Listy z Czechosłowacji (cz. 2)
Akt pierwszy: mobilizacja czeska

Od specjalnego wysłannika „Wiadomości Literackich”

Praga, w maju 1938.

Po dn. 12 marca 1938 r. Czechosłowacja przeżyła okres największego niepokoju od czasów wojny. Kilkakrotnie jej protesty udaremniły powrót Habsburgów, Anschluss, austrjacko-niemiecką unję celną, utrzymując przy życiu małą republikę związkową. Przeceniono Habsburgów, niedoceniono Hitlera. Aż pewnego wieczoru wojska niemieckie wkroczywszy znalazły się pod Linzem, a nazajutrz w Wiedniu. Rzesza powiększyła się o siedem miljonów Niemców. Trzy miljony innych Niemców, rozmieszczonych w Czechosłowacji, głównie na pograniczu, zafalowało gwałtownie.

Rozpoczął się najgorszy okres z tych kilkunastu tygodni. Praga, niczem Schuschnigg, pytała Paryż i Londyn. Poprzez interpelacje w parlamentach rzucała pytanie:

– Czy będziecie nas bronili?

Było to zaraz po Anschlussie. Odpowiedzi, które wówczas padły, były w najwyższym stopniu wymijające:

– Jeśliby Czechosłowacja była bezpośrednio zaatakowana, – wywodził ówczesny minister spraw zagranicznych Francji, Paul-Boncour, – Francja automatycznie przyjdzie jej z pomocą. Ale jeśliby wypadki zaczęły się od zaburzeń wewnętrznych, poddamy najpierw sprawę pod orzecznictwo Ligi Narodów.

W r. 1938 nawet w Pradze autorytet Ligi Narodów nie jest murowany. A wszystko wskazywało na to że wypadki mogą się zacząć właśnie od zaburzeń wewnętrznych. Dawne partje niemieckie Czechosłowacji stopniały, głosy niemieckie skupiła hitlerowska Sudeten-Deutsche Partei, obóz Henleina.

Ale jeśli marcowa odpowiedź Francji nie była uspokajająca, to angielska wypadła znacznie gorzej. Było jasne że klucz sytuacji leżał w Anglji: polityka zagraniczna Francji jest coraz wyraźniej uzgadniana z opinją Londynu. A niestety, odszedł właśnie Eden, nastrojony antyhitlerowsko, ugodowy zaś premier Chamberlain odpowiedział:

– Podpisane przez nas traktaty obowiązują nas do obrony Portugalji, gdyby uległa obcej napaści. Mamy podobny traktat z Egiptem. Pozatem jednak nie jesteśmy zobowiązani do obrony nikogo…

W Sudetach ziemia paczęła palić się pod nogami. Praga zapytała wręcz Paryż i Londyn:

– Co zatem robić?

Odpowiedź była bardzo angielska:

– Szukajcie modus vivendi z Henleinem i waszymi Niemcami! Żądają autonomji? Dajcie im jak najszerszą autonomję! Ostatecznie sami przyznajecie że jest to kraj etnograficznie niemiecki niemal w stu procentach. Róbcie jak my. Daliśmy autonomję dominjom, Irlandji, Irakowi nawet wolność, i mamy spokój…

Praga mogłaby darmo przedstawiać że Sudety to nie Irlandja, ani dominja, że tuż obok jest morze niemieckie, wzmocnione niedawnym dopływem Austrji, szumiące i wzburzone. Że niemieckość podpływa niemal pod Pragę, gdy tamto wszystko jest dalekie od Londynu. Ale wyczuwała że i tak właściwą wolą Wielkiej Brytanji jest nie dać się wciągnąć w te sprawy. Jedyne co nastąpiło, to olbrzymie wzmożenie zbrojeń angielskich i francuskich. Lecz i ten moment narazić zaostrzył tylko sytuację: stało się jasne, że za dwa lata zbrojenia niemieckie zostaną prześcignięte, a zatem, jeśli się na coś decydować, to teraz.

Wrzenie w Sudetach rosło. Domaganie się autonomji stało się powszechne. Jednocześnie podnieśli to żądanie Słowacy. Ruszyli się Węgrzy. Odezwali Polacy. Nie mniej cały ciężar sprawy leżał w Sudetach. Naprężenie wzmagało to że nikt nie znał planów Hitlera. Czem będzie dla niego autonomia Sudetów? Rzecz jasna, tylko etapem. Ale w jakim kierunku?

Tego w Pradze nie wiedziano, tego dziś jeszcze nie wie nikt. Przez czas jakiś publicystyka angielska i czeska wywołały z niepamięci stanowisko Bismarcka. Twórca „drugiej Rzeszy” mógł po Sadowie wcielić Sudety do Niemiec. Wszak byli za tem i generałowie niemieccy, i Moltke, i król pruski. Mógł i potem rozbić Austrję, zagarnąć jej ziemie niemieckie. Tymczasem w polityce Berlina był właśnie tym który usunąwszy wpływ Wiednia z Bawarji i Południa, nie zużytkował jednak pangermanizmu austrjackiego. Na stworzenie jednej niemieckiej całości państwowej nie poszedł. Dopuścił do istnienia na południu imperjum niemiecko-węgiersko-słowiańskiego, obok zjednoczonych przez siebie Niemiec.

– Jeśli Sudety uzyskają autonomję jakiej żądają, – wywodzono przypominając te stare dzieje, – państwo czeskosłowackie stanie się tworem poddanym wpływowi Niemiec. Wprawdzie terytorjum Trzeciej Rzeszy nie powiększy się o stoki Gór Kruszczowych i Olbrzymich i o północne Morawy, a liczba jego mieszkańców o trzy miljony Niemców. Ale zato te trzy miljony, pozostając, wraz z żyjącymi w rozproszeniu innymi Niemcami, w granicach Czechosłowacji, będą oparciem dla stałej kontroli Berlina i w Pradze i w Bratysławie i aż po Karpaty. Czyż to nie jest znacznie cenniejsze? Czyż nie byłby to krok godny drugiego Bismarcka?

Ale o to chodzi że Hitler nie przypomina Bismarcka. Nie rozumuje jak tamten kategorjami historycznemi. Rozumuje kategorjami krwi, mowy, ziemi. Nacjonalizmu. Miał niechęć do dawnej Austrji, właśnie za jej mieszaninę niemiecko-słowiańsko-węgierską. Jego ideałem jest niemiecki monolit narodowy, zjednoczony w jednem państwie, w szeregach jednej partji, w służbie jednej idei.

I stąd groziło że autonomja, ku której szły Sudety, będzie tylko etapem w przyłączeniu tego kraju do Rzeszy. Powoli, pokojowo, sprawy zmierzały po tej drodze.

*

W piątek, w nocy z 20 na 21 maja, Czechosłowacja wykonała kontratak. Przeprowadziła mobilizację jednego rocznika, powołała pewne techniczne siły. Około 80 000 ludzi wciągnięto do szeregów. Kilka dywizyj rzucono w ciągu nocy na granice.

Powodem mobilizacji były przesunięcia oddziałów SS po stronie niemieckiej.

Ale oddziały SS nie są jeszcze armją, lecz siłą policyjną partji, zresztą jeszcze w ciągu ranka następnego dnia przyszło zaprzeczenie Berlina i stwierdzenie, że żadnych kroków wojennych nie przedsiębierze.

Zaprzeczenie to wyprzedziło wszystkie inne wypowiedzi i demarsze. Jednak gdy Niemcy zaprzeczyły pogłoskom wojennym, a Czechosłowacja okazała swoją gotowość obrony, wszędzie pośpieszono jej z pomocą. Rozpoczęły się rozmowy ambasadorów i ministrów, interwencie Anglji, Francji, wypowiedzi prasy. Nastąpił zwrot stanowiska rządów. Ostatecznie nie było już wątpliwości, że sprawy czeskie nie potoczą się jak w Austrji.

I niewątpliwie nagłe posunięcie Pragi odniosło dyplomatyczny sukces nad Berlinem. Sukces jednocześnie na różnych polach!

Okazano sprawność i gotowość mobilizacyjną Czechosłowacji. A co do tego, istniały na Zachodzie wątpliwości.

Przerwano rokowania międzynarodowe w sprawie sudeckiej, rzucając podejrzenia że Hitler prze do nowych kroków wojennych.
Poruszono przeciw Niemcom opinję pacyfistyczną świata.

W przededniu częściowych wyborów wzmocniono tem akcje wyborcze Benesza, lewicy i konsolidacji dokoło zagadnienia obrony państwa.

W dwa dni po niepokoju, Niemcy byli wściekli. Czesi promienieli. Prasa antyhitlerowska wołała głośno o porażce Hitlera.

*

Jak zaś sprawa wygląda?

Otóż Hitler niewątpliwie doznał porażki, i sprawa się niewątpliwie odwlekła. Ale przez to samo zagadnienie sudeckie, zagadnienie trzech miljonów Niemców w Czechosłowacji, przy samej granicy Rzeszy, nie przestało istnieć. Zagadnienie samo raczej zadrażniło się jeszcze bardziej.

Tak więc wtargnięcia nie było. Strzały ze strony niemieckiej nie padły. Tylko nad ranem 21 maja, w dniu mobilizacji czeskiej, dwóch Niemców sudeckich spod Eger, na pograniczu niemieckiem. jadąc motocyklem nie usłuchało wezwania czeskiego strażnika. Ten strzelił, zabijając obu. Jedyne trupy były więc trupami niemieckiemi. I ruch hitlerowski, w uroczystym pogrzebie, postanowił te trupy pokazać światu: widzicie, to nie myśmy strzelali.

Taki miał być sens manifestacyjnego pogrzebu w Eger. Tym pogrzebem skończył się akt pierwszy pojedynku Berlina i Pragi. Zakończony pomyślnie dla Pragi.

 

Ksawery Pruszyński.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close