Lekkomyślność i niewdzięczność

Pani Marja-Jehanne Wielopolska na łamach „Wiadomości Literackich” (nr. 84) wzywa pisarzy polskich do obrony Stefana Żeromskiego, zarzucając im brak etyki koleżeńskiej.

Pani Wielopolska może ma rację, może nie ma. Nie mogę znaleźć w sobie rozwiązania tych wątpliwości, gdyż sam przeżyłem w Polsce taki sam okres pożerania mnie, ataków najprzeróżniejszych, oszczerstw i plotek, lecz nikt się za mną nie ujął, nikt mnie nie bronił. Bolało to mnie wtedy i dziwiło niepomiernie.

Bo przecież działy się rzeczy, do dziwolągów podobne. Naprzykład, gdy opisałem w jednej ze swych książek wroga bolszewików – półobłąkanego barona Ungerna, wtedy, jak na zawołanie, ktoś usłużny a „patrjotyzmem roznamiętniony” zasyczał:

– Aha, mam go! Autor jest… agentem niemieckim…

Albo, – gdy zwróciłem uwagę naszego społeczeństwa na niewdzięczną niepamięć jego o młodzieży, poległej w obronie Warszawy w r. 1920, inny znowu „sierdzisty” patrjota, bijąc się w piersi, zawołał:

– Jak śmie ten przybysz z Jakucka pouczać nas – dobrych Polaków?!

Trzeci znowu zato, że do mego literackiego nazwiska wydawca dodał moje tytuły naukowe – prof. i dr., – zaczął podstępnie krytykować powieść moją jako „dzieło naukowe”, widząc doskonale, że ani tytuł książki, ani rozdziały poszczególne, ani styl nie wskazywały na to, aby autor zamierzał wydać „dzieło naukowe”.

Robiłem „wielkie” oczy i czekałem, że ktoś z uśmiechem powie panom krytykom, patrjotom patentowanym, wielkim uczonym:

– Słuchajcie, chłopcy! Co wy robicie? Jakoś to nie wypada, przecież…

Panowała jednak wtedy, jak mówi p. M.-J. Wielopolska, – cisza. Gdy zaś nagabnąłem tego i owego w tej sprawie, wzruszali ramionami i odpowiadali z pobłażliwym uśmiechem:

– U nas to – zwykła rzecz!

Od stycznia do połowy lipca r. b. byłem bardzo zajęty, gdyż po powrocie z Afryki północnej pracowałem nad pierwszym tomem opisu tej mojej podróży. W lipcu na wsi przeczytałem „Przedwiośnie”, teraz w Zakopanem – artykuł p. Marji-Jehanne Wielopolskiej.

Więc posądzają Żeromskiego o sympatje dla bolszewizmu?

Więc jakąś wrogą przeciwko niemu akcję prowadzą?

– Everything is all-right! – jak wykrzyknął jakiś Amerykanin, spadając z 62-go i mijając okna swego znajomego z 38-go piętra.

– U nas to – zwykła rzecz! – powiemy my – Polacy.

Jesteśmy narodem walecznym i musimy zawsze wojnę prowadzić; jeżeli nie mamy wroga od wschodu lub od zachodu, walczymy pomiędzy sobą.

Żyjemy teraz w czasach pokoju, a więc ciskamy się, skaczemy sobie do oczu, wymyślamy sobie wzajemnie tak dosadnie, że aż tapety odpadają, i – czujemy się normalnie.

Ale że ciskając się, skacząc do oczu i gardłując, nie możemy, rzecz prosta, myśleć rozsądnie, przyzwoicie i normalnie, wpadamy nieraz w śmieszne błędy i komiczne nieporozumienia.

Tak się właśnie stało w sprawie „Przedwiośnia”…

Wolno podejrzewać mię, że nigdy nie byłem w Mongolji, Tybecie, Chinach, Japonji i w Afryce północnej, że nigdy nie widziałem emigrującego szczupaka i węża-boa, że nie byłem nigdy w więzieniu politycznem, lecz że całe życie spędziłem, powiedzmy, w Milanówku, -jednak nikt nie potrafi nawet w malignie największego zacietrzewienia dowieść, że nie byłem i nie jestem zdecydowanym przeciwnikiem bolszewizmu.

To przekonanie pozwala mi na twierdzenie, że autor „Przedwiośnia” nigdzie i nigdy w swoim utworze nie wyraża sympatji dla mongolsko-żandarmsko-bandyckiej ideologji Sowietów.

Nigdy i nigdzie!

Młody Baryka… To – produkt bujnej, awanturniczej natury i fascynującego chwiejne natury wpływu rosyjskiej anarchji myśli, moralności i czynów. Dziesiątki takich Baryków widziałem w sowieckiej Rosji i naoślep można ich wyłowić ze składu „Komunistycznego Związku Młodzieży” w Petersburgu i Moskwie.

Baryka – to nie „ideał” młodzieńca polskiego z czasów nowych.

Nowe czasy! A przecież te czasy stoją już na progu naszego życia, i tylko ślepcy lub tchórzliwe strusie, zarywające głupie głowy w piasek, tego nie widzą. Cała homeryczna, pełna tragedji dziejowej gmatwanina światowa stworzona jest i podtrzymywana przez ślepców i głupców, którzy nie chcą lub nie mogą spojrzeć prawdzie w oczy.

Spadły na ziemię skądś – może z międzyplanetarnej pustyni – zarodki myśli o nowej, absolutnej sprawiedliwości i wolności. Zarodki te kiełkują na różnych glebach. Gdzieś więdną i giną, gdzieś wyrastają w niekształtne, ohydne potwory, gdzieś rozwijają się powolnie, nabierają sił i rozpędu w zagadkowem tymczasem milczeniu.

Nikt i nic nie potrafi zabić nowej ideologji! Z tem się trzeba zgodzić i walczyć nie z ideologją, lecz z potwornością jej objawów i form zewnętrznych, prostować niewłaściwe, zawiłe łożyska, któremi nieraz zaczyna płynąć rzeka nowych idej.

Baryka jest typem młodzieńca, porwanego prądem tej rzeki. Mógł popłynąć spokojnem łożyskiem i być takim, jakim był na wojnie z bolszewikami, a więc synem swego narodu; popłynął fałszywem korytem, bo rzucono go weń, jeszcze słabego, pełnego wahań, nierozwiązanych zwątpień i gorzkich rozczarowań. Baryka to typ człowieka, strutego bolszewickim „Ersatzem” nowych idej. Ale czyż nie widzimy takich ludzi w naszem społeczeństwie, gdzie rozpanoszył się wiele żądający, a mało z siebie dający półinteligent – nowy typ pasożyta na ciele przekształcającego się społeczeństwa, zupełnie taki, jakich widzimy śród rosyjsko-sowieckich komisarzy; czyż nie spotykamy „amoralnych” ludzi i ludzi niemoralnych, oczekujących tylko chwili, gdy, z zanikiem prawa obowiązującego, mogliby bezkarnie cugli popuścić swoim zbrodniczym namiętnościom, zachciankom i upodobaniom? Czyż nie wkradła się ta gangrena bolszewickiej amoralności do szeregów młodej Polski? Czy śród młodzieży polskiej absolutnie wszystko jest w porządku, i czy możemy mówić bez zastrzeżeń, że „nasza młodzież – to nasza przyszłość!”?

„Baryka” żyje śród społeczeństwa, we wszystkich jego warstwach – od dołu i do góry. „Baryka” może stać się, jeżeli społeczeństwo potrafi to uczynić, pożytecznym, wybitnym nawet obywatelem polskim; „Baryka” może się przekształcić w Barykę z powieści Żeromskiego lub w Barykę – Wieczorkiewicza czy Bagińskiego, jeżeli nie zrozumiemy, że przyszły nowe czasy, nowi ludzie, nowe myśli, i że wymaga to nowych systemów kierowania życiem i psychologją narodu, aby nie tylko obronić nasz piękny skarbiec ducha polskiego, lecz wzmocnić go i wzbogacić nowym dobytkiem i nowemi klejnotami.

Baryka Żeromskiego – to ostrzeżenie w porę najniebezpieczniejszą i najodpowiedniejszą. To jest Baryka, i tylko tyle chciał powiedzieć autor „Przedwiośnia”.

Wiosna jeszcze nie przyszła, mamy dopiero przedwiośnie… A któż dopomoże nam, gdy zimne, wrogie wichury przedwiośnia zabiją pierwsze kwiaty, pierwsze zielone, pełne zdrowych soków pędy wiosenne?

Napaść na Żeromskiego? Akcja przeciwko genjalnemu pisarzowi, któremu równego nie posiada w dobie obecnej żaden naród na kuli ziemskiej?!

To zwykły „kawał” – to ulubiona kawiarniano-polityczna zabawka! Ziemianki polskie, które podobno też coś przeciwko Żeromskiemu knują, czynią to na skutek jakiegoś nieporozumienia. Czytały przecież panie ziemianki „Wiatr od morza”? Niech przeczytają „Czuwaj” Żeromskiego w „Harcerzu”; krótki to, lecz potężny hymn miłości dla ojczyzny i dla młodzieży – opoki, siły i nadziei Polski, Polski w porze, gdy przyjdzie wiosna! Zbyt wielki jest i mocarny Żeromski, aby niezrozumiany Baryka, ten przechodzień w niepewnej godzinie przedświtu, mógł zgasić płomień miłości i zniweczyć ogrom czci, którą żywi dla tego olbrzyma literatury polskiej i światowej – jego własny, przez niego umiłowany naród.

Cała ta niepoczytalna „mobilizacja” przeciwko Stefanowi Żeromskiemu jest rzeczą śmieszną, warcholstwem lub nieporozumieniem, inscenizowanym przez kogoś „kawałem” kawiarnianym.

I byłoby to zabawne, gdyby nie dawało powodu cudzoziemcom do powiedzenia o nas:

– Lekkomyślny i niewdzięczny naród…

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close