Listy z Czechosłowacji (cz. 7)
Nędza nędz sudeckich

Od specjalnego wysłannika „Wiadomości Literackich”

W połowie drogi do Graslitz, centrum przemysłu produkującego od lat dziewięćdziesięciu instrumenty muzyczne, w dolinie wciśniętej między lasy, leży osada Rothau. Sudety są częścią Czechosłowacji gdzie bezrobocie jest największe. Okręg tutejszy jest okręgiem największego bezrobocia w Sudetach. Ponad 30%. Jest jeszcze jeden taki czarny okręg na Morawach: również w większości swej niemiecki… Ale warunki bezrobocia w Rothau są szczególnie ciężkie, bo straciło tu pracę przeszło 3 000 robotników, bezrobocie wynosi pełne sto procent, i cała osada jest pozbawiona racji bytu.

Rothau były to niegdyś olbrzymie zakłady metalurgiczne, odlewnia stali i żelaza, pomieszczone tu w warunkach idealnych, tak dla samych zakładów jak i dla robotników: kiedy idzie się zdaleka i rozsnuwa się krajobraz na dolinę, narzuca się smutne porównanie z dzielnicami robotniczemi Sosnowca czy Częstochowy, płaskiemi, zakurzonemi, beznadziejnemi. Z obu stron stokami spływa las, który teraz w świeżej zieleni wydaje się jeszcze piękniejszy. Szlak kolejowy łączy wielkie zakłady ze światem. Ale dziś jest to niepotrzebne. Zakłady w Rothau przestały już istnieć jako warsztat. Poraził je najpierw kryzys. Teraz postanowiono przenieść je na Słowaczyznę. Jest to spowodowane względami strategicznemi, zapewne słusznemi. W Polsce w takim wypadku przenosi się jednak robotników. Tu wzięto tylko tych którzy byli nieodzownie potrzebni. A ponieważ już w ciągu paru ostatnich lat przeszkolono właśnie w Rothau pewną ilość Czechów, przeto trzeba stosunkowo mało. Ludzie w Rothau błagali, przenosicie naszą fabrykę, dajcie tu na jej miejsce jaki inny przemysł. Ale nic nie ma zastąpić Rothau. Cóż zatem będzie z tą osadą? Rothau ma zginąć?

I Rothau rzeczywiście ginie. Zapewne, że nikt tak bardzo jak robotnicy nie raduje się widokiem dymiących kominów, nikogo tak jak robotników nie przygnębia widok stojącej fabryki. Dla innych jest to radość raczej wtórna. Ale widok czegoś podobnego jak Rothau przygnębi nawet człowieka nie mającego nic wspólnego z pracą fabryczną. Wielkie hale, już opróżnione częściowo z maszyn, wyludnione, pozarastane podwórza, martwota i niemoc, rdza i kurz. Jakiś stróż znudzony, pilnując tego czego nikt nie rozkradnie, przechadza się wolno przy bocznicy o zardzewiałych szynach, jakieś okna ludwisarni, poprzestrzelane kulami. I cisza, jakby w lesie.

Nie była to wieś, ani miasteczko, tylko osada fabryczna. Mieszkali tu ludzie pracujący w fabryce i inni, obsługujący tych co pracowali. Razem ponad 6000 ludzi. Pozostali więc bezrobotni krawcy, puste sklepiki, szynki do których nikt nie zachodzi. Wzdłuż długiej ulicy i na zboczu poustawiały się domy. Ludzie chodzą wolno, bez celu, bezradnie. Trochę jak w niedzielę w wielkiem mieście, gdy tłum rozjeżdża się na wycieczki, ale pozostanie nieco ludzi nie wiedzących co ze sobą zrobić w ten dzień bezczynny. Rano fabryka nie budzi gwizdem syren. Nie słychać jej ani w południe, ani wieczorem, ani w porze nocnej zmiany. Można wstać późno, o każdej godzinie. Czas przestał istnieć.

Nędza w Polsce, w Europie wschodniej, polega na tem że nic nie było a teraz jest jeszcze mniej niż nic. Na przednówku chłop spod Mołodeczna je mało, ale przez cały rok też je mało. Kryzys na Polesiu objawiał się w ten sposób, że nie kupowano już ani soli, ani żelaza: ale przedtem, w czasach pełnej konjunktury, ten chłop nie kupował nic pozatem. Trochę świecidełek i marnych perkali -kobiety, trochę złego tytoniu – chłopi. Sól i żelazo. Tymczasem nędza na Zachodzie, nędza w ośrodku przemysłowym jak Rothau, polega na tem, że robotnik miał przedtem wszystko. Miał dom czy własne mieszkanie z wodociągiem, elektrycznością; wieczorem słuchał sobie radja; jego żona szyła na własnej maszynie; dziecko wożono wózkiem dziecinnym jak u nas w miastach, u ludzi zamożnych. Robotnik miał smoking i lakierki od Baty, jego żona – suknie, chodzili do kina, jeździli na rowerze, czytali książki, prenumerowali pisma, odwiedzali piwiarnie i kawiarnie. Tu nędza zredukowała coś więcej niż parę kilo soli i kilka żelaza. Tu dała się odczuć stokroć silniej.

Istnieje choroba polegająca na tem że obieg krwi w organizmie słabnie, że serce nie ma dość siły by tłoczyć ją przez całe ciało. Wówczas trzeba amputować członki: nogę, rękę. Czasem obie nogi. Czasem obie ręce. Wszystko by zmniejszyć przestrzeń obiegu. Otóż życie ludzi z Rothau czyni wrażenie że dotknęła je taka właśnie choroba. Zabrakło najpierw na kawiarnię, na suknie, na lepsze jedzenie. Potem zamknięto elektryczność. Potem umilkło radjo, zlicytowane za niewpłacone ostatnie raty. Rower, maszyna do szycia, wózek dziecinny, szafa, biurko -licytacja zaczęła zmiatać wszystko z mieszkania. Wzamian za to pojawiło się cotygodniowe wyczekiwanie w ogonku przed biurem zapomóg: po 10 lub 20 koron tygodniowo – po parę złotych, nieco chleba, kartofli. Dawniej ci ludzie mieli poczucie samodzielności, zamożności, pożytku społecznego swej pracy. Teraz przyszła zależność, nędza, jałmużna. Czasami przybiera to wszystko groteskowe formy. Jeden z ludzi, których odwiedziłem, nosił – rano, na codzień – swój dawny świąteczny, wieczorowy smoking. Było to ostatnie dochowane ubranie. Sklepikarz pokazał mi banany w wystawie swego okna, pokręcone, zasuszone, przegniłe. Ogarnia tu ludzi zniechęcenie: niech będzie co ma być! Poco myć okna niemyte od miesięcy w piwiarni? Czy kto tu teraz zajrzy? Poco te stare banany wyjmować z okna? Niech leżą! To nie ich widok odstręcza przecież kupujących!

*

Nie piszę tego oczywiście poto aby „kuć” jakikolwiek „oręż” przeciwko komukolwiek. Ale kwestię sudecką trzeba poprostu zrozumieć. A w zrozumieniu kwestji sudeckiej trzeba brać pod uwagę i Rothau, wielkie zakłady metalurgiczne, skazane na zagładę. Trzeba choćby dlatego że jest to może tylko najjaskrawszy wypadek. Najjaskrawszy, ale nie jedyny.

Wedle statystyki czeskiej, Niemców w Czechosłowacji jest 22%. Tych 22% nie ma odpowiedniego udziału w urzędach i administracji, choć miało go przed wojną. Ale zato, jeśli chodzi o bezrobocie, sytuacja przedstawia się zgoła inaczej. Prawie połowa wszystkich bezrobotnych w Czechosłowacji, to Niemcy z Sudetów. 12 okręgów, w których jest najwięcej bezrobotnych w całem państwie, to okręgi o ludności niemieckiej. Do r. 1935 drukowano mapy przedstawiające natężenie bezrobocia w różnych stronach kraju: tereny bezrobocia pokrywały się dokładnie z terenami zamieszkałemi przez Niemców, Dziś tego rodzaju map już się nie drukuje, ale cyfry nie uległy przez to zmianom. Znaczna część fabryk sudeckich stanęła na zawsze, wiele pracuje połowicznie, wiele pozamykano. A z fabryki żył tu nie tylko robotnik, żył sklepikarz który mu sprzedawał, restaurator do którego zachodził, żyły sklepy, kina, chłopi. Wszystko to porażone zostało pośrednio.

Kryzys wszędzie dawno już minął. Nie zna kryzysu Praga, nie znają go zakłady Skody koło Pilzna. Powstaje nowy przemysł na Słowaczyźnie. – Kryzysu niema i w Niemczech. Po tamtej stronie gór, w Saksonji, ruszyło wszystko oddawna i w olbrzymiem tempie. To prawda, że są tam ciężkie obostrzenia, że trudno o prawdziwą mąkę w chlebie, prawdziwą wełnę w ubraniu, że coraz bardziej rozpowszechniają się surogaty. Trzeba nosić to wszystko i wołać „Heil Hitler!”. Wszystko to może być prawdą, ale… Ale tam warsztaty idą – tu trawa porasta dziedzińce fabryczne; tam zakłada się nowe fabryki – stąd usuwa się dawne; tam bezrobocie przeszło – tu rośnie. Jeżeli w robotniku, długo bezrobotnym, rdzewiejącym jak porzucone bezczynnie żelazo, jest tęsknota do pracy, tempa pracy, ruszenia z miejsca, do widoku dymiących kłębami spracowanej sadzy kominów, do łoskotu transmisyj i silników, do porannego gwizdu syren -to cała ta tęsknota czyni go, w warunkach sudeckich, hitlerowcem.

I właśnie w tych okręgach przemysłowych, robotniczych, dawniej socjalistycznych, komunistycznych, Henlein, namiestnik Hitlera, zdobywa do 90% głosów.

Ksawery Pruszyński

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close