List Sergjusza Piaseckiego

Na kilka dni przed swojem zwolnieniem, autor „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy”, Sergjusz Piasecki, napisał do redaktora „Wiadomości Literackich” list, który przytaczamy in extenso.

Święty Krzyż, więzienie, dn. 27 lipca 1937 r.

Szanowny Panie!

Za tak dobry list dziękuję serdecznie. Była to dla mnie najmilsza niespodzianka w życiu. Gdy przeczytałem go, nagle łzy zaczęły mi się cisnąć do oczu, i trudno było to opanować. Pewnie nerwy, nastawione wciąż w innym kierunku, nie wytrzymują dobroci. Życie mnie nie pieściło – prędzej miażdżyło, więc teraz nawet łagodne dotknięcie boli. A może to wstyd, że jestem w tak głupiem położeniu, że jestem bezsilny, bezradny. I że Pan tak życzliwie do mnie się odniósł. Zdaje mi się, żem nie wart tego; że jestem nierozwinięty, nieokrzesany; że jestem dzikusem, który żył strasznie – wbrew wszystkiemu co dobre. Bo to wszystko, co jest we mnie dobrego, to nie moje… to Wasze, to wszystkich szermierzy postępu. Lecz – zaczynam uświadamiać sobie -że i to co jest złego – nie moje. To emanacja bestjalstwa, którem musiałem oddychać przez lat dwanaście, chociaż zawsze marzyłem i śniłem o świetle. Może byłem ochotniczym agentem kultury (za jej kordonami), który na długo zaginął, lecz nie zdradził i wrócił… Przyszłość to pokaże.

Za uznanie dla mej powieści (że „bardzo interesująca”) dziękuję. Wiem, że to jeszcze tylko ruda. A mam jej pełne serce i mózg. I męczy bardzo. Zamierzałem pracować powoli, systematycznie, ale narazie nic z tego! Za wiele mam materjałów, a za mało wiedzy. Zacząłem poważnie myśleć o pisaniu kilku rzeczy naraz, lecz w porę uświadomiłem sobie, że to głupstwo. Jak z tego nadmiaru się wyładować? W głowie się roją całe cykle, i aż ręce gryźć się chce, gdy pomyślę, że czegoś nie zdążę!

Powodzenie „Niedźwiedzicy” mnie zdumiewa, bo chociaż pisałem ją najdłużej, – 1,5 miesiąca, – (byłem w rozterce duchowej i nie dysponowałem dowolnie czasem), lecz uważałem, że jest zupełnie surowa. Dopiero kolega zachęcił mię do wysłania jej w stanie obecnym. Muszę koniecznie na wolności przeczytać kilka dzieł o „formie i o treści”, aby pracować i kształtować materjały świadomie. Zapału mam dość. Aż mózg płonie. Lecz tego mało. Chcę organizować świadomie. Nie bić, lecz kuć, cyzelować, szlifować. Co mi z tego że powiedzą: piękne materjały. Chcę aby były i piękne kształty. Ja kocham piękno słowa i myśli ponad wszystko; więc chcę się dowiedzieć i praw o ich wartości stanowiących. Przedewszystkiem muszę przeczytać kilka pierwszorzędnych dzieł beletrystycznych. Pozatem nie znam rzeczy podstawowych: ani psychologii, ani logiki, ani estetyki. I to mnie niepokoi: zdaje mi się że jestem upośledzony, ślepy. Brak mi jakiego zmysłu. Najważniejszego!

Głosów prasy o mojej książce nie czytałem. Przyszłej recenzji w „Wiadomościach” jestem bardzo ciekaw. Nawet ujemnej. To uczy i otwiera oczy na wady, więc pozwala unikać ich na przyszłość. Dotychczas, czytając w „Wiadomościach” recenzje z różnych dzieł, których nie miałem możności czytać, starałem się wyobrazić sobie: jakie są? W tym wypadku „Wiadomości” stanowiły dla mnie jakby menu pierwszorzędnej restauracji, w rękach chronicznie głodnego człowieka. Obliczałem, na ich podstawie, zaległości i odmierzałem, jak daleko pozostałem za rytmem życia kulturalnego.

Pan Wańkowicz zwrócił moją uwagę że w powieści są pewne błędy i wskazał mi dwa. Później o tem myślałem i postaram się ich nie powtórzyć. Bo poprzednio zaślepiony gorączką pracy, tych wad nie dostrzegłem, a następnie utonęły w nurcie całości. Więc przykro mi i trochę wstyd, i boję się, że wszyscy to widzą. Więc chciałbym, aby recenzja, dla mego dobra, była surowa. Prawda mnie nie zniechęci. Przeciwnie. Zawsze lubiłem zwalczać przeszkody, a nawet sam je piętrzyłem i tam szedłem gdzie są Więc proszę o recenzję ostrą.

Zdarzyło mi się przeczytać kiedyś książkę Finka „Jestem głodny”. Koledzy się nią zachwycali. Mnie się nie podobała. Niedługo potem skądś się dostał do mych rąk numer „Miesięcznika Literackiego” i przeczytałem recenzję o książce Finka Ireny Krzywickiej. Znalazłem tam ładnie sformułowane swoje własne myśli, których uświadomić sobie nie umiałem. Było mi to bardzo miłe, a dla autora mogło być pożyteczne. Otóż dla mego pożytku proszę o obszerną i niepobłażliwą recenzję. Abym lepiej się zorjentował w kwestji kształtowania powieści, bo zamierzam napisać ich wiele, a chcę iść w te debry, które mię i męczą i przerażają, świadomie, z otwartemi oczami, dopóki nie zdobędę wiedzy i oczytania; bardzo mi tego braknie.

Przeczytałem i w liście „Roju” i w liście Pana o poczynionych staraniach w celu zwolnienia mnie z więzienia. Ogromnie mnie wzrusza i zawstydza że sprawiłem tyle kłopotu. I czuję się małym, głupim brzdącem, który tak dużo napsocił, że nawet dorośli, mądrzy ludzie naprawić tego nie mogą. Czemże za to się odwdzięczę? Chyba tem że będę pisał dobre rzeczy! Ale czy potrafię? I ogarnia mię obawa. Zaczynam się poczuwać do odpowiedzialności wobec tych, którzy mną się zajęli. Nie chciałbym żeby ich spotkał zawód.

Najserdeczniej dziękuję za uścisk dłoni. Pierwszy podał mi rękę (na to trzeba odwagi – rozumiem to) kapitan wspaniałej „Kuwaki”, który mi przywiózł w mocno sfatygowanej tece rozsłonecznione, roześmiane „Szczenięce lata” i wieczne pióro. Nową broń. Na pożytek kultury. A teraz podaje mi dłoń kapitan okrętu kultury na burzliwych falach obecnego życia, na których tak długo byłem tylko korsarzem. Lecz może i z tego będzie pożytek? Może?… Pragnę, aby się tak stało, a umiem pragnąć gorąco, uparcie, zdecydowanie!

W myśl listu Pana prośbę do Pana Prezydenta – o darowanie mi dalszej kary – wysłałem. Jest datowana 15 lipca, b. r. Załączyłem do niej odpis zaświadczenia II Oddziału o mej dłuższej tam pracy.

Łączę wyrazy szczerej i wielkiej wdzięczności dla Pana i dla pisma, które dla mnie w więzieniu było zawsze tak cudowne i kochane, że brak słów na określenie tego, a nie chcę się wyrażać szablonowo i boję się aby nie przyjęto tego jako czczych słów. Bo to sprawa dla mnie droga i ważna! W tem są rzeczy tak subtelne jak prawdziwa, głęboka, rzewna ludzka wdzięczność. I boję się tego dotykać. W przyszłości Pan się dowie. Bo były tam różne cudne wzruszenia i rozłąki, i tęsknoty, i marzenia, i nawet ból! Ten kto mnie z Niemi (omal nie machnąłem: Nią) zapoznał – jesienią r. 1929 – w szczególnie niezwykłych okolicznościach, nie żyje. Gdy je zobaczyłem i poprosiłem do przeczytania powiedział: „To nie dla pana, to dla 10 000 wybranych”. Pomyślałem że do 10 000 można dodać jedynkę; i powiedziałem to. Uśmiechnął się i dał mi je. Co było dalej – nie piszę. Ramy listu nie dają. A było wiele ciekawych, może czasem komicznych rzeczy.

Więc jeszcze raz wyrażam gorącą wdzięczność dla pisma, które wraz z dziełami (dostępnemi mi) polskich pisarzy, dało mi możność odnaleźć i pokochać język polski, i uczyło, uczyło uczyło i dawało tyle wzruszeń i wiedzy. Rwie się na papier jeszcze pewna rzecz, lecz nie napiszę jej. Boję się, aby nie wystawiło to mnie w złem świetle: że się ubiegam o życzliwość nieuczciwie. A chcę, aby teraz myślano o mnie tylko dobrze.

Wiele razy zamierzałem podziękować Wam za bezpłatne wysyłanie mi – na moją prośbę – pisma. Lecz się wstydziłem tego. Myślałem tak: podziękować zdawkowo nie mogę, bo tyle gorących słów wdzięczności rwie się na papier! A jeśli je napiszę, pomyślicie, że to wyrachowanie pochlebstwa, aby nadal otrzymywać pismo, którego może nawet nie rozumiem. I milczałem. Obecnie jestem śmielszy, że mogę wreszcie to uczynić! Nie tak gorąco jakbym chciał, bo może to nieładnie być tak egzaltowanym, lecz zupełnie szczerze. Otóż dziękuję bardzo Wam wszystkim, którzy hojnie dawali mi to co mają najlepszego, którzy pomagali mi się podnieść z upadku i zmusili pokochać potęgę i piękno słowa, myśli ludzkiej!

Sergjusz Piasecki.

P. S. Dowiedziałem się, że pisarze polscy przyłączają się do mojej prośby o darowanie mi dalszej kary. Napisał o tem Kaden-Bandrowski w artykule „Cząstka kultury”. Ogromnie mię to wzruszyło i jednocześnie bardzo zawstydziło. Czuję się tak mały, tak niemądry, że zwrócenie na mnie uwagi i wyciągnięcie ręki pomocy przez ludzi, których zawsze tak kochałem, przeraża mnie wprost i boli. Nie wiem jak napisać, jak dziękować, żeby to nie było pospolite i żeby oddało chociaż trochę to co czuję. Zobojętniałem już w ciągu lat jedenastu na wszystko, co się znajduje poza murami więziennemi. Nieraz mi się zdaje, że jedynie realne życie jest tu. Wtem się rozległ czyjś sygnał S. O. S., i na ratunek pośpieszyło tylu ludzi. Zmusza to do wiary w człowieka, którą nieraz gubiłem, i do wiary w siebie. Że mogę wbrew wszystkiemu, nawet samemu sobie, też być człowiekiem. Że mogę i muszę! Bo chcą tego ci, którym najwięcej wierzyłem, których słowa i myśli mnie uczyły, wzruszały, kazały myśleć i wierzyć, iż jest coś większego ponad wszelkie ludzkie błędy i namiętności. To dla mnie jakby wybaczenie, zachęta i dobry uśmiech tych których najwięcej lubiłem, chociaż nie zawsze pojmowałem, bo stałem wciąż poza życiem i rozumowałem niezwykłemi kategorjami.

*

Pozatem otrzymaliśmy od Sergjusza Piaseckiego list treści następującej: „Składam tą drogą serdeczne wyrazy najgłębszej wdzięczności pp. Melchjorowi Wańkowiczowi, Catowi (Stanisławowi Mackiewiczowi), Mieczysławowi Grydzewskiemu, Juljuszowi Kadenowi-Bandrowskiemu, Kazimierzowi Błeszyńskiemu, Literatom, Dziennikarzom – Wszystkim którzy dali mi dowody życzliwości i współczucia oraz przyczynili się do mego zwolnienia”.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close