ANTONI SŁONIMSKI

Listy z Ameryki
W DRODZE (cz. 1)

15 września 1935.

W Gdyni niema ani jednego wolnego pokoju. Trzeba nocą wracać do Gdańska. Rano jem śniadanie w pustej jadalni hotelowej. Przy sąsiednim stoliku siada wysoki rudawy blondyn. Przy nim młoda ładna kobieta o dość wyraźnym typie semickim. Oboje są smutni, zgnębieni, nie mówią do siebie. Domyślam się, rozumiem całą tę historję. On wyrzekł się dla niej kariery, rzucił posadę, rodzinę i towarzyszy. Ożeniony z żydówką, osiadł tu w Gdańsku, a może jadą dokądś dalej. Jak długo trwać będzie ta miłość? Myślę o ich przyszłości. Opowieść, którą snuję, pryska nagle w sposób nieoczekiwany. Młody aryjczyk zwraca się do kelnera dość poprawnie po polsku: „Prosiłem już dwa razy o „Nasz Przegląd” i coś nie widzę”.

Gdańsk jest pusty i smutny.

/akapit nieczytelny – RetroPRESS.pl/

Transatlantyk MS Piłsudski - (zdjęcie z broszury "Letnie wycieczki morskie 1936 r." - polona.pl)

Transatlantyk MS Piłsudski – (zdjęcie z broszury „Letnie wycieczki morskie 1936 r.” – polona.pl)

W Gdyni gwarno i rojno. Parę dni temu przyjechał pierwszy polski okręt oceaniczny. Dziś wyrusza w pierwszą podróż do Ameryki. Jakiś czerwoniak napisał przy tej okazji, że okręt „Piłsudski” stanął na ziemiach polskich. Nie byłaby to wiadomość zbyt radosna. Na szczęście „Piłsudski” nie „stanął” na żadnym lądzie. Świetnie odbył swą pierwszą podróż i prezentuje się wspaniale. Stoimy wszyscy na pokładzie. Orkiestra gra hymn. Turbiny ryczą. Okręt dygocze. Ruszamy.

16 września.

Miałem pewną tremę co do mego towarzysza w kabinie: zawsze to osiem dni podróży. Kabiny są wygodne i przestronne, ale nieznośny współtowarzysz może być gadatliwy, może chorować na morzu. Okazało się, że mam „szlafkamrata” najidealniejszego jakiego można sobie wymarzyć. Nic nie mówi i nawet nie może się odezwać. Jest nim Zygmunt Nowakowski, który nie pojechał. Jestem sam w kabinie, ale nikomu tego sekretu nie zdradzam. Opowiadam wszystkim, że Nowakowski trochę źle się czuje i dlatego z kabiny nie wychodzi. Zabrałem nawet ze stołu trochę owoców dla Nowakowskiego. Zjadł wszystko z apetytem.

W Kopenhadze stoimy parę godzin. Na śniadanie prowadzą nas do wielkiej sali, w której pomieścić się może dwa tysiące osób. Sala udaje las. Stoją tam nawet całe sztuczne drzewa ze sztucznemi ljanami. Możnaby się tam urżnąć na Tarzana.

17 września.

Mamy wiatr bardzo silny, i statek kołysze się porządnie. Nie choruję na morzu, ale to ciągłe kiwanie się odurza i ogłupia. Nie można się kiwać jak modlący się Żyd przez całą dobę. Może to sprzyja modlitwie, ale nie pracy umysłowej.

19 września.

W Gdyni w natłoczonym bufecie dworca morskiego przysiadł się do mojego stolika młody, chudy i dość obdarty mężczyzna. Powoli jadł zupę. Wytarł pusty talerz kawałkiem chleba. W pewnej chwili wstał od stolika i wyszedł. Zdziwiło mnie trochę takie skończenie obiadu na zupie. Kelner zaniepokoił się nagłem zniknięciem gościa. Poprostu zjadł zupę wartości czterdziestu groszy, parę kawałków chleba i zwiał. Płacąc za swój obiad, kazałem włączyć i te pozycje do mojego rachunku. Djabli wiedzą czemu. Ten młody człowiek jest z nami na okręcie. Złapano go jako pasażera jadącego na gapę. Na naszym okręcie jest około dwustu pasażerów na gapę, ale ten nie był przewidziany w programie. Schował się w kominie. Kominy na statkach motorowych służą głównie do dekoracji, dodają prestige’u okrętom, bo pasażerowie nie mają zaufania do statku o niedostatecznej ilości kominów. Przez całą wielką uroczystość mocarstwową w Gdyni, przez hymny, chorągwie i festony przekradł się ten obdartus szukający na dalekim świecie paru groszy na zapłacenie zupy.

Dziś w nocy mieliśmy potężny wiatr z lewej burty. Wicher jęczał i wył już od wieczora. Nie można zasnąć ani na chwilę. Firanki i zasłony w kabinie chodzą jak duchy. Widma powiewne, kajdanami stalowych kółek przykute do sufitu.

21 września.

Jest piękna pogoda. Morze nie kołysze, i górne pokłady zaroiły się. Mężczyźni oddają się grom sportowym na pokładzie z zapałem uczniaków szalejących na wielkiej pauzie. Kobiety zawsze są bardziej wyrachowane. Jest to okazja do zademonstrowania stroju, budowy ciała i gracji. Zachowują się w podróży jak dobry komiwojażer, który każdemu chętnie, czy kupi czy nie kupi, pokazuje próbki. Jesteśmy bardzo zajęci na okręcie. Rano basen, gimnastyka, a potem pasjonujące rzucanie kółek lub popychanie krążków drewnianych.

Zwiedzamy statek. Trzeba przyznać, że jest on wyjątkowej piękności. Niema tu pretensjonalnego przepychu, ale każdy szczegół urządzenia wnętrza jest przemyślany i zaprojektowany przez artystów. Salon i sale jadalne są rozwiązane znakomicie. Zarówno pod względem architektonicznym jak i czysto malarskim jest to z pewnością jeden z najpiękniejszych okrętów oceanu. Kabiny trzeciej klasy niewiele się różnią od klasy „turystycznej”. Niema tu przykrego kontrastu między wspaniałością pierwszej klasy a nędzą pomieszczeń podpokładowych. Pasażerowie trzeciej klasy mają bary i piękną jadalnię, mają kino dźwiękowe i doskonałą kuchnię. Usługa jest znakomita. W każdej kabinie klasy „turystycznej” są pięknie oprawne drzeworyty najlepszych naszych grafików: Bartłomiejczyka, Krasnodębskiej czy Konarskiej. Ja, niestety, nie mam w kabinie Konarskiej. Mam Bartłomiejczyka.

22 września.

Już za dwa dni New York. Dziś musimy w biurze okrętowem wypełnić wielkie kwestjonarjusze na wjazd do Stanów Zjednoczonych. Wśród wielu dziwnych pytań jest tam parę, które napełniły mnie zadumą i lękiem. „Whether a polygamist? („Czy żyje w poligamji?”). „Whether an anarchist?” („Czy jest anarchistą?”). Ale groźniejsze jest pytanie następne. Urzędnicy Stanów Zjednoczonych pytają, czy zamierzam obalić rząd Stanów Zjednoczonych i czy należę do organizacji propagującej „obowiązek napadania i zabijania bądź wszelkiego rodzaju urzędników, bądź też poszczególne jednostki i przedstawicieli rządu Stanów Zjednoczonych”. Przyznaję, że pomyślałem o zamordowaniu jednego urzędnika. Tego właśnie, który wymyślił ten kwestjonarjusz. Ciekaw jestem, czy zdarzył się kiedy wypadek aby ktoś przyznał się w tej ankiecie, że jest poligamistą, anarchistą i jedzie aby dokonać zamachu na prezydenta Sianów Zjednoczonych.

Mieliśmy dzisiaj próbny alarm. Redaktor Szwalbe i mój przyjaciel Bruno bardzo poważnie wyglądają w ratunkowych pasach korkowych.

Na pokładzie „Piłsudskiego” wieziemy amerykańską drużynę szachistów, która zwyciężyła na olimpjadzie szachowej w Warszawie. Jeszcze im mało. Grają ze sobą całemi wieczorami. Rozmawiałem z Horowitzem. Mają mnie zaprosić na bankiet szachistów w New Yorku. Naturalnie w charakterze pionka.

23 września.

Dzis w południe minęła nas „Normandie”. Zaproponowaliśmy jej radjem mecz szachowy. Kiedy się dowiedzieli, że grać będą mistrzowie świata, oddepeszowali, że mają już za mało czasu. „Normandie” jechała do Ameryki z Cherbourga cztery i pół dnia, ale to była pierwsza pokazowa podróż. Obecnie pokrywa tę przestrzeń w niecałe sześć dni. Wobec tego nasze osiem dni z Gdyni, i to z ośmiogodzinnym postojem w Kopenhadze, jest wynikiem znakomitym.

Już jutro opuszczamy okręt. Mimo całej radości pierwszego w życiu przyjazdu do New Yorku, zawsze trochę żal kończącej się podróży. Zaprzyjaźniliśmy się wszyscy bardzo. Gram z prezydentem miasta Warszawy w krążki na pokładzie. W czytelni okrętowej leżą dwa pięknie oprawione roczniki „Wiadomości Literackich” i „Pologne Littéraire”, ofiarowane linii „Gdynia – Ameryka” przez nasze wydawnictwo. Sam widziałem poważnego generała czytającego „Wiadomości”. Jak widać, zakaz czytania „Wiadomości” przez wojskowych obowiązuje tylko na lądzie.

Postanowiliśmy z Wieniawą aresztować kapitana, wywiesić czarną chorągiew korsarską, skręcić dalej na południe i przez kanał Panamski pojechać w podroż dookoła świata.

24 września.

Już od wczesnego ranka stoję na pokładzie. Dziś około dziesiątej zobaczymy ląd Ameryki. Około południa wjedziemy do New Yorku. Jest to przecież jeden z najpiękniejszych widokow świata. Postanowiłem zrobić pewien eksperyment. Piszę teraz jak sobie tę panoramę New Yorku wyobrażam. Za parę godzin napiszę jak było naprawdę. „Płyniemy powoli w cieniu ogromnych jak skały fiordu drapaczy nieba. Piętrzą się nad nami stalowe gmachy. Bloki domów, jak zębate mury gigantycznej twierdzy, zamykają horyzont. To nie mityczny Babilon ani smutne piramidy, postawione naprzekor mijającym wiekom. To prawdziwy wytrysk siły i entuzjazmu ludzkiego. Erekcja młoda i zwycięska. Wzbiera w nas wiara w genjusz ludzki. Witamy okrzykiem radości to pasmo gór wydźwigniętych rękami ludzkiemi. Wysoko nad najwyższem miastem świata płyną eskadry aeroplanów. Okręty w porcie witają nas rykiem turbin. Wchodzimy na Hudson. Posąg Wolności wita nas wysoko wzniesioną pochodnią. Oto New York”.

A jak było naprawdę? Było bardzo podobnie. Tylko początek był inny. Gdy stałem wczesnym rankiem na przedzie okrętu i zobaczyłem wyłaniające się z lekkiej mgły strzeliste pomniki handlu, wydały mi się podobne do wschodnich obelisków i minaretów. Wydały mi się oderwane od horyzontu jak fata morgana. A potem, gdy okręt stanął daleko od wejścia do portu, jeszcze odczułem to inaczej:

Po ośmiu burzliwych dniach
Rozkołysanych fal nieba i morza,
Oto malutka grudka kryształów,
Graniastych słupków, świecąca w mgłach.
Pianą słoną pokryty
Potwór szalony,
Szumi, szumi ocean.
Roztwór nienasycony.

Antoni Słonimski.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close