Listy z Czechosłowacji (cz. 4)
W krainie małych ludków

Od specjalnego wysłannika „Wiadomości Literackich”

Praga, w czerwcu 1938.

Deszcz uderza o szyby pociągu, który od Eger i Karlsbadu wspina się ku górze, równolegle z Górami Kruszcowemi, który potem, równomiernie z Olbrzymiemi, spadać będzie wdół aż ku Śląskowi, Morawom, Beskidom. Przez szybę migają wielkie sosnowe lasy i kępy osad fabrycznych. Skojarzenie przemysłu i przyrody, Łodzi i Karpat, obce naszemu krajowi. Czasem wychyli się stacja kolejowa o napisie dwujęzycznym, czasem przydrożny Gasthaus, już tylko jednojęzyczny. Ludzie mówią po niemiecku. Wsiadają niscy, brodaci, ćmią fajki wielkości lasek, rechocą między sobą dobrotliwie a niezrozumiale. Czynią wrażenie krasnoludków.

Nie byłoby w tem nic tak bardzo dziwnego. Jeśli Czesi i Niemcy spierają się z sobą o to który naród wcześniej zapuścił się temu lat tysiąc w nieprzebyte puszcze Czeskiego Lasu, to sprawa ta w legendzie ludowej i bajce dziecinnej jest oddawna i bezspornie rozstrzygnięta: najpierw mieszkały tu krasnoludki. U nas opowieść o narodzie małych ludków, grzebiących się w podziemiach, rozkopujących góry, złośliwych i uczynnych, jest towarem importowanym. To nie jest nasza legenda. Tego nie opowiadano nigdy po chatach chłopskich nad Wisłą, Bugiem czy Gopłem. To przyszło najpierw do „pańskich dzieci” razem z niemiecką „Fraulein” i francuską „mademoiselle”, wyprzedzając poprawne książki pani de Ségur, née Rostoptschine. Toteż nasze legendy o krasnoludkach są mętne, i dzieci im nie wierzą: jest tam mowa o jakichś górach, jakichś lasach, jakichś pieczarach i strumieniach. Tymczasem fantazja sudeckich opowiadaczy zaludniła krasnoludkami konkretne góry i lasy: oto na tej właśnie drodze do Graslitz, dziś wyasfaltowanej i dudniącej samochodami, krasnoludek przeprowadzał Marysię. To na tamtej górze, jak kopiata misa, krasnoludki odbywały swe narady. A znowu tam, o dwadzieścia kilometrów dalej, krasnoludki pochowały swoje skarby. Wszyscy o tem wiedzą. Można widzieć jeszcze pieczarę, w której je ukryły: wstęp kosztuje jedną koronę. Pozostał tam ślady rozkopywań; najlepszy dowód że wszystko jest jak w bajce, że naprawdę zły olbrzym z Gór Olbrzymich łakomił się na skarby skrzętnych, małych ludków. Ale choć rozkopywał i rozkopywał, nic nie pomogło, nic nie znalazł. Bo krasnoludki, jak wiadomo, są mądre, bardzo mądre. I odszedł zły do tych swoich Riesengebirge, za Reichenberg… I wreszcie nie wie się doprawdy, czy to ludzie z Sudetów przypominają czasem dawnych krasnoludów, czy to poprostu nasz obraz krasnoludków urobiliśmy sobie nawzór tutejszych ludzi?

W górach tedy siedziały krasnoludki, i nie było nikogo. Ta ostatnia część historji bajecznej jest zgodną z prawdą. Plemię czeskie wczesnego średniowiecza siedziało w żyznych dolinach koło Pragi. Inne plemiona niemieckie i słowiańskie – po tamtej stronie gór. Ludzi było mało, lasów wiele, czegóż miano szukać w niedostępnych górach i niedostępnych, na górach, lasach? Dopiero rozrodczość plemion frankońskich i saskich pchnęła tu zastępy kolonistów. Dopiero żywa działalność pierwszych Przemyślidów sprowadziła tu Niemców. Trzeba znać historję czeską by zdać sobie sprawy że nie było żadnej dynastji słowiańskiej, żadnego słowiańskiego państwa tak germanofilskiego jak Przemyślidzi i pierwsze państwo czeskie. Koronę otrzymali od cesarza; obecny herb państwa Biały Lew jest darem Barbarossy za pomoc wojenną. Jeśli w wielkim sporze średniowiecza, cesarsko-papieskim, rzymsko-germańskim, Polska brała z reguły stronę papieża i Rzymu, oni trzymali się Niemiec i cesarza. Była to mądra polityka: sprowadziła na ziemie czeskie wielki prąd cywilizacyjny, który znaczył swoje przejście zakładaniem miast i klasztorów, placówek oświaty i kultury rolnej, budową kamiennych zamków i wspaniałych katedr. Była to polityka mądra, bo na pustoszach bezpańskich osadzała lud pracowity, ogromnie wówczas rozrodczy, dający robotnika i rekruta, trzebiący lasy i sadzący winnice. Ale była to polityka krótkowzroczna, bo zalała na zawsze część kraju obcojęzycznym namułem.

Któż o tem mógł wiedzieć w średniowieczu? Nie wiedzieli przecież ani książęta śląscy, ani Konrad Mazowiecki, gdy sprowadzał krzyżaków. Dowiedziano się o tem dopiero znacznie, znacznie później. Faktem jest jednak że osadnictwo niemieckie, które dziś zwartą etnograficznie masą zajmuje całe podgórze północnoczeskie. istnieje od tysiąca lat, że nie osiadło tu na gruzach słowiańskich osad, jak to się stało z ziemiami dzisiejszej Marchji Brandenburskiej, lecz zostało osadzone pokojowo, na ziemi przeważnie pustej, przez prawych władców czeskich, jako narodzik pracowity, zapobiegliwy a skrzętny. Na naszem pograniczu zachodniem osiadał rycerz teutoński. Tu napłynęli ciżbą ludkowie mali. Nasi budowali zamki niezdobyte. Tutejsi osady skryte w lasach, odległe hamernie, opuszczone smolarnie.

Albowiem – zupełnie jak krasnoludki – szybko zdążyli przewąchać że pod ziemią, w rozpadlinach starych formacyj górskich, kryją się skarby cenione na szerokim świecie. Zupełnie jak w bajce doszperali się kruszcowych złoży złota, żelaza, srebra, cyny i miedzi. Zaczęli przemywać w korytkach piasek złotonośnej rzeki Wotawy, niczem w kilka wieków później ludzie w Kalifornji. Powstały tak miasta i kopalnie, sztolnie i huty. Trwało to przez całe średniowiecze. Ale znowuż, jak w bajce, nadeszło nieszczęście; wyczerpały się złoża złota, srebra i co cenniejszych kruszców. Darmo krasnoludki ryły się w ziemi, darmo przemywały piasek. Ziemia była jedynie ziemią, piasek nie lśnił się złoto.

Znowuż jednak, możnaby w dzieje sudeckie wpleść jeszcze jedną bajkę o pracowitych krasnoludkach: nie zaprzestano bowiem pracy. W pewnych stronach spostrzeżono że na łąkach i połoninach dobrze bieli się płótno: w niedługi czas potem okolice Reichenbergu zasłynęły szeroko swem białem, cienkiem płótnem. W innych poczęto palić lasy na potasz; nagie połoniny świadczą podziśdzień o szkodliwem przejściu krasnoludków. Jeszcze dalej osiadły całe wsie rzemieślników, szewców, tkaczy, siodlarzy, garncarzy. Stąd na całe Czechy, a potem do Saksonji, szły wyroby rozkupywane po miastach. Trzeba było wojny trzydziestoletniej żeby przyszli „źli ludzie” i poniszczyli nową pracę górskich krasnoludków. Ale już w w. XVIII krasnoludki biorą się do nowych odkryć; zaczynają wytapiać szkło. Że zaś Czechy są zniszczone i biedne, a wyroby szklane cenne, przeto krasnoludki, wytopiwszy szklane puhary, zaczynają wędrować z niemi po całym świecie. W Polsce i Kurlandji, w Anglji i we Francji, pojawia się słynne „szkło czeskie”. W Kadyksie powstają całe jego składy dla lubiących zbytek Hiszpanów z tej i tamtej strony oceanu. Wytapiając szkło, poznają się krasnoludki na dziwnej właściwości miejscowych glinek kaolinowych: niebawem, wędrowni straganiarze sudeccy, obnosić będą po Europie swe pierwsze porcelanowe wyroby…

Zły olbrzym, zwany Napoleonem, niszczy ponownie spokój i dobrobyt świata. Krasnoludki pochowały się przed nim po swych norach górskich, ich krajem szczęśliwie nie przeszedł; słyszały tylko jak pod morawskiem Austerlitz pogromił ogromne armje. Aż huczało po świecie. Niemniej miasta środkowej Europy, złupione kontrybucjami, stały się złym klientem. Nadomiar złego ludność kraju krasnoludków poczęła wzrastać. Dawne epidemje ustały. Ludzi było coraz więcej, chleba coraz mniej. Krasnoludki zaczęły wędrować ze swemi towarami piechotą bardzo daleko. Zobaczyły różne kraje świata, napatrzyły się wielkim dziwom. Dowiedziały się co gdzie komu potrzebne i co można korzystnie zrobić. W kilkadziesiąt lat później powstał jeden z największych okręgów przemysłowych Europy, a zarazem przemysł najdziwaczniejszy. Powstały fabryki dywanów smyrneńskich, które kupowała nie tylko cała Europa, ale również i sama Smyrna: powstały fabryki fezów, któremi stroili swe głowy prawi wyznawcy Allaha: powstały fabryki szklanych paciorków, które skupywał Londyn a rozchwytywali handlarze kolonjalni, by zamienić je w Sudanie i Kongo na niewolników, kość słoniową i złoto; powstały fabryki instrumentów muzycznych dla całego świata; świecidełek na wszystkie choinki w Europie. I wreszcie powstał jeden z najpierwszych przemysłów włókienniczych na kontynencie, największe jego fabryki i warsztaty. Wszystkie te wielkie zakłady i wielkie fortuny wyrosły z niczego; z obrotności, spostrzegawczości i pomysłowości jakiegoś Sudetczyka, który w Anglji zobaczył pierwsze maszyny tkackie, z przedsiębiorczości jakiegoś oberżysty, który sam grajek, uznał że niema lepszego drzewa na skrzypce niż drzewo z Gór Olbrzymich. Z pracy ludzi, którzy obiegli cały świat, patrzyli pilnie, oszczędzali i budowali z pełnym uporem krasnoludków. Z jakiejś gospodarczej iskry bożej i całkowitego pochłonięcia tem przemysłowem gmerstwem. Doliny wciśnięte w góry zahuczały kominami wielkich fabryk. Na trzech mieszkańców tych stron, dwóch wchłonął przemysł. Kilkudziesięciomiljonowa monarchja austro-węgierska miała tu swoją Łódź i swój Śląsk: 2/3 całego swego przemysłu.

Niestety, cechą krasnoludków jest, że nie dostrzegają nieszczęść które na nich idą. Każda bajka podkreśla tę właśnie cechę: że krasnoludki, zajęte swą robotą, nie widzą nic innego. Są spokojne i ufne. I tak przez głowę nie przeszło krasnoludkom, że naraz źli ludzie mogą pozagradzać drogi Europy, tak dobrze im znane, brzydkiemi szlabanami granic, zakazać przenosić im swobodnie szkło jakie wytworzyli, płótno jakie wybielili, tkaniny jakie utkali, dywany ich wyrobu. Granice istniały dotąd tylko dla spiskowców tropionych przez władze. Przez głowę im nie przyszło – bo skądże miało przyjść? – że świątobliwi Turcy przestaną jak jeden mąż nosić fezy, które krasnoludki tak dobrze wyrabiały, a w których im, Turkom tak dobrze było do twarzy. Przez głowę im nie przyszło, że człowiek lubiący muzykę, zamiast brać wieczorem do ręki skrzypce, skrzypce ich roboty, będzie przekręcał jakiś guziczek w jakiemś pudle i muzyka będzie się nań lała sama, jak woda z góry. Przez głowę im wreszcie nie przyszło że nawet nad Dunajem wyrosną przegródki granic, że nie będzie ani cesarza, ani Wiednia, tylko mała Czechosłowacja. Jakże mogli o czemś takiem pomyśleć? Żyli przecież i swój przemysł założyli temu lat sto, w czasach Ferdynanda Dobrotliwego i jego ministra, księcia Metternicha: kłopotano się wtedy o to czy studenci nie palą papierosów, nie noszą aby czapek korporanckich i jakie pieśni śpiewają przy piwie. Granice celne istniały dla poetów i wierszy, nie dla kupców i ich towaru. Turcja, od rzeki Sawy po zatokę Perską, modliła się trzy razy dziennie klęcząc na dywanach, a przez resztę dnia nosiła przykładnie fezy z Sudetów. Wieczorem każdy dom mieszczański w środkowej Europie dawał familienkonzerty na flecie, skrzypcach, wielonczeli i co tam jeszcze. Armja cesarsko-królewska przegrywała wprawdzie regularnie wszystkie wojny, ale żadna inna armja nie dorównała jej doskonałością swych orkiestr. I pomyśleć, „es gibt Leute, die erzählen dass die Metternich-Zeiten waren abscheuliche, polizeiliche Zeiten!”.

*

I potem, zawsze jak w bajce, przyszły chyba najgorsze czasy. Przyszedł najpierw, od Niemiec począwszy, zły olbrzym zwany Cłem Ochronnem. Zaczął na drogi Europy rzucać coraz to nowe przegrody, coraz liczniejsze i coraz wyższe: krasnoludki znalazły się w położeniu mrówek którym złośliwy chłopak przegradza patykiem ścieżkę wydeptaną od niepamiętnych dla nich czasów. Okazało się że inne narody żyjące na bogatych, zboże rodzących ziemiach, pozazdrościły krasnoludkom, podpatrzyły ich sekrety i teraz chcą same sobie fabrykować szkła, porcelany, płótna, dywany i sukna! Potem pojawił się nanowo znany, zły olbrzym, zwany Wojną. Deptał i dreptał tak długo – całe cztery lata – aż poniszczył dobrobyt wszystkich. Po nim przyszedł, znany niestety już i w ponapoleońskich czasach, olbrzym Dewaluacja i zjadł wszystkie zapasy pieniężne, zgromadzone przez krasnoludków na czarną godzinę! Zjawił się i nieznany dotąd Postęp: okazało się że najpilniejszem jego zadaniem i najważniejszem dziełem będzie zdjęcie z głowy wszystkich Turków malowniczego fezu. On też wyrugował skrzypce przy pomocy radja i gramofonu. Ale najgorszym olbrzymem był olbrzym Nacjonalizm: zburzył stary, pełen zakamarków dobudówek i przybudówek, pałac habsburski, poprzedzielał wszystko. Wielki przemysł sudecki znalazł się nagle w niewielkiej wydłużonej klatce, odcięty od Wiednia, Pesztu, Siedmiogrodu, Lublany. Nadomiar wszystkiego przyszedł jego brat, olbrzym Szowinizm. Był to olbrzym uczony i zły. Odczytał ze swoich książek różne zdumiewające rzeczy: krasnoludki dowiedziały się naraz, że ziemia, na której mieszkają od prawieków, nie jest właściwie ich ziemią, że ziemię tę ukradli oni i ich dziadowie niewinnym Czechom z nizin! Że Eger nie jest Eger, a Graslitz nie jest Graslitz, że Aussig nie jest już Aussig, a Friedland nie jest Friedland. A przecież od wieków i wieków Eger był Egerem, a Friedland Friedlandem! A przecież królowie czescy byli elektorami Rzeszy Niemieckiej, w Pradze miał stolicę cesarz Karol IV, w Karlstynie przechowywano insygnja Świętego Państwa Rzymskiego? Czy to wszystko było bajką? Czy też bajka się skończyła?

Bajka istotnie się skończyła. W czasach świętego przymierza i państwa policyjnego wolno było na świecie być małym ludkiem. Wolno było sobie bielić płótna i tkać dywany, wywozić, przywozić, kupować, sprzedawać gdzie komu i jak się chciało. Tak samo zresztą jak w Pradze wolno było śpiewać zapomniane pieśni czeskie i studjować ten zamarły język. Rzecz jasna, jeśli zarazem szanowało się pana cesarza w Wiedniu, a słuchało policji w cyrkule. Zapewne, były to czasy niewygodne dla poetów, młodzieży, polityków. Ludzi którzy pragnęli wolności. Ale ludzie sudeccy żyli w innym wymiarze. Chcieli mieć poprostu święty spokój.

Bajki o krasnoludkach, bajki abstrakcyjne, egzotyczne, gdy się je przeniesie na teren polski, ale bajki niezwykle konkretne, tutejsze, gdy opowiada się je wieczorem dzieciom w Aussig i w Rumburk i w Zwickau, na całem pograniczu i całem pogórzu czeskiem, mówią o możliwości gniewu krasnoludków. Bywa to gniew śmieszny, ale groźny: krasnoludki mogą być niebezpieczne. Wszystkie międzynarodowe klechdy o krasnoludkach czynią wrażenie jakby wyrosły właśnie z tego kraju, wzorowały się na jego ludziach, opisywały w przenośni tutejsze stosunki człowieka i przyrody, oddawały jego psychikę. Krasnoludki w gniewie robią się zupełnie inne. Trudno je rozłościć. Ale rozłoszczone trudno przebłagać. A w gniewie góry potrafią walić, i ziemia drży jak od armat.

Nie chciałbym też powiedzieć że wszystkim plagom, jakie spadły na krasnoludki, przez wieki spokojny lud sudecki, winni są Czesi czy Czechy. Oczywiście że nie: – jest to przedewszystkiem wina czasu, historji, wielu skomplikowanych i bezosobowych czynników. Tylko że to co przygniotło Niemców sudeckich – wywyższyło jednocześnie Czechów. To czego ci nienawidzą – kochają tamci. Co tamci wspominają z nienawiścią -ci wspominają z sentymentem.

Czasy świętego przymierza – to dla Sudetów era rozkwitu przemysłowego.

Stosunki przedwojenne – to dobre, stare czasy.

Dawna, wielka Austrja, z rynkami zbytu, liberalna – to państwo „w którem można było żyć”.

Dla Czechów zaś, jak wiadomo, jest zupełnie inaczej.

I znowuż:

wolność – to dla Niemców sudeckich upadek Austrji, włączenie do państwa czeskiego;

postęp – to dla nich Kemal Pasza zakazujący fezów, to radjo i gramofon dla ośrodków przemysłu muzycznego;

nacjonalizm – to rozbicie basenu dunajskiego i Bałkanów na zamknięte państewka.

Jest to najprostszy, ale i najgłębszy, duchowy przedział. Co dla tamtych było dobre, święte, zbawienne, dla tych było złe. Kto dla tych był szatanem, dla tamtych – duchem opiekuńczym. Epoka szczęśliwa dla tych, była tragiczna dla tamtych. I gdyby już nie co innego, to to właśnie stwarza między ludami jednej ziemi jeszcze jeden głęboki, psychiczny przedział. Przedział ten idzie poprzez wszystkich Czechów i wszystkich Niemców sudeckich. Przedziela, silniej może nawet niż granica mowy i krwi, te ziemie na stokach górskich, okryte lasem, łysiejące połoninami, gdzie kominy fabryczne pospołu z sosnami strzelają pod chmurne niebo. Mży deszcz. Widnokrąg w mgle się roztapia. Jakby chciał zatrzeć smutną prawdę że jeśli jednych ludzi łączy wspólnictwo dobrej i złej doli, to innych dzieli dola różna, dola która dla jednych jest matką, dla innych jednocześnie macochą.

Ksawery Pruszyński.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close