Listy z Czechosłowacji (cz. 3)
Kraj w którym podnoszą rękę…

Od specjalnego wysłannika „Wiadomości Literackich”

Praga, w maju 1938.

O Eger, czyli Cheb po czesku, mówią mi broszury niemieckie, czeskie, francuskie, propagandowe. Ale na długo przed nimi wszystkimi przyszedł tu ktoś dostojny i wielki, rzucając reflektory poezji na małe sudeckie miasto. Był to Friedrich Schiller. W jego „Śmierci Wallensteina”, w akcie czwartym, tak rozmawiają ze sobą słynny kondotjer wojny trzydziestoletniej i mieszczanie egerscy:

WALLENSTEIN: Byliście niegdyś wolnem miastem. Widzę, że macie orła w herbie. Czemuż tylko pół?

MIESZCZANIE: Byliśmy niegdyś wolnymi członkami Rzeszy. Ale od dwustu lat miasto zostało zastawione czeskiej koronie. Stąd pochodzi że mamy tylko pół orła. Jego dolna część jest opieczętowana, póki Rzesza nas nanowo nie wykupi.

Jest pewien średniowieczny tragiczny komizm w tej sytuacji miasta zastawionego przez jedne państwo drugiemu, miasta któremu opieczętowano herb, podobnie jak w w. XX zajmuje komornik szafę albo komodę. W naszej epoce manipulacyj kredytowych taki tytuł nie wygląda niewzruszenie. Wypadek – poza omyłką co do lat dwustu – jest najzupełniej autentyczny. We wczesnem średniowieczu był Eger wolnem miastem Rzeszy i marchją pograniczną. Był wianem Adelajdy, małżonki Barbarossy, który tu wzniósł zamek i przebywał w nim nieraz. Gdy upadła potęga Hohenstaufów, zagarnęli Cheb czescy Przemyślidzi, jako ich krewniacy. Ale prawnie miasto było dalej członem Rzeszy. Dopiero wiecznie bezpieniężni, słabi cesarze, zastawiają kolejno miasto królom czeskim wzamian za pożyczki. Najpierw czyni to Adolf nassauski, potem odkupuje je Albrecht II. Ale przychodzi Ludwik bawarski; znany golec, zastawia w 1322 r. wolne miasto Eger wzamian za sumę 20 000 marek koronie czeskiej. Jak widzimy, dobre to były czasy dla pożyczek, acz nie tak dobre, jak wtedy, gdy roczna opłata Czech na rzecz cesarza wynosiła 300 tucznych wołów. Ludwik bawarski obiecuje wprawdzie solennie swym poddanym egerskim że ich niebawem wykupi. Ale już wówczas nie dotrzymywano traktatów; to „niebawem” miało trwać w każdym razie do r. 1938…

Juryści królestwa czeskiego w swoisty sposób dali sobie radę z herbem miasta, na którym cesarski orzeł niemiecki przypominał zbyt niewygodnie tytularnego właściciela. Trudno go było zastąpić Białym Lwem: średniowiecze okazywało szczególną drażliwość na punkcie cudzych herbów i niejedne wojny wybuchały na tem tle. Czescy juryści wynaleźli zatem sposób, który pozostanie prawdziwem curiosum kancelaryjnej dyplomacji i biurokratyzmu w heraldyce: opieczętowali tarczę miasta. Istotnie, dolna połowa herbu wygląda jak poprzeczna krata wąskich pasków papieru. Tak uczyniono istotnie, i odtąd ogon i szpony orle trwają pod banderolą. Nic się nie zmieniło od czasu gdy Wallenstein pytał o to mieszczan Egeru.

Zresztą nie zawsze stosunki średniowieczne były tak niemiłe dla miast: jeśli Eger patrzy z pewnym rankorem na swego opieczętowanego orła, to sąsiednie Asch wspomina z żalem dobre czasy średniowieczne. Przechodząc mniejwięcej w tym samym czasie co Eger pod władzę korony czeskiej, uzyskało pożyteczny przywilej zwalniający je po wsze czasy od wszelkich podatków. „Wsze czasy”, ku rozgoryczeniu miasta, trwały jednak niecałe pięćset lat: w r. 1805 kamera cesarsko-królewska dowęszyła się przywileju i rozciągnęła na zacofane miasto wszystkie błogosławione skutki nowoczesnego systemu podatkowego. Na samej północy leży wallensteinowskie księstwo Friedlandu, które w największym zamęcie wojny trzydziestoletniej zaznało niebywałego rozkwitu; wielki wódz chronił swe włości lepiej od stolicy cesarskiej i uczynił z nich centralę dostaw do armji! Jako pan feudalny i właściciel sporządzał tu buty i odzież, kuł konie, gromadził żywność i wszystko to skupywał potem jako generalissimus cesarski! Jak widać, nie wszystkie ziemie sudeckie miały tak smutne wspomnienia, co Eger…

Dziś jak dawniej leży Eger nad granicą państwową Rzeszy i Czech: zaledwie kilka kilometrów dzieli je od granicznych szlabanów. Aż poza Eger sięga granica polityczna i geograficzna ziemi czeskiej. Ale granicę etnograficzną, tę która tyle znaczy w dzisiejszych czasach, pozostawiliśmy daleko za sobą. Trzeba długo jechać na Wschód, trzeba minąć Karlsbad, dziś Karlove Vary, żeby stanąć w kraju mieszanym. Trzeba jechać jeszcze dłużej nim staniemy na ziemi rdzennie czeskiej. Eger nie jest jedynie miastem o przeszłości niemieckiej, zastawionem do czasu Czechom za 20 000 marek. To nie tylko miasto jest tu niemieckie. Niemiecka jest tu wieś. Kiedyś w kraj skąpo zaludniony wdarły się zastępy kolonistów niemieckich. Nie natrafiły tu nawet na ów opór, jaki stawiano Niemcom na Śląsku czy w Prusach Wschodnich. Kraj był jeszcze puszczą. Wychodzimy za miasto, wyjeżdżamy na wieś, wspinamy się od szos drogami polnemi ku domom na sfalowanych zielono wzgórzach. Oficjalna statystyka czeska, która cały ten pas pograniczny określa jako niemiecki w przeszło 80%, nie myli się wcale. Nie tylko miasto, wieś przedewszystkiem jest tu niemiecka. Chłop, który spod Eger przychodzi na targ, chaty które wieńcem rozłożyły się wokoło miasta, wszystko to jest niemieckie – niemieckie od czasów Barbarossy. Kościoły i stare domy w rynku są niemieckie: ich wysokie dachy, kryte czerwoną dachówką, poprzebijane kilkunastoma okienkami mansard, są niemieckie jak w sąsiedniej Bawarji. Jest to miasto dramatu Schillera i miasto gdzie zakończył się dramat największego kondotjera dziejów: Wallensteina. W tym domu miejskim, gdzie jest obecnie muzeum, zamordowano go w chwili gdy spustoszywszy w imię Habsburgów i reakcji katolickiej Niemcy, stawał się groźny: gromadził wojska i pieniądze, kumał się z protestantami. Czy chciał, przerażony spustoszeniem, położyć kres walce religijnej? Odbudować katolicko-protestanckie, niemiecko-czeskie królestwo św. Wacława? Wokoło niego zrzeszyć inne, wojną zniszczone, wojny mające dosyć, ziemie niemieckie? Nikt nie wie: tajemnicę zabrał z sobą na zawsze. W dziedzińcu muzeum wmurowano kilkanaście kamieni nagrobnych. Gruba ksieni w habicie mówi swój pacierz różańcowy, rycerz w hełmie klęczy przed wizerunkiem Matki Boskiej, herby rycerskie i napisy gotykiem. Ani jednego czeskiego. Niemieckie i łacińskie. Wśród nich trzy żydowskie. Są jak tamte omszałe i zwietrzałe, nieczytelne i zatarte. Byli tu niegdyś Żydzi. Dzisiaj ich niema. Lapidaria z zaoranych kirkutów sterczą w sąsiedztwie zamodlonej ksieni i średniowiecznego rycerza. Pokój nastał między nagrobkami.

Pokoju niema w mieście nad dwoma trumnami, które dziś wrócą się ziemi. Miasto jest w wielkich, czarnych chorągwiach: w rynku olbrzymi katafalk cały w czerwieni i w czerni. Tłumy gromadzą się pod staremi, średniowiecznemi domami. Drogami tłumy płyną do miasta. Z kaplicy cmentarnej wyrusza kondukt dwóch trumien przesłoniętych sztandarem „Sudeten-Deutsche Partei”: to ci chłopi spod Eger zastrzeleni przez strażnika czeskiego owej mobilizacyjnej nocy. Wszyscy pozdrawiają się ukłonem hitlerowskim. W mieście widać tylko paru zakłopotanych policjantów. Porządek utrzymują „ordnerzy” – straż porządkowa partji. Obok policjanta kierującego ruchem stanął młody chłopak w szarej koszuli, z odznaką partyjną i opaską. Obaj dają sygnały i znaki. Podwójna sygnalizacja jest symboliczna, ale sprawna. Olbrzymi przypływ ludności, rowerów, samochodów, pieszych, kieruje się jak odmierzona śluzami rzeka. Wielkie ognie przed katafalkiem w rynku płoną jak na autodafé. Naród czeka jak na widowisko: wszystkie ręce podnoszą się dogóry. To wmaszerował oddział honorowy niosąc dwa jednakowe wieńce świerkowe. Na każdym z nich „godła wodzowskie” i napis: Adolf Hitler.

Wmaszerowuje za nimi cały kondukt. W szarych mundurach, w pierwszej czwórce, Henlein, poseł Frank, i dwaj oficerowie Reichswehry: attache wojskowy i lotniczy Niemiec w Pradze. Imieniem kanclerza Rzeszy składają wieniec oficerowie. Wychodzą na trybunę która tworząc jedno z katafalkami wznosi się wysoko nad nie, niemieją w czasie przemówień. Kolejno trzej mówcy występują na mównicę żegnając zabitych. Ognie płoną, las sztandarów w czerni skłania się i podnosi, milczenie wielkie, las podniesionych rąk. Słowa o ziemi i krwi, i prawie do tej ziemi, o walce i bezprawiu, o krzywdzie i nadziei, pulsują z głośników przez tłum. Dwukrotnie zrywa się burza. I zaraz, zgóry, skinieniem ręki, wtłacza się z powrotem w piersi: porządek nie zostanie zakłócony. Wobec alarmów świata trzeba pokazać, że w Sudetach Niemcy nie wywołują zaburzeń. Dynamit nagromadzony mowami, pochodem, trumnami, podniesionemi wysoko nad Eger i tłum, ogniami płonącemi jak przy stosach germańskich – teraz nie wybuchnie! Jego ładunki pozostaną w piersiach tych ludzi. Zostaną rozniesione do tych domów, starych i miłych, przytulnych i sielankowych, które zwysoka, wąskie, jakby wspinając się na palcach, spoglądają ponad głowami tłumów na dziwne widowisko. Zostaną rozniesione poprzez te pola, sfalowane górzysto, do wiosek i zagród nad wolno płynącem Eger. Będą tam czekały rozkazu. Wzmocnią dynamizm ruchu.

Spektakl bowiem i obrzęd nowej niemieckiej wiary, mający w sobie coś z Hollywood a coś z Walhalli, coś z reżyserji kina a coś z pragermańskiej obrzędowości, wtłoczył się w ramy znane nam dobrze ze starych sztychów niemieckich, z dekoracyj do „Fausta”: w typowe niemieckie „Städtchen” siedemnastowieczne czy osiemnastowieczne. Wyrosła tu niegdyś pierwsza Rzesza, pierwsze, średniowieczne, federacyjne, rozbite na księstwa, wolne miasta, hrabstwa i marchje, imperjum niemieckie. Ominęło je drugie, hohenzollernowskie, bismarckowskie. Przychodzi teraz dynamiczne trzecie. Tamto czyniło wrażenie drobnej rzeczułki, sączącej się powolnym nurtem, niczem owo Eger, opływające miasto kapryśnemi skrętami, podobnie i leniwie. Przywodzi to na myśl wielki, potężny prąd, który naraz otworzył sobie śluzy i ujścia, prze naprzód, drogą najprostszą, pogardzając wybiegami, łamiąc opory: groźna powódź. Czarne chorągwie, chwiejąc się na domach, rzucają czarne cienie: krwawy katafalk czerwieni się krwią świeżą, w tem mieście spatyniałem i spłowiałem od stuleci. Tam gdzie była śmierć Wallensteina, pokryta mchem legendy i pleśnią poezji, weszły teraz tryumfalnie inne świeże śmierci, połączone nie ze szczękiem halabard ale z warkotem motocykla, nie z ciosem rapierów ale ze strzałem karabinowym. Była legenda wielkiego wodza, księcia Friedlandu: teraz wzniesiono tu trumny dwóch Volksgenosse i chłopów. Goethe zamieszkał w tamtym domu, a w tym znowuż Schiller: tamten dom, dla odmiany, był pierwszym lokalem hitlerowców sudeckich. A ten znowuż -drugim. Historja nie przestała przepływać przez rynek, woda maleńkiej rzeczułki sączy się tak samo polnemi zakosami, jak za Adelajdy i Barbarossy. Tylko takim prądem nie płynęła tu jeszcze nigdy fala ludzka, przez tysiąc lat pokorna, przyziemna, cierpliwa, worywająca się tu niegdyś w puszczę, wrębująca nowinami w las, zastawiana i zmieniająca panów, okładana kontrybucjami przemarszów, płacąca zawsze komuś jakiś haracz.

W oknie starego domu, staruszka o wyschłej niemieckiej twarzy wyciąga prosto rękę. Przede mną w tłumie rysują się karki młodych chłopców, w szarych kurtkach, które tu są mundurem: karki parobczaków, młodych robotników z przędzalni, prężące się po żołniersku, żołnierskie. Mizerne dziewczyny obok, przestały się dawno uśmiechać: i te twarze są napięte, skupione, przejmujące wyrazem. Przeszła tędy mistyka, budząca dawne mistyczne tęsknoty, zmiatająca to wszystko drobne, miłe, śmieszne, gemütlich, które zastała na drodze. Mistyka poderwała z tych miasteczek i chat pragnienie pozostania sobą, lęk przed tem aby Eger nie stał się naprawdę Chebem, aby kiedyś ostatnim śladem tysiącletniej niemieckości pogranicza nie były te kamienie nagrobne, wydarte zaoranym cmentarzom i zniszczonym kościołom, kamienie o napisach gotyckich.

Ale lęk ten był przedwczesny i daremny: przeszły feudalizm i czasy cesarskie, runęły zamki, niema Habsburgów. Pozostała ludzka masa. Wokoło burgów i kościołów, których dziś niema, które stoją puste, kraj pokrył się ludzkim rozsiadłym pnączem. Pnącz począł dziś żyć. Był dotąd przywalony historją. Teraz chce tworzyć i stanowić i decydować. Masa ludzka zbiegła się tu na godziny pogrzebu, teraz odpływa z powrotem, ku osiedlom fabrycznym i miasteczkom, domom rzuconym gdzieś u stóp gór i na skraju lasów, dolin któremi przed lat tysiącem przenikał w te strony dziewicze pierwszy osadnik niemiecki. Rozlewa się znowu po kraju. Jeszcze silniej utwierdzona w swej woli pamięcią tych dwóch ludzi, złożonych do grobu w Eger.

*

Jedziemy popołudniu samochodem przez kraj sudecki, zakosem na Karlove Vary, do Pragi. Nazwiska niemieckie na domach i szyldach, niemiecka mowa wszędzie, hitlerowskie powitania wszędzie. Ręce podnoszą się jak wiechy graniczne, jakby ten chłopak na drodze, zapytany o drogę, jakby ta dziewczyna, ta baba, ten ponury, milczący chłop, zatykał oto wobec cudzoziemca wiechę graniczną w grunt który orze, w ścieżkę która się wije przez jego pole, w miedzę która to pole łączy z polem sąsiada. Droga opływa miasteczka stare jak Eger, z ruinami wysokich zamków, albo wpada w doliny gdzie po obu stronach drogi huczą tartaki i wznoszą się kominy fabryczne, w świat przemysłowy, robotniczy, proletarjacki. Potem znów przejeżdżamy jakieś wsie dalekie, jakieś domy samotne na skraju lasów. Krajobraz się zmienia, zmienia się praca ludzi, zmienia ich wygląd. Jedno pozostaje niezmienione: mowa i ukłon.

Staje się to aż męczące, dręczące, uporczywe. Majaczy jakimś zbiorowym uporem, który naraz ogarnął ludność całego kraju. Istny amok. Aż wreszcie ręce przestają się podnosić: mowa czeska, imiona czeskie na szyldach. W tym kraju mieszanym o przynależności do jednego z dwóch narodów mówi nie nazwisko, ale imię. Doznajemy uczucia ulgi. Z każdym kilometrem kraj staje się teraz coraz bardziej czeski. Jeszcze gdzieś jakaś ręka podniesiona z uporem. I naraz, przed lasem, wielka tablica: „Fotografować nie wolno!”. Poprzez drzewa, z obu stron drogi, majaczą kontury jakichś budowli, nie budowli, okopów jakby, kazamat. Na drodze wojsko. Zatrzymują samochód, sprawdzają papiery. Wszystko bardzo uprzejmie i bardzo dokładnie. Znowu tablica, znowu las, znowu coś przegląda jak fortyfikacje czy umocnienia. Znowu zatrzymanie. I jeszcze raz. I jeszcze. Gdy nasz samochód ciężko bierze górę, stacza się drogą karawana kilkunastu olbrzymich ciężarówek. Motory huczą głucho, samochody przykryte są brezentem. Już przedudniły, spadając w dolinę. Wjechaliśmy w pas wielkich umocnień. Na pograniczu kraju, gdzie podnoszą ręce, wyrosły przyszłe pozycje bojowe. Wystarczyło jednego alarmu z pogranicza żeby wszędzie tutaj zjawiły się pułki, stanęły działa, pod możliwością obstrzału znalazły się drogi.

O tem, o tej woli oporu, wie dzisiaj cały świat. Ale nikt nie wie o tem tak dobrze, nie ogląda tego tak zbliska, jak ludzie z Sudetów. Czterdzieści miljardów koron poszło w ciągu paru ostatnich lat na zbrojenia i umocnienia. Wzgórza zamieniły się w forty, lasy kryją okopy z betonu. Dla ludzi z Sudetów jest jasne że w pierwszym dniu wojny ich kraj stanie się polem walki, będzie tem czem Szampania w r. 1916, Wogezy w 1917, czem są dziś okolice Madrytu, Teruel, Huesca. Spłonie na wielkim stosie najstraszliwszej wojny technicznej wieczorny spokój Egeru, sielanką się wyda nie tylko wspomnienie wojny trzydziestoletniej, ale i światowej. Runą spokojne domy miasteczka. Padną wieże kościołów, pomniki niemieckiego budownictwa. Zdziesiątkuje się po kilkakroć pogłowie ludzkie. Nigdzie w tej chwili tak dobrze o tem nie wiedzą, jak właśnie w Sudetach. Każda ręka podniesiona w ukłonie faszystowskim, każdy głos oddany w wyborach na partję Henleina, czyni bliższą i realniejszą możliwość wojny, która ani na chwilę nie została przecież zażegnana. Każdy kto tak głosuje, każdy kto tak podnosi rękę, wie o tem, że przybliża godzinę gniewu Bożego nad tym krajem. Wie o tem dziś lepiej niż kiedykolwiekindziej. A jednak ją podnosi.

*

Podziwiam w całej pełni czeski wysiłek wojskowy. Wśród pokoju pamiętali o tem że może przyjść dzień próby. Umieli armję wyposażyć we wszystkie zdobycze techniczne, umieli rozwinąć życie gospodarcze kraju tak wspaniale, że pomnaża ono po kilkakroć szczupłe skądinąd siły liczebne tego narodu. A wreszcie trudno jest Polakowi nie czuć że jest to jednak wysiłek słowiański przeciwstawny wysiłkowi niemieckiemu. Trudno nie czuć, że tu jest przecie wolność, a tam wielki, stłoczony kolektyw, gdzie jednostka żyje tylko jako cząstka, ułamek całości. A jednak! Za wzgórzami które mijamy, pokryte fortami, poryte podziemiami umocnień, został kraj który w pierwszym dniu wojny o swe losy spłonie jak wielka prochownia. Jeśli kiedy stanie się częścią Niemiec, to przeszedłszy przez piekło huraganowego ognia. A przecież wszyscy w tym kraju -starzy, dzieci, kobiety – wszyscy podnosili tam ręce i glosowali, i mieli na nasze pytania zawsze tę samą odpowiedź, i byli jednomyślni mimo tych armat, okopów, wojska i wojny. I kładą swoją wolę samostanowienia, niewątpliwą, wyraźną, w kraju w którym od lat tysiąca żyją zwartą masą ludności, wpoprzek owych armat. Wolno o nich powiedzieć: naród ogarnięty szałem. Wolno o nich powiedzieć: samobójcy. Nie sposób im odmówić wielkości.

Robi się ciemno gdy zaczynają połyskiwać światła Pragi, gdy wjeżdżamy w miasto. Znikły podniesione ręce, usunęły się w cień fortyfikacje, warty, memento wojny. Z dalekiego Eger majaczy już tylko wspomnienie owej schillerowskiej rozmowy mieszczan z Wallensteinem, czekających cierpliwie i pokornie aż Rzesza niemiecka wykupi ich spod zastawu koronie czeskiej, i kiedy z herbu miasta odpadną paski pergaminu, któremi opieczętowali go przed sześciu wiekami kanceliści hradczyńscy… Jakie to dawne czasy! Jakie to wszystko trudne.

Ksawery Pruszyński.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close