Listy z Ameryki (cz. 5)
FORD

11 października 1935.

Przedewszystkiem trzeba wypełnić kwestjonarjusz. Trzeba się zarejestrować u specjalnego urzędnika w specjalnym budynku. Nie wolno palić. W obrębie całego Dearborn, w którem pracuje kilkadziesiąt tysięcy ludzi, nie wolno zapalić zapałki. Ludzie żują tytoń. Przyznaję, że nie odrazu zorjentowałem się, czemu mój przewodnik pluje czerwono śliną. Sądziłem, że to krew, i nawet żal mi go było. Wysłuchiwałem jego naiwnych objaśnień z wyrozumiałością, jaką się ma dla człowieka, któremu przed chwilą wyrwano ząb. Gdy zobaczyłem źe robotnicy w fabryce Forda przeważnie plują krwią, przypomniałem sobie, że istnieje jeszcze na świecie zwyczaj żucia liści tytoniowych. To pierwsze wrażenie bladych ludzi plujących krwią zostało mi do dziś jako wspomnienie wielkich i wspaniałych fabryk w Dearborn.

Pozornie wszystko jest mądre, piękne, dobre i bezpieczne. A jednak mam uczucie jakbym wszedł do kliniki chirurgicznej. Upiększenia i elegancja przypominają firaneczki i kwiatki w szpitalach. Wszyscy się uśmiechają, wszyscy są mili i pogodni, ale nogę obetną. Budzi się podejrzenie, że fabryka służy nietylko do produkowania samochodów, źe ta cała precyzyjna organizacja służy również do wypompowywania krwi z człowieka. To wrażenie potęguje jeszcze białe światło, zdrowsze podobno dla oczu ale dość koszmarne. Starsi robotnicy u Forda są bladzi, lecz przecież ludzie, którzy przepracowali życie w warsztatach fabrycznych, zawsze mają taką ziemistą cerę. Staram się pozbyć uczucia nieufności i słucham uważnie objaśnień mego przewodnika.

Przed wejściem do hali maszyn przewodnik wygłasza coś w rodzaju kazania na temat wielkości, sprawiedliwości i dobroci Forda. Gdyby słowo Ford zamienić na Lord, byłoby to typowe kazanie niedzielne pastora amerykańskiego. Ford jak Pan Bóg rozpoczął z niczego. Można zobaczyć w Detroit na Bagley Street mały warsztacik, w którym Ford zaczynał. Tu w fabryce stoją złote taczki i złota łopata. To kość z żebra Adamowego. Po odprawieniu małego nabożeństwa i pokłonieniu się świętym relikwjom wchodzimy do (nieczytelne). Prawie nie widać ludzi. Wszystko idzie automatycznie, automatycznie kontrolowane. Gdyby się jeszcze udało zrobić samochody, któreby same bez człowieka automatycznie jeździły i same się automatycznie (nieczytelne), sprawa byłaby rozwiązana do końca. Ludzie mogliby zostawić w spokoju fabryki Forda i przenieść się do innego kraju. Biało ubrani gentlemeni stoją przy jakichś tablicach i sygnałach, jak marynarze w czasie parady. Co pewien czas któryś z biało ubranych panów wykona szybko parę ruchów i przebiegnie na inne miejsce, co żywo mi przypomina tajemniczą amerykańską grę „baseball”, której zasad nie znam i nigdy pojąć nie zdołam. Sala podobna jest trochę do okrętu a trochę do dancingu. Stal, szkło, czarny metal i kolorowe światła.

Prawdziwy fordyzm zaczyna się już w następnym etapie naszej wędrówki. Tu robią kierownice do samochodów. Właściwie nie ludzie robią kierownice, ale robią się one same w cichym szumie maszyn i w zgrzycie jednostajnie płynącego łańcucha, pasma pracy a może pasma udręki, słynnego fordowskiego „conveyor”. Kształt, który płynie, wyłania się coraz doskonalszy, aż wkońcu z grubych szarych kół tworzą się krążki, a z krążków – kierownice, jeszcze nieobrobione ale już ostateczne w swej formie. Ludzie stoją nad tym płynącym potokiem i zanurzają w nim ręce. Jednostajnym, wspaniale jednostajnym rytmem. Ogólne wrażenie jest dodatnie. Wydaje się to czemś doskonałem jako organizacja, czemś logicznem i celowem. Dopiero gdy stanąć blisko przy pasie pracy i wśród maszyn rozpoznać twarze ludzkie, zaczyna się budzić coś w rodzaju buntu.

Twarze ludzkie nie mają gładkiej milczącej powierzchni szkła czy metalu. Na twarzach ludzkich można czytać jak na automatycznych tablicach, ale znaki nie są tak czytelne i proste. Naprzykład ten młody człowiek w czapce na głowie jest wyraźnie zmęczony. Może nie spał tej nocy, pił albo siedział przy kimś chorym. Ociera pot z czoła i ręce mu drżą. Obok stoi starszy spokojny mężczyzna o oczach bez wyrazu, dokładny i obojętny jak automat. Ale to raczej wyjątek. Gdy uda się pochwycić spojrzenie robotnika, prawie zawsze jest skupione i groźne. Przypominam sobie fabryki sowieckie. Pamiętam tłok i bałaganiarski nastrój w fabryce „Krasnyj Bogatyr”. Jedzenie pestek, plucie i grę na harmonijkach na podwórzu fabrycznem. To prawie jak zabawa zbiorowa wobec tej surowej i wysilonej czujności. Jeśli patrzeć na to oczami dzisiejszych Sowietów, Ford będzie wspaniałym wzorem, niedoścignionym ideałem zbiorowej wytwórczości. Jeśli na to spojrzeć po ludzku, myśli się poprostu, iż bardzo jest dobrze że tak zarabiają robotnicy Forda, że mają swoje auta, swoje domki, radja i elektryczne lodownie, ale czy nie mogliby mieć tego wszystkiego pracując trochę spokojniej, trochę mniej poważnie?

Niewykwalifikowany robotnik u Forda zarabia koło sześciu dolarów dziennie, wykwalifikowany – koło dziewięciu. Ponieważ fabryki idą teraz całą parą, robotnik zarabia tysiąc paręset złotych miesięcznie. Mam wrażenie, że Ford jest manjakiem. Nie chodzi mu tylko o bogacenie się. To nie obraz wytężonej walki konkurercyjnej. Ford pierwszy przecież podniósł niemal wdwójnasób zarobki robotnicze. Bank Forda wypłaca robotnikom sześć procent rocznie i siedem procent dywidendy. Ale Ford nie daje tego za darmo. Robotnik pracuje tak a nie inaczej, bo Ford urzeczony jest precyzją swej organizacji. Myślę, że popsułoby mu całą przyjemność i nawet przestałby grać w golfa, gdyby robotnicy pracowali trochę swobodniej i weselej, gdyby pracowali o godzinę krócej, gdyby nie byli tak podobni do maszyn, które Ford ukochał. Gdy patrzę na pasmo pracy i na ręce zanurzające się w metalowym potoku, nie mogę zapomnieć, że ludzie mają niepotrzebne dodatki do rąk i do oczu. Mają serca, mózgi i nerwy. I w tej doskonałości organizacyjnej widzę jakieś pohańbienie człowieczeństwa.

Jest teraz przerwa na lunch. Jedzenie dostają robotnicy na miejscu. Specjalne wozy zajeżdżają do hal fabrycznych. Ford dostarcza jedzenia po stosunkowo bardzo niskiej cenie. Paczka z lunchem kosztuje 20 centów (jeden złoty). Kupuję sobie takie robotnicze śniadanie. W paczce są dwie kanapki z mięsem i sałatą, owoc i deser. Do tego szklanka mleka lub kawy. Robotnik, który zarabia osiem dolarów, może się zdrowo i obficie najeść za jedną czterdziestą część zarobku dziennego. U nas robotnik, który zarobi dziennie trzy złote, musi wydać przynajmniej złotówkę aby się najeść, nie mówiąc o tem, że nie jada owoców i deseru. Ten stan rzeczy wydaje mi się źródłem wielkiego bogactwa Ameryki, bogactwa, które mimo kryzysu jeszcze jest tak znaczne. Robotnik może wyżywić się i utrzymać rodzinę za część swego zarobku. Wybrałem się specjalnie do dzielnic robotniczych w Detroit i zanotowałem sobie ceny produktów. Kwarta mleka kosztuje dwanaście centów, kilo cukru – dziesięć, trzydzieści kilo pomidorów – czterdzieści. Lepsze pomarańcze dwa centy sztuka. Ubranie, buty i kapelusz może robotnik kupić za dwadzieścia pięć dolarów. Przy takim stosunku zarobków i wydatków robotnik może sobie kupić auto, płacąc siedemdziesiąt dolarów gotówką i potem po pięć dolarów tygodniowo, może sobie kupić domek i spłacać go ratami. Może kupować. Pieniądz krąży. Propaganda kupowania, inwestowania jest ogromna. Widziałem w kinie ogłoszenie tej treści: „Zbadaj swój dom. Jeśli dach, podłogi, ogrzewanie lub światło wymagają remontu, zwróć się do nas a damy ci długoterminowy kredyt”. Amerykanin nie wypala papierosa do końca. Pali tylko do połowy i wyrzuca. Amerykanie nie znoszą łachów. Każdy z nas w Europie wlecze za sobą stare łachy, jakieś zniszczone marynareczki, kamizelki i bieliznę, której już nie nosi ale której przecież nie wyrzuci. Kupiłem sobie w New Yorku kapelusz. Angielski kapelusz Loocka, który miałem na głowie, wcale jeszcze przyzwoity kapelusik, subjekt zamiast zapakować wbił nogą do blaszanego pudła. Podobnie postępują tu ze staremi autami i ze staremi domami. Ford, jak wiadomo, ograniczył pracę w swych fabrykach do pięciu dni na tydzień. Była w tem prosta i zimna kalkulacja. Robotnik musi mieć czas wydać zarobione pieniądze. Pracując sześć dni, na siódmy będzie tylko spał i wypoczywał, a pieniądz musi krążyć. Robotnik musi mieć czas jeździć samochodem Forda, wydawać pieniądze w jego kantynach, kinematografach i sklepach. To stosunki ekonomiczne znajdują wyraz w czysto wzrokowym wyglądzie ulicy amerykańskiej. Trudno jest rozróżnić samego Forda od jego robotnika. Robotnik też jeździ samochodem Forda, ma takie same palto i taki sam kapelusz, pali taksamo „camele” czy „chesterfieldy” albo żuje tę samą gumę. Wielki businessman mówi takim samym stylem i takim samym językiem jak jego szofer. Ludzi, którzy mówią bostońską poprawną angielszczyzną, jest bardzo niewielu. Są to spece, snobi albo krytycy literaccy.

12 października.

Przez cały ranek przyglądam się fabrykacji motorów. Jest to dział ciężkiej pracy w zakładach fordowskich. W (nieczytelne) czy lakierniach pracują kobiety. Widzi się tu starsze damy w jedwabnych pończochach i w modnych amerykańskich okularach. W oddziałach pracy lżejszej znajdują robotę ślepi, ludzie bez ręki czy kulawi. W tem też jest manjactwo Forda. Jeśli w Ameryce na dziesięć tysięcy ludzi wypada jeden ślepy, i tu w fabryce na dziesięć tysięcy zdrowych pracuje jeden ślepy. Nie wiem tylko jak Ford daje sobie radę z ułamkami. Co robi jeśli na sto tysięcy ludzi wypada jeden człowiek bez obu rąk. Ponieważ u Forda pracuje tylko siedemdziesiąt tysięcy ludzi, musi zatrudnić jednego kalekę bez obu rąk i na dodatek dołożyć trzech i pół ludzi bez jednej ręki. Jest w tem typowe doktrynerstwo. Gdyby cały świat, co nie daj boże, był tak urządzony jak fabryki Forda, miałoby to może jakiś sens, w chaosie dzisiejszego życia ten precyzyjny rachunek jest czemś odrażającem.

Przy motorach pracują najtężsi robotnicy. Znaczny procent stanowią Polacy i murzyni. W tej pozornie jednostajnej, mechanicznej pracy są przecież wielkie różnice. Wydaje mi się, że jest tu tyle niesprawiedliwości co w życiu. Jeden ma znośniejszy los a inny w ciągłym gorączkowym pośpiechu zamęcza się i szarpie nerwy. Przyglądam się młodemu murzynowi, który z automatyczną dokładnością nakłada kwadratowy wycinek stali na otwory mijających go motorów. Robota ta jest spokojna jak modlitwa bramina. Jeśli ten człowiek ma naturę kontemplacyjną, może zamyślać się nad nieśmiertelnością duszy. Obok niego o parę kroków dalej stoi rosły drab i przymocowanem do bloku ciężkiem narzędziem wkręca śruby. Musi przykręcić osiem śrub w ciągu kilkudziesięciu sekund, kiedy motor znajduje się w zasięgu jego ramion. Robotnik ten jest zdyszany i ma nieprzytomne oczy. Pytam się, czy ludzie ci są zmieniani, czy też przykręcacz śrub pracuje taksamo długo jak jego zamyślony brat. Przewodnik tłumaczy mi, że to młody robotnik, że jeszcze praca nie idzie mu dość składnie i że zasadniczem dążeniem Forda jest aby każdy wykonywał tylko pracę, w której się wyspecjalizował. Myślę, że oszalałbym gdyby mi kazano tak pracować choćby jeden dzień. Oczywiście że najbardziej wykwalifikowany robotnik Forda powiedziałby to samo, gdyby mu kazano napisać w parę godzin wiersz czy artykuł. Ostatecznie ci ludzie wogóle pracują w fabrykach. Tak się pocieszam, patrząc na tę oszalałą pracę, ale nie jest to pociecha wystarczająca. Mam ochotę ich poprosić żeby trochę odpoczęli, że mybyśmy chętnie poczekali parę godzin dłużej na cud przemiany bryły metalu w samochód. Zaczyna się wogóle nabierać wstrętu do samochodu, jak się nabiera wstrętu do mięsa zwiedzając rzeźnie w Chicago.

Nigdzie może bardziej na świecie tak jaskrawo nie obnaża się nonsens naszego życia jak w fabryce Forda. Ze straszliwą szybkością i ze straszliwem wytężeniem ludzie produkują samochody aby szybko przenosić się z miejsca na miejsce. Już teraz w Ameryce jest za dużo samochodów. Za dużo masła, mleka, owoców, kawy i bawełny. Za dużo zboża. Trzeba będzie niebawem równie precyzyjnie niszczyć samochody, jak się niszczy obecnie zboże, jak się pali kawę i wylewa do rzek mleko. Fabryka Forda pokazuje naocznie cały nonsens kapitalizmu. Ale pokazuje również naocznie wartość elementu anglosaskiego w organizacji pracy. Gdyby rewolucja socjalistyczna wybuchła tu a nie w Rosji, wierzę, że przez te piętnaście lat byłoby już wyprodukowanego materjalnego dobra dość nietylko dla Ameryki ale dla całego świata. Amerykanie przywoziliby nam w podarku auta, jak mąkę i mleko w puszkach dla dzieci po wojnie. Tak. Ci ludzie, wspaniali w pracy, rzutcy, młodzi, pełni uczuć ludzkich i poczucia humoru, są predysponowani do budowy socjalistycznego ustroju świata. Ostatecznie socjalizm jest zagadnieniem organizacyjnem, a ci ludzie właśnie mają talent i łatwość, wytrwałość i rozmach, którego brak wschodniej i azjatyckiej Rosji.

Niema wątpliwości, że robią tu znakomite samochody i że robią je bardzo mądrze i ekonomicznie. Kult pracy i nabożeństwo dla wysiłku ludzkiego przejął socjalizm od kapitalizmu, gdy odbudowywał przemysł na ruinach zniszczonej i ubogiej pod względem technicznym Rosji. Ta najprawdziwsza i najstraszniejsza eksploatacja człowieka, jaką jest nowoczesna fabryka, stała się czemś w rodzaju międzynarodowego i ponadklasowego bożyszcza. Tak trzeba pracować – mówi dziś fabrykant, i to samo mówi komsomolec. Gdybym miał porównać dolę najlepiej wynagradzanego robotnika fordowskiego z dolą murzynów z południa, mógłbym łatwo przyjść do przekonania, że murzyn żyjący niemal w pańszczyźnie w stanach Georgia czy New Orlean bliższy jest człowieczeństwa, jak bardziej jest człowiekiem pasterz w naszych górach na Huculszczyźnie niż ten Hucuł-emigrant, który wpleciony w pasmo fordowskiej udręki, zdobywa w huku maszyn i w obłąkanym pośpiechu dolary i dolary i dolary. Tak myślę, spacerując w przerwie obiadowej po fabryce Forda. Przerwa jest bardzo krótka. Już maszyny zaczynają popędzać nanowo zziajanych robotników. Konie parowe biorą sobie odwet na człowieku za wszystkie pokolenia prawdziwych, umęczonych przez ludzi koni. Popędzają człowieka świstem maszyny i biczem tej niezmęczonej taśmy pracy. Pewien Izraelita z Europy, który również zwiedza Forda, zatrzymuje mnie w jakiemś przejściu i przekrzykując z łatwością maszyny, woła: „Pan widziałeś, oni tu nawet nie mają kantyny, żeby zjeść obiad, oni jedzą przy warsztatach! Pan chyba widziałeś kantyny sowieckie!”. Izraelita jest komunistą i mówi prawdę. Istotnie, robotnicy jedzą tu przy swoich maszynach lody i przegryzają bananem, ale trudno mówić o jakiejkolwiek krzywdzie robotniczej u Forda jeśli się ma na myśli dobra materjalne.

Po półgodzinnej przerwie praca znowu szaleje we wszystkich oddziałach fabryki. Przyglądam się teraz narodzinom chłodnicy. Muskularny, wpół nagi dryblas z wytatuowaną na ramieniu papugą pracuje zawrotnie szybko. Niemal uchwycić nie można jego błyskawicznych i precyzyjnych rzutów ręki. Robotnik, który stoi następny w szeregu, młody chłopiec o chmurnych niebieskich oczach, musi chwilę czekać aż metalowa płyta dojedzie do niego. Gdyby nie szybkość pracy tatuowanego dryblasa, chłopiec ten nie miałby tej odrobiny czasu, tych paru sekund wytchnienia. Normalnie robotnik kończy swój zabieg już niemal na terenie pracy następnego robotnika. Robota przechodzi szybko z rąk do rąk, jak pałeczka w biegu sztafetowym. Ten pośpiech zbyt ofiarny czyni tu wrażenie podarku. Niema wątpliwości że jest między tymi dwoma ludźmi jakaś gra, jakieś porozumienie, jest ofiarodawca i jest obdarowany. Gdy dryblas zdąży szybko wykonać swą pracę, patrzy na chłopca stojącego bezczynnie. Jest w tem spojrzeniu jakiś uśmiech prawie nieuchwytny. I tu jak na wojnie wytwarza się przyjaźń, której smak zrozumieć mogą tylko mężczyźni.

Pozwalają mi zwiedzić jeden z punktów opatrunkowych. Jest to bardzo nowocześnie urządzone ambulatorjum i sala operacyjna. Takich szpitali Dearborn ma kilkanaście. Przewodnik mój wskazuje dłonią, której brak dwu palców, sygnalizację ratowniczą. Powiada mi, że ilość wypadków jest minimalna. Istotnie punkt sanitarny, który zwiedzamy, jest narazie pusty. Ale mój przewodnik prawdopodobnie swoją posadę oprowadzacza zawdzięcza nie pięknym oczom lecz tym właśnie dwu straconym palcom. Pracuje tu kilkadziesiąt tysięcy ludzi, i niebardzo mi się chce wierzyć w te wypadki, które się „prawie nie zdarzają”. Przechodząc przez oddział, w którym motory podlegają próbie sprawności, zobaczyłem człowieka niesionego na noszach. Nie wiem, czy to był wypadek przy pracy czy nagłe zasłabnięcie. W każdym razie przyznać trzeba, że pracownicy Forda mają zapewnioną sprawną opiekę sanitarną. Jest to jedyna opieka, z której mogą korzystać. Opieka społeczna, ochrona pracy nie istnieje. Robotnik może być wyrzucony z miejsca, dostaje swoją dniówkę, i na tem koniec.

Gdy opuszczam fabrykę, widzę jeszcze, jak oznakę potęgi fordowskiej, olbrzymią lokomotywę z napisem „Ford”. Lokomotywa ciągnie kilkadziesiąt wagonów naładowanych nowemi samochodami. Wspaniała lokomotywa o aerodynamicznem oprofilowaniu błyszczy lustrem lakieru. Przed fabryką stoją zgrabne nowe samochody najrozmaitszych barw, lśniące nowością i elegancją. Jest już koniec dnia roboczego. W pięćdziesiąt godzin stal przemienia się tu w samochód. Co wieczór wychodzą z tej fabryki tysiące nowych aut i tysiące starych ludzi. Co pięćdziesiąt godzin stal zamienia się w samochód, i co pięćdziesiąt godzin ludzie starzeją się o pięćdziesiąt dni.

Najwspółcześniejszy z władców świata, wielki manjak Ford, nie cieszy się popularnością w Ameryce. Przyznają mu ogromny talent organizacyjny, mają dla niego wiele szacunku, ale mniej sympatji. Gdy pytałem pewnego lewicowego pisarza amerykańskiego, co ma przeciw Fordowi, odpowiedział mi po dłuższym namyśle: „Chyba to, że on nie ma poczucia humoru”. To wspaniałe anglosaskie wymaganie, aby człowiek miał „sense of humour”, obowiązuje na terenie całych Stanów Zjednoczonych. Detroit ma pod tym względem swoją świetną tradycję. Mieszkał tu Mark Twain i do dziś dnia mieszka tu jego rodzona córka, Clara Clemens-Gabrilovitsch.

Dzięki uprzejmości Artura Rodzińskiego, znakomitego kapelmistrza z Cleveland, który przyjaźni się z Gabrilovitschami, córka wielkiego pisarza jest powiadomiona o moim pobycie w Detroit. Przysyła po mnie wspaniałego Packarda do Statler Hotel. To że pyta się o mnie szofer Missis Gabrilovitsch, wywołuje sensację w hotelu. Córka Twaina jest niekoronowaną królową amerykańską. Wierna miłość, jaką Amerykanie darzą swego największego pisarza, jest tak ogromna, że ta odrobina, która spłynęła na jego córkę, wystarczy aby jej stworzyć sytuację zupełnie wyjątkową, a ta część splendoru, która spada na mnie jako na znajomego, wystarczyłaby prawdopodobnie abym mógł mieszkać przez rok na kredyt w Hotelu Statler.

Twain, pytany kiedyś o swoje plany literackie, odpowiedział, że na najbliższe parę lat musi się wyrzec literatury, aby mieć czas na nauczenie się wymawiania nazwiska swego zięcia. Niestety, jak się dowiaduję, biedny pan Gabrilovitsch jest ciężko chory. Dopiero od paru dni znajduje się w domu. Wchodzę do pięknej willi. Rozglądam się po ślicznie urządzonym salonie. Na kominku stoi mały portrecik wykonany piórkiem. Patrzę z rozrzewnieniem na wspaniałą młodzieńczą głowę o szlachetnym profilu. To portret Dickensa z serdeczną dedykacją dla Marka Twaina. Data: „21 April 1840″. Do salonu wchodzi córka wielkiego pisarza. Jest to osoba pełna wdzięku i czaru osobistego. Poznaję również wnuczkę Twaina, młodą panienkę, która nalewa nam herbatę i dość szybko znika. Rozmowa z panią Clemens-Gabrilovitsch toczy się swobodnie i miło. Mówimy o literaturze, o Ameryce i o Rosji, która interesuje córkę Twaina. Mąż jej jest Żydem rosyjskim, ale ona Rosji nie zna i bardzo chciałaby tam kiedy pojechać. Zapewniam ją, że jest to dziś najzupełniej bezpieczna i luksusowa wycieczka. Mówimy o ciągle jeszcze wielkiej poczytności Twaina, i przytem dowiaduję się o ślicznej i bardzo anglosaskiej historji, jaka miała miejsce parę miesięcy temu. W tym roku przypadła stuletnia rocznica urodzin Twaina. Uroczystości te odbyły się w sposób dość specyficzny. Każdy kto zna „Przygody Tomka Sawyera” pamięta, jak Tomek, skazany na malowanie płotu, udaje, że sprawia mu to ogromną przyjemność i wyłudza od kolegów jabłka, scyzoryki i sznurki za prawo pomalowania paru desek. Otóż w miasteczku Hannibal, gdzie stoi dom z czasów dzieciństwa Twaina, gubernator stanu Missouri Mr. G B. Park urządził obchód uroczysty. Podwinął spodnie, siadł przy płocie i zaczął malować. Wtedy Mr. G. A. Mahan, przewodniczący komitetu uczczenia Marka Twaina, dał mu jabłko i zaczął również malować płot.

Nie wyobrażam sobie, aby taka scena możliwa była u nas. Trudno wyobrazić sobie, naprzykład, Sławka czy Prystora z podwiniętemi portkami malujących płoty. Choćby na tych płotach było napisane: „Precz z wyborami!”. Poczucie humoru opromienia pogodą kraje o kulturze anglosaskiej. Stanowi to wdzięk tych narodów. A ludziom z wdziękiem wiele wybaczamy.

Antoni Słonimski

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close