Listy z Czechosłowacji (cz. 6)
Neu Rohlau

Od specjalnego wysłannika „Wiadomości Literackich”

Miasteczko jest małe, liczy około 2 500 mieszkańców, opiera się już na pograniczu leśnem gór Kruszcowych. Przed wojną był to kraj bogaty i piwem płynący. Siedzę w dużej, pustej oberży. Wyszynkowała dziś trzy bomby piwa i dwie kawy. Przed wojną szło tu 28 hektolitrów piwa, najlepszego pilznera. Dziś idą gorsze gatunki – 5 hektolitrów wszystkiego. Termometr piwny wskazuje spadek. W tym kraju konsumcja piwa jest także pewną miarą.

Racje, dla których mieszkańców małego Rohlau, bywalców jednego tylko z jego kilku szynków, stać było ongi na te 28 hektolitrów, gdy dziś nie stać ich i na 5, są w rzeczy samej dosyć proste. Więc w fabryce porcelany „Bohemia” naprzeciw dworca kolejowego pracowały wszystkie 5 pieców, zatrudniając stale 500 robotników. O kilka kilometrów stąd druga fabryka porcelany, mniej wykwintnej. Poschitschau, pracowała 9 piecami. Wreszcie tu obok pracowała trzecia fabryka – pończoch, i również pełną parą. Znowu 200 robotników. Ale nie koniec na tem. Fabryka, która wyrabiała porcelanę, potrzebowała kaolinu – więc w miejscowych złożach kaolinu również wrzała praca. Potrzebowano dużo kwarcu – dobywano też dużo kwarcu. I nie na tem kończyło się koło pracy: każdy piec „Bohemii” zużywał tygodniowo 30 tonn brunatnego miejscowego węgla, wydobywanego w okolicy. To samo było i w Poschitschau. Toteż w pobliskiem Neudeck, gdzie znajdują się kopalnie węgla, pracowało wówczas 3 000 robotników.

Nie mniej proste są racje, dla których w obecnych czasach, od przeszło dziewięciu lat, 28 hektolitrów piwa spadło na 5. Teraz bowiem fabryka „Bohemia” zatrudnia nie 500, ale 300 robotników, i to nie stale, lecz zmianami. Kilka lat temu za godzinę pracy płacono tu 5 koron, dziś 3. Teraz nie pracuje 5 piecy, ale jeden. Toteż teraz fabryka potrzebuje i mniej kwarcu i mniej kaolinu. Mniej kaolinu potrzebuje fabryka – mniej się go wydobywa. Mniej wypala porcelany -mniej też węgla wychodzi: co jeden piec, to przecież nie pięć! W Poschitschau dzieje się to samo. Z 9 pieców pracują 2. Nadomiar złego tamtejszą produkcję zracjonalizowano; wiadomo, postęp. Maszyna pracuje szybciej, taniej, sprawniej, niż kilkudziesięciu ludzi. I nowa transza robotników odpada. Toteż ilość robotników kopalnianych w pobliskiem Neudeck spadła z 3 000 na 300. Robotnik wykwalifikowany zarabia w fabryce porcelany od 150 – 200 koron tygodniowo; korona 18 groszy polskich. Jest to jeszcze dobrze. W fabryce pończoch, gdzie pracuje dziś tylko 80 robotników, większość zarabia po 70 halerzy – 1 korona za godzinę pracy. 14 do 18 groszy. Tylko że z Neu Rohlau wchodzimy w okręg Neudeck-Graslitz, znany z tego że posiada największy procent bezrobotnych w całej Czechosłowacji. Na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów kwadratowych kilkadziesiąt tysięcy bezrobotnych. Bezrobotny otrzymuje tygodniowo 10 koron. Jeden złoty osiemdziesiąt groszy. Z tego można wyżyć na wsi poleskiej, ale tu jest jednak samo centrum Europy. Jeśli bezrobotny ma rodzinę, dostaje drugie 10 koron. Dodatek kartofli i deputat na chleb wyczerpują pomoc społeczną państwa.

Ale bezrobocie nie jest tu tylko zagadnieniem konjunktury przemysłowej. Bezrobocie dotyczy nie tylko robotników. W malutkiem Rohlau jest kolej; jest gmina; jest poczta; są strażnicy drogowi. Razem stanowi to małą agendę państwową obsługiwaną przez kilkadziesiąt osób. Poza kilkoma wyjątkami, tych kilkadziesiąt posad jest dziś obsadzonych przez Czechów. Nie są to Czesi tutejsi. Nie było ich tu przed wojną. Teraz jest tu tylu Czechów ilu urzędników. Owszem, jeszcze jest sklepik czeski, jakaś służąca, jakaś bona Czeszki. Czechami obsadzono nawet najmniejsze posady: tak naprzykład, na przestrzeni Karlsbad-Neudeck pozostało tylko trzech niemieckich strażników drogowych. Czeska statystyka państwowa określa tutejszy obszar jako czeski w 10%, 10% to właśnie ci urzędnicy.

Oczywiście, że po wojnie światowej jest wiele terenów któremi nie rządzą ludzie miejscowi, gdzie urzędnicy administracyjni, ba — nawet gminni, nie są już tutejsi. Taki stan rzeczy będzie uzyskiwał aplauz tylko tych którzy na odsunięciu ludności od państwa korzystają materjalnie: nikt rozsądny, a niezależny, tego stanu rzeczy za zdrowy nie uzna. Ale tu jest z tym problemem gorzej niż wszędzieindziej! Przedewszystkiem dlatego że mało jest w Europie terenów gdzie nastąpił tak wielki upadek dobrobytu w porównaniu z tem co było przed wojną. Następnie dlatego że był to teren tak jednolity narodowo, iż przez to samo szwankuje porównywanie go z narodowościowo mieszaną b. Galicją Wschodnią, czy wielojęzycznym Wołyniem. A wreszcie ludność, którą tu odsunięto, którą z urzędów, nawet najmniejszych, powypierano stopniowo, którą wypiera się ciągle jeszcze – to nie jest ludność w rodzaju Poleszuków czy Białorusinów, a więc młoda, dopiero budząca się z upadku, o licznym procencie analfabetów. Jest to ludność oświecona, przez całe stulecia administrująca się sama i przez swoich ludzi: są to Niemcy. To wszystko ci ludzie tu mieli i dopiero teraz stracili.

Możnaby sądzić że Neu Rohlau jest wyjątkiem. Tak wcale nie jest. Neu Rohlau jest jedną z najbardziej typowych i przeciętnych pod tym względem sudeckich osad. Tysiące takich osad są rozsiane na całem pogórzu, wciśnięte w lasy i doliny. Wszędzie jest to samo. Fabryki stoją albo idą jedynie okresowo, jedynie częściowo. Na urzędach Czesi. Bezrobotny jest robotnik przemysłowy, bezrobotny jest inteligent. Bezrobotny jest kupiec, sklepikarz, który żył zarobkami fabryki, bezrobotny jest górnik, którego węgiel stał się niepotrzebny. A cały ten stan rzeczy łączy się w myślach tych ludzi z rokiem 1918, z dniem 28 października, dniem powstania Czechosłowacji. Czasem słusznie, czasem tylko częściowo słusznie, niekiedy może niesłusznie. Ale z tą właśnie datą i z tym właśnie faktem się łączy. Taki stan umysłów, ogarniający miljony ludzi, jest niebezpieczny.

*

Powiedziałem już że Neu Rohlau leży na skraju lasów podgórskich, u samego stoku gór. Do Neudeck, miasteczka i siedziby starostwa, idzie się stąd godzinę. Jest to droga przez las. Niegdyś była wyasfaltowana. Dziś świeci olbrzymiemi dziurami, jak postrzępiony płaszcz. Po deszczu każda dziura zamienia się w małą sadzawkę. Asfalt nie przepuszcza wody; póki słońce jej nie wypije, będzie stała długo.

W lesie, przy strumieniu górskim, fabryczka. Napis głosi że jest to fabryka papieru i przeróbki drzewa. Niewielki zupełnie zamknięty zakład. Tylko szyby powybijane w oknach, trawą porosły dziedziniec, świadczą że zakład ten został opuszczony i że jest nieczynny chyba od kryzysu.

O trzy kilometry dalej inny taki sam większy zakład. Także nieczynny. Pod lasem, opodal, domy robotnicze. Osada nazywa się po czesku Hamry. Jest, oczywiście, zupełnie niemiecka. Na murze okalającym fabryczkę bieli się wielki napis „Rettet Thaelmann!”.

W progu domu przystanął człowiek i patrzy się. Pokazuję na napis.

– A czego?

Głos nie jest życzliwy, ale drga w nim pewne zaciekawienie. Widać, rozumie żem nie tutejszy.

Tłumaczę pokrótce co mnie tu sprowadza i skąd jestem.

– Nie podoba się panu ten napis?

– Ani podoba, ani nie podoba. Ciekawi mnie.

– Co pana ciekawi?

– Kto to napisał?

– A jeżeli ja, to co?

Głos jest dalej raczej nieuprzejmy. Ale czuć w nim teraz rozgoryczenie które wiele tłumaczy. I zachęca do rozmowy.

– Jeżeli pan, – mówię, – to tem lepiej. Dotychczas spotykałem tu henleinowców. O co im chodzi, wiem. O co chodzi komunistom, chętniebym się dowiedział.

– Jeśli pan jeździ po świecie, to pan powinien wiedzieć.

– Pewno że wogóle wiem. Ale tu, w szczególe, nie wiem.

– W szczególe to co i wogóle.

Człowiek traci cierpliwość.

– Słuchajcie, towarzyszu, – mówię wreszcie, – zdaje się, że się nie dogadamy! Mało dotąd gadałem z komunistami ale jeśli którego spotkałem, nie uciekał od rozmowy. Tylko potem nie dziwcie się, jeśli ludzie są „jednostronnie poinformowani”; faszyści bywają uprzejmiejsi. Wasi w Hiszpanji także byli inni…

Jeszcze trwała nieufność. Człowiek zapytał o Hiszpanję. Pytając, jeszcze się wahał. Odpowiedź widocznie go uspokoiła. Zaczął mówić. Zaczął wyjaśniać.

Nie negował właściwie nic, niczemu nie zaprzeczał. Nie negował ani tego że ten cały kraj jest niemal czysto niemiecki, ani tego że żadna część Czechosłowacji nie zostało ogarnięta takim kryzysem bezrobocia jak ta właśnie. Nie negował także i tego że nasłano tu niemal w zupełności czeskich urzędników, że usunięto Niemców, że zgodnie z zasadami samostanowienia narodów, tym fundamentem republiki, naturalnem rozwiązaniem byłoby przyłączenie go do Rzeszy.

Nie negował istnienia trzech miljonów henleinowców. Nie negował, że w dawniej czerwonym okręgu zapanowali faszyści. O Pradze, Czechosłowacji, Czechach mówił z niechęcią, lekceważeniem, pogardą. ukrywaną w powściągliwych słowach: mówił jak o ludziach uprawiających swoje drobne gierki i grających przy tych gierkach wielkiemi atutami prawdziwych idej. Prawdziwej idei: komunizmu.

– Więc? – spytałem wkońcu.

– Więc tamto wszystko nie jest ważne. Nie ma znaczenia. Jest drugorzędne, trzeciorzędne, dziesięciorzędne. To czy w r. 1938 jest więcej bezrobotnych tu niż na Słowaczyźnie, to czy samym panem „Stationschefem” jest Czech z Pragi, czy Niemiec z Neudeck, i ilu takich Czechów z Pragi jest tutaj w r. 1938, to są wszystko rzeczy i przejściowe i nieważne wobec jedynej wielkiej i ważnej rzeczy: po Hiszpanji przychodzi Czechosłowacja. Przybliżyła się o nowy etap chwila zbrojnej rozprawy między komunizmem a faszyzmem. To będzie walka o to kto zapanuje nie tylko tu, ale na całym świecie. Właściwa walka, właściwa sprawa, właściwi przeciwnicy. A temu trzeba teraz poddać wszystko inne. Czechosłowacja jest dziś taranem antyhitlerowskim: trzeba być z Czechosłowacją. Jedno jest dziś ważne: aby być z Rosją sowiecką, a przeciwko Hitlerowi.

– Czy pan myśli że te poglądy mają dziś wiele szans wśród Niemców sudeckich?

Pytanie było mimowoli perfidne; wiadomo jak olbrzymie zwycięstwo wyborcze, i w wyborach parlamentarnych i w obecnych gminnych, odniósł wręcz przeciwny kierunek. Ale komunista odpowiedział szczerze:

– Nie. Ale to też ma dziś drugoplanowe znaczenie.

Zirytowałem się nieco:

– Cóż więc doprawdy ma znaczenie pierwszoplanowe?

– To co już powiedziałem – rzekł spokojnie – Kampf gegen Hitler. Ważne jest chwilowo tylko to żeby nie dopuścić do porozumienia między Berlinem a Pragą. Zwycięstwo Henlein-Leute tu, zwycięstwo lewicy w Pradze, utrudnia jeszcze bardziej taką możliwość. Mobilizacja – tak samo. Poparcie Pragi przez Europę – tak samo. Właśnie przez chwilowe sukcesy Henleina tutaj stosunki z Niemcami naprężają się jeszcze bardziej… I naprężą…

Pomyślał chwilę. Siedzieliśmy na ziemi, nad rowem przydrożnym. Na murze fabrycznym bielał napis: „Rettet Thaelmann!”.

– To nie ma znaczenia – powtórzył. – Ludzie, nie dosyć przepracowani (,.durchgearbeitet”) ideologicznie, nie mogą odróżnić tego co tu jest ważne od tego co jest złem przejściowem i pobocznem. Szeregi nasze mogą stopnieć: ale kadry pozostaną. Kadry, to grunt.

Nie miałem już właściwie nic do zapytania. Człowiek powiedział wszystko. Wytłumaczył – dość wiele. Klęska komunistów w tym kraju proletarjackim, przemysłowym, przeżartym bezrobociem i kryzysem, staje się w tem świetle zupełnie zrozumiała: niemiecka partja komunistyczna wykonała poprostu pełny program III Międzynarodówki i Moskwy. Poświęciła, logicznie i heroicznie, wszystko inne tej sprawie. Logicznie – gdyż istotnie wielkiem zagadnieniem dla komunizmu i Moskwy nie może być żadna kwestja sudecka, ale pokonanie Hitlera. Heroicznie – gdyż dobro najbliższego sobie proletarjatu niemiecko-sudeckiego, złożyła na ołtarzu tamtej, większej dla nich, szerszej, sprawy. Hasło „Rettet Thaelmann!” było naprawdę hasłem wyborczem, jedynem hasłem wyborczem komunistów niemieckich w Czechach. Ale istotnie ten rodzaj logiki i partyjnego heroizmu, to wiara wysublimowana dla mas. Tak wierzyć, tyle poświęcać, tyle spraw uważać za mniej ważne i nie ważne wcale, potrafią tylko jednostki, tylko kadry. Dlatego z niemieckiej partji komunistycznej mógł, mimo tutejszej nędzy, bezrobocia i mas robotniczych, pozostać tylko szkielet.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close