Listy z Czechosłowacji (cz. 5)
Cień Metternicha

Od specjalnego wysłannika „Wiadomości Literackich”

Königswart, w czerwcu 1938.

Wieczór jest zupełnie spokojny, ale miasteczko naładowane dynamitem. Dobrze że rynek jest wydłużony, dobrze że w tym kraju panuje kultura pieśni. Ale gdyby nie, mogłoby być gorzej. Z okna pokoju na piętrze widać to wszystko wyraźnie. W jednym końcu zgromadzili się żołnierze z mobilizacji. Odesłano ich znad granicy, która jest blisko. Może chciano ich obecnością uspokoić tutejsze żywsze żywioły. Żołnierze stoją grupami i śpiewają. Płynie jakaś pieśń słowiańsko-czeska, tęskna i szeroka. Gdy umilknie, jest chwila przerwy. Potem z drugiego końca rynku, z grup które tam się zebrały, podnosi się inna pieśń, dobitnie skandująca każde swe słowo niemieckie. Potem znowu przychodzi pieśń czeska żołnierzy, po niej znowu przyjdzie niemiecka tych chłopców. Nikt nikomu nie przerwie, nikt złego słowa nie powie, nikt nie zakaże. Wszystko odbywa się w największym porządku. W środku rynku stoi trzech policjantów. Wszyscy wiedzą że wszystko odbędzie się spokojnie i potrwa jeszcze dokładnie siedemnaście minut. Tyle tylko, jak wskazuje zegar kościelny, brakuje do dziesiątej. Od dziesiątej nie wolno pieśniami czy głośnemi rozmowami zakłócać spokoju publicznego. A jednak te pieśni prawiące o ojczyźnie, dziewczynie, górach i chatach rodzinnych, to milczące rzucenie sobie rękawic. I nie wiem czy ci młodzi żołnierze, rozkwaterowani po domach miasteczka, spokojnie spać będą tej nocy. Jeśli może być dynamit w pieśni, w najprostszem słowie, w samym dźwięku mowy, jeśli budzić się może nienawiść na sam widok munduru czy pewnego koloru pończoch, to tu przecież są całe złoża dynamitu.

Königswart jest małem miasteczkiem które dość daremnie zazdrości sławy Karlsbadowi, jako miejsce kąpielowe. Ale Königswart, to ponadto zamek ks. Klemensa Metternicha. Byłoby trudno powiedzieć jak dziwne robi wrażenie siedziba twórcy świętego przymierza. Trudno sobie wyobrazić coś bardziej skromnego. Jest to poprostu duży dom wiejski w cienistym parku, niestylowy, nieogrodzony, wygodny: typ spotykany często wśród tych dworów polskich dawniejszego czasu, gdzie żyli ludzie dość zamożni by stać ich było na wygody, nie na tyle wyrobieni artystycznie by stawiać rzeczy piękne, ale też i nie na tyle wysnobowani by udawać zamiłowania artystyczne, których nie mieli. Metternich, który przebudował go całkowicie w r. 1837, uciekał tu rad z Wiednia, mieszkał długie lata po swojem ustąpieniu, gromadził dary. Papieże przysyłali mu relikwje, królowie i cesarze – klejnoty; on sam kupował książki. Mówi się o nim w pałacu jeszcze teraz tak jak o Alfonsie XIII, który w ostatnich latach bywał tu często, tak jak o obecnym właścicielu, młodym Metternichu, dziedzicu olbrzymich dóbr w Czechach i Niemczech, który w tej chwili jako ochotnik walczy w Hiszpanji w szeregach katolickich karlistów gen. Franco: jego pradziad, który popierał sprawę Don Carlosa, nie wyparłby się „późnego wnuka”.

Postać, która nas, Polaków, straszyła hańbą rzezi galicyjskiej, wspomnieniem powstańców dostawianych za guldeny przez chłopa krakowskiego cesarskim starostom, nie miałaby prawa obywatelstwa w tem co piszę, byłaby anachronizmem nauboczu książki. Ale tak się stało że człowiek, który wstrzymywał bieg rzeczy w Europie przez dziesiątki lat, jeszcze teraz wstrzymuje je w tym zapadłym, wiejskim zakątku. Są tu czescy chłopi osadzeni w jego dobrach; są pokolenia leśników sprowadzonych z krajów niemieckich i słowiańskich, którzy dalej patrolują w lasach; jest tu stara służba; są stare rodziny z miasteczka; są i Żydzi. Jest cały światek pofeudalny, osiadły w cieniu tego dworu, jak dawniej – wysokich burgów. Najlepiej symbolizują go Żydzi. W Königswart jest synagoga i dziewięciu Żydów. Jest to więc małe, wymierające ghetto, które patrzy ze spokojem na tutejszych hitlerowców, które nie boi się ani bojkotu, ani wybitych szyb. Są biedni, nikomu w drogę nie wchodzą, za starzy na „Rassenschändung”. Ostatnie pogromy zdarzyły się tu w roku „wiosny ludów”, pojmowanej, jak wiadomo, nie tylko w stylu Bakunina, ale i w stylu atamana Machny. Bóżnica jest biedna, była budowana za Metternicha, kanclerz wspomagał tutejszą gminę żydowską. Potem przyszły kooperatywy i ruch ludowy, Żydzi zaczęli odpływać do wielkich miast, do przemysłu. Wymieniają mi nazwiska tych, którzy dziś są potentatami w Pradze, i innych z Wiednia, i jeszcze jakichś którzy mieli zrobić majątek w Galicji. Ale żydowski Königswart, to stare wysychające źródełko: woda, jaka się przez nie sączy, spływa już tylko kroplami, wysycha na kamieniach, schodzi w przeszłość. Na Hitlera patrzą już tak jakby spoglądali na niego z innego świata.

I trzeba te rzeczy dobrze zrozumieć, znowu aby mieć odskocznię do czasów najnowszych i przyszłych: Metternich, widziany stąd właśnie, nie jest Metternichem wspomnień polskich i wspomnień rewolucyjnej Europy. To Metternich który zwalczał przedewszystkiem pangermanizm, poczęty z wojen napoleońskich, marzący o zjednoczeniu wszystkich ziem niemieckich. To jakby protoplasta długiego pokolenia ludzi, aż do kanclerza Dollfussa, aż do nieszczęsnego Schuschnigga, broniących samodzielności południowych szczepów niemieckich, Austrji, Wiednia. Sam wyrosły ze szczepu austrjackiego przesiedlonego na ziemie słowiańskie, mający w żyłach krew wielu ludów monarchji habsburskiej, zwalczał to co rozbijało jej całość: dążności pangermańskie Niemców, separatyzm węgierski, irredentę polską. Ale już dla Czechów, już dla Kroatów, rządy absolutyzmu metternichowskiego były inne. Pozwalały na kultywowanie odrębności narodowych, tworzyły katedry na uniwersytetach, utrzymywały napisy czeskie w zniemczonej zupełnie Pradze. To wszystko podkreślało właśnie mozaikowość wielkiego państwa, jego oparcie się na tradycji, jego wrośnięcie w historję. Nie wykreślano tego – lecz popierano, nie niwelowano – lecz utrzymywano. Póki nie nadwerężało całości budowy, rzecz jasna. Dziś trudnoby było podtrzymywać starą tezę naszych ojców, że to perfidna Austrja dzieliła, waśniła, skłócała ze sobą poszczególne narody swego składu, by potem być ich rozjemcą. Można napewno stwierdzić, że narody te zwalczały się między sobą jeszcze kiedy nie było Austrji, a dziś, gdy się rozpadła, ba – gdy zupełnie znikła, zwalczają się bardziej niż kiedykolwiek za jej istnienia.

A wreszcie był to człowiek który w swem życiu widział wiele rzeczy i przemian. Jako młody człowiek – pisze o nim historyk Sudetów – patrzył ze Strasburga na wydarzenia rewolucji francuskiej: kosztowało to wiele krwi. Potem Napoleon: jeszcze więcej krwi. Zeskoczenie z toru historji za każdym razem okazywało się krwawe i kosztowne. Metternich postanowił uniknąć tych kosztów: spróbował stworzyć régime bezzmienny i stały, ujęty pod klucz i pod klosz, prowadzony w cuglach. Spróbował stworzyć régime usuwający poza nawias młode pokolenie. Odjął mu wszelki wpłvw na rządy. Na przestrzeni dziejów pozostanie jako jeden z najwybitniejszych wyznawców teorji że historję można zatrzymać, jej bieg – gdy uważa się go za zgubny – zmienić. Nacjonalizm, rozkładający państwo naddunajskie, uważał za zgubny.

W skali europejskiej Metternich przegrał jeszcze za życia. W skali naddunajskiej przegrał ostatecznie w kilkadziesiąt lat później. Nieodwołalnie przegrał tam dopiero w dniu gdy zmotoryzowane kolumny armji niemieckiej ukazały się na ulicach Salzburga, Wiednia i Linzu. Ale w małej skali feudalnej państewka dóbr sudeckich, uszanowanego przez reformę rolną, pozostał przecież jakiś cień Metternicha. Pozostali ludzie dalej tu żyjący, tradycjami wkorzenieni w tamtą przeszłość, zazębieni nią silnie o siebie. Niemcy tutejsi niezupełnie czują się Niemcami, Czesi tutejsi niezupełnie są Czechami, tutejsi Żydzi nie są Żydami z Pragi ani Berlina. I dopiero z nowem pokoleniem wyrasta coś co jest takie jak wszystko inne gdzieindziej.

Rzecz jasna, jest to świat który tak samo skończy się w Königswart, jak skończył się dawno w Europie, jak skończył do reszty w Wiedniu. Rzecz jasna, ten spokój, ta inność są tu przeżytkiem. Przed paru dniami byłem we wsi, gdzie w szkole mieszanej każda pauza kończy się bójką dzieci niemieckich z czeskiemi. Mówiono mi o wypadkach w małżeństwach mieszanych, gdzie dzieci opuszczały czeskiego ojca, nie chciały znać czeskiej matki. Fala narodowościowa przechodzi wszędzie. Przedział, jaki się w naszych oczach w tym kraju dokonywa, ma wiele do przecięcia. Musi iść poprzez domy. Poprzez łożnice małżeńskie. Musi dzielić dzieci od rodziców, czasem rodzeństwo. Można to tylko porównać z okresem fanatyzmu wojen religijnych. Trzeba powiedzieć że już teraz mamy tu wojnę, wojnę dwóch narodów. A gdy się temu jest przytomnym, trudno potem nie odczuwać ulgi w małym, malutkim kraiku, który jest tutaj jednak oazą, niczem Liechtenstein, niczem Andorra. Średniowieczne jak one, bo łączy je feudalny zamek.

Istnieje w Polsce książka, napisana przez świetnego pisarza politycznego, który w r. 1931 jako Henryk Mortęski wydał swe „Takie jest życie”. Znaczny fragment tej powieści zobrazowuje przedwojenne życie w kraju tak samo dwunarodowym, dwujęzycznym, ale jednolitym historycznie, jak Czechy: w Małopolsce Wschodniej. Jest tam piękna scena pogrzebu polskiego pana, związanego tradycyjnie z ludem ruskim i drobną miejscową szlachtą, z obrządkiem greckim i zwyczajem ludowym. Jest wielka prawda w tym opisie:

„…spośród duchowieństwa zebranego w kaplicy wysunął się drżący ze starości ksiądz Witoszyński, paroch z Międzyrzecza, podtrzymywany z jednej strony przez mitrata Jaworskiego, z drugiej przez ihumena monasteru bazyljanów z Łozin, którego ś. p. Jerzy Kostka był syndykiem. W czarnej kapie, w czarnej mitrze bizantyjskiej, z kropidłem w wyschłej i wyżółkłej dłoni, począł ksiądz Witoszyński obchodzić wokół trumnę, skraplając ją wodą święconą. Stojący sam nad mogiłą starzec żegnał przyjaciela, intonując bezdźwięcznym głosem: „Wicznaja pamiat”.

„I zrozumieli wszyscy słuchacze, że obrzęd pogrzebowy, który się przed ich oczami rozgrywa, oznacza także koniec wygasającej epoki; że to ostatni ksiądz ruski, a zarazem weteran powstań polskich i żołnierz za Polskę od morza do morza, składa do grobu ostatniego z panów polskich, dla którego tradycje świętej Rusi były prawdą i wiarą. Zrozumieli, że jak u trumny ostatniego z rodu kruszą jego herby, tak u tej trumny należałoby skruszyć tarczę z orłem i archaniołem, rozeszły się bowiem drogi plemion, którym historia kazała mieszkać na jednej ziemi dom obok domu, zagon przy zagonie, i siana szczodrze obcą ręką nienawiść wyda plon przeklęty. Więc też zanim mieli odejść każdy w swoją stronę, zwrócili się raz jeszcze na krótką chwilę ku dobie minionej, ku przebrzmiałym hasłom unji jedności i braterstwa. I choć były to hasła ułudne i życie miało przejść nad niemi ku nowym krwawym i burzliwym świtom, to jednak trudno było myśli i sercom oderwać się od piękna odchodzącej w niepowrotną przeszłość idei.

„Toteż wszyscy, Polacy i Rusini, duchowni i świeccy, szlachta i chłopi, powtórzyli za księdzem Witoszyńskim trzykrotnie, zgodnym chórem i głosem wielkim, słowa ostatniego pożegnania: „Wicznaja pamiat”.

To co się dzieje w Königswart, to co się dzieje w nielicznych już dziś, topniejących takich oazach sudeckich, nie jest w swej treści odmienne od sceny z pogrzebu w Ławrowie. Tak samo szczątki dawnej epoki, przeżytki dawnego ustroju, utrzymywały tu cień jedności. Ale tak samo wszyscy już rozumieją, nawet ci najstarsi, że to już koniec, że rozchodzą się w tem miejscu drogi plemion którym historja kazała mieszkać na jednej ziemi, dom obok domu, zagon przy zagonie. Są to wszyscy mali, cisi, bezradni ludzie. Wobec tego co idzie ponad nich silniejsze, są bezsilni, jak wobec tanków, gazów trujących i armat. Niema w dzisiejszym świecie żadnej żywej idei któraby mogła tamto odwrócić. Jest tylko drobny strzęp, cień słaby, ostatek cienia czegoś, co na chwilę przecież tamto nieuniknione wstrzymuje, bieg jego opóźnia; widomy ślad dawnej, wyśmiewanej, przeklinanej, potępianej Austrji i jej ostatniego wielkiego męża stanu, ks. Klemensa Metternicha. To niewiele. Ale to i wszystko. Nie ostanie się to tym przechodom żołnierzy czechosłowackich, tym pieśniom które jedna strona rynku drugiej, dziś wieczór, odrzuca. Spłynie z niemi w nicość historji, już niebawem, już zupełnie i na zawsze. Ale narazie daje jeszcze odetchnąć spokojnie.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close