Listy z Czechosłowacji (cz. 1)
Praga, caput regni

Od specjalnego wysłannika „Wiadomości Literackich”

Praga, w maju 1938.

Patrzę w ciepły, południowy dzień, z murów Hradczynu, które były niegdyś warowne, na dziwne miasto, które w dziwnym kraju jest stolicą bardzo dziwnego państwa. Żaden naród słowiański nie współpracował tak owocnie z Niemcami – i żaden ich tak nie znosi. Żaden słowiański kraj nie odgrzebywał i nie odczyszczał równie skrzętnie swej słowiańskości pierwotnej spod obcych nalotów – i żaden, nawet zmongolszczała Rosja, nawet zlatynizowana Polska, nie jest w gruncie rzeczy tak mało słowiański. Inne wychodziły z niewoli osłabłe, pomniejszone, zubożałe; ten wyszedł z niej wzmocniony, powiększony, bogaty. Żadne państwo nie wołało głośniej o zasadę etnograficzną przy kreśleniu granic, żadne w Europie nie jest tak jaskrawem pogwałceniem tej wilsonowskiej zasady. Żadne z państw sukcesyjnych Austrji nie pracowało bardziej nad jej zgubą; żadne nie jest tak przerażone jej ostateczną dzisiaj zagładą. Nigdzie nie natrząsano się bardziej nad mozaiką narodowościową monarchji habsburskiej, nad jej skłonnością do dyplomatycznych „combinazione” – i nigdzie też w naszych czasach niema i pod tym względem wierniejszego surogatu Austro-Węgier. Żadne społeczeństwo nie jest tak powszechnie filosowieckie jak to właśnie, a zarazem mało które jest całą swą psychiką bardziej dalekie od kolektywizmu i komunizmu. Pozostali heretykami; przyjmując Stalina, odrzuciliby Marxa.

Góry, chroniące od północy, stworzyły tu miękką oazę śródziemnomorskich lądów, stoki na których dojrzewa wino, aurę w której nie niszczeje tynk starych budowli, trzyma się dobrze marmur pomników. Mimo to, święci i wielcy, wyrośli z tej ziemi, nie odznaczali się gołębią pogodą i sokratyczną uległością. Staromieście, porysowane żyłkami uliczek, otwiera się rynkiem z podsieniami; na nim ciemna plama bronzu; to pomnikowy stos mistrza Jana Husa. Szczyt nowoczesnej szerokiej ulicy zamyka konny posąg św. Wacława. Ten wprowadzał chrześcijaństwo, zginął, ale zwyciężył. Tamten chrześcijaństwo reformował, zginął, wieki się po jego dziele przewaliły bojami, trwa. Sprawy, za które obaj złożyli głowę, były religjne, teologiczne, średniowieczne, ale wparł się w nie już wtedy nurt narodowy: Wacław Niemców sprowadzał, Hus z nimi walczył. Sprawy religijne były różne w X i XV w. Ale sprawa narodowa, współczesna im obu, współczesna jest i naszym dniom. Walka czy współpraca były pytaniem stawianem sobie zawsze na tej ziemi coraz bardziej zalewanej morzem niemieckiem, pytaniem nigdy nie rozstrzygniętem. I niemal wszyscy bohaterowie narodowi kroczą tu dwojakim korowodem: tych co współpracowali i tych co walczyli. Czasem korowód się gmatwa. Przed wojną światową czołowym habsburgofilem był prof. T. G. Masaryk, a Edward Benesz swą pracę doktorską poświęci wykazaniu doskonałości ustroju podwójnej monarchji. A jednak przedział odmierzony w historji postaciami tamtych dwóch męczenników, świętego i heretyka, pozostał na zawsze. Nauczono się czcić naraz obie koncepcje, obu wielkich. Świadczy o tem napis powitalny, którym stolica świeżopowstałej Czechosłowacji pozdrawiała przybywającego z Zachodu, po załamaniu się Austrji, pierwszego prezydenta republiki:

Witeziu, który wjeżdżasz do praskich bram,
Wita cię święty Wacław i mistrz Jan.

Między tamtą, za rzeką, Pragą, a między nami, patrzącymi z wyżyn Hradczynu, przedział ów jeszcze bardziej się zatarł. Tuż u stóp góry, na Małej Stranie, rozsiadły się pałace arystokracji czeskiej – Fürstenbergów i Schwarzenbergów, Waldsteinów i Piccolominich, Kolowratów i Lobkoviców, Thunów i Czerninów. Cały świat baroka i rokoka, dwa wieki fortun magnackich, wyrosłych na gruzach innych, tych potrzaskanych zwycięstwem cesarza Ferdynanda II pod Białą Górą, po którem przedarto „list majestatyczny” swobód czeskich, wysyłano na szafot winnych reformackiego buntu, konfiskowano zamki opornych i rozdawano je swoim stronnikom… Mój Boże, przecież wojna trzydziestoletnia, która podzieliła Europę na dwa obozy wojenne i zniszczyła całe kraje, także zaczęła się od Pragi, od zajść czeskich, od praskich zaburzeń!…

Tyle niemieckich nazwisk tej czeskiej magnaterji pozwalałoby przypuszczać, że Praga jest miastem niemieckiej „góry” i czeskich „dołów”. Ale to nieprawda. Praga nie jest miastem, a Czechy nie są krajem niemieckich pałaców i czeskich poddaszy, niemieckich panów i czeskich robotników. Te katedry, te pałace, te domy patrycjatu miejskiego, i ratusze, i mosty postrojone w posągi jezuickich, barokowych świętych, stawiali także Niemcy. Podział, który przeszedł łatwo poprzez dzieje czeskie, nie daje sobie rady z Pragą. Oto z miejsca, skąd patrzę, patrzy na miasto troje młodych Niemców. Nie muszę szukać oczami ich „białych pończoch”, żeby wiedzieć że są z „Hitlerjugend”. Są to chłopcy ubrani skromnie, o proletariackim wyglądzie, twardo ciosani; nic ich nie łączy z księciem von Schwarzenberg, z grafem Coloredo Mansfeld, z Freiherrem von Waldstein. Gdyby byli socjalistami, patrzyliby na ten świat jak na wrogi i obcy. Gdyby byli narodowcami, patrzyliby na to jak na drobne wysepki niemczyzny, znaczone mitrami i koronami u portyków pałaców. Ale są narodowymi socjalistami, a to połączone wyznanie wiary poszerzyło ich roszczenia. To na co patrzą – to wiekowe pokłady wysiłku niemieckiego, skamieniałe w arkadach katedry św. Wita i mansard pałacu wallensteinowskiego, to twórczość kamieniarza-Niemca, rzeźbiarza-Niemca, budowniczego-Niemca. Patrzą na gmachy ludzi o nazwiskach niemieckich, choć godłach feudalnych. Oto fala dziejowa ich narodu doszła aż tutaj. Oto kamienie milowe jej drogi. Tu właśnie rzeźbiła jedne z najdoskonalszych swych śladów, zakotwiczała się najkosztowniej i najcenniej. A potem odpłynęła stąd, pozostawiając to wszystko, wyparta podskórną, podglebną, naraz tryskającą zewsząd obcą falą. Myślano że tej już niema. Drzemała, sącząc się wąziutkiemi strumykami, cichym szmerem wiejskich rzeczułek, niewielkiemi taflami leśnych odległych stawisk. Naraz podniosła się z powrotem i wlała całym pędem w te przez inny nurt już przejęte łożyska. Młodzi Niemcy tak właśnie muszą dziś patrzeć na Pragę. Tak mogliby patrzeć na Kijów, zwiedzając go, młodzi Polacy.

Puste, olbrzymie, nie kończące się sale Hradczynu służą za rozmijalnię wycieczek. Przechodzą więc, mijając się w drzwiach i przechodach, takie właśnie wycieczki młodych Niemców z Sudetenlandu i chłopów czesko-morawskich. Kraków i Wawel nie są Pragą i Hradczynem. Nie były takie wspaniałe, zniszczały zaś ogromnie więcej. Przeto zachwyt i podziw i pożądanie jest tu niepomiernie większe niż u nas. Przeto ślady przeszłości, nawet przedwiecznej, są świeższe, żywsze. Więcej mówią, silniej działają na wyobraźnię. Czem jest dla tych chłopów słowiańskich, dla tych bab w chustkach, ten cały ogrom? Cokolwiek da się powiedzieć, jest przeszłością ich kraju. Ci zniemczeni Przemyślidzi byli jednak Czechami, a ci niemieccy Luxemburgowie przeżyli w dobrej pamięci pieśni ludowej. Wszystko to stanęło na ziemi legendarnego Czecha i księżniczki Libuszy, ziemi szumiącej niegdyś borem słowiańskim, wsłuchanej w bory, wycięte dziś bez śladu, na ziemi serbsko-miśnieńsko-łużyckiej po Bałtyk, morze bursztynu, po Rugję… Dla chłopa najważniejszem prawem jest prawo ziemi. Dla robotnika, dla syna robotniczego, prawem jest prawo pracy. Przez wielki Hradczyn, niby turyści, snują się wycieczki dwóch narodów i dwóch mów. A zarazem snują się z nimi dwa pożądania, dwa spory, dwa różne tytuły własności.

Byłby prosty i jasny spór między księciem Hohenlohem i chłopem Hładkim: w czasach prawa ludu i prawa liczby takie spory nie trwają długo. Ale spór czesko-niemiecki nie jest sporem między księciem a ludem, dworem a wsią. Jest sporem między dwoma narodami siedzącemi na jednej ziemi, mającemi swych panów i swych chłopów, swych bogaczy i swych nędzarzy. Nie wiedzieć nawet czy nędza sudecka nie ma pierwszeństwa przed nędzą czeskich Moraw. Nie wiedzieć także czy fabrykant obuwia Bata nie jest większym panem pieniądza niż najbogatszy ze Schwarzenbergów albo Lichtensteinów. Nie wiedzieć kto jest większem bożyszczem swego ludu, Benesz czy Henlein. I nie wiedzieć co po obaleniu zasady historycznej, proklamowaniu samostanowienia narodów, trzyma północno-zachodnią połać Czech w obrębie nowoczesnej Czechosłowacji.

Ktoś przypomni że już na wiele lat przed wojną trzeszczało to wszystko. Wrzała walka narodowościowa w starej Austrji, uniwersytet praski był miejscem bojów studentów niemieckich i czeskich, w parlamencie wiedeńskim dochodziło do walk na pięści i laski. To oczywiście jest prawdą. Ale otrzymawszy osobny uniwersytet dla siebie, każda narodowość odchodziła uspokojona, a uzyskawszy dwujęzyczne napisy, zaspokajała swą obrażoną ambicję. Natomiast była cała przeszłość, był ustrój i życie, które to wszystko spinały wtedy i łączyły. Jeśli byli Niemcy w Pradze, to byli i Czesi w Wiedniu, spotykali się razem w Galicji, krzyżowali się z szeregiem innych narodowości. Tworzyli tę całość, którą Palacky nazywał doskonałą, a która łączyła pusztę węgierską i przemysł Styrji, lasy karpackie i wino Dalmacji. Ruch wielkoniemiecki był słaby, z zewnątrz nie podtrzymywany zupełnie. Istnienie obok siebie dwóch państw niemieckich, Wiednia i Berlina, było rzeczą do której przyzwyczaił się i świat i Niemcy, zdawało się to naturalnym podziałem, wyżłobionym przez reformację i kontrreformację, utrwalonym za Fryderyka Wielkiego i Marji Teresy, uszanowanym nawet po Sadowie. Istniało bardzo wiele potężnych racyj, żeby Niemcy sudeccy określali się jako „deutsch-Böhmen” w przeciwstawieniu do „tschechisch-Böhmen” – dwa różnojęzyczne szczepy jednego historycznie kraju.

Krążą po złotem mieście wycieczki, dźwięczy tak samo jak przez tamte stulecia mowa czeska i mowa niemiecka. I Hradczyn niewiele się zmienił, i koronkowy gotyk św. Wita, i na moście Karola na Wełtawie stoją tak samo jak dawniej kamienni święci. Tyle że w większości pałaców na Malej Stranie mieszczą się dziś urzędy Republiki Czechosłowackiej lub obce poselstwa, tyle że orzeł dwugłowy nad bramą Clementinum ma poutrącane, z jesieni 1918 r., głowy i szpony. Ale ta wspólna przeszłość czesko-niemiecka i niemiecko-czeska, zawarta w kamieniach tego miasta, jest coraz, coraz to dalsza. Wspierała się na historji. Ale historję przekreślono w 1918 r. w imię demokracji, a teraz przekreśla ją Hitler w imię integralnego nacjonalizmu. Niema już wielkiego naddunajskiego mocarstwa, gdzie prócz Niemców w Sudetach byli jeszcze Niemcy Austrji i Styrji i Tyrolu i Siedmiogrodu i Burgenlandu i Śląska, nadający ton całej budowie. Znikł państwowy dualizm niemiecki. Zatarto nawet ostrza przeciwieństw wyznaniowych, dzieło Lutra. Jakaż jest więc racja, żeby zwarta trzymiljonowa masa Niemców, zamieszkała u samych granic 75-miljonowego niemieckiego państwa, w epoce plebiscytów, etnografji i smostanowienia, nie miała się doń przyłączyć? Owszem, może być taka racja. Taka racja istnieje gdy chodzi o Szwajcarję, kraj o formacji historycznej, strukturze federalno-autonomicznej, poglądzie na świat demokratycznym. Taka racja mogłaby istnieć i tutaj, gdyby trzy miljony Niemców czeskich z pogranicza stało pod sztandarami demokracji, socjalizmu, konserwatyzmu, czy tradycjonalizmu. Ale nikt temu nie zaprzecza, że niemal całość tych Niemców ogarnięta jest dziś mistyką hitlerowską: „Ein VoIk! Ein Reich! Ein Führer!. W imię demokracji, czy w imię socjalizmu, nie ma się prawa ich zatrzymać; w imię demokracji i nacjonalizmu, zasady samostanowienia narodów, wolno im natomiast odejść. Z pracy Wilsona zbiera dziś plony – Hitler.

Bo też w Pradze, w całem historycznem „Regno Bohemiae”, dzieje się tylko to co współcześnie działo się i dokonało, lub dokonywa i dokona, wszędzieindziej. Niema już dwudzielnej tarczy z Orłem i Pogonią, która sygnowała jeszcze orędzia Romualda Traugutta. Jest tylko etnograficzna republika litewska i nielitewskie Wilno. Niema już ludzi, zwących się z dumą „gente Rutheni natione Poloni”. Są tylko zniżki kolejowe na zjazdy szlachty zagrodowej. Niema już Konstantynopola, wielkiej stolicy Lewantu, klamrą Bosforu spinającej Bałkan z Anatolją. Niema owej resztówki snów papieża i cesarza o imperjum uniwersalnem: monarchji habsburskiej. Cięcia historji idą głęboko; niema już nawet i Wiednia. Całe dziesięciolecia i całe tysiące ludzi pracowało nad tem żeby tak było, nie myśląc o obosieczności idej, niedoceniając ich żelaznej konsekwencji. Jakże się teraz dziwić, jakże chcieć, żeby tutaj, w środku Europy, było naraz inaczej? Morze niemieckie zbyt ogromnie oblewa ten kraj. Rzesza czuje zbyt wyraźnie że ma już tu swoich. Każda mapa Niemiec uczy ponadto, że pomiędzy Wiedeń, Berlin i Wrocław, wciśnięto tu bastjon, grożący im wszystkim, wparty jakby u nas pomiędzy Kraków, Warszawę, Lwów. Napór niemiecki będzie się cofał, może być hamowany, może przywarować. Tak Napoleon III odwlókł o kilkanaście lat zabór papieskiego Rzymu, tak na parę lat uchronił się przed Hitlerem Wiedeń. Ale zbyt wiele jest sił które działają przeciw, zbyt są rozmaite, zbyt potężne. Zbyt wiele nagromadzono tu prochów. Trzebaby kataklizmów dziejowych, żeby te rzeczy odwrócić. Kataklizmów jak wojna światowa. Kataklizmów jak wojna trzydziestoletnia, która narodziła się tu, w tem mieście, w taki sam majowy dzień, temu lat trzysta dwadzieścia, rozpoczęta zaburzeniami w Pradze. I jeszcze! Kataklizm może te rzeczy raczej przyśpieszyć, niż wstrzymać.

Ludzie którzy w czwartem dziesięcioleciu w. XX zachowali jeszcze nerw historyczny, sens przeszłości, pociąg ku wielkim, przez dzieje wytworzonym, ale adoktrynalnym i alogicznym całościom, są nawet w Anglji rzadkością, a poza nią – zupełnemi wyjątkami. Demokracja i nacjonalizm mają pełne i równe prawo widzieć w nich zacofańców. Komunizm i faszyzm mają rację, że ich tępią bezwzględnie. Mimo to, możemy być pewni, że instynkt ten i poczucie, nieuświadomiane, tkwi w bardzo wielkiej ilości ludzi w Europie. Dlatego Anschluss, dawno przygotowany, logiczny, jednak tylu zdziwił, dlatego sprawa Sudetów traktowana jest powierzchownie, mimo swej brzemienności w następstwa. Nie możemy tych przemian wstrzymać; umiemy tylko ich kroków nie słyszeć. Oto skolei przybliżyła się godzina Pragi czesko-niemieckiej i niemiecko-czeskiej, wielkiego wspólnego dzieła genjuszu Słowian i Germanów, Pragi zwanej złotą, Pragi uniwersytetu i Golema, Luxemburczyków i Jagiellonów, husytów i jezuitów, gotyku i baroka. Pokłońmy się jeszcze, Europejczycy, nowemu dziełu historji które wstąpiło na szafot polityki, które już może staje przed wylotem armat. Spójrz na te swoje ziemie, ziemie twojej korony, święty Wacławie, patronie Regni Bohemiae! Ich granice może jeszcze utrzymać siła, fortyfikacje, zbrojenia, armje. Ale żeby przywrócić całość duchową tych ziem, nanowo uczynić je jednością, nanowo wspólnotą, na to za słaba jest dyplomacja, i polityka, i ugody, i groźby, i mobilizacje. Na to potrzeba dziś cudu.

Ksawery Pruszyński.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close