KSAWERY PRUSZYŃSKI

Listy z Hiszpanji (cz. 7)
Jak Madryt się broni

Wiecie co to jest gdy nad ulicą rozklaszcze się nagle, w biały dzień, grzechotanie kastanjet, tak, poprostu, kastanjet, tylko jakichś niezwykle głośnych, jakby to puste orzechy leciały na twardy blat stołu stukocącą kaskadą, wokoło której robi się naraz po mieście zupełna cisza? Więc to jest właśnie tak gdy nadlatują samoloty nad miasto, gdy do napoły niewidocznych jeszcze zaczyna walić artyleria przeciwlotnicza ze swych armatek szybkostrzelnych czy mitraljez. Suche terkotanie karabinów maszynowych, rozlegające się z dachów wielkich domów, jak sponad pudeł rezonansowych, nabiera dźwięczności i grzechocze właśnie jak jakieś szczególnie wielkie, szczególnie głośne kastanjety.

Hiszpańska wojna domowa, żołnierze republikańscy

Wiecie co to znaczy gdy naraz słyszy się jakiś huk, bardzo stłumiony a jednak wstrząsający ścianami domu? Jeśli potem zobaczymy na ulicy gruz, wyłom w murze, rozbite szyby, jeśli – lepiej – zobaczymy piasek starannie wysypany na parę plam ciemniejszych na jezdni, znak że to właśnie było tutaj, może rano gdy ludzie stali w ogonku, po mleko czy węgiel, może popołudniu, może wieczorem gdy było ciemno i spóźnieni przechodnie wracali, w mroku zupełnym, do domów. Prostota piątego dnia wojny wokoło wielkiej stolicy europejskiej – oto co najwięcej uderza. Niema w tem wszystkiem krzty batalistycznego patosu. Byliśmy na Puerta del Sol, niewielkim, centralnym placyku w środku Madrytu: tu mówi się Puerta del Sol jak w Warszawie – „na Krakowskiem”, w Krakowie – „na AB”. Jest tam gmach ministerstwa spraw wewnętrznych. Otóż właśnie wtedy z dachu jednego z domów rozległ się huk, coś błysnęło, trysnęło falą białego dymu. Sam wybuch usłyszano właściwie w sekundę potem, a przez te ćwierć sekundy każdy na placu, odruchowo, położył się, biegł lub ukrył za lada wyłom muru. Ja sam przywarłem za granitową wnęką, niestety, bardzo płytką, a tymczasem przez plac przeszła fala pyłu i dymu, spoza której buchały histeryczne krzyki. Po chwili nie było już nic, tylko kawał dachu został wtłoczony wdół, jak pudło tekturowe zgiecione nogą, tu i ówdzie ludzie leżeli na ulicy, zresztą ucierpiano mało. Pocisk był zapewne przeznaczony dla gmachu po drugiej stronie placu – dla owego ministerstwa, ale artylerzysta źle wyliczył odległość, wziął krócej o ćwierć linijki w pomiarach, co oznaczało kilkanaście metrów. Gdyby pomylił się trochę mniej, pocisk ugrzązłby nie we wnętrzu domu, ale łupnąłby w sam środek ulicy, na której panuje nieopisany tłok. Zwożonoby potem całe góry rozerwanego na strzępy mięsa, jak wtedy, przed Hotelem Florida.

Ale znowu to są złudzenia literackie że pocisk leci, że się go widzi. Słyszymy go wtedy gdy nas mija, dlatego najgłośniej słyszałem armaty rządowe gdy byłem na froncie a armaty waliły spoza naszych pleców, przerzucając pociski ponad nami. To wszystko są zupełne złudzenia. Trzeba sobie rozumem dopowiadać że to o kilka kilometrów w linji powietrznej stoi jakaś armata i wali w miasto, tak jak rozumem musimy sobie dopowiadać że to nie słońce, jak widzimy na niebie, ale ziemia kręci się i porusza. W polu istniała jakaś zmysłowo dostrzegalna przyczynowość która łączyła ruchy wojsk, błyski dymu nad polem, warkot motorów junkersów, z wybuchami, ranami i śmiercią. W mieście wszystko jest zasłonięte szczelnie murami domów: samoloty lecą nieraz tak wysoko że trudno je dostrzec, gwar uliczny ścisza warkot motoru, który tak głośno tętnił nad zorywanemi ścierniskami. Wybuchy które rozłupują mur czy bruk, kule lotniczych mitraljez które sieką dachy domów, wszystko to w mieście jest oderwane od owych armat, samolotów i karabinów maszynowych, od całej tej wojny która minęła Getafe i Górę Aniołów, stoi w Carabanchel, takiej Jabłonnie, niemal takiej Woli madryckiej, walczy w Casa del Campo, wielkim parku u bram miasta. Wszystko to jest bardziej oderwane, bardziej przypadkowe i niespodziewane. Na froncie, póki front był w polu, żołnierze mówili nam zawsze kiedy przypuszczalnie będzie spokój, kiedy i którędy najbezpieczniej dostać się do „avanzadilli”, a kiedy najpewniej „coś będzie”. Żołnierzeby może jeszcze coś wiedzieli, bo oni na tem się znają. Ale żołnierze są na przedmieściach i na przedpolach Madrytu, a tymczasem front ogarnął Madryt.

Myślano że wszystko jest skończone gdy fala nieprzyjacielska przelała się przez Pinto i lotnisko Getafe, madryckie Okęcie. Były dwa dni które były niewątpliwie dniami grozy i próby. Miasto opuścili wszyscy członkowie rządu, bardzo liczni politycy, centralne agendy partyj politycznych, wielu publicystów, urzędników, radni miejscy, prezydent miasta, prawie wszyscy nadzwyczajni korespondenci zagraniczni, setki samochodów mknęło w ciągu tych kilkudziesięciu godzin szlakiem na Walencję, na przedmieściach grzechotały karabiny maszynowe, pociski armatnie poczęły padać w śródmieściu. Pomyślmy, gdyby u nas w swoim czasie opuściły stolicę wszystkie władze, politycy, cały znany, pierwszoplanowy świat? Jakby wyglądała, bądźcobądź, obrona?

Tymczasem obrona Madrytu powstała niemal sama, zupełnie samorzutnie i zupełnie rewolucyjnie. Pierwszy komitet obrończy, nim zorganizował się w większe ciało zbiorowe – juntę, był przedstawicielstwem typowo proletarjacko-politycznem, z ludźmi „nieznanymi” – nie dla przedmieść i dołów oczywiście, na „szerszej arenie”. Komitet zastał całe linje okopów podmadryckich rozbrojone, całemi partjami zajęte przez nieprzyjaciela. Cofnął się wtedy na ulice przedmieść i ufortyfikował je wszystkie, aż do śródmieścia. Powstały barykady już nie improwizowane w ogniu walki, ale murowane, obstawione worami z piaskiem, okryte dachami. Na tyłach pierwszej linji bojowej pracowało kilkanaście tysięcy ludzi. Madryt, zwłaszcza stary Madryt, – a właśnie ta część miasta była w tych pierwszych dniach najbliższa frontu, – ze swą ludnością gorącą, wąskiemi ulicami, pofałdowanym, nierównym terenem, doskonale nadaje się do walki ulicznej. Madryt miał swoją rewolucję lipcową, nie inną od nocy listopadowej, wiek XIX przekazał wreszcie Madrytowi naszemu nie tylko tradycję walki ulicznej ale cale rodziny, gdzie trzecie już pokolenie należy do dynamitardów i pistolerosów, chodzi w czarno-czerwonych barwach anarchizmu. Właśnie anarchiści to byli pierwsi ludzie którzy mnie powitali, niczem najbardziej typowi przedstawiciele, na granicy Hiszpanji, potem od Barcelony zaczęli topnieć, ich kolor czarny był coraz zupełniej zalewany jednolitą czerwienią marxizmu. Potem były spory o to aby ich C. N. T., ich związek zawodowy, mógł mieć swych ludzi w rządzie, spór o teki gdy nieprzyjaciel wyrywał coraz to nowe strzępy ziemi pod Madrytem, wreszcie przyszły te dnie gdy wyjeżdżano powszechnie i tłumnie, uzasadnienie i bez żadnego uzasadnienia. Wtedy, po raz drugi, wyszli ludzie z Iberyjskiej Federacji Anarchistycznej, ludzie w czarno-czerwonych czapkach i czarno-czerwonych fularach, krępi, ogorzali i groźni, jak powstańcy ze sztychów Goi, najbardziej proletarjaccy i najbardziej madryccy. Wyobraźcie sobie czem dla Warszawy jest Powiśle z krwawą tradycją lat 1904-1905, jeszcze silniejszą, jeszcze bardziej zrośniętą z miastem.

Tak, to jest może najlepsze porównanie. Madryt leży na wysoko wydźwigniętej płycie, która od południo-zachodu opada jarem w Manzanares. Jeszcze na wzgórzu stoi dawna Puerta de Toledo, wielki łuk tryumfalny z granitu, z barokowemi zbrojami z marmuru i boginiami zwycięstwa. Ulica spada stąd prosto wdół, ugięta tylko łukiem, zniża się aż nad Manzanares i przekracza go niewielkim bardzo starym mostem kamiennym, potem znowu podbiega ku górze, do przedmiejskiego Carabanchel Alto. Taki madrycki wiadukt Poniatowskiego. Teraz w pięciu miejscach wznosi się barykady. U stóp marmurowych bogiń, siedzących na Puerta de Toledo, wyrasta zapora z kamieni brukowych i betonu, doprowadzona do połowy wysokości bramy. Calle de Toledo zamykają wory piasku. Kilkanaście kroków dalej – już za przepustkami – znowu wory z piasku. Przyczółek mostowy jest maleńką forteczką. Gdy stoimy przy nim, zaczynają naraz świstać kule, jakby się oderwały od tej pukaniny, która odzywa się razporaz z przedmieść za Manzanaresem. Zza naszych pleców z hukiem i świstem szybują pociski armat rządowych. Zapadają za cyprysy cmentarzyka, podnosząc słupy ziemi.

Całe partje przedmieść zostały już ewakuowane, mieszkania stoją puste. Na bocznych uliczkach huczy sprężarka, kilof o ostrzu wbijanem w ziemię sprężonem powietrzem. Człowiek w czapce anarchisty wsuwa kilof między spojenia kostki brukowej, rozwala je metodycznie, aż kamień zostanie wyłupany z bruku i odsunięty nabok. Człowiek odłupywać poczyna sąsiedni, a tymczasem tamten bierze kłoś inny i podnosi, podaje stojącemu od niego o kilka kroków, ten następnemu. Teraz spostrzegamy że jest tu cała kolejka, jak po mleko dla dzieci, jak po węgiel, czy kartofle. Kolejka ludzi z przedmieścia czeka na każdy wydarty brukowi kamień, podaje go z rąk do rąk, kamień wędruje poza załom uliczki. Tam dalszy ciąg rąk poda go powstającej na bruku barykadzie. Bruk spiętrza się w zapory, idąc natrafiamy coraz to na partje ulicy zupełnie ogołocone z nawierzchni, jakby bezzębne szczęki, jak kaczany kukurydzy obgryzione doszczętnie. Madryckie Stare Miasto i madrycka Wola zarazem, rozryła tak cały swój bruk, poprzegradzała ulice. W tych dniach gdy setki samochodów waliły ostatnią szosą do Walencji, z trwogą czy aby zdążą, kule zbłąkane świstały nad podającymi kamienie, wdole karabiny maszynowe dołupywały się ceglanego muru poprzez odpadły już tynk. Samochody mknęły do Walencji a sprężarki rozwalały spojenia bruku, i ręce układały go w mur przegradzający ulicę zasiekiem.

Trudno powiedzieć co sprawiło naprawdę że wbrew tylu obawom i przewidywaniom „tamci” nie przeszli. Michaił Kolcow z „Izwiestij” uczynił uwagę że Hiszpan źle się bije w polu, na stepie, że nie umie się okopać, utrzymać, uczepiony u lada pochyłości terenu, zahaczony w lada płytki rów strzelecki, że w szczerem polu bije go zawsze rutyna wojenna przeciwnika. Być może że nowe posiłki i zwłaszcza nowe zbrojenia, nowe tanki i samoloty, o których prasa rządowa mówi że rząd posiada ich tyle co przeciwnik, powstrzymały odwrót. Może pierwsze domy przedmieścia posłużyły armji na okopanie się i utrzymanie. Wreszcie niemniej możliwe jest że na widok barykad i warownego położenia miasta z tej właśnie strony, powstańcy się zawahali. Zdobycie miasta, jeśliby się nawet powiodło, kosztowałoby ich zbyt wiele strat, byłoby okupione hekatombą ofiar zbyt kosztowną dla wojska, które – podobno – nie może liczyć na nadmiar ludzi. Fala nieprzyjacielska opełzła więc miasto od południa, obwarowała go tu kordonem i wlała się od zachodu.

Jest to droga do Escorialu, do gór Guadarramy, jest to zupełnie inny wjazd do Madrytu. Południe jest brudne, pełne kurzu i nędznych domów, przypomina najnędzniejsze dzielnice Warszawy czy Łodzi, tam luksusowy samochód nieraz dostawał kamieniem w szybę, i tam właśnie ludność pozrywała swe bruki na barykady. Zachód jest inny. Przedewszystkiem dolina Manzanaresu opada tu bulwarami i ogrodami, ogrodem królewskim, później podmadrycką Casa del Campo, wielkim parkiem naturalnym, ze wzgórzami porosłemi wysoką trawą sierry i kępami pinij. Jest to jakby szosa wilanowska – o ileż piękniejsza, – Madrytu, i wszędzie wzdłuż drogi rozlokowały się wille i kawiarnie podmiejskie, miejsca zabaw nocnych letniego Madrytu. Otóż fala wojny, powstrzymana od południa, wlała się tutaj, w ten zupełnie inny Madryt. W barach i cafe-chantanach kwaterowali ludzie śpiący pokotem, jak wojsko w niejednem kinie madryckiem. Karabiny maszynowe łupały w smukłe, wysokie drzewa. Wzdłuż bulwaru, opasującego tu Madryt, stanęła ostatnia linja okopów. Od niej o kilka kroków rozpoczynają się, czekające na ostateczność, barykady. Worki piasku i kamienie brukowe, to najpowszechniejsza, jak chleb codzienny, rzecz którą żyje dzisiaj – o, najdosłowniej trzyma się przy życiu – opuszczony przez innych Madryt.

Z tej strony jeszcze Madryt jest warowny przez naturę, wyniesiony wysoko ponad jar, wyżłobiony rzeką, choć z tej strony niema już robotniczych przedmieść. Od południa bronili go ludzie nie tylko tutejsi, ale najbardziej swoi, z tej samej ulicy, z domu obok, świat wegetujący między Puerta de Toledo, Rastro a cmentarzem Carabanchel, jakby przykuty do ziemi, jak są w wielkich miastach ludzie którym całe życie niemal schodzi na wciąż tem samem Powiślu czy Pradze. Tu, od zachodu, stanął przedewszystkiem bataljon imienia Thälmanna. „Tam jest tyle narodów że nawet niewiadomo gdzie się mogą pomieścić te wszystkie narody” – mówił mi zdziwiony nagłem odkryciem milicjant z Rosales. Istotnie, to już nie są Niemcy, Włosi, Francuzi, to jest legja cudzoziemska, czerwona oczywiście, wszystkich nacyj, są Polacy, Słowacy, Czesi, Węgrzy, „Najświętsza Panno, co też narobiłaś książąt po świecie” – wzdychał w podobnym momencie Grabiec z „Balladyny”. Ale także z tej strony Madryt nie został wzięty. Tylko tu walka miała już nie charakter obrony własnego progu, najbliższej ojczyzny, ale międzynarodowej walki idej. W bataljonie Thälmanna są wszyscy: Niemcy, wymieceni przez hitleryzm, Włosi którzy uszli przed faszyzmem, międzynarodówka wielkich dróg Europy, internacjonał wygnania. To jakby przeciwieństwo tej innej międzynarodówki która zbliża się z plutonami gen. Franca, junkersami i savoiami. Dostęp do kwater bataljonu Thälmanna jest niesłychanie trudny. Do linij bojowych jeszcze bardziej. Tam na południu, u stóp Madrytu, wszystko było entuzjazmem, porywem, zapałem. Tu jest wszystko wystudjowane i obliczone, strzegące się i uważne, czynną i mądrą artylerią, jak tamto było konnicą w galopie wielkiej szarży.

Jeszcze, jeszcze dalej na zachód. Jeszcze jedna dzielnica miasta, przez którą atakujący nie zdołali się przedrzeć. Jeszcze jeden, ósmy ich dzień u bram Madrytu. Długo trwa opór tego miasta. Popowracali ministrowie. Przyjechał na jakiś czas Alvarez del Vayo. Do jednej z wsi prowincji Madryt przeniósł swą siedzibę Largo Caballero. Paru dziennikarzy z Walencji wróciło znowu do hotelu Gran Via. Najdalsze zagony naporu powstańców okrążają Madryt. Wysuwają się aż poza zachód, być może, chciałyby odciąć miasto od gór. Może spodziewają się że z tej strony wkroczenie będzie łatwiejsze. Może liczą na jakieś posiłki, na jakieś rozgrywki na innych frontach. My tego nie wiemy. Listopad, szczególnie w tym roku słoneczny i przejrzysty, rozzłocił się liśćmi na stokach nad Manzanares. Białe dymy bomb zapalnych migocą nad Casa del Campo. U Puerta de Toledo, u wrót starego Madrytu, grupy ludzi w czapkach czerwono-czarnych Iberyjskiej Federacji Anarchistycznej wyczekują spokojnie. Wszystkie barykady gotowe. Takie się to wszystko wydaje teraz naturalne, to że te samoloty ścigają się nad miastem, to że pocisk nie wiedzieć skąd rozkroi bruk, to że są ogonki przed sklepami a barykady na skrzyżowaniach, iż zapomnieć można że to jest jakaś Hiszpanja, z jakimiś hidalgami niegdyś, Carmenami i Doloresami, walkami byków. Cały egzotyzm rozwiał się gdzieś w powietrzu o takiej popołudniowej godzinie gdy nad Gran Via i Prado grzechocze coś donośnie jak kastanjety, a my wiemy dobrze że to mitraljezy walą z dachów do aparatów myśliwskich pod niebem. Mój Boże, czy dla nas jednych tak jest? Inni odczuwają to silniej. Szofer prześwietnego poselstwa Rzeczypospolitej Polskiej jest przecież od dwóch miesięcy milicjantem ludowym, ochotnikiem w kolumnie Mangady, a Aniela, ci-devant pokojówka pana posła, paraduje po legacji z piękną gwiazdą czerwoną, zdobną w sierp i młot. Tych dwoje łatwiej znalazło wspólny język niż świetni szwoleżerowie z Samosierry.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close