Listy z Czechosłowacji (cz. 10)
O czas Św. Wojciecha

Od specjalnego wysłannika „Wiadomości Literackich”

Słucham kazania, które w wiejskim, podgórskim kościele wygłasza młody ksiądz czeski do swoich czeskich owieczek. Kościół, na zewnątrz dość niefortunnie odnowiony, wewnątrz zachował całe piękno starych i prymitywnych budowli drzewnych. Podobne wnętrza, wsparte o potężne pnie, jakby zaledwie obłupane z kory drzewnej, odnaleźć można w cerkiewkach na Huculszczyźnie i kościołach kraju Basków, w kirchach Jutlandji i kapliczkach nad Dryświatą; architektura, podobnie jak drzewo, jest tam jedna, choć świątynie różnym służą obrządkom a modlitwy w różnych szeptane są mowach. Musiało być wiele takich właśnie kościołów w dawnej Polsce, drewnianej do niedawnych jeszcze czasów, i wtedy taki czeski kościołek podgórski z Walaszczyzny odnalazłby podobne sobie aż za Nidą i Przemszą.

Kazania wiejskiego słucham z niespodzianą i pomieszaną radością. Przedewszystkiem rozumiem każde słowo i sens każdego zdania. Po paru tygodniach wędrówki po Czechosłowacji, lektury książek i pism czeskich, zdaje się że przedziera się nagle niezrozumienie, jakie tak długo leżało między mną, Polakiem, a tą mową, tak do polskiej podobną i tak bardzo odmienną. Słowa, które padają z kazalnicy mają nie tylko ten sam co polskie dźwięk, ale nabrały naraz szczególnej jasności i zwięzłości. I jeszcze dostojności i piękna. Jest to dostojność posuwista, powolna, nagle uderzająca w silniejszy i żywszy ton, potem rozpływająca się znowu w szerokim, polonezowym geście. Istotnie w tej mowie, którą – gdy zadźwięczała w kazaniu -rozumieć poczynam do ostatniego słowa, jest coś z poloneza, poloneza jakiego znamy z muzyki Ogińskiego i Chopina, poloneza którego barwy przekazały nam drzeworyty Stryjeńskiej i wiersz mickiewiczowski. Ale gdy się wsłuchać jeszcze uważniej, zaczynają uderzać dźwięki i słowa twardsze, surowsze, którym już brak jedwabistej miękkości safjanowych butów, połysku adamaszkowych kontuszy i dźwięcznej lekkości ozdobnych karabel, które są raczej jak te pnie drzewne, od stuleci strop kościoła podpierające, niegdyś puszczy pod Radhostem wydarte. Spadają czasem z chrzęstem jaki musiało wywoływać cięcie ciężkim, stalowym mieczem. Napływają coraz to liczniejsze, i pokost polonezowy znika.

Ale w tej chwili zaczynam rozumieć co w tem czeskiem kazaniu było dla mnie, Polaka, takie piękne, tak bardzo przejmujące: to nie tylko to że tu wreszcie rozumieć zacząłem mowę, niby naszej krewniaczą a właściwie tak bardzo daleką. To to jeszcze że jest to mowa jaką mówiono i pisano w dawnej Polsce. Najwyraźniej jest to mowa Mikołaja Reya i Biernata z Lublina, Piotra Skargi, a zwłaszcza Jakóba Wuyka. Jest to mowa sejmików i konfederacyj, koncyljabulów i zebrań zbiorowych, mowa kół rycerskich i kazań sejmowych. Czasem na Śląsku, jak bursztyn w brudnej ziemi, błyśnie takie jedno dawne słowo w potoku żywej mowy. Czasem i tu, w ziemi czeskiej, wpląta się słowo, staropolskie, jak sądzićby można, w artykuł dziennikarski, w targi straganiarza. Ale są to wszystko paciorki rozsypane bezładnie, pogubione i gubiące się coraz bardziej. Dopiero w kościele odnajduje się je wszystkie, starannie nanizane na ten sam sznurek, niemal bez przerwy idące jeden za drugim. Niema co: język czeski, jakiego używa się w kościele, jaki jest mową litanij i części liturgji, jest niemal identyczny z językiem staropolskim.

Człowiek z radością słucha tego kazania, wyciosanego ze słów starych, których u nas już niema, jak ten kościół wyciosano z pni jakich już niema w lasach radhoszczańskich. Zawsze jest radością móc odnaleźć, choćby w najstarszych, najbardziej dawnych czasach, coś co łączyło, co tworzyło jedność. Przecież to co tkwi w samem rdzeniu osobowości polskiej, – za złe uważane czy za dobre, – katolicyzm, wzięliśmy z Czech. Ten pierwszy wielki prąd duchowy, pierwszy prąd intelektualny i cywilizacyjny, jaki wlał się w puszcze nadgoplańskie i nadodrzańskie, wyszedł z Moraw, Czech i Śląska. To stąd kluczyli ku nam lasami dziwni agitatorzy, uczniowie owych wpółlegendarnych świętych, Cyryla i Metodego, którzy tu na Radhoście zburzyli posągi boga pogańskiego Radhosta i aż tutaj szerzyli Słowo Boże. To stąd szedł ów pierwszy agitator na ziemiach które stawały się Polską, pierwszy męczennik polski, Wojciech – aby aż w Prusiech śmierć znaleźć i w Gnieźnie w chwale spocząć. To stąd wyszła pierwsza kobieta w dziejach Polski, matka Chrobrego, Dąbrówka, stąd szli mnisi, księża, zakony, uczeni, i pod ich wpływem nasz bezładny miąższ pogański kształtował się i krzepł, spajał w państwo i nie dał się zetrzeć na miazgę jak sypki świat Słowian połabskich. Jakżeż zrozumiale i proste, że między mową naszych i ich kościołów musiało istnieć bliźniacze pobratymstwo. Jakżeż niedziwne że aż po wiek XVI, wiek gdy Jagiellonowie panowali w Pradze, nasze mowy strzelały jednym pniem podgórę i dopiero potem rozwidliły się w dwa różne wierzchołki. Dziś tej dawnej jedności trzeba szukać w starych wiejskich kościołach, tam gdzie księża mówią swoje kazania mową niepotoczną, językiem zamarłych ksiąg. Więc może katolicyzm? Ale ten naród odszedł od katolicyzmu, którego był u nas pierwszym apostołem, i katolicyzm, który nas z nim łączył najpierw, teraz raczej dzieli, raczej stwarza przegrody.

To są nacjonaliści husyccy. W tem określeniu tkwi wszystko. Tkwi w tem i pewien duch rewolucyjny, duch buntu, który w najbardziej bogatym, burżuazyjnym Czechu wywołuje niespodziane, niezależne nawet od obecnego interesu państwa, sympatje dla wszystkich ruchów rewolucyjnych świata, aż do bolszewizmu, aż do anarchizmu. Tkwi w tem pewien duch pracowitości, mrówczej, pszczelnej, chłopskiej, zorganizowanej i karnej, a przecież indywidualnej. Tkwi w tem i pewna dbałość o rzeczy i sprawy materialne, przesuwanie ich na plan najpierwszy, zabieganie o nie najskrzętniejsze, rys tak podobny do psychiki protestanckiej: a czyż Hus nie był poprostu uczniem Wicleff’a, prekursora reformacji? Jest to jakieś pomieszanie elementów różnorodnych, ale silnych, plon ujemnych, ale też i dodatnich skutków materjalistycznego poglądu na świat, nieuświadamianego sobie czasem, powszechnego zawsze. To jest naród Sancho Pansów którzy szukają korzyści. To jest naród Szwejka, który – wbrew fałszywej opinji polskiej – bynajmniej nie był tchórzem, lecz tylko, żeby się bić i ryzykować życie, potrzebował pewnej racji, a tej mu monarchja austro-węgierska nie mogła i nie umiała dostarczyć.

A i katolicyzm czeski, który w tym świecie odradza się powoli, który nie jest tu powszechną wiarą narodu, ale żywą wiarą jego nieznacznej części, katolicyzm niewątpliwie wartościowy, zbliżony do francuskiego, przypomina zawsze jansenizm. Nasz trąci modernizmem. U nich „ratio”. U nas „spiritus”. U nich bliższy Baskom z Bilbao. U nas bliższy karlistowskim „Requetes”. Wiele, wiele, zmieniło się od czasów gdy św. Wojciech, agitator Boży, szedł przez puszcze wiślańskie i noteckie, gdy na zwaliskach bałwanów słowiańskich kazali uczniowie Cyryla i Metodego, gdy dwaj legendarni bracia, Lech i Czech, spotkali się w borach i miejsce spotkania na znak przyjaźni i wspomnienie doznanej radości nazwali Cieszynem. Odmieniły się nawet nurty obu mów, z jednego przecież wypływające morza. Tylko w liturgji kościelnej, w mowie kazań i litanij, zakrzepły słowa, dziś sprawiające wrażenie odświętnych, jak stare ornaty i dalmatyki, jedynie na wielkie doroczne odpusty wydobywane z szaf zakrystyjnych. Jesteśmy jak dwa okręty żaglowe które z jednego wypłynęły portu, ale potem pod różne wiatry nastawiały żagli. Jak bracia którzy w różnych krajach do różnych chodzili szkół. Wychowanie rozdziela to co łączy wspólnota krwi. Historja jest wychowaniem narodów. Historja odmienia nawet mowę bratnim ludom. A historja już się nie wraca, ani się jej nie odrabia: niemasz dawnej, przedwielowiecznej wspólnoty czesko-polskiej, jak niemasz słowiańskiej Miśni i borów szumiących nad Odrą.

I podczas gdy ludzie wkoło mnie klękli i modlą się w kościele nieprzetłoczonym, pustawym, pachnącym tymiankiem i macierzanką, kadzidłem i potem ludzkim, taniemi perfumami kobiet i woskiem świec żółtych, zastanawiam się jeszcze czy u nas i u nich rośnie coś co dawne przymierze odnowi i czas św. Wojciecha przypomnieć i wrócić potrafi? Zdawałoby się że tak. Tyle razy tłumaczyliśmy to sobie, że głębokim psychicznym powodem, który dzieli Czechów od Polaków, jest szlacheckość naszego społeczeństwa, chłopskość i mieszczańskość ich. W takim jednak razie bliski powinien być dzień gdy poza mową czeskich kościołów i pana Reya odnajdziemy wspólny sens słów tych samych? Nasze społeczeństwo ma w sobie coraz mniejszy procent ludzi szlacheckiego pochodzenia na czołowych stanowiskach -rządy, literatura, życie umysłowe, wszystko to coraz żywiej przechodzi w ręce ludzi nowych, takich, zdawałoby się, jak ci tutaj. Proces więc, który stworzył nowe Czechy, trwa już i w nowej Polsce. Ludzie, których u nas wyniesie na czoło, powinni łatwiej dojść do porozumienia z ludźmi, których tutaj już wyniósł od paru dziesięcioleci. Czy tak jest? Czy tak będzie? Czy proces społeczny, który odbywa się obecnie w Polsce, który niewątpliwie odsuwa nabok dawną warstwę szlachecką – burzy psychiczną przegrodę między nimi a nami? Czy wróci nam jeszcze czas św. Wojciecha?

Otóż, jeśli chodzi o Czechy, wielki prąd społeczny, który właściwie je odnowił i stworzył, da się ująć w trzy różne, współczesne sobie etapy. Po pierwsze, położył kres kierowniczej, wyodrębnionej i uprzywilejowanej roli, jaką pewna klasa, feudalna, szlachecka, odgrywała tu przez szereg wieków. Po drugie, czerpiąc ze wsi, wyłonił parę nowych zupełnie klas społecznych, wielką i małą burżuazję, warstwę robotniczą, wolne zawody. Po trzecie, tego co raz usunął, niczem nie zastąpił. Podział społeczeństwa na klasy, które słuchają, i klasę, która rządzi, istota społeczności szlacheckiej, przeciwieństwo społeczności demokratycznej, został skasowany na dobre i na trwałe. Nie sposób dziś powiedzieć np. że mieszczaństwo czeskie zajęło miejsce jakie tu niegdyś posiadała szlachta. Swój wpływ na rządy sprawuje ono wespół z drobnomieszczaństwem, wespół z robotnikiem, wespół z bogatym i niezależnym chłopem. Rzecz jasna, i tu wytworzyła się pewna elita rządząca, złożona z góry partyjnej, z władz syndykatów i związków zawodowych, ale elita nieliczna, niestała, łatwo podlegająca zmianom personalnym, częstym i wielkim. Warstwy rządzącej niema, tworzenia jej nie widać. Zdaje się że to właśnie zasadniczo odróżnia Czechy od przemian społecznych, odbywających się w Polsce, i że to właśnie może kiedyś odegrać wielką rolę jako przeszkoda w porozumieniu polsko-czeskiem.

Byłoby bowiem trudno określić proces społeczny, dokonywający się obecnie w Polsce jako identyczny z procesem, którego rezultatem są dzisiejsze Czechy. Wprawdzie tu, – powiedzieliśmy, – podobnie jak w Czechach, rola dawnej warstwy kierowniczej, szlacheckiej czy ziemiańskiej, uległa, ulega wciąż i ulegać będzie dalej, coraz pełniejszemu zanikowi. Jeśli jednak chodzi o proces tworzenia się nowych klas społecznych, zwłaszcza w tym stopniu w jakim to działo się w Czechach, musimy powiedzieć że w niczem nie przypominamy tego kraju: mieszczaństwo nie rośnie u nas wcale, drobnomieszczaństwo – w bardzo małym stopniu, warstwa wolnych zawodów jeśli powiększa się, to bardzo nieznacznie, klasa robotnicza tak samo. Rosną jedynie w sposób naprawdę znaczny dwie klasy społeczne. Warstwa urzędnicza, ugóry, po miastach. Klasa bezrolnego i – co gorzej jeszcze – bezrobotnego proletarjatu wiejskiego, udołu, na wsi.

I wreszcie, jeśli o obecnych Czechach możemy stwierdzić z tym samym obiektywizmem, z jakim pisaliśmy o niemieckości Sudetów, że są krajem gdzie na miejsce dawnej warstwy rządzącej nie postawiono żadnej nowej, to o Polsce współczesnej przy najlepszej dobrej woli powiedzieć tego nie można. Powstała, powstaje jeszcze, osobna warstwa społeczna w Polsce, dla której nie znajdziemy odpowiednika w Pradze. Warstwa nieproporcjonalnie liczna w stosunku do funkcyj jakie spełnia; warstwa niezależna od innych klas i ogółu społeczeństwa; odgrywająca przemożną rolę w akcie wyborczym; wyłaniająca spomiędzy siebie wszystkich rządzących w Polsce: stająca się de facto coraz bardziej zamknięta. W przedwojennej cesarsko-królewskiej Galicji, rządzonej przez konserwatystów krakowskich, ilość słuchaczy uniwersytetu synów chłopskich była procentowo znacznie większa niż w przedwojennej Rzeczpospolitej. Proces zamykania się nowej klasy rządzącej jest zatem procesem rozpoczętym. Posunęliśmy się nawet znacznie dalej niż sądzimy, w tworzeniu nowej szlachty.

Może ktoś podważyć tezę że warstwa urzędnicza w obecnej Polsce upodabnia się i zajmuje miejsce warstwy szlacheckiej dawnej Rzeczypospolitej. Można wskazać że jest to warstwa licząca dziś zgórą miljon ludzi. Że w jej szeregach znajduje się cała rzesza o biednem, wprost nędzarskiem, uposażeniu. Że po zniesieniu pragmatyki służbowej, zagrożony wyrzuceniem z szeregów urzędniczych, przeciętny urzędnik jest istotą nieszczęśliwą, wystraszoną, zahukaną. Że istnieją olbrzymie różnice – uposażeń, tytułów, władzy – między górnemi dziesięciu tysiącami a szarą bracią urzędniczą. Ale żeby wysunąć takie zarzuty, trzeba nie znać struktury dawnej warstwy rządzącej w dawnej Rzeczypospolitej i wyobrażać sobie naiwnie że każdy szlachcic miał wieś, dwór i hajduków. Trzeba nie wiedzieć że była to najliczniejsza chyba na świecie warstwa szlachecka, że jeśli liczyła w swych kadrach garstkę magnatów potężniejszych niż udzielni książęta niemieccy, to liczyła i biedaków, nędzarzy, hołyszów i golców zaściankowych, poddanych owym możnym panom, uległym prawu które istniało dla małych muszek a nie działało przeciwko możnym bąkom, uzależnionych od magnatów, posługujących im w wyborach sejmikowych i trybunalskich, w zajazdach na sąsiadów, w prawem i lewem. Trzeba nie wiedzieć jak często za szumnym tytułem szlachcica kryła się bieda i zależność nie mniejsza niż u współczesnego urzędnika XII kategorji. Jeśli co przypominało kiedy dawną szlachtę Rzeczypospolitej, to tylko nowa szlachta nowej Rzeczypospolitej. I oto jak rosnąć zaczyna dalej dystans czesko-polski. Oni przestali być szlacheccy. My zmieniamy tylko szlachty.

Możnaby snuć i snuć w nieskończoność analogje, bynajmniej nie budujące, między dawnym a nowym „narodem szlacheckim” Rzeczypospolitej. Dlaczegóż ta nowa Polska, Polska urzędnicza, tak skora do pomiatania Polską „szlachecką”, wykazuje tak szlacheckie niedołęstwo, nieporadność, kosztowność i marnotrawstwo, w tylu dziedzinach życia gospodarczego, do których się pali ale w których tak knoci? Czy nawet w jej stosunku do chłopa nie odnajdziemy tu analogij, tego samego protekcyjnego, zawsze wyższego, stosunku, tego samego rozstrzygania zamiast niego o nim? A czyż wielkie plany o „gospodarstwach zespołowych” nie narzuciłyby na wieś nowej urzędniczej sieci? Czy w stosunku do produkcji przemysłowej, nie kontrolowanej przez urzędników lub wprost przez nich nie prowadzonej, nie istnieją uprzedzenia i podejrzenia kubek w kubek podobne innym z XVI i XVII w.? Czyż nie mamy nietykalnych jurydyk i przywilejów gospodarczych, stwarzających faworyzowane warunki dla faworytów władzy, czyż nie mamy przywilejów zawodowych – jak były stanowe? I czy warstwa, która się tworzy i od reszty odgradza, nie jest de facto dziedziczna?

*

Koniec mszy przerywa rozmyślania. Na dworze świeci słońce, lesisty Beskid mgli się w parnem powietrzu. Radhost, wielka góra, gdzie pierwsi misjonarze chrześcijańscy strącili pomnik pogańskiego bożka, wspólnego Germanom i Słowianom, sterczy nad krajem swym ciężkim garbem. – Tak więc nie widaćby już było ścieżek, na których mogliby się spotkać nanowo dwaj bracia co się rozeszli, Czech i Lech? Tak więc to co nas i ich dzieliło najgłębiej, bo psychicznie, odnawia się u nas i trwa. No, ale gdy ten proces dojdzie aż do końca? Co stanie się kiedyś, gdy w tym końcu naszego procesu staną nawprost siebie urzędnik i chłop, bezrolny mimo wszelkich reform? Gdy już będą tylko ci dwaj? Czy ten będzie stał zawsze, z czapką w ręku, zmiętą pokornie, pańszczyźniany? Zawsze? Dalej? Wciąż tak samo? Jeszcze bardziej, bo jeszcze silniej wzięty w kluby? Myślę że nie.

Ksawery Pruszyński.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close