„Legenda o Berku”

Profesor uniwersytetu poznańskiego, zasłużony historyk, Adam Skałkowski, rozwiał już „legendę” o Kościuszce i wielką postać narodową położył na obie łopatki… Obecnie, w książce „Z dziejów insurekcji 1794 r.” obrócił wniwecz popularność Berka, syna Joska, zwykle zwanego Joselewiczem. Ot, ni mniej, ni więcej, tylko za pewnik uważana wiadomość o pułku żydowskim w czasie ruchawki kościuszkowskiej okazuje się… bajeczką! Dowód? Niema go w źródłach, niema w tradycji, ale w ich miejsce wystarcza powątpiewanie Korzona („Wewnętrzne dzieje Polski”, t. I, str. 233), czy zamierzenie wobec krótkości czasu urzeczywistniło się. W „Gazecie Rządowej” pojawiło się „uwiadomienie o formującym się pułku starozakonnym” z datą 17 września 1794 r., w ślad za czem 5 października wypłacono Berkowi na „pierwsze potrzeby” zł. 3.000 w biletach skarbowych mocno zdyskredytowanych, a już przed 4 listopada stały zastępy pod sztandarem. W rozprawie „Berek Joselewicz i jego syn” wyjaśniłem, że nagłość utworzenia izraelickiego pułku nie była bynajmniej odosobniona. Przede wszystkiem „uwiadomienie” wspomina o już „formującym się” regimencie, następnie łatwo przywołać na pamięć przykład Kilińskiego, który nie otrzymawszy od Naczelnika ani grosza na umundurowanie i uzbrojenie, zdołał zebrać w trzy dni 1.780 ludzi, w pięć tygodni jako tako wyćwiczyć, ogarnąć i pchnąć na linję bojową. Oczywiście, hufce naprędce złożone miały wady organizacyj powstańczych, pewien brak sprawności, cierpiały niedostatek, ale niosły z sobą zapał i nieprzymuszoną wolę wytrwania do ostatka. Gdy Korzon, badacz ścisły i wzorowy, stanął wobec niewiary co do udziału tworu Berka w bitwach na szańcach stolicy z czysto kalendarzowych powodów, zaniechał wejścia w sedno rzeczy, rzucił uwagę mimochodem. Świadectwa jednak poety, Franciszka Karpińskiego („Pamiętniki”), zwłaszcza zaś wspomnienia Kierzkowskiego, oficera pułku grochowskiego, uczestnika obrony Pragi, są istotnością, stojącą napoprzek wątpliwości. Prześwietny opowiadacz, Duklan Ochocki, nadmienia, że gdy przybył do Kościuszki w Warszawie, z raportem o biegu spraw w Krakowie, widział, jak wśród ludu rej wodzili Kiliński, Białogłowski, Kapostas i „Żyd Berko, który był pułkownikiem izraelickiego regimentu”.

Na gruzach powstania i Berek, podobnie jak inni, jadł gorzki chleb wygnania. Z wiosną 1798 r. zwrócił się samorzutnie do Jana Henryka Dąbrowskiego z prośbą o zaciągnięcie się pod chorągwie ojczyste. W odpowiedzi z 2 lipca 1798 r. zaznaczył wódz: „Z prawdziwem ukontentowaniem doszedł mnie list twój, obywatelu pułkowniku. Spodziewałem się zawsze, że Ty, pierwszy do zachęcenia ziomków swych podczas ostatniej rewolucji, aby jęli się oręża w obronie kraju, nie opuścisz i tej drogi służenia Ojczyźnie przez przybycie do legionów”. Narazie, przed osobistem spotkaniem, zasyłał mu „ucałowanie, zdrowie i braterstwo”. Antoni Baum, starosta myślenicki, komisarz przy austriackiej armji okupacyjnej, wyga nad wygi, ostrzegał swój rząd przed Kilińskim i Joselewiczem, jako osobnikami szczególniej niebezpiecznymi. Czyż to wszystko miało dotyczyć człowieka, który uzyskał patent pułkownikowski, trzy tysiące schował do kieszeni i chrztu krwawego nie otrzymał z swoją formacją?… Deputowany francuskiej izby prawodawczej, Salverte, jak znakomity historyk Graetz nadmienia – świadek obrony Pragi, odpierając w r. 1830 antysemickie wywody p. de Montigny, wołał w pałacu burbońskim: „Przedmieście Pragę, osłaniane przez żydowski regiment, zdobyto szturmem. Nazajutrz znaleziono cały pułk pogrążony w śnie wiecznym. Ani jeden żołnierz nie zbiegł przed apelem śmierci”. Bezsprzecznie, brakuje potwierdzeń urzędowych, ale po klęsce maciejowickiej wobec zbliżającej się katastrofy, idącej szybkim pędem, któż myślał o niewielkiej stosunkowo garści starozakonnej?

Opoką wywodów prof. Skałkowskiego, raczej punktem wyjścia, jest czysto indywidualne zapatrywanie Korzona. Nie „przypuszcza” on, aby Joselewicz posiadał talent „zorganizowania pułku w ciągu czterech tygodni”. O parę zdań niżej podkreślił znowu: „Wątpimy o istnieniu samego pułku ze względu na brak czasu”, i t. d. Gdy zatem nieodżałowany dziejopis poczynił zastrzeżenia z pewną powściągliwością, prof. Skałkowski wystąpił z stanowczem zaprzeczeniem. Według niego przedsięwzięcie było „pociągnięciem raczej dyplomatycznem, niźli akcją wojskową” gwoli pociągnięcia Żydów w chwili przełomowej. Bujna fantazja uniosła badacza jeszcze dalej. „W ciągu 20 (?) tygodni zapewne zebrała się garść ochotników, mundur mógł ich pociągnąć, a osłaniał w czynnościach drażliwych, chociaż je utrudniał”. I jeszcze jeden domysł: „Ochotników pewnie miał (Berko) niewielu, a i ci rozbiegli się na odgłos maciejowickiego pogromu”. Poszło tedy w zapomniane stwierdzenie Kościuszki, że Żydzi w dn. 17 i 18 kwietnia „rzucili się do oręża, zwarli się mężnie z nieprzyjacielem”, natomiast rozsiano podejrzenie, że przywdziali uniform, aby był pokrywką w „czynnościach drażliwych”, a w końcu po klęsce zdezerterowali, byle tylko nie narażać życia przy ostatecznej rozprawie. Skąd jednak czerpał szanowny profesor owe informacje, niewiadomo zgoła, – w każdym razie nie z dokumentów. Chcąc zapełnić lukę, radzi sobie uczony w sposób prosty, dodając skromnie „pewnie” lub „pewno”, i z lekkiem sercem buduje gmach z piasku, potynkowany w pozory stwierdzeń.

* * *

Inny cios wymierzył Berkowi jego współwyznawca dr. N. M. Gelber („Aus zwei Jahrhunderten. Beiträge zur neueren Geschichte der Juden”, Wien, 1924). Autor ten wyważył drzwi już otwarte. Aczkolwiek jest specjalistą do historji Żydów w Polsce i pisze nawet po polsku, nic nie wiedział, że w wiedeńskiem archiwum wojennem odkrył to, co dziesięć lat wstecz ogłosił dr. Emie Kipa w lwowskim „Przewodniku Naukowym i Literackim” (czerwiec z r. 1914). Oto Berek przebywał w r. 1796 w grodzie nadpełtwiańskim i tam w okresie niepowodzeń Austrji przeciw orężowi Francji rewolucyjnej zaproponował hr. Janowi Gaisruckowi, gubernatorowi wschodnio-galicyjskiemu, utworzenie sześcio do ośmiotysięcznego korpusu ochotniczego z Żydów, złożonego z piechoty i kawalerii, z odpowiednią służbą sanitarną i audytorjatem, pod naczelną komendą cesarskiego generał-majora. Dla siebie zastrzegał tytuł pułkownika i eme-
ryturę na wypadek odniesienia ran. W tej inicjatywie przebijały się jednak pewne zewnętrzne sentymenty Berka. Piechotę chciał ubrać w polską kurtę i rogatywkę. Gaisruck posłał projekt do ministra Lazansky’ego z życzliwem i dość oryginalnem zaleceniem, że spełnienie pomysłu Joselewicza uwolni kraj od wielu wyrostków żydowskich, natrętnych próżniaków, wiszących u klamki rodziców. Nic nie zaszkodzi przetrzebienie formacji, bo przecież będzie to znacznie godziwsze, niż straty w szeregach synów chłopskich! Wiedeńska rada wojenna nie dała posłuchu, i cała rzecz pozostała martwym papierem archiwalnym.

Pan Gelber przeczytał raport i wydał orzeczenie: „Berek, rzekomo fanatyczny Polak wyznania mojżeszowego, chciał zatem walczyć za Austrję, która niedawno przyczyniła się do rozszarpania jego ojczyzny. Nie jest zatem owym wielkim patrjotą, za jakiego uważają go Polacy!” W wyniku rozważań robi z niego duszę awanturniczą, lgnącą do wojaczki, pewnego rodzaju kondotjera. „Późniejsi asymilatorzy, – pisze, – stojący poza swoim szczepem, widzieli w nim przodownika myśli zbratania polsko – żydowskiego”. Ano, to już jasne, dlaczego autor-sjonista musiał przypiąć łatkę Berkowi… Dobra wola mogła przecież nasunąć mu okrutne wprost obejście się rewolucji francuskiej, zwłaszcza Komitetu Ocalenia Publicznego, z wszechwładnym Saint-Justem na czele, z powstaniem Kościuszki, odmówienie uznania nawet Rady Najwyższej Narodowej! Wprawdzie w r. 1796 nastąpił odruch życzliwy, ale już na zgliszczach Rzeczypospolitej. Przecież sekretarz Naczelnika, Aleksander Linowski, zwracał się przed rozsypką radoszycką do głównej komendy austrjackiej z propozycją wzięcia armji polskiej w służbę cesarską, przecież szlachta wschodnio-galicyjska już po pokonaniu powstania uważała za możliwe pogodzenie swego patrjotyzmu z obowiązkami względem monarchji, przecież w okresie wydarzeń tu poruszonych ofiarowali sumy na wojnę państwa naddunajskiego przeciw Francji Stanisław Małachowski, Adam Czartoryski, Aleksander Zamoyski, biskup Bielański i tylu innych. Niektórzy obywatele dostawili dobrowolnie rekruta, i noszono się nawet z myślą zaciągu ochotniczego. Berek zatem robił to samo, co inni szczerze ojczyźnie oddani Polacy o znanych nazwiskach, niewątpliwie z wyrachowania politycznego.

* * *

Jesteśmy zatem świadkami wypaczenia dość niezwykłego w nauce. Z dwóch stron, tak od siebie dalekich, zmierzano do tego samego celu, zatrącającego oddźwiękiem współczesnym. Wiedza jednak historyczna musi pozostać odbiciem prawdy, musi odsłonić, idąc za wskazaniami Bernheima „jak było”, musi być owym gołębiem z arki Noego, który wzniósł się w powietrzne szlaki i nie zawadził skrzydłem o ziemię, nawiedzoną potopem. Uwagi prof. Skałkowskiego, może nawet poczęte w dobrej myśli, chociaż bez uzasadnienia, zrobiły swoje, wywołały komentarze w prasie… Narazie Joselewicz dotychczasowy nic nie stracił z uroku mimo ataków i ostał się takim, jakim go podziwiali Dąbrowski, Kniaziewicz i książę Józef. Zresztą, gdyby pp. Skałkowski i Gelber zdmuchnęli nawet legendę, pozostawał jeszcze Berek-legjonista, szef szwadronu piątego pułku lekkokonnego Turny, rycerz i męczennik w bitwie pod Kockiem, gdzie zapędzony do maneżu przez huzarów austrjackich, wyzionął ducha pod cięciami pałaszów i przeszedł – wzór cnoty i męstwa -w legendę ludową. Jakże pięknie postąpił właściciel Bedlna obok Kocka, hr. Żółtowski, wzniósłszy w setną rocznicę śmierci wojaka olbrzymi kamień na nasypie, kryjącym doczesne szczątki świetnego oficera, z wielomówiącym napisem:

BEREK JOSELEWICZ
pułkownik wojsk polskich
szef szwadronu w piątym pułku
strzelców konnych Księstwa Warszawskiego
kawaler orderów „Legji Honorowej” i „Virtuti Militari”
zginął w bitwie pod Kockiem 1809 r.
tu pochowany w stuletnią rocznicą zgonu 1909 r.

Ernest Łuniński

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close