ANTONI SŁONIMSKI

Listy z Ameryki
NEW YORK (cz. 2)

24 września 1935.

Stajemy u wejścia do portu. Urzędnicy amerykańscy załatwiają formalności paszportowe w tempie błyskawicznem. To pierwsza miła niespodzianka. Statek pełen jest reporterów, fotografów i operatorów filmowych. Zjawił się już i speaker radjowy. Zdaleka na horyzoncie szkłem i metalem błyszczą w słońcu domy amerykańskie. Przestrzeń osłabia wielkość nowożytnej architektury, ale już nawet z oddalenia paru kilometrów jest coś niepokojącego w skali tych budynków. Nie mogę się zmusić do wyrażenia „drapacz chmur” lub „drapacz nieba”. To idjotyczne określenie kojarzy się z pojęciem swędzenia. „Drapacz”, to przecież coś co się porusza, a wielkie budynki są zaprzeczeniem wszelkiego ruchu. Statyczność jest ich cechą zasadniczą.

MS Piłsudski w Nowym JorkuWreszcie ruszamy. Płyniemy powoli, i port nowojorski wita nas wspaniale. Każdy okręcik, każda łódź motorowa, byle parowy pętak gwiżdże trzy razy na nasze powitanie. W odpowiedzi ryczymy potężnie, a ponieważ co parę sekund mijamy się z jakimś statkiem, wjeżdżamy w nieprzerwanym ryku turbin. W tych warunkach wjazd do New Yorku jest rozkoszą dla oczu ale męką dla uszu. Coraz wyraźniej zarysowuje się ostry cypel Manhattanu, wyspy, na której mieści się najważniejsza część miasta. W Down Town nad brzegiem morza stoją wielkie budynki, piętrzą się, wspinają, jakgdyby chciały spojrzeć jaknajdalej w ocean. Na Hudsonie otoczeni jesteśmy nie skałami domów ale falą. Powietrze rozedrgane jest od gorąca, i ściana budynków drży jak zasłona, faluje jak kurtyna, za którą kryje się miasto.

Eskortują nas okręty pełne emigrantów polskich. Parowiec „City of Queensburg” wiezie około tysiąca Polaków. Zjechali ze wszystkich stanów aby przyjazd pierwszego wielkiego polskiego statku wypadł jaknajwspanialej. W budynku linji „Gdynia – Ameryka”, ozdobionym chorągwiami i emblematami polskiemi, odbywa się akademja powitalna. Przemawiają nasi i amerykańscy dostojnicy. Sokolice amerykańskie płaczą, trąby grają, chóry śpiewają, i wreszcie wpuszczają nas do amerykańskiego raju. Ale teraz dopiero zaczyna się małe piekło. Krzyk, tłok i gorąco. Kufer, który kazano mi otworzyć, nie chce się zamknąć. Spocony, wściekły, walczę z nim mężnie ale bezskutecznie. Autobus odchodzi za chwilę. Kiedy już skaleczyłem się w palec, kufer, któremu zdaje się o to właśnie chodziło, zupełnie lekko i łagodnie daje się zamknąć. Włażę do autobusu, i nareszcie wjeżdżamy w miasto. Raczej nie w miasto ale w ekran kinematografu. Żaden chyba kraj nie spopularyzował się tak przez kino jak Ameryka. Znamy przecież doskonale te pompy z benzyną, te sygnały na rogach ulic, policjantów na motocyklach, sklepy o szerokich witrynach i schody żelazne nazewnątrz domów. Okazuje się, że słupki, które stoją przed zakładami fryzjerskiemi, są czerwono-biało-niebieskie i podobne do karmelków. Nagle zjeżdżamy pod ziemię. Pędzimy przez Holland Vehicular Tunnel. Obowiązuje tu minimalna szybkość pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Nie wolno tamować ruchu. Kto jedzie wolniej płaci karę. Wpadamy w środek Manhattanu. Oto New York. Wielkie domy przysłaniają niebo. Jedziemy wąwozami, kanjonami rozświetlonemi miljonem lamp.

Nowy Jork w latach trzydziestych XX wieku

Dostaję pokój na dziewiętnastem piętrze. Otwieram okno, patrzę wdół, w głowie mi się kręci. Zamykam okno, zjeżdżam nadół, wychodzę na miasto, i znowu kręci mi się wszystko przed oczami. Ogłupiały i zmęczony światłami Broadwayu, wchodzę do jakiejś apteki aby zjeść kolację. Męczę się bardzo w wyborze potraw, jak się okazało, zupełnie niepotrzebnie. Wieprzowina z grochem ma ten sam smak co ciastko z imbirem a sałatka z ryby smakuje jak wieprzowina z grochem. Ten fakt ułatwia wybór potraw. Przed apteką stoi pusta taksówka otoczona tłumem. Sądzę w pierwszej chwili, że zdarzył się jakiś wypadek. Nie. To tłum słucha radja, które gra w taksówce. Nie gra ale mówi. Dziś wieczorem rozgrywa się mecz bokserski między murzynem Luisem a Baerem. Sto tysięcy ludzi przyjechało na ten wieczór z innych miast amerykańskich. A więc wszystko po staremu. Mam lekką pretensję do New Yorku. Nie podoba mi się ten niewygasły nudny już szał sportowy. Wojna włosko-abisyńska nikogo tu nie zajmuje. Jeden biały z jednym czarnym, to ważniejsze. Jestem tak zmęczony, że zasypiam na jakimś głupim filmie w „Paramount”. Budzi mnie ryk i gwizd. Przyszła już wiadomość o zwycięstwie Luisa. Trzeba iść do domu i wyspać się, bo wstałem dziś o piątej rano a teraz już pierwsza w nocy. Dobranoc. Do zobaczenia jutro na ulicach New Yorku. Przepraszam. Jeszcze jedna drobna uwaga. Powiedziałem, że kolację jadłem w aptece. Może nie wszyscy wiedzą, że w każdej aptece amerykańskiej jest bufet zimny i gorący. Restauracja w aptece, to nonsens. Ale apteka w restauracji amerykańskiej, to konieczność.

25 września.

Łóżko trochę się kołysze, słychać jakiś szum za oknami. Gdy budzę się, pewien jestem, że to jeszcze okręt. Nagle chwila żywej i mocnej radości. Podbiegam do okna. Kino nauczyło mnie jak się otwiera okna amerykańskie, więc nie mam z tem kłopotu. Widok z dziewiętnastego piętra hotelu „Ambassador”, to coś zupełnie nowego, innego i nieznanego. Pod sobą mam przepaść a nad głową wielkie budynki rosnące jak schody kamienne do nieba. Ta drabina, która się przyśniła Jakóbowi, nie jest widziadłem nocnem. Niebo jest błękitne, i słońce jasno błyszczy na niebie. Nowa architektura amerykańska, to jedno z najsilniejszych wrażeń artystycznych, jakich doznałem w życiu. Rockefeller Center czy Empire State Building, to nietylko wspaniałe, patetyczne budowle, porywające pięknem formy i celowością konstrukcji. Jest w tem jeszcze coś innego. Emocja podobna do tej, która wstrząsnęła mną, gdym patrzał na pierwszy samolot odrywający się od ziemi. Czaruje nas zwycięstwo nad materją wydźwigniętą wysoko ponad chmury.

Rankiem objeżdżamy miasto autobusem. Nie jest to dobry sposób obcowania z architekturą New Yorku. Należy raczej wynaleźć parę punktów w mieście, dających najpełniejszy widok na wielkie budowle. Nowa architektura podobna jest pod tym względem do lasu tropikalnego. W samym lesie jest dość mroczno i duszno. Trzeba zobaczyć las dziewiczy z morza, z brzegu rzeki lub z wysokiego wzgórza, aby mieć prawdziwe o jego piękności pojęcie. Chyba najpiękniej wygląda New York z Brooklyn Bridge, Queensborough lub Manhattan Bridge. Objeżdżamy znane i sławne ulice wdole miasta. Słynna Wallstreet wydaje mi się wyjątkowo cichem ustroniem. Walimy wgórę, wzdłuż Central Park. Jest bardzo gorąco, pogoda piękna, ale kolor drzew i trawników przypomina nam, że New York znajduje się na szerokości Neapolu. Mimo że jesień jeszcze się tu nie zaczęła, drzewa i trawa spalone są słońcem i poszarzałe. Jedziemy wgórę miasta, ale okazuje się, że Harlem jest zamknięty. Policja nie wpuszcza nas do dzielnicy murzyńskiej. Po zwycięstwie murzyna Luisa nad białym Baerem -czarni podobno wpadli w rodzaj lekkiego szału. Rzucają kamienie i butelki w przejeżdżające samochody, i każdy biały, któryby się dziś pokazał w dzielnicy murzyńskiej, narażony jest na zaczepki. Nie mam, przyznaję, pełnego zaufania do tych informacyj. Podejrzewam, że biali zwolennicy boksu musieli wczoraj wybijać szyby w Harlemie. Próbowałem się porozumieć z pewnym murzynem-czyścicielem butów na 49-ej ulicy. Nic nie wie o żadnych awanturach w Harlemie. Pytam go, czy wszyscy biedni w New Yorku są komunistami. – „No sir, – odpowiedział murzyn, – tylko niewielu”. – „A reszta?” – „Reszta to socjaliści” – „A jaka jest różnica między socjalistami a komunistami?” – „No difference, sir”.

Wieczorem w Radio City. Głupi film, ale dobra i z dzikim przepychem wystawiona rewja. Nie jest to bardzo artystyczne, zato znakomite technicznie. Są to jakgdyby świetnie zrealizowane wizje drugorzędnych wizjonerów. W sali mieści się osiem tysięcy ludzi, i wszystkie fotele są zajęte. Radio City, które wygląda tak wspaniale zzewnątrz, w środku zasmarowane jest przez malowidła strasznych kiczarzy. Właściwie gdy się zastanowić, że ta cudowna budowla służy do napełniania miasta wielojęzycznym i kretyńskim wrzaskiem radja, przechodzi przez nas fala lekkiego poirytowania. Na szczęście jest to krótka fala. Człowiek, to maszyna dość delikatna. Trzeba się kontrolować. Nieco zmęczenia, lekka niedyspozycja żołądkowa, i już wszystko na świecie zaczyna się wydawać trochę głupkowate. Wjeżdżam na dach Radio City. Powietrze jest czyste, ale niebo wydaje się mglistą chmurą wobec gwiaździstego przepychu miasta. Państwo pracy Down Town śpi w ciemności. Pali się oszalałym pożarem państwo zabawy. Broadway – mleczna droga New Yorku. Najjaśniej oświecone, choć niezbyt szanowne państwo.

26 września.

Rankiem na zaproszenie mera miasta objeżdżamy wyspę Manhattan miejskim stateczkiem parowym. Najpiękniejszem zjawiskiem dnia jest most George Washington. Cudo techniki współczesnej. Lekkość i gracja, z jaką ten kolos stawia jeden stalowy krok przez cały Hudson, jest czemś nieporównanem. Ten „szpagat” baletowy kosztował miasto sześćdziesiąt miljonów dolarów. Pan prezydent Starzyński, z którym mam honor odbywać przejażdżkę, obiecuje mi odkupić za cały budżet miejski dziesięć deka tego mostu i przewieźć do Warszawy. Niestety, jest dość mglisto, i podróż dokoła Manhattanu nie daje nam pełnego zadowolenia.

Po zjedzeniu śniadania w jakiejś aptece i po zażyciu odtrutki zapuszczam się w dzielnicę żydowską. Mieszka tu w New Yorku mnóstwo Żydów, około dwu miljonów, niewiele mniej niż w całej Polsce. Jest to raczej potężny żydowski Kercelak niż Ameryka. Handlarze starzyzny sprzedają na wózkach najdziwniejsze przedmioty. Siodła i kule bilardowe, kimona japońskie i rosół z makaronem. Wdaję się w rozmowę z Samuelem Walfiszem z Bronx, właścicielem ogromnego stosu różnych przedmiotów. W poszukiwaniu prawdy o życiu ludzi biednych pytam go jak mu się powodzi, czy poprawiło się w Ameryce i czy kryzys się skończył. Pan Samuel odpowiada mi na to propozycją nabycia u niego sztywnego półkoszulka. Nie wiem, czy to jest odpowiedź, ale pytam go o komunizm wśród młodzieży żydowskiej. – „To nie tu – odpowiada pan Samuel. – Komuniści, to pan musi iść na East 14 Street. Ale nie dziś, bo oni są zajęci. W niedzielę popołudniu. Może pan kupi pestki?”.

Rozmowa nie dała mi zadowolenia.

Wieczorem na pokładzie „Piłsudskiego” odbywa się bankiet dla prasy nowojorskiej. Zmuszono mnie do przemawiania, i to po angielsku. Mowa wyszła dość koślawo lecz zrozumiale. Było w niej nawet parę niezłych powiedzeń, ale jedno tylko wzbudziło prawdziwą radość moich amerykańskich kolegów. Mówiąc o naszym nowym okręcie, radziłem żeby się spytali swoich mistrzów olimpijskich, szachistów, których przywieźliśmy z Polski; dodałem, że chociaż chodzili chwilami po pokładzie jak konie szachowe po szachownicy, ale czuli się dobrze. Przeraził mnie nagły wybuch radości, z jakim przyjęto ten średni żart. Cytuję to nie aby się pochwalić powodzeniem w Ameryce, raczej przeciwnie, zamiarem moim jest rzucić lekki cień na moich kolegów amerykańskich. Po paru bardzo zgrabnych przemówieniach ze strony polskiej i amerykańskiej ostatni zabrał głos stary, sympatyczny literat żydowski p. Gottlieb. Przemówienie to było naprawdę wzruszaące. Jest od trzydziestu lat w Stanach Zjednoczonych, słabo mówi po polsku, ale kocha Polskę. Słowem, trochę Jankiel i trochę Yankee. Po przemówieniu Jankiela orkiestra zagrała mazurek Dąbrowskiego, i wróciliśmy do współczesności, pędząc przez Holland Vehicular Tunnel z szybkością stu dwudziestu kilometrów na godzinę.

27 września.

Dziś p. prezydent m. Warszawy jedzie z oficjalną wizytą do mera New Yorku La-Guardia. Korzystam z miłego zaproszenia i towarzyszę p. prezydentowi w tej wyprawie. Różnie już w życiu jeździłem, ale tak nie jeździłem nigdy. Przed nami wali policjant na motocyklu i zatrzymuje cały ruch na ulicach. Przeraźliwy gwizd syreny samochodu policyjnego zatrzymuje auta i budzi sensację wśród przechodniów. Tak się, psiakrew, powinno jeździć po New Yorku. Towarzyszą nam agenci policyjni. Są bardzo uprzejmi i żują gumę. Mają dwie gumy, jedną słodką w ustach a drugą mniej słodką w ręku. Mam wrażenie, że obie te gumy są jednakowo i należycie eksploatowane.

Oczekując na mera, poznajemy panią Battistellę, która z domu nazywa się Lewińska, zdaje się, że jest moją kuzynką a napewno jest sekretarką p. Deutscha, zastępcy mera. Sam La-Guardia jest z ojca Włocha i z matki Żydówki. Żona też Żydówka. Nie wiem, czy i jego sekretarka również nazywa się Lewińska, ale wygląda na to. La-Guardia podobny jest do Napoleona. Ma wyjątkowo małe ręce, na czoło spada mu kosmyk czarnych włosów, twarz blada, oczy żywe i bystre. Pyta prezydenta Starzyńskiego o wrażenia z New Yorku i szybko przechodzi do sprawy dość drażliwej. Czy to prawda, że Polska sprzymierza się z Węgrami i Niemcami? Obecny przy rozmowie p. konsul Kwiecień rozsądnie tłumaczy pokojowość polityki polskiej i wskazuje na mnie jako na okazowego eksportowego polskiego pacyfistę. Obiecuję merowi New Yorku, że zaraz po powrocie do kraju zajmę się uspokojeniem Europy.

Dzięki uprzejmości pani Battistelli dowiaduję się dość szczegółowo o opiece miasta nad bezrobotnymi. Każdy bezrobotny dostaje teraz zasiłek w wysokości 15 dolarów tygodniowo. Jeśli jest zatrudniony przez miasto, dostaje 24 dolary na tydzień. Fundusze potrzebne na to asygnuje w wysokości 50% państwo, a po 25% stan i miasto. Handel opodatkowany jest na rzecz bezrobotnych, i kupując za dolara, dopłacać trzeba dwa centy na fundusz bezrobocia. Bezrobotny otrzymuje więc od trzystu do pięciuset złotych polskich miesięcznie, na mocy nowej ustawy, teraz właśnie wprowadzonej w życie. Miałem możność sprawdzić wielokrotnie, że nie jest to żadna blaga propagandowa. Za te pieniądze można już nie wegetować ale żyć normalnie. Budżet New Yorku jest trzy razy większy od całego budżetu państwa polskiego. Miasto posiada w obecnej chwili pięćdziesiąt miljonów dolarów wolnych. Pójdzie to na zatrudnienie bezrobotnych, ale nie mają pomysłu na rozsądne zużytkowanie tej sumy. – „Może pan ma jakiś pomysł?” – pyta mnie pani Battistella. Jest to żart, ale mam wrażenie, że gdybym się temi sprawami zajmował i miał jakiś rozsądny projekt, wysłuchanoby mnie z całą gotowością. Niedawno pewien nikomu nieznany emigrant rosyjski przyszedł z pomysłem zatrudnienia bezrobotnych artystów. Obecnie stoi na czele specjalnego komitetu i dysponuje miljonowemi sumami.

Podoba mi się to miasto ludzi śmiałych, szybkich i młodych. A przecież -jak wiemy – są oni często zbyt śmiali i zbyt szybcy w zdobywaniu pieniędzy. Jak jest właściwie z temi napadami, kradzieżami, gangsterami i łapownikami? Zadaję śmiało to pytanie. Mówią mi, że w stosunku do ilości mieszkańców wypada tu mniej nadużyć i rabunków niż w Europie. Obecny mer La-Guardia walczy zaciekle z klikami i korupcją urzędów. W jego gabinecie mógłby wisieć napis: „Guardia vous des voleurs”.

Wieczorem jadę windą błyskawiczną na szczyt Empire State Building. Szumi w uszach. Cyfry mijanych pięter wyskakują na zegarze z zawrotną szybkością. Jesteśmy na wysokości 1 250 stóp, co czyni około czterystu metrów. To prawie jak z Kuźnic na halę Gąsienicową. Widać stąd dalekie morze i ogromne płonące wzgórza miasta. Nie wiem do czego porównać ten widok. Obraz ten nie ma nic z widoków natury. Jest sztuczny przeraźliwie i upajająco. Patrzę długo na to miasto z fantastycznych powieści, na tę żywą wizję przyszłości. Głównemi arterjami przebiegają naprzemian linja światła zielonego i czerwonego. To regulacja ruchu. Proste linje „avenue” i przecinające je „street” wypełnione są ruchliwym tłumem samochodów. Zatrzymują się w błysku czerwonego światła i ruszają gdy przeleci dreszcz światła zielonego. Robi to wrażenie zjawiska ze świata elektronów czy może jakichś chemicznych reakcyj w nerwach żywego organizmu. Ludzi stąd prawie nie widać. Wydaje się stąd, że zwierzęta zamieszkujące New York, to samochody. Domy, to wielkie kopce czarnych ruchliwych termitów. Termity błyszczą światełkami oczu i grają muzyką taneczną radja. Mieści się tu oczywiście bar i restauracja. Wszędzie wiszą klatki z kanarkami. Jest to bardzo dziecinne i bardzo amerykańskie. Że niby my jak ptaszki razem z niemi bujamy wysoko nad ziemią. Na niższym nieco dachu Radio City starzy chłopcy amerykańscy urządzili ogrody kwiatowe i warzywne. Poczciwa kapucha, wyhodowana w tych warunkach, kalkuluje się pewnie z tysiąc dolarów za główkę. Dać taką kapuchę z grochem z Rockefeller Center gościom, to byłby szyk prawdziwy! Nie wiem kogoby namówić na ten elegancki pomysł kulinarny. Może się tem zainteresuje znane z wystawności poselstwo sowieckie z Warszawie?

Zjeżdżając nadół, wdaję się w rozmowę z windziarzem. Mówię mu, że jest góralem na wyrywki. Między 98 piętrem a 72 pyta się mnie, skąd pochodzę. Na 35 piętrze dowiaduję się, że windziarz mówi po polsku. Ojciec Polak, matka Kanadyjka. Ten człowiek-pocisk, krążący osiem godzin dziennie między ziemią a niebem, bardzo jest przywiązany do New Yorku. Chwali swą pracę. Zarobek dobry, ale swoją drogą na wsi lepiej. Więcej ruchu.

Antoni Słonimski.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close