ANTONI SŁONIMSKI

Listy z Ameryki
PRZECHADZKI PO NEW YORKU (cz. 3)

28 września 1935.

Ranek spędziłem w muzeum etnograficznem. Dużo tu huculszczyzny indyjskiej, trochę małorosyjskich haftów eskimoskich. Podobieństwo motywów jest uderzające. Różnice zaznaczają się dopiero w ornamentyce Majów i Azteków. Jest to sztuka wyraźnie odrębna i obca nam swą zawiłością, nieczytelnością form i przeładowaniem kompozycji. Muzeum etnograficzne jest bardzo uczęszczane, być może, w związku z modnym teraz snobizmem na pochodzenie indyjskie. Jest to bardzo dobrze widziane, gdy ktoś może się wykazać domieszką krwi któregoś z wymordowanych plemion. Niema snobizmu na pochodzenie murzyńskie. Domieszka murzyńska deklasuje człowieka w Ameryce, ale Indianie to zupełnie co innego. Może dlatego, że Indjanie zostali już wytraceni prawie zupełnie a Murzyni dopiero napoczęci.

Nowy Jork, Times Square, lata trzydzieste (New York Daily News)

Nowy Jork, Times Square, lata trzydzieste (New York Daily News)

Niepowodzenia gastronomiczne skończyły się z chwilą gdy odkryłem potrawę „oatmeal”. Jest to nasza poczciwa kaszka. „Oatmeal” jest znacznie łatwiej strawić niż wymówić. Piszę trzy razy dziennie to słowo na kartce i odzyskuję humor i dobre samopoczucie. Popołudniu zanurzyłem się w życie wielkoświatowe. Drogie lokale odwiedzam tylko na wyraźne zaproszenie tubylców. Amerykanie nie są skąpi. Rytuał spędzania wieczoru w towarzystwie ludzi zamożnych jest niezmienny. Cocktaile, które kosztują kilkanaście dolarów, obiad, który kosztuje mniej niż cocktaile, teatr, który kosztuje więcej niż obiad, i „nigth club”, który kosztuje tyle co teatr i cocktaile mniej obiad. Odpowiedzi na pytanie, wiele kosztuje obiad, proszę nadsyłać do działu rozrywek umysłowych.

Wykwintne lokale amerykańskie są przeważnie bardzo brzydkie. „Persian room” w „Plaza”, gdzie gra najlepsza orkiestra nowojorska, jest ozdobiony ogromnemi malowidłami, które wielkością starają się konkurować z pięknem minjatur perskich. Istotnie są znacznie większe. Amerykanie lubią wszystko co jest największe, najszybsze, najkosztowniejsze. Malowidła w „persian room” są największemi minjaturami świata.

Pisałem już, że gdy się patrzy z wysokości „Radio City” na New York, ma się wrażenie, że mieszkańcami miasta są samochody. Obcując z t. zw. society amerykańską, doznaje się podobnego wrażenia. Spędziłem wieczór w towarzystwie starej Chevrolety ze sztuczną karoserją, młodego Fordziaka i starego majestatycznego Packarda. Celem wieczoru było, zdaje się, wyminięcie starego Packarda i zetknięcie się zderzakami starej Chevrolety z Fordziakiem. Rozmowa była na poziomie trąbienia albo klaksofonu. W gigantycznym hotelu „Waldorf Astoria”, do którego zawieźli mnie ci auto-ludzie, panuje duch dawnej prosperity. Auto-ludzie zapominają tu o kryzysie, o krachach bankowych, i opływają w rozkoszach. Tak mi się początkowo wydawało. Ale zwiedzając hotel, odkryłem dość dziwną salę. W pierwszej chwili miałem wrażenie, że to kino. W kilkunastu rzędach foteli siedzą faceci i patrzą. Zamiast ekranu mają wielką tablicę, na której wyskakują cyfry. Są to notowania wszystkich giełd amerykańskich i europejskich. Po kinie dźwiękowem i kolorowem przyszedł czas na kino cyfrowe. Nie sądzę aby każdy seans kończył się przepisowym amerykańskim happy endem. Mam raczej wrażenie, że są to mimo doraźnej poprawy ekonomicznej komunikaty z frontu klęski. Auto-ludzie, gdy mówią o interesach, tracą spokój i pewność siebie. Ma się wrażenie że wielki kapitał, atakowany zresztą dość kurtuazyjnie przez Roosevelta, nie panuje już nad Ameryką. Potrzeba zmiany, pragnienie reformy jest coraz silniejsze. Stary Packard krytykuje politykę rządu, ale bez wielkiego zapału, bez zajadłości. Powiada mi, że jakikolwiek ustrój przyjdzie w Ameryce, zawsze będzie tu miejsce dla energji i inicjatywy jednostki. Pytam się go o faszyzm. Odpowiada mi, cytując tytuł nowej książki Sinclaira Lewisa „Tutaj jest to niemożliwe”. I znów po dusznym i nudnawym wieczorze, gdy pogodną nocą przechadzam się po Central Parku, patrzę z sympatją na New York. Nabieram wiary w socjalistyczną przyszłość nowego świata. Wiara ta jest trochę podniecona szampanem, którym spoili mnie ostatni przedstawiciele drapieżnego kapitalizmu.

29 września.

Dziś w hotelu po raz trzeci wyprasowano mi ten sam garnitur. Ubranie niepowieszone w szafie biorą do prasowania. W hotelach amerykańskich wszystko jest unormowane. Napisy tłumaczą co trzeba robić. „Tu włóż bieliznę do prania, znajdziesz ją wypraną w drzwiach zewnętrznych jutro o szóstej”. Jeśli gość hotelowy chce aby mu wycięli ślepą kiszkę, ma specjalny worek, do którego wkłada brzuch, i nazajutrz przynoszą mu brzuch bez ślepej kiszki. W hotelu wszystko załatwia się bez kontaktu osobistego. Mam wrażenie, że gdybym kazał przez telefon specjalnej urzędniczce do zleceń przysłać mi baletmistrza, osiem maszynistek i wyżymaczkę, w pół godziny miałbym to wszystko u siebie.

Prawie cały dzień spędzam na zwiedzaniu uniwersytetu „Columbia”. Oprowadza mnie sympatyczny prof. Coleman, slawista, doskonale poinformowany o tem że Wittlin bardzo długo pisał swą świetną książkę i że Zegadłowicz wykropił ostrą powieść. „Columbia”, to potężny kompleks budynków, rodzaj miasta-uniwersytetu. Przed każdym gmachem stoją setki i tysiące aut należących do studentów. Są tu wspaniałe baseny, boiska i place tennisowe. Nawet przygodnego obserwatora uderza tłok na boiskach i straszliwa pustka w salach wykładowych. Dowiaduję się, że nie jest łatwo dostać się do „Columbia”. Trzeba mieć pieniądze, ale jest bardzo dużo stypendjów. Przy braku miejsc pierwszeństwo mają chłopcy czy panny, których ojciec miał wykształcenie uniwersyteckie. Jest to zasada wręcz przeciwna prawom sowieckim. Podczas gdy pochodzenie inteligenckie jest przeszkodą w kształceniu się młodego Rosjanina, w Ameryce jest przywilejem. Wszelkie ograniczenia w zdobywaniu wiedzy są barbarzyńskie, ale metoda sowiecka jest jeszcze głupsza od amerykańskiej. Uniwersytet ma swoje pismo codzienne. Znajduję tam ostry artykuł przeciw Mussoliniemu. Zwiedzam wspaniale urządzone bibljoteki. W czytelniach są specjalnie konstruowane sufity pochłaniające dźwięki. Magazyny mieszczące książki są całe z metalu. Zastanowił mnie tam dziwny przyrząd sygnalizujący, jaką książkę trzeba wysłać pocztą pneumatyczną nagórę. Jest to jakgdyby klawjatura bibljoteczna. Kombinacja klawiszy i numerków. Instrument wymarzony dla Jerzego Stempowskiego. Napewno świetnieby sobie wygrywał najbardziej skomplikowane melodje.

W gmachu uniwersytetu na placach i boiskach snują się tysiące dziewcząt. Bez przesady wszystkie są ładne i zgrabne. Nie wiem, czy to sport czy sok owocowy i mleko, bo jest to kraina sokiem i mlekiem płynąca, ale prawie nie widzi się t. zw. kurduplów. Tę różnicę między starem pokoleniem a nowem zaobserwować można również wśród polonji amerykańskiej. Matki jeszcze z dużem siedzeniem, szerokie w biodrach, niskie, wykarmione kapuchą i kartoflami, a młode dziewczyny smukłe, pięknie zbudowane, z twarzyczkami Liljan Gish. Ten kraj uśmiechniętych Liljan Gish i pięknych, rosłych chłopców wydaje mi się djablo sympatyczny. Gorzej jest trochę gdy się pogada z taką śliczną osóbką. Wtedy się zaczyna tęsknić za rozkudłaną towarzyszką Zajdkin z Łodzi czy Moskwy. Pewna młoda, bardzo piękna osóbka, która skończyła college, rozmawia ze mną o Europie. Jest to Polka bardzo patrjotycznie usposobiona, ale bardzo już zamerykanizowana. Po polsku mówi słabo. Mówimy o Włochach i o Abisynji. Nie lubi Włochów. „Mieszkamy – powiada – w polskiej dzielnicy w Detroit, ale tamoj sporo jest Italców. Naszych je więcej, ale Italjany udają, że polskiego nie znają. Ciekawa jestem czy oni w Europie też tak udają, że nie rozumieją po polsku”.

30 września.

Wczoraj siedziałem parę godzin w sądzie nocnym, ale wynudziłem się piekielnie. Wysłuchałem pięciu spraw – wszystkie o naruszenie przepisów jazdy. Auto-sędzia wydaje wyroki z szybkością piętnastu dni aresztu na minutę. Auto-oskarżony trąbi żałośnie a oskarżycielem jest nie auto ale motocykl czyli policjant. Znacznie ciekawszy jest sąd dla nieletnich, w którym dzięki uprzejmości sędziego Kozickiego spędzam cały ranek. Tu przeważają przestępstwa kryminalne. I znowu jest mowa o samochodach. Dwóch piętnastoletnich wyrostków skradło auto. Jeden jest czarny, drugi Polak. Chcieli się kąpać. Wszyscy chłopcy jeździli na Coney Island, a oni nie mieli auta. Sprawa jest o tyle pikantna, że policjant widział jak skradli auto, złapano ich, przyznali się, ale nie znaleziono właściciela samochodu. Był to stary model Forda z r. 1928 i właściciel podrzucił prawdopodobnie wóz aby nie wydawać na benzynę i nie fatygować się osobiście na cmentarz samochodów. Policjant podnosi rękę, co jest skróconą formułą przysięgi, i zeznaje. Zna obu tych chłopców, bo pracuje już parę lat w tej samej dzielnicy. Wiedział, że to nie ich auto. Ale to chłopcy przyzwoici. Dotąd niekarani. Wymiar kary jest łagodny. Przesiedzą do jutra rana w areszcie i pójdą do domu. Proszę sędziego o parę cyfr. Jaki jest procent Polaków wśród małoletnich przestępców? Niestety, zajmują jedno z miejsc czołowych. Murzyni naogół są uczciwi.

Po wyjściu z sądu włóczę się po dzielnicy chińskiej. Zaryzykowałem zjedzenie jakiejś szarej masy w restauracji „Hoy Gee”. Koszt połączony z nabyciem tej masy był nieproporcjonalny w stosunku do czasu, w którym szara masa pozostawała w moim organizmie. Właściwie restauracje chińskie mogłyby wypożyczać potrawy na czas. Niestety, nie mam pewności, czy tego nie robią.

Po przyjściu do przytomności odwiedziłem na Union Square polską księgarnię w New Yorku. Nie jest to widok zbyt pokrzepiający. Jest to jedyna polska księgarnia nietylko w New Yorku ale na terenie całych Stanów Zjednoczonych. Są pozatem sklepy, które sprzedają prócz sznurowadeł, powideł i pomidorów, również i książki; widuje się takie kramiki w Chicago, ale poważna księgarnia jest jedna. W tej jedynej księgarni na przeszło trzy miljony Polaków pracuje jeden tylko człowiek, i dobrze jest gdy sprzeda jedną książkę na dzień. W ostatnich czasach, jak mnie informuje właściciel, kler jeszcze, jako jedyna klasa zamożna wśród amerykańskich Polaków, daje trochę zarobić. „Czasem jaki ksiądz kupi książkę Boya, i to wszystko”.

2 października.

Wizyta w instytucie Carnegiego. W sekretarjacie siedzi młoda ładna dziewczyna. Na biurku książka o Zacharowie i bukiecik róż. Ach, te czyste dziecinne oczy młodych Amerykanek. W instytucie panuje spokój i nabożna cisza. Starsi panowie siedzą w zacisznych gabinetach, po miękkich dywanach snują się sekretarki, z których każda ma takie piękne dziecinne oczy. Przecież jest teraz wojna włosko-abisyńska. Wydawaćby się mogło, że w instytucie Carnegiego wre gorączkowa praca, że przynajmniej cząstka tej energji, jaką rozwija militaryzm, ożywi refleksem instytucję międzynarodową do współpracy pokojowej. Rozmawiam z siwym, bardzo wytwornym panem, który rozcina nożem z kości słoniowej jakieś wspaniale wydrukowane sprawozdanie jakiejś bardzo dostojnej komisji. Pytam się, czy instytut prowadzi agitację pokojową wśród faszystów i hitlerowców. Rozmówca niebardzo dobrze rozumie moje pytanie. „Och nie, – odpowiada, – to nie leży w naszym zakresie”. Pytam się czy starają się przemawiać do ludzi życzliwie odnoszących się do idei pokoju. „Tak, – odpowiada mój rozmówca, – przedewszystkiem staramy się trafiać do ludzi życzliwie odnoszących się do sprawy sprawiedliwości międzynarodowej”. Opuszczam instytucję, której przeznaczeniem jest agitowanie wśród zaagitowanych, obdarzony wielkiem pięknie wydanem sprawozdaniem z działalności instytutu Carnegie. Kładę książkę na dno kufra. Trochę jest ciężka. I takk mam sporo bagażu, toteż wątpię czy mi się zmieści przy pakowaniu.

W „Public Library” wpadam w nastrój domowy i rodzinny. W pięknym gmachu na Fifth Avenue znajduję w dziale polskim wszystkie prawie moje książki. W jednej z sąsiednich sal jest wystawa grafiki międzynarodowej. Zdaleka poznaję już dwa kolorowe drzeworyty Janiny Konarskiej. Komplet „Wiadomości Literackich” jest prawie w strzępach. Dowiaduję się, że kilkadziesiąt osób tygodniowo przychodzi do bibljoteki specjalnie dla „Wiadomości”. Bibljoteki publiczne w Stanach są bezpłatne. Na frontonie wszędzie można znaleźć piękny napis: „Free to All”. Książki do domów wydaje się darmo i bez kaucji. Pytam się, czy dużo książek ginie. Odpowiadają, że w poprzednim roku zginęło kilkadziesiąt książek. Obecnie wprowadzono wydawanie książek i pism do czytania na powietrzu. W ogrodzie, znajdującym się na tyłach wielkiego gmachu bibljoteki, na ławkach siedzi paręset osób i czyta. Są to przeważnie bezrobotni. Ludzie pracujący nie mają czasu na takie wysiadywanie z książką w ręku. Ameryka czyta niewiele. Nakłady książek jak na sto kilkadziesiąt miljonów najbogatszego kraju świata są śmiesznie małe. Amerykanin czyta gazety i magazyny. Resztę wolnego czasu zabiera mu auto, radjo i kino. Jeśli tak dalej pójdzie, jedyną klasą wykształconą będą bezrobotni. Za parę lat będzie się mówiło: „To jest bardzo wykształcony człowiek; od ośmiu lat żyje z zapomogi miejskiej”.

Śniadanie jadłem dziś w klubie Culbertsona. Każdy, kto gra w bridża albo kto zna kogoś kto gra w bridża, wie kto to jest Culbertson. Jest to wielki teoretyk i mistrz w grze polegającej na tasowaniu i rozdawaniu kolorowych obrazków. Jedzenie jest tam bardzo dobre i niedrogie. Rober, t. j. chciałem powiedzieć rachunek, był z trzech, mimo że były dwa ptaszki. Nie broniłem robra. Zapłacił za mnie bardzo sympatyczny konsul Kwiecień. Konsulem generalnym jest p. Gruszka. W Chicago jest radca Gałązka. Jest w tym pewna nieuchwytna ale miła konsekwencja. Wieczór spędzam w gigantycznem kinie, gdzie pokazują głupi film i nudną rewję. Gdy na ekranie zjawia się ogromna tłusta twarz Mussoliniego, sala syczy na znak protestu. Potem ze srebrnego ekranu mówi czarny cesarz Abisynji. Mówi z trudem i powoli. Podobny jest do widma z bajek wschodnich, które wzywa pomocy i opisuje swe krzywdy. Dostaje brawo, uśmiecha się bezradnie, jakby słyszał te oklaski, i znika. Na płótnie znów ukazują się tanki, samochody pancerne i armaty. Potem zaczyna się wielki film, który uczy poglądowo jak należy napadać na inkasentów bankowych i jak nie należy zostawiać przy trupie odcisków palców na kontakcie elektrycznym. Wracając zmęczony, wstępuję na szklankę soku pomarańczowego do baru na rogu ulicy. Trzy młode dziewczyny i dwu chłopców bawią się dość hałaśliwie w pustym lokalu. Jedna z panienek przylepia złote papierowe gwiazdki do czoła barmanowi. I mnie się dostaje taka gwiazdka. Suną tysiące aut, i każde pędzi w chmurze innej melodji. Ulica jest rozśpiewana. Światła reklam na Broadwayu rażą w oczy. Idę w ścisku, przepycham się do Park Avenue. Tu jest ciszej, i wysoko wgórze widać parę prawdziwych gwiazd.

3 października.

New York ma swój kościół wszechwyznaniowy. W pewnych godzinach odbywają się nabożeństwa katolickie, potem ewangelickie lub żydowskie. Jest to naturalnym wynikiem braku miejsca. Gdy niema dość przestrzeni na wybudowanie trzech czy czterech kościołów, dobrym interesem jest zbudowanie jednego kościoła i wynajmowanie na godziny. Jest to bardzo pożyteczne dla ludzi, którzy nie mogą się zdecydować w wyborze religji. Można sobie pójść na cały dzień, wziąć parę sandwichów do kieszeni i wybrać rytuał najbardziej odpowiedni.

Dziś na Lexington Avenue spotkałem dość dziwny samochód ciężarowy. Był to rodzaj klatki obwieszonej łańcuchami. Na boku samochodu przytwierdzono tablicę z napisem „Georgia Chain Gang Gage”. Murzyn z wielką listą zbiera podpisy między publicznością. Chodzi o stosunki więzienne w stanie Georgia. Murzyn nazwiskiem Angelo Herndon skazany został na dwadzieścia lat więzienia za agitację socjalistyczną. Tak wygląda cela, w której ma być zamknięty. Czy jest kraj, w którym byłyby takie cele więzienne z łańcuchami? I czy jest kraj, w którym możnaby w ten sposób apelować do opinji publicznej? Jedynie w Anglji można sobie wyobrazić podobną scenkę uliczną.

Dzień cały spędzam na Coney Island. Jest to miejsce rozrywek ludowych, rodzaj luna-parku. Jest tu ogromna ilość kiosków z przyrządami do przegrywania pieniędzy. Amerykanie są graczami. Ponieważ hazard publiczny jest zabroniony, grają wszędzie gdzie tylko można grać, choćby wygrana była fikcją. Instrumenty do gry polegają na bardzo prostej zasadzie. Za pięć centów gracz wystrzela dziesięć kulek, które obiegając po tablicy, lokują się w dziurkach opatrzonych cyframi. Gdy suma wynosi więcej niż dwanaście tysięcy, co jest prawie niemożliwe, gracz wygrywa, t. zn. ma prawo do wyrzucenia następnych dziesięciu kulek za darmo. Do tych instrumentów nie można się docisnąć. Drugą specjalnością Coney Island są panoptica. Niema tu mowy o żadnym balaście historycznym. Niema ani Kleopatry z wężem ani umierającego żuawa. Figury woskowe przedstawiają morderstwa bardziej współczesne. Cóż kogo obchodzi konający gladjator? Znacznie ciekawszy jest obraz zatytułowany: „The Killing of John Dillinger” albo „Ridley Cellar”. Jest tam głośne morderstwo dokonane w budce telefonicznej, zamordowanie człowieka w windzie, zastrzelenie przez okno, zarąbanie siekierą.

Aby poznać całość zabaw ludowych, wieczorem po powrocie do New Yorku idę na „Burlesque”. Jest to najordynarniejsze widowisko jakie widziałem w życiu. „Minsky Burlesque”, to spory teatrzyk zapełniony tylko przez mężczyzn. Przedstawienie polega na rozbieraniu się kobiet. Wchodzi dama ubrana w kostjum spacerowy, przechadza się parę razy po scenie i powoli, podśpiewując pod nosem, zaczyna się rozbierać. Gdy jest już zupełnie naga, dostaje brawo, i wchodzi następna. Kierownicy tego teatru nie mają kłopotu z repertuarem.

Nie trzeba sobie jednak wyobrażać, że są to jedyne rozrywki masowe. Ogromna większość chodzi do kin i na t. zw. rewje artystyczne. W „Paradise” albo w „French Casino” można zobaczyć zgrabne i smaczne widowiska. Widziałem w „The Imperial Theatre” bardzo zabawną komedję muzyczną „Jubilee”, w której Amerykanie wyszydzili angielską parę królewską i uroczystości jubileuszowe. Gra znakomita Mary Boland, muzyczka jest świetna i znakomity balet. Amerykanie bardzo lubią śmiać się z tradycyj angielskich, ale jest to satyra łagodna i domowa. Ciosy, wymierzane w tron angielski, przypominają zabawę młodych chłopców przedrzeźniających starą ciocię albo wuja dziwaka. W poważnych teatrach nowojorskich niema nic ciekawego. Żeby zobaczyć prawdziwy artyzm, żywiołowy i samorodny, trzeba jechać do Harlemu. W Cotton Club i w innych małych nocnych klubach pięknie śpiewają i tańczą negrzy. Tańczą nietylko na scenie. Czarny kelner, który przynosi whisky, o czwartej nad ranem idąc przez salę tańczy obłąkanego giga. Na scenie stara murzynka śpiewa „spirituals”, religijne pieśni ludzi poniżonych. Śpiew ten podobny jest do modlitw żydowskich. Jest w nim rozpacz i histerja, dramatyczność i obłęd. Nim skończyła wpadają tancerze o wspaniałych obnażonych torsach. Porywają śpiewaczkę w dziki i pogański rytm taneczny, który dochodzi niemal do zbiorowej epilepsji. Nie można wytrzymać tego tempa. Wychodzę na ulice Harlemu. Jestem zmęczony i podniecony. Na rogu stoi czarny policjant. Na ulicach pełno gazet i śmieci. Ulica już śpi. Ale gdy wracam na Broadway, uderza mnie znowu muzyka bijąca zewsząd. Miasto nie zasnęło jeszcze, i mnie jakoś trudno dziś zasnąć. Siedzę nocą w hotelu i piszę:

Patrz, jak w cienistych, dusznych kanjonach
Tłum niecierpliwy tłoczy się, kłębi.
Prędzej i więcej! wyżej i głębiej!
Aż wreszcie przyjdzie ta upragniona

Muzyka nocą płynąca zewsząd,
Szumi pod ziemią, nad głową lata,
Ulica śpiewa oczami dziewcząt,
Gwiazdami okien woła Manhattan.

Pędzą i szumią, warczą i świszczą
Świecące żuki sunąc po ziemi,
Auta i auta, a ponad niemi
Gwiazdy, a wyżej okna się błyszczą.

Płynie kręg miasta jak planetarium
Rtęcią rozbitą, srebrzystą tuczą
Płonie Long Island, pali się Harlem,
Wchodzące w Hudson okręty huczą.

Gdy nad głowami zszarzałą krepą
Wisi noc ruda, łuną pokryta,
Gdy stupiętrowa pali się przepaść,
O czem tu dumać, serca się pytam.

Można pomyśleć, spytać się, poco
Ta siła pędzi, rośnie, zalewa?
Ach, może poto by taką nocą
Pragnąć ogromu i ciszy nieba.

Antoni Słonimski.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close