Listy z Ameryki
BOSTON – BUFFALO – NIAGARA* (cz. 4)

5 października 1935.

Urządzenia techniczne w Ameryce budzą zaufanie. Pod tym względem Europa i Sowiety nieprędko jeszcze dogonią Amerykę. Co do przegonienia, wydaje mi się ono dość problematyczne, bo technika amerykańska coraz szybciej idzie naprzód. Kiedy w amerykańskiej łazience odkręcam kurek z napisem „hot”, mam absolutną, niemal mistyczną pewność, że poleci woda gorąca. W Rosji nie wiem, czy wyleci szczur, piasek, woda czy powietrze. Dworce amerykańskie budzą błogie uczucie pewności i zaufania. Panuje cisza nabożna jak w kościele. Murzyn celebruje. Nie wiem, czy jest to prawo pisane czy zwyczajowe, ale wszyscy tragarze i konduktorzy w Stanach są czarni. Kiedy siadam do pociągu idącego z New Yorku do Bostonu, wszystko odbywa się tak jak w kinie. Kino przypomina się tu ciągle jak jakiś sen czarno-biały, w którym przeżywaliśmy już raz całą tę podróż. Znam wagony pullmanowskie z wygodnemi fotelami, „observation-car”, tę rufę pociągu, z której bohaterowie filmu zawsze przesyłają ostatnie pozdrowienia.

Mijamy domki obrosłe czerwonem dzikiem winem, skaliste urwiska, ciche jeziora. W czystym, pogodnym pejzażu posępną plamą rysują się ogromne zabudowania „Remington Arms Company”. Droga do Bostonu niepodobna jest do uprzemysłowionych okolic Europy. Niema łagodnych przejść od miasta poprzez dzielnice podmiejskie do przyrody. Przyroda wybucha nagle, i nagle wypadają spoza zakrętu czarne miasta. Tuż za ostatnim domem leżą już ogromne pola, łąki, mokradła, nieużytki, porosłe dzikiemi chaszczami, lub lasy bukowe. Przez całe czterysta pięćdziesiąt kilometrów drogi do Bostonu nie widziałem ani jednego konia. Na każdem paśmie asfaltu suną w oddali czarne mrówki aut. Nie wiem czemu, ale koń bardziej pasuje do pejzażu niż auto. Może poprostu dlatego, że koń je pejzaż a samochód nie je. Mijamy nieogrodzone cmentarze, a pod New Haven przyglądam się z okien stojącego pociągu cmentarzysku prawdziwych mieszkańców Ameryki. Umarłe auta, które leżą tu i stoją stłoczone jedno na drugiem, budzą we mnie niezdrowy apetyt. U nasby te trupy szalały po ulicach z Hemarem w środku. Mam ochotę wybrać sobie którąś z wyrzuconych na cmentarz maszyn. Lękam się jednak że gdybym się pokazał na ulicach Warszawy w takim naprzykład aerodynamicznym Buicku, który leży tuż za nasypem kolejowym, wzbudziłbym zgorszenie wśród przyjaciół, tłum obsypałby mnie kamieniami a urząd skarbowy podatkami.

6 października.

W Bostonie mieszka mój brat stryjeczny, którego nigdy w życiu nie widziałem. Stryj mój osiedlił się w Petersburgu, umarł w Piotrogrodzie, nie dożywszy Leningradu. Ożenił się z Rosjanką, i kuzyni moi zruszczyli się najzupełniej. Kuzyn z Bostonu jest rodzonym bratem znanego pisarza sowieckiego, wysoce utalentowanego prozaika, Michaiła Słonimskiego. Nicolas wyjechał z Rosji w czasie rewolucji, jest obecnie obywatelem Stanów Zjednoczonych. Zabawnym zbiegiem okoliczności właśnie w przeddzień mego wyjazdu wrócił z Europy. Był w Sowietach, zatrzymał się specjalnie w Warszawie, aby mnie poznać, i dowiedział się, że jestem w Ameryce. Zaprzyjaźniliśmy się odrazu. Nicolas jest kompozytorem, dyrygentem i profesorem konserwatorjum w Bostonie. Nie możemy nagadać się dosyć, tyle mamy spraw do omówienia. Są to drobne nieporozumienia rodzinne na tle spraw ważnych i ogólnoludzkich. Nicolas był w Sowietach, i wiele rzeczy mu się tam podobało. Słyszał od swego brata Michaiła, że napisałem książkę o Rosji, która jest paszkwilem. Na szczęście mam ze sobą egzemplarz mojej książki w przekładzie francuskim. Nicolas czyta książkę i co chwila wpada do mego pokoju, aby powiedzieć co mu się podoba a z czem się nie zgadza. Tłumaczę, że książka mówi o Sowietach sprzed lat trzech, że wiele rzeczy się tam zmieniło. Musi jednak przyznać, że Michaił nie ma racji, że książka jest objektywna. Dowiaduję się zresztą, że mój kuzyn z Sowietów książki nie czytał, zna tylko jakiś wycinek i tendencyjne recenzje prasy sowieckiej. Nicolas mówi z uznaniem o tem co dzieje się teraz w Sowietach, opowiada o zmianie kursu wobec zagranicznych pisarzy i działaczy lewicowych, o solidaryzowaniu się marxistów z wszystkimi anty-faszystami.

Pytam go, czy chciałby przenieść się z Ameryki do Rosji sowieckiej. Jest to dość rzeczowe postawienie sprawy. Jakiż bowiem może być lepszy sprawdzian stosunku do kraju? Nicolas bez chwili wahania odpowiada, że w Sowietach nie mógłby mieszkać, że jest Amerykaninem i że jest mu dobrze w Ameryce. Mimo mojej sympatji dla socjalizmu i niechęci do kapitalizmu, muszę przyznać, że gdybym miał do wyboru te dwa kraje, bez wahania wybrałbym Amerykę. Pytanie takie stawiałem wielu poznanym w Stanach Zjednoczonych komunistom. Wszystkie odpowiedzi były identyczne.

W Ameryce niema równości ani wolności, bo nigdzie jej niema na świecie, ale jest braterstwo. Jest prawdziwy demokratyzm. Nie polega on tylko na tem, że właśnie dziś jadłem kolację przy jednym stole ze służącą mego kuzyna i z jego żoną, że służąca ma pokój taki sam jak pan domu i że często na targ jeździ własnem autem. Nie polega on tylko na tem, ze miljoner, u którego byłem w biurze, grał w przerwie obiadowej w bridża ze swoją sekretarką, zamiataczem podłóg, radcą prawnym. Demokratyzm jest w ludzkiej, przyjaznej ufności i w poszanowaniu godności każdego człowieka. Każdego człowieka białego. Niestety, ta poprawka rzuca przykry cień na obyczajowość amerykańską.

Boston jest stolicą intelektualną Ameryki. Po drugiej stronie szerokiej, wysoko pod bulwar podchodzącej rzeki Charles leży największy i najpoważniejszy uniwersytet Stanów Zjednoczonych Harvard. Charakter miasta jest raczej angielski, wymowa bostońska najbardziej zbliża się do angielskiej, bibljoteka bostońska jest druga co do wielkości w państwie. Tu na północy niema kwestji murzyńskiej, i atmosfera Bostonu przyjazna jest wszystkim ludziom a zwłaszcza ludziom wiedzy i sztuki. Nie brak tu oczywiście snobów, którzy koncentrują się przy Beacon-Street. Jest to t. zw. „society bostońska”, bogacze ci sprowadzają z Europy nietylko wina francuskie ale i wszystkie ponure brednie wylęgłe w naszej przeszłości.

Hołota bostońska nie lubi powszechnie panującego w tem mieście ducha demokracji. W domach na Beacon-Street służąca nie podaje ręki, conajwyżej wygalowany lokaj wyciąga rękę po napiwek. W braku murzynów wymyślono tu antysemityzm, który naogół nie przyjmuje się w Stanach i jest obcy przedsiębiorczym i zdolnym amerykańskim sferom handlowym. Żydzi nie są tu groźnymi i zdolniejszymi konkurentami w handlu, jak to się dzieje w Europie. Nie chodzą w kapotach. Ich wschodnie temperamenty, krzykliwość i wścibstwo nie razi Amerykanina przyzwyczajonego do obcowania z Włochami. Żydzi zresztą asymilują się tu szybciej, i brodaty Izraelita, stary kapociarz, po paru latach pobytu w Stanach zmienia się łatwo w wygolonego młodzieńca amerykańskiego w modnym kapelusiku. Mówi się o braku kultury w Ameryce, o chamstwie i kulcie dolara. Jest w tem nieco przesady. Sama cywilizacja techniczna, choćby najlepiej funkcjonujące klozety człowiekowi nie wystarczają. Poszukiwanie wyższych wartości duchowych jest tu dopiero w zaczątku. Amerykanie zbogacili się szybko, w ostatnich czasach sporo stracili, ale nie opuszcza ich pragnienie, naiwne często i nawet groteskowe, życia wewnętrznego. Typowym przykładem tych tęsknot są sekty religijne.

W Bostonie zwiedzałem gmach a raczej kompleks gmachów należących do „Christian Science”. Są to „ichnie amerykańskie marjawity”. Podobieństwo z marjawitami kończy się zresztą na zamożności i gospodarności tych sekciarzy. Wiara ich jest dość egzotyczna dla umysłów europejskich. Niema bólu, niema cierpień fizycznych. Nie wolno używać słowa „śmierć” i „choroba”. Nie mówi się o kimś, że umarł. On tylko przeszedł („he passed on”). Opis zbrodni w piśmie wydawanem przez tych sekciarzy jest dość niepokojący. „Adwokat Harrison został wczoraj napadnięty na szosie między New Haven a Bostonem przez dwu bandytów. Jeden z nich wystrzelił do adwokata Harrisona, wskutek czego Harrison przeszedł”. Czasem dodaje się, dokąd przeszedł zabity: „Po czterech uderzeniach siekierą w głowę pani Willkins przeszła do nirwany”. Wyznawcy „Christian Science” uważają „przejście” zasadniczo za zdarzenie pomyślne. Jest już ich własną tajemnicą, dlaczego nie są zwolennikami wojny i awanturników w rodzaju Mussoliniego nie uważają za dobroczyńców ludzkości. Pismo, wydawane przez tych sekciarzy, poza małemi ekstrawagancjami jest świetnie redagowane i ma opinję jednego z najuczciwszych pism amerykańskich. Poznałem w Bostonie młodą damę o przekonaniach komunistycznych, która jest stałą współpracowniczką pisma „Christian Science”. Nie jest to fakt bez znaczenia. Dowodzi, że Anglosasi potrafią łączyć najbardziej choćby odrębną wiarę i najskrajniejsze poglądy z poczuciem tolerancji i umiejętnością współżycia z ludźmi innych przekonań. Swoją drogą, to uporczywe powtarzanie, że bólu niema, jest dość prowokujące. Miałoby się ochotę wziąć takiego aniołka za twarz i dać mu parę razy w zęby. Niechby się potem szarpany w dziąsło uśmiechał i powtarzał, że go nic a nic nie bolało, że przeciwnie, bardzo było miło, i że się poleca, bydlę, na przyszłość.

7 października.

Boston bardzo jest poruszony premjerą opery Gershwina. Teatr Guilda nazywa tę operę pierwszą operą amerykańską. „Porgy and Bess” będzie tylko przez tydzień w Bostonie i jedzie potem do New Yorku, gdzie bilety rozprzedano już na parę tygodni zgóry. Jest to normalny zwyczaj w teatrze amerykańskim. Premiera odbywa się albo w Bostonie albo w Filadelfji, i dopiero potem zmontowany już spektakl jedzie do New Yorku. Na „Porgy and Bess” przyjechało wielu ludzi, i „Colonial Theatre”. w którym Guild gości, wyprzedany jest do ostatniego miejsca. Na szczęście Rouben Mamoulian, wielki reżyser z Hollywood, który wystawia operę, jest przyjacielem mego kuzyna. Dostajemy miejsca a po teatrze spędzam wieczór w towarzystwie reżysera słynnej „Krystyny”, samego wiceboga z Hollywood, faceta, który był zaręczony z Gretą Garbo. To nie to, coprawda, co fotografować się z Cooperem jak Janta-Połczyński, ale prawie.

Opera jest bardzo piękna. Jest to słynna powieść Heywarda, kiedyś już przerobiona na scenę i grana z wielkiem powodzeniem. Nie znam się na muzyce, ale bardzo mi się podoba. Grają sami negrzy. Są to amatorzy zebrani z całych Stanów Zjednoczonych. Najpiękniejsze głosy murzyńskie na świecie. Strona muzyczna, śpiew i aktorstwo stoją na najwyższym poziomie. Niestety, sama reżyserja a zwłaszcza strona plastyczna jest szmirowata. Pomieszanie dość trywjalnego realizmu z tandetną stylizacją. Po przedstawieniu idziemy za kulisy. Wszystko tu wygląda jak wyglądać powinno. Panowie w kapeluszach i bez marynarek wypłacają gaże statystom. Kręci się wielu cywilów z cygarami w gębie. Mamoulian siedzi w kapeluszu, nogi zadarł wyżej nosa i wykłóca się z jednym z dyrektorów finansowych. Znamy to przecież z kina, i chociaż przez szybkę z napisem „Production” nie słyszę dialogu, domyślam się słów. Wieczorem jemy kolację w kuchni u mego kuzyna. Służąca siedzi z nami i rozmawia z Mamoulianem o dekoracjach Sudiejkina. Schiller jest z pewnością większym reżyserem od Mamouliana, ale nie wyobrażam sobie aby chciał tak rozmawiać ze służącą o swojej inscenizacji, choćby to była służąca posła sowieckiego czy nawet służąca od pp. Zawistowskich.

Nie potrzebuję dodawać, że z Mamoulianem rozmawiam po rosyjsku. Z ludźmi teatru, kina czy z dziennikarzami mówi się przeważnie po rosyjsku. Oczywiście, ci co znają żargon mówią poprostu żargonem. Kwestje językowe są tu czasem zawiłe. Kuzyn mój ma trzyletnią córeczkę. Zastanawiał się, po jakiemu ma ją uczyć. Po polsku nie, po rosyjsku nie, po angielsku sama się nauczy. Postanowił więc uczyć ją po łacinie, i mała Elektra z Bostonu mówi zupełnie poprawnie językiem Wirgilego.

9 października.

Żegnam Nową Anglję, kulturalny Boston i jadąc na dworzec, fotografuję na pamiątkę po stolicy intelektualnej Ameryki więzienie, w którem siedzieli Sacco i Vanzetti. Z Bostonu wracam do New Yorku i stąd w nocy jadę do Buffalo. Znany nam z kina sleeping amerykański jest, jak się okazuje, bardzo niewygodny. Skomplikowany system zasłon zapinanych na guziki nie izoluje dostatecznie, i zawsze przez jakiś rozporek razi w oczy światło. Niema się gdzie rozebrać, pociąg szarpie potężnie. Rano do umywalni schodzą się faceci w pyjamach, jak to wiemy z kina. Pamiętam nawet, że jest specjalna szparka do wrzucania zużytych nożyków od giletki. Mnóstwo ręczników, woda ciepła i zimna, miejsca jest dużo, tak że ogolony i wymyty idę w dobrym humorze na śniadanie do wagonu restauracyjnego. Dzień zaczyna się od „orange juice”, potem pije się świetną kawę z doskonałą śmietanką, pożera się omlety i marmolady. Do Buffalo przyjeżdżam rano o dziesiątej i zapalając pierwszego papierosa po śniadaniu, wychodzę na miasto.

Mam polecenie do pewnego magnata miejscowego. Nie depeszowałem o swoim przyjeździe. Zostawiam rzeczy na dworcu i telefonuję do wielkiego businessmana polskiego. Niestety, nie mogę go złapać ani w biurze, ani w redakcji, ani w mieszkaniu prywatnem. Jadę do redakcji pisma, które jest w posiadaniu nieuchwytnego magnata. Sekretarka robi dość dwuznaczną minę i radzi mi czekać. Nikt nie wie gdzie się podział pryncypał. Około jedenastej zjawia się bardzo miły grubasek, uderzająco podobny do Pickwicka. Niestety, jest w stanie identycznym do stanu, w jakim znajdował się Pickwick gdy go wieziono w taczkach. Pickwick jest zupełnie wlany. Okazuje się, że poprzednią noc spędził na regularnem pijaństwie. Wchodzi w towarzystwie smutnego Polaka z wąsikiem, który również zatacza się i bardzo niewyraźnie mówi o rzeczach zupełnie niezrozumiałych. Pickwick wita mnie bardzo serdecznie. „Chlebem i solą kochanego mistrzunia witamy”. Łatwo się domyśleć, że chleb i sól, to poprostu woda. Wychodzimy na miasto i mamy jechać na Niagarę. Rano po pierwszem śniadaniu człowiek nie jest nastawiony do picia, toteż opieram się nowej porcji „chleba i soli”. Z wyjazdem do Niagara Falls są pewne trudności. Auto jest, ale niema szofera, bo szofer pojechał innem autem i z kim innym, co jest zdaje się w związku z przeżyciami minionej jeszcze niezupełnie pijatyki.

Wreszcie znajduje się jakiś przygodny szofer, i jedziemy. Mam zobaczyć wodospady Niagary i jestem bardzo tem podniecony. Niestety, obaj moi towarzysze są również dość podnieceni, i na każdym rogu ulicy muszę walczyć z ich namiętnością do „chleba i soli”. Mijamy po drodze dom, w którym umarł Mark Twain. Myślę o tem, że nieboszczyk z pewnościąby ocenił urok mojej sytuacji. Wreszcie dojeżdżamy do miasta Niagara Falls. Wydaje się, że już słyszę szum wodospadu. Ale na pierwszym zakręcie stajemy. Okazuje się, że to jedna z najlepszych restauracyj w Stanach Zjednoczonych i że mamy tu zjeść lunch. Jedzenie nie jest naturalnie dokładnem określeniem tego co robią moi towarzysze w tej restauracji przez parę pracowitych godzin. Rozpacz wzbiera mi w sercu, bo mowy niema o wydostaniu się ze szponow pijaków – a chciałbym za dnia przejechać na kanadyjską stronę. Jest już koło trzeciej, a wciąż znajdujemy się w stanie New York i w stanie nietrzeźwym. Ludzie, którzy obcowali z pijakami, znają te niezwykle denerwujące zakręty w zachowaniu się pijanego wobec człowieka trzeźwego. Wybuchają nagłe animozje. Pickwick wybałusza na mnie oczy i krzyczy: „Jakiem prawem mówisz pan do mnie Gruber?” Bóg mi świadkiem, że nic nie mówiłem o Gruberze. Potem przyszła fala czułości i jakaś bardzo zawiła historja o jakimś panu Fronczaku. Tę historję miałem tylko ja usłyszeć, bo tylko ja mogłem to zrozumieć. Była to demonstracja przeciw smutnemu Polakowi z wąsikiem, który obraził się i zasnął. Historji o Fronczaku nie dowiedziałem się, bo po chwili zasnął i Pickwick. Wsparłszy strudzone głowy na obrusie poplamionym kawą, dwaj moi towarzysze zaczęli zgodnie chrapać. Jestem o parę kilometrów od Niagary i postanawiam uciec moim dobroczyńcom. W nikczemnym tym zamiarze skradam się do drzwi, ale pijacy mają słuch wyostrzony alkoholem. Smutny Polak mówi, że ja tego nie zrobię, i ściska mi dłoń z mocą rozpaczliwą. Powstaje pomysł wypicia strzemiennego. Wreszcie udaje mi się ich namówić, żeby się przespali, a ja tymczasem pojadę sam na Niagarę i wrócę po nich za parę godzin. Jeszcze jakieś małe trudności, jeszcze wraca sprawa „trzech Gruberów za jednego Fronczaka”, i wyjeżdżam.

Jest piękny dzień, ciepło i słonecznie, ale zwiedzanie Niagary sprawia mi pewne rozczarowanie. Jest to jakby oglądanie fabryki czy maszyn na okręcie. Jedzie się nadół windą. Wszędzie są napisy i wskazówki dla zwiedzających, parapety i ogrodzenia. Jednostajny szum masy wodnej nie robi również wrażenia zjawiska natury. To raczej wielka fabryka. Jest przy tem jeszcze pewien drobny szczegół a raczej miljony drobnych szczegółów, które utrudniają patrzenie na Niagarę. Pył wodny, miljony kropelek osiadają na binoklach. Jedyny sposób, to zdjąć szkła i nie widzieć Niagary gołem okiem. Niech mi nikt kto krótkowzroczny nie odpowiada, że był pod wodospadem i że mu się podobało? Niagara jest dopiero piękna z drugiej strony, z kanadyjskiego brzegu. Wracam po Pickwicka i smutnego Polaka, budzę ich i jedziemy na stronę kanadyjską. Jesteśmy już na ziemi króla Jerzego. Tu podziwiać można ogromne białe zwaliska wodne, osuwające się z hukiem, i wieczną nad niemi tęczę, łączącą Stany Zjednoczone z Kanadą. Wszystko to jest piękne, mimo że Pickwick, gruby jak beczka i podobnie pachnący, zwalił się na mnie w samochodzie i mamrocze przez sen o Fronczaku. To nie „w beczce przez Niagarę”, ale z beczką przy Niagarze.

Robi się już ciemnawo, ale Pickwick nabrał nowego wigoru, podnieciło go widać świeże powietrze, bo uparł się, że jedziemy do jego willi w Kanadzie. Jest to czterdzieści kilometrów od Niagara Falls. Po drodze wstępujemy do polskiego szynku „Chippawa Hotel”. Chippawa, to nazwisko wielkiego indjańskiego wodza, który tu właśnie zginął. Fakt ten oczywiście bardzo rozczulił Pickwicka. Nie było już mowy o chlebie i soli ale o wodzie ognistej. Właściciel „Chippawa Hotel” p. Kolaczynski wygłasza do nas coś pośredniego między kazaniem a mową wyborczą. Pyta się, czy znam w Poznaniu niejakiego Matusiaka. Gdy przyznaję, że nie znam, patrzy na mnie bardzo podejrzliwie. Widać, nie wierzy mi, że przyjechałem z Polski. Po uczczeniu śmierci wodza Indjan, jedziemy dalej i już o zmierzchu zbliżamy się do jeziora Erie. Farmy i drogi wiejskie w Kanadzie przypominają mi Polskę. Zapach nawozu z pól rozrzewnia wspomnieniem wsi. Ale tu nad jeziorem jest dość obco i strasznie.

Willa Pickwicka jest dziwną budowlą, łączącą styl maurytański z gotykiem. Niema nikogo ze służby. Dom jest pusty. Tuż obok u stóp willi leży ogromne jezioro, zagarniające pół horyzontu. Nie widać ani drugiego brzegu, ani statków czy łodzi rybackich. Cisza jest przejmująca i przerywana tylko chrapaniem obu mych towarzyszy, którzy teraz rozkleili się już zupełnie i leżą na kanapach w salonie. Sytuacja zaczyna być kłopotliwa. Mam przed sobą perspektywę spędzenia wieczoru, nocy a może i pół dnia następnego na tem odludziu w towarzystwie osób, mało odpowiednich do obcowania. Jest ciemno. Zaczynam być głodny. Na szczęście Pickwick spadł z kanapy. Rozbudziło go to trochę, i udaje mi się rozmówić z nim rozsądnie. Okazuje się, że poczciwy Pickwick przygotował na moją cześć w Buffalo wielki bankiet na czterdzieści osób. Oni tam czekają, ale teraz jechać jest już oczywiście za późno. Przeprasza bardzo i każe szoferowi odwieźć mnie do Buffalo. Sam oczywiście nie ma sił, żeby się ruszyć, i prześpi się tu nad jeziorem. Do Buffalo, jak się dowiaduję, jest czterdzieści pięć minut autem, najwyżej godzina. Ponieważ teraz jest ósma, o pół do dziesiątej będę mógł nie śpiesząc się wyjechać do Detroit. Jadę.

I teraz zaczyna się jedna z najkoszmarniejszych chwil jakie przeżyłem w mojej podróży. Jadę sam z szoferem ciemnemi drogami kanadyjskiemi. Jadę pół godziny, godzinę, dwie godziny, i nic. Jest coraz ciemniej, coraz mniej świateł przy drodze. Zaczynam być trochę podniecony i niespokojny. Przypominam sobie, że szofer jest obcy, wzięty z ulicy. Piłem w towarzystwie miejscowego magnata i jestem cudzoziemcem. Mam przy sobie paręset dolarów. Szofer wali po sto kilometrów na godzinę w głąb Kanady i nie odpowiada na moje zapytania. Niema wątpliwości że nie jedziemy do Buffalo, bo do Buffalo jest czterdzieści pięć minut drogi, a my jedziemy już dwie i pół godziny i nie widać ani jednego światła w promieniu paru kilometrów. Wszystko to jest dość trudne do wytłumaczenia a raczej wydaje się zbyt oczywiste. Tam w willi zostało dwu zupełnie pijanych ludzi, którzy nieprędko zainteresują się co ze mną się stało. Za dużo słyszy się w Ameryce podobnych historyj, za dużo jest w każdej gazecie opisów podobnych sztuczek, żebym mógł siedzieć zupełnie spokojnie w aucie. Czuję się już prawie jak dziecko Lindbergha. Po przeszło trzech godzinach jazdy nabieram pewności, że cało z tej awantury nie wyjdę. Ten drab zastrzeli mnie tu na drodze i zwieje Packardem do innego stanu. Szukaj wiatru w polu. Jeśli teraz stanie, w tem pustkowiu, to koniec. Pozostaje tylko bójka. Okręcam koło dłoni rzemień od futerału z aparatem fotograficznym i siedzę pochylony za szoferem. Jeśli zacznie hamować auto albo sięgnie ręką do kieszeni, rzucę się w wir walki. To moja jedyna szansa. Zaczynam krzyczeć, co to ma znaczyć i dokąd jedzie. Dryblas nie odpowiada. Nagle zaczyna hamować auto. Jeszcze ułamek sekundy, a kto wie czy nie wyrżnąłbym go aparatem w łeb. Ale dodaje znowu gazu. Wreszcie po czterech prawie godzinach tej denerwującej jazdy ukazują się światła. Zjeżdżamy na Peace-Bridge. I tu zaczyna się coś niesamowitego. Ledwo po odprężeniu nerwowem rozsiadłem się wygodniej i zapaliłem papierosa, trzepnęliśmy jakieś auto. Po chwili dryblas zawadził o chodnik. Nagle kropnęliśmy się dość mocno o latarnię i stoimy. Teraz wyjaśniła się tajemnica nocnego „porwania”. Dryblas był pijany absolutnie i zupełnie. Musiał się dorwać do paru flaszek ginu, które walały się po podłodze amerykańskiej willi nad jeziorem Erie. Byłem istotnie w niebezpieczeństwie, ale zupełnie innej natury. Póki dryblas walił po szerokich i pustych szosach – mógł mylić drogę, kręcić się wkółko, ale jakoś jechał, gdy znalazł się na moście i ulicach – okazało się, że nie panuje zupełnie nad autem. Cudem boskim gnał ten drab ze mną parę godzin po szosach kanadyjskich bez wypadku. Niewiele brakowało, żeby rozwalił auto i niewiele brakowało żebym się z pijanym drabem wdał w bójkę. Wysiadam z przeklętej maszyny, wskakuję w taksówkę i po chwili jestem w jasnym, ciepłym i gwarnym hotelu Statler w Buffalo. Taka była moja Niagara.

Antoni Słonimski.

——–
*) patrz „W drodze” w nr. 622, „New York” w nr. 623 i „Przechadzki po New Yorku” w nr. 626 „Wiadomości Literackich”.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close