KSAWERY PRUSZYŃSKI

Listy z Hiszpanji (cz. 8)
Żywi i umarli

Doszło się już prawie do tego, że się jej nie widzi; nie słyszy się jej kroków, nie dostrzega jej śladów. W ciągu tylu miesięcy stała się bliska i swoja jak ktoś z rodzeństwa; powszednia jak chleb, a nawet – od czasu oblężenia – znacznie powszedniejsza od chleba. Oddawna już pogodzono się z nią, gdyż wkońcu przystaje człowiek na prawa rewolucji i twarde konieczności wojny. Szybko znikają wielkie plamy krwi; nowi żołnierze, młodzi rekruci wypełniają luki powstałe poprzedniego dnia. I oto teraz dopiero okazuje się, że zagięła ona parol nie na maluczkich, nijakich, bezimiennych. Odwieczne prawo rewolucji poczyna działać. Rewolucja spala się w swym ogniu, elita jej zanika. Na miejsce tych, co rozpoczęli grę, przychodzą inni. Bohaterowie pierwszego aktu w dalszym ciągu sztuki nie ukażą się już na scenie. Tym razem nie dali głowy pod nóż gilotyny ani nie padli ofiarą jakiegoś współczesnego procesu sądowego. Wojna zawarła w czarne ramki nekrologów nazwiska ich, opromienione dawną lub świeżą chwałą, ona to położyła kres ich gorączkowej działalności, ich niezmordowanemu rozmachowi. W oczach naszych powstaje oto panteon rewolucji.

Więc: Lina Odena. Zapamiętajcie to imię które brzmi świetlanie i ponuro. Robotnica z fabryki pończoch – taka jest właśnie legenda naszych czasów – uczy się wszystkiego: uczy się czytać, pisać, rachować – i walczyć w szeregach partji komunistycznej w Barcelonie. Partja była wówczas nieliczna, mało wpływowa. Dyktatura zaledwie zaczynała się chwiać, król jeszcze zasiadał na tronie, gdy młoda dziewczyna o bladej, pełnej spokoju twarzy, zgłosiła się do jednej z „komórek” partyjnych. Spokój: oto wszystko co zachowała z dawnych lat w dalszych fazach przeobrażenia, które uczyniło ją jedną z przywódczyń młodzieży komunistycznej Hiszpanji. Zaznała więzienia i walki na barykadach; wszędzie pojawiało się jej skupione oblicze nowej Joanny d’Arc. Nazajutrz po rokoszu wojskowym znalazła się w Almerii, małej mieścinie na południu kraju. Pod jej dowództwem, tłum zdobył koszary, ona to sprawiła, że sterroryzowane wojska poddały się, dały się rozbroić i rozstrzelać. I to w Almerii, która w sztabie gen. Godeta uchodziła za najpewniejszą ostoję. Dalszy rozwój wypadków zastaje ją w Barcelonie i Madrycie: jeździ, organizuje, przemawia na wiecach, przygotowuje teren do dalszych walk, zagrzewa tłum, – zwłaszcza młodzież, – bacząc aby entuzjazm nie wyładował się bezpłodnie w próżni słów i gestów, kieruje tę młodzież do szeregów milicji, tych nowych kadr wojskowych, brygad szturmowych, które po opanowaniu ulicznych barykad, miały dla utrwalenia zwycięstwa zdobywać sierrę, okopy, stepy. Po raz wtóry spełniwszy swe zadanie, Lina Odena udaje się na front, objeżdża pozycje, walczy. W kilka dni po jej śmierci przejeżdżałem przez Isnallez. Mieścina górska, „pueblo” ze starym kościołkiem i warownym zamkiem z czasów maurytańskich, zagubione w górach o kilkadziesiąt kilometrów od Grenady, obleganej wówczas przez oddziały wierne rządowi. Wśród starych gajów oliwnych krzyżuje się tam mnóstwo dróg. Milicjant, który prowadził auto Liny Odena, jadącej na najbardziej wysunięte pozycje, zbłądził w tym labiryncie. Front nie był tu zwarty; podróżników zatrzymały patrole powstańcze. Wówczas Odena odebrała sobie życie. Zwłoki jej podobno wywleczono z samochodu i zawieziono do Grenady, gdzie obnoszono je w tryumfie po ulicach. Wieść o jej zgonie przebiegła też przez ulice wielu miast i „pueblos” Katalonji i Hiszpanji, wlokąc za sobą smugę kiru.

Mnóstwo ich jest, tych nazwisk znanych zaledwie od kilku miesięcy, sławnych od paru tygodni, które należą już do przeszłości. Oto drugie skolei: Katalończyk, największy z nich wszystkich, którego śmierć była najdotkliwszą ze strat, poniesionych przez rewolucję: Durutti. Przedziwny był żywot tego człowieka. Robotnik, jak Lina Odena, rewolucjonista, wódz. Tak, wódz w najistotniejszem tego słowa znaczeniu. Jako robotnik był anarchistą, przystawszy do ruchu ludowego, który oddawna już skończył się na całym świecie, wyparty przez marxizm, ale który, tu w Barcelonie i Katalonji, wciąż jeszcze żyje, a nawet bujnie się krzewi. Historja schizm religijnych zna szereg doktryn, jak manicheizm, monotelizm, nestorjanizm, które srożyły się po świecie, zagrażając nawet Rzymowi, a potem gasły nagle aby przywarować gdzieś w jakimś zakątku Syrji, Libanu, Azji Mniejszej, kolebce i grobie tylu religij. Hiszpanja jest również krajem, do którego – niby zwierzyna do legendarnego matecznika w „Panu Tadeuszu” – chronią się niedobitki przebrzmiałych doktryn politycznych, aby dokonać tam żywota. Czemże bowiem jest ów karlizm, uporczywie trwający przy życiu, jeśli nie pozostałością legitymizmu europejskiego sprzed stu lat, z epoki hr. de Chambord, który wiernie trwał przy białym sztandarze? A czemże jest – z drugiej strony – anarchizm, jeśli nie ostatnim schronem Michaiła Bakunina, którego we wszystkich innych krajach zwyciężył już Karl Marx? Dziwna to była postać, ten Durutti. Ogień, wulkan, lawina: cały swój szalony rozmach wprzągł w służbę idei rewolucyjnej, oddawna przebrzmiałej, zastąpionej przez inne prądy – i energją swą zdołał tchnąć w nią nowe życie, przywrócić jej rumieńce młodości. Wychowała go robotnicza dzielnica Barcelony o długich, fantastycznie wąskich uliczkach; wyobraźnię dziecka kształtowały nie baśnie czarodziejskie ale historje o „pistoleros”; umiejętność obchodzenia się z dynamitem i granatami ręcznemi posiadł wcześniej niż sztukę czytania; taktykę rewolucyjną przyswoił sobie nie z podręczników, ale żywcem, z zaciekłych bojów, jakie z organizacjami robotniczemi staczała policja Martineza Anidy, ministra dyktatury. Sczasem został syndykalistą, przeżył cztery więzienia, ciężkie roboty, wyrok śmierci. Tułał się po Europie, nigdzie nie znajdując gościny. W ciągu kilku lat różne kraje wysiedlały go ze swych granic, przesyłając sobie nawzajem jego rysopis. Wreszcie wybucha w Hiszpanji rewolucja. Durutti wraca i zmiejsca zostaje aresztowany, gdyż nazwisko jego widnieje na liście najgroźniejszych przestępców. Zaprowadzono go do sędziego śledczego, który zajrzawszy do akt jego sprawy, bardzo się stropił: w nagłówku widniało, wielkiemi literami nakreślone, przestępstwo, o jakie Durutti był oskarżony: „przygotowanie zamachu na życie Jego Królewskiej Mości”. Były to już czasy republiki: oczywista, został natychmiast zwolniony. Nie na długo jednak. Dwa tygodnie temu dowodził wojskami na jednym z odcinków frontu aragońskiego, który dzięki jego obecności bronił się wspaniale. W samej rzeczy, okazał się tam znakomitym dowódcą, urodzonym strategiem. W dniu gdy powstańcy zbliżyli się do Madrytu, zagrażając mu zbliska, tak że rząd musiał przenieść się do Walencji, Durutti, z najdzielniejszymi ze swych oddziałów, pośpieszył na odsiecz stolicy. Była noc listopadowa, chłodna i widna, gdy podczas ataku na Ciudad Universitaria, dosięgła go kula karabinu maszynowego. Padł na ulicy miasta: piękna to śmierć dla tego, który będzie Cydem ciągnącej się od stu lat legendy o katalońskich rycerzach dynamitu.

Dużo jest jeszcze tych nazwisk, bardzo dużo. Więc Asensio, jeszcze jeden przywódca kataloński, również syn prostego ludu. Więc Col, marynarz, który ręcznemi granatami zagrodził drogę czołgom nieprzyjacielskim i sam jeden zniszczył ich cztery. I wiele jeszcze innych nazwisk: długa, bardzo długa lista tych ludzi, znanych od dwóch miesięcy, sławnych od paru tygodni, którzy odeszli na zawsze. Najdzielniejsi, najwięksi śmiałkowie. Wszyscy już są po tamtej stronie bytu. W oczach naszych powstaje jakaś jak gdyby Walhalla cieniów rewolucji, siedlisko dusz nowych bohaterów, genjuszów, świętych, którzy zastąpić mają tamtych dawnych, zrzuconych z piedestałów. Lecz równocześnie, obok tej Walhalli, jako jej dopełnienie, powstaje niezgorszy lamus, w którym gromadzi się to wszystko czego rewolucja nie zużyła, ale co zdegradowała. Tam, w tym lamusie, jest miejsce dla bohaterów z dn. 14 kwietnia 1931 r.: dla Zamorry, Lerroux i tylu innych. Może w dniu zwycięstwa rewolucji trafi tam również ów prezydent, który na długo przed zagrożeniem Madrytu przez powstańców jeździł na południe składać wizyty i odbierać hołdy. Tak, rewolucja hiszpańska w niczem nie odbiega od norm wszystkich rewolucyj świata: obala, pożera, niszczy bohaterów pierwszych dni, aby na ich miejsce – wywyższyć ludzi nowych, którzy dojrzeli w ogniu walki. I nie zdziwiłbym się wcale, gdyby pewnego dnia bohaterem i wodzem okazał się Jose Diaz, sekretarz partji komunistycznej.

„Wszystkich nas czeka ten los, przyjacielu” – pisała w swej celi w Tempie pani Roland, egerja żyrondystów. Te słowa, streszczające prawo rewolucji, wciąż jeszcze okażą się aktualne, jeśli skolei spojrzymy na elitę tamtej strony. Iluż mieli dowódców i jakie mnóstwo ich ubyło! Więc przedewszystkiem Sotello, człowiek niezaprzeczenie wybitny, który, po zwycięstwie putschu miał zostać szefem prawicowego rządu. Zginął. Dalej, gen. San Jurjo, którego zachowanie się dn. 13 kwietnia 1931 r. niemało przyczyniło się do obalenia monarchji. Zginął w katastrofie lotniczej w pierwszych dniach rewolty. Po nim, Godet; ten znów był jednym z głównych dowódców spisku wojskowego, demoralizatorem armji, specjalistą od „pronunciamentos”. Klęska, jaką poniósł na ulicach Barcelony, przesądziła o zwycięstwie mas ludowych Hiszpanji, jego zaś zaprowadziła przed trybunał rewolucji, który wydał nań wyrok śmierci. I jeszcze jeden odszedł w tych dniach, tak groźnych dla Madrytu; młody był a mierzył wysoko: Jose Antonio Primo de Rivera, syn dyktatora, przywódca „Falangi” hiszpańskiej. Rewolucja zasłała go w więzieniu w Alicante, gdzie odbywał karę za jakieś przestępstwa polityczne. W tych dniach postawiono go przed sąd i skazano na śmierć. Ubył jeszcze jeden kandydat na wodza. Pusto się robi dokoła gen. Franco.

Oczywiście, powstańcy nie jego predestynowali na swego wodza: był najmłodszy i najmniej politykujący z generałów. Zostało ich jeszcze kilku: Mola, Cabanellas, Queipo de Llano. Wszyscy trzej, wielcy intryganci, czczeni jak fetysze, członkowie lóż. W rzeczy samej z chwilą obalenia monarchji, pokwapiono się z udzieleniem dymisji generałom prawicowym. Inna rzecz, że republika nie okazała się taka, jaką sobie byli projektowali spiskowcy z pronunciamentów. Usiłowali też przerobić ją po swojemu, własnemi rękami, lub raczej szablami. Było to dn. 20 lipca; zamach spalił na panewce. Z tą chwilą wszyscy trzej byli powaleni – zupełnie tak samo jak, z przeciwnej strony, senor Alcala Zamorra. Jedynym wojskowym, który w przeciwieństwie do nich mógł się pochwalić dość mizernym coprawda sukcesem, był Franco. Wszystkie bowiem atuty, jakiemi tamci posługiwali się w polityce, znalazły się w rękach przeciwników: były to hasła liberalizmu, postępu. Wielką siłą moralną powstania jest religja. Generałowie poczęli zatem grać komedję: Mola przywraca w szkołach krucyfiksy, stary wolterjanin Cabanellas chodzi na mszę, Queipo de Llano uderza w tony religijne w przemówieniach swoich, wygłaszanych w radjo sewilskiem. Lecz w tych burzliwych czasach komedje nie na wiele się zdadzą. Tak też się stało, że podczas gdy, jeden po drugim, ginęli Durutti, Odena, Col i ich towarzysze – śmierć i zapomnienie czyniły spustoszenia w pierwszych szeregach ich nieprzyjaciół, usuwając, jakby cudem, wszystkich rywali, którzy jeszcze dwa miesiące temu znajdowali się na drodze młodego gen. Franco.

*

Ktoś powiedział, że ta wojna będzie początkiem przyszłej wojny europejskiej – walki między dwoma światami, komunizmem i faszyzmem. Tak się też stało w istocie. Po cudzoziemskich samolotach, po amunicji, po obcych karabinach zwykłych i maszynowych, zjawiły się szarozielone czołgi, wielkie wojskowe ciężarówki, malowane na kolor khaki armaty. A po junkersach i innych narzędziach wojny, zjawili się wreszcie i ludzie. I to nie tylko lotnicy obcokrajowi, o których obecności sporadycznej donosiły gazety. Obecnie są to już całe oddziały wojskowe. Stawili się tu wszyscy: Niemcy, Włosi, Polacy, Żydzi, Francuzi. Bronią oni najtrudniejszych posterunków: Rosales, Puente de los Franceses, Ciudad Universitaria i Casa del Campo. Cała międzynarodówka antyfaszystowska i komunistyczna przybyła tu aby ramię przy ramieniu stanąć na przedpolach Madrytu. Po drugiej stronie dzieje się to samo. Polacy z bataljonu im. Dąbrowskiego – oczywiście, Jarosława Dąbrowskiego, dowódcy wojskowego komuny paryskiej – mówili mi, iż w ciche wieczory, w okopach przeciwników słychać polskie pieśni. Polacy – a pełno ich tu wszędzie – opowiadali mi jeszcze, że pewnej nocy wołano do nich spod pinij Casa del Campo: „Polacy, nie strzelać!”. Jednak strzelali, gdyż jest to znany tu dobrze chwyt Maurów: prosić o pokój, a samym odpowiadać strzałami karabinowemi. Toteż obecnie ludzie mają się już na baczności.

Bratobójcza walka Hiszpanów, jak to się zawsze dzieje w wojnie domowej, wyszła poza ramy jednego narodu i stada się bratobójczą walką wszystkich ludów Europy, zyskując przez to na zaciętości. Jest to całkiem zrozumiałe. Po latach podziemnej walki, emigrant włoski ze stokroć większą zawziętością skieruje lufę zenitówki przeciwko Savoia-Marchetti. Uciekinier-Niemiec całą nienawiść, nagromadzoną w czasie trzyletniego pobytu w obozie koncentracyjnym, wyładuje w walce z przeciwnikami-Niemcami. Sierp i swastyka splotą się wreszcie w walce, o której marzyły. To nie tylko bohaterowie hiszpańscy, którzy wstąpią, gdy nadejdzie ich chwila, do Walhalli cieniów rewolucji. Ta walka ma znacznie szerszy zasięg: kryje ona więcej obietnic i gróźb dla tych, którzy się w nią wplączą. A Manzamares w głębi jaru toczy swe fale – Styks i Marna tej walki, która pcha ich wszystkich, wielkich i małych, sławnych i bezimiennych, czerwonych i białych – w otchłanne głębiny śmierci.

Ksawery Pruszyński.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Close