelektualne odwlec jeszcze na parę lat. Można się wymawiać narazie, chorobą lub praniem i zaprosić gości wtedy, gdy już będzie jaki taki porządek. Rząd powinien na takie przyjęcie posprawiać obywatelom nowe ubranka, kupić paręset wagonów szminki i ucharakteryzować robotniczą ludność na różowych uśmiechniętych facecików. Pozasłaniać deskami wszystkie nieprzyjemne dziury i rudery, otoczyć parkanem niektóre dzielnice i rozpylić w większych miastach przy pomocy pomp gazowych paręset litrów wody kolońskiej firmy „Brocard et Cie”. Żydów przy pomocy paru wagonów kolorowego perkalu możnaby udrapować we wschodnie burnusy a parę najprzykrzejszych fizjonomij odesłać na tydzień na wieś do cioci. Wtedy to można będzie sprowadzać różne wycieczki; „Przyjaciół krokieta z Newcastle”, „Towarzystwo zwolenników majonezu z Nantes” i innych grzeczniutkich cudzoziemców bez obawy kompromitacji i dysonansu. A różnym wścibskim Duhamelom poprostu nie dawać wizy. Istnieje bowiem niestety coraz więcej takich nietaktownych osobistości, które nie chcą zadowolić się bigosem i przepalanką oraz najzupełniej francuską kuchnią w hotelu Europejskim. Wtykają one nos tam, gdzie niepotrzeba i ośmielają się mówić i pisać o więźniach politycznych. Panowie ci nie interesują się kulturalnymi i dobrze wychowanymi prezesami kółek i towarzystw, nie imponuje im akcent francuski hrabiny Wyprztyckiej, ale podają się za braci i towarzyszy brudnych, niegrzecznych robotników. I pomyśleć, że to robią ludzie należący do tak eleganckiej nacji jak francuska. Jeśli się nam uda kraj doprowadzić do porządku i ucharakteryzować na przyzwoity salon towarzyski, można ich nawet będzie zaprosić, – marzyciel i idealista to miła ozdoba eleganckiego salonu. Ale narazie trzymać ich zdaleka. Gotowi bowiem ci niespokojni ludzie z różnych krajów zejść się, porozumieć, nie zgodzić na fabrykowanie gazów, hodowanie bakteryj, budowanie łodzi podwodnych, odlewanie armat i wszystkie inne czynności tak nam potrzebne do pogodnego, beztroskiego i eleganckiego życia towarzyskiego Europy.

Antoni Słonimski.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close