Listy z Czechosłowacji (cz. 8)
Hlinka

Od specjalnego wysłannika „Wiadomości Literackich”

Bratysława, w czerwcu 1938.

Wodzem tego narodu jest stary, wiejski proboszcz. Nie jest to ksiądz-uczony jakich mamy we Francji, ani ksiądz-działacz jakich znało Poznańskie, ani ksiądz-polityk jak kanclerz Seipel, ani ksiądz-czerwony jak Machay. Próżno szukamy mu antenatów w wielkiej galerji typów i charakterów, jaką dały dzieje katolicyzmu. Tak musieli może wyglądać dawni proboszcze irlandzcy, sprzed lat stu, gdy tropieni i prześladowani żyli po ubogich wsiach Zielonej Wyspy jako szewcy, rybacy czy kowale. Może tak wyglądał niejeden z cichych, tajnych przyjaciół wyklętego księdza Stojałowskiego. Jest w Europie jeszcze jeden naród, którego prawdziwą głową, jak bywają królowie i głowy państwa, jest także ksiądz – ale metropolita Szeptycki to wspaniały purpurat kościoła, to arystokrata z rodu, Ukraińcy, to naród który w zamroku dziejów miał państwo wielkie, oświecone, potężne, ktorego księżniczki zdumiewały francuski Zachód umiejętnością czytania na długo nim władcy Krakowa posiedli tę trudną sztukę. A to jest poprostu proboszcz. Partja, na której czele stoi, sprawia wrażenie wyrosłej do nieznanych rozmiarów organizacji mężów katolickich, katolickiej młodzieży czy katolickich kobiet, jakie spotykamy po naszych parafjach, książki wydawane w mowie tego narodu są w olbrzymim procencie książkami treści religijnej, wiece publiczne wyglądają tu jak odpusty, mowy polityczne – jak kazania wiejskie. I wreszcie jest to człowiek stary. Nieliczne włosy rozwiane wkoło skroni mają siwość gołębią, błękitny wzrok słowiański jest zmętniały, twarz wyschła w biel słoniowej kości. Porównać ją ze szlachecką pańską głową Piłsudskiego – a mamy różnice dwóch narodów. Porównajmy ją ze zdobywczą, muskularną, wulgarną twarzą Mussoliniego, z twardą, brutalną Hitlera, z przemyślną Benesza, z wojskowo-junkierską Horthy’ego – i mamy znowu różnice, różnice, różnice. Ten stary, zgarbiony, wiejski proboszcz, przygasły i drżący, ucieleśnia jednak swój naród. Gdy przemawia, cały się przeistacza. Rysy twarzy nabierają ostrości, oczy rozpalają się, głos staje się silny, ruchy -władcze. Ale w chwilę później jest to znowu tylko stary, zmęczony, wiejski proboszcz. Nazywa się Andrzej Hlinka, a „hlinka” znaczy glina. Z gliny nie robi się cienkich, porcelanowych cacek, z gliny nie odlewa się stalowych armat. To materjał z którego po wsiach lepi się wiejskie misy i wiejskie garnki, tanie i kruche, barwne i prymitywne. Aż po nazwisko ten człowiek inkarnuje swój naród. Glina, glinka, z jakiejkolwiekbądź strony podejść do sprawy słowackiej, do oficjalnie drugiego narodu w Czechosłowacji, wszędzie i zawsze natkniemy się na tworzywo ludzkie, dzieje, polityczne, kulturalne, które będzie miało wszystkie zalety, ale i wszystkie słabości – gliny.

Nie jest to może przypadek że z całej rodziny słowiańskiej dwa szczepy właściwie nie wyodrębniły swej nazwy, że określają siebie wciąż jeszcze synonimem ogólnego pojęcia rasy i że temi szczepami są właśnie Słowacy i Słoweńcy, narody nieliczne i słabe, małe i gnące się w wietrze historji. Nie jest to przypadek, że po tamtej stronie Tatr każdy z nas, z Mazowsza czy Wilna, rozmówi się we własnym języku, będzie rozumiany i sam zrozumie. Nie jest to przypadek, że trwa tam jeszcze iście słowiańska gościnność, jaką opisywali kronikarze niemieccy X w,, jaką przekazali w legendach o Rzepisze i postrzyżynach Ziemowita kronikarze polscy. Wreszcie nie jest to przypadek, że można tam jeszcze znaleźć Słowian, o jakich pamięć zaginęła u nas zupełnie: lnianowłosych i modrookich, pogodnych i łagodnych. Ten naród przez prawie lat tysiąc nie miał historji. Nie miał królów i szlachty, nie miał miast i uniwersytetów średniowiecza, nie miał wojska i nie prowadził wojen, nie miał rewolucji i nie miał powstań. Ten naród miał tylko dolę. Była to dola smutna, ale nie tragiczna, niewola bez Białych Gór i bez Maciejowic. Zmartwychwstaniu narodowemu w 1918 r. zabrakło blasków krwawych legjonów, stalowych Kijowa, złotych Radzymina. Zabłysł i zgasł błyskawicą Stefanik. I dola potoczyła się dalej. Ci co byli przedmiotem dziejów, nie zaczęli być ich podmiotem. Ci co dawniej szli do więzień, po dawnemu idą do więzień. Ci co skarżyli się dawniej, i teraz tylko się skarżą. Tacy musieli być Słowianie sprzed lat tysiąca, zanim jedni w piecu historji nie stężeli, jak Polacy, Rosjanie, Czesi, a inni nie rozsypali się w popiół, jak plemiona zza Odry i Łaby. Tacy byli Wenedzi z wizji Słowackiego, wycinani w pień przez Lechitów.

Czechy były krajem, którego wielkość, zamożność, kultura wyrosła ze współpracy z Niemcami i żywiołem niemieckim, potem jeszcze z włoskim i hiszpańskim. Tej współpracy zawdzięczają Czesi bardzo wiele w dziedzinie kulturalnej, zapłacili za nią zniemczeniem znacznej części kraju. Słowacja jest krajem, gdzie kultura niemiecka i węgierska historja pozostawiła swe ślady bogate, liczne, wyraźne, ale tu już nie było współpracy: było osadnictwo. Ci obcy panowali w tym kraju jak panuje się w kolonji, naród tutejszy żył obok ich miast i obok ich zamków. Płacono haracz sułtanowi i podatki cesarzowi w Wiedniu, walczyły tu wojska protestanckie Bethlena Gabora i zaciążni Iisowczycy, ale walczyły tu tak właśnie jak na Ukrainie w XVI w. walczyli polscy hetmani i krymscy chanowie – na ziemi politycznie niczyjej. Liczne rzeki słowackie rwą szybkim, niesfornym prądem. Śmigają niemi łatwo kajaki, spławia się niemi drewno, nie pójdzie niemi wielki statek, jak po Wełtawie czy Wiśle. Wpadają nie do morza które jest wszystkim wspólne, ale do wielkiej rzeki, gdzie gubią się w wodach bawarskich, austrjackich, węgierskich, mołdawskich, bałkańskich. Nad rzekami wznoszą się ruiny wielkich zamczysk, z których władali magnaci. Rzeki opływają miasta gdzie krzewiła się kultura i działa historja nie słowacka, lecz obca. Jak w Chocimiu, dziś rumuńskim, działa się nie rumuńska lecz polska historja, jak w sowieckim Kamieńcu Podolskim działa się nie rosyjska lecz polska.

Niegdyś było może jeszcze najmniej źle narodowi w cieniu wielkich zamków, ogromami rozpadlin nachylonych dziś jeszcze nad prądem Orawy czy Wagu. Było dobrze w cieniu kościoła rzymskiego i powszechnego, którego księża spisywali pieśni ludowe i układali w sforne kanony gramatyki miękką mowę słowacką. Było dobrze w cieniu cesarza: legendy o Marji Teresie i Józefie Drugim wsiąkły w tutejszą glebę jeszcze głębiej, rozkwitły wdzięczniejszem jeszcze wspomnieniem, niż te które po tamtej stronie Tatr wyłowił Kazimierz Tetmajer, a po tamtej stronie Karpat Stanisław Vincenz. Kraj słowacki był krajem rzek jak ruczaje górskie. Przeto w swych opowieściach widział wielki, moc wód toczący, Dunaj. Kraj słowacki był krajem małych wsi i ścieśnionych miast. Toteż nad żadnym krajem dawnej monarchji habsburskiej nie gorzeje tak złociście łuna opowieści o wielkiem mieście, o Wiedniu. Żaden kraj mały, żaden naród nieliczny i słaby, nie lubi nieco większych i silniejszych od siebie. Ucieka przed ich opieką do jeszcze większych. Takich, którzy nie wzbudzają w nim nawet podświadomej zazdrości. Toteż gdy w wyniku wstrząsu wiosny ludów i węgierskiego powstania dawne kraje „korony św. Stefana” wyosobowały się nanowo z mgławicy „moich cesarskich ziem i ludów” w osobny człon państwowy, gdy swe pograniczne ziemie począł Peszt madjarzyć – Słowacy patrzyli na Wiedeń. Rosła wtedy legenda o Franciszku Ferdynandzie, który czekając na zgon sędziwego Franciszka Józefa, roił wielkie plany o kantonalnej przebudowie Austrji, takiej, aby jej „wielkie”, separatystycznie nastrojone narody szachować opieraniem się na szeregu „małych”, dotąd przyduszanych w rozwoju przez tamte, Słowacy należeli właśnie do tych, którzy najwięcej nadziei łączyli z przyszłym cesarzem. Gdy zginął w Serajewie, na trumnie arcyksięcia delegacja słowacka złożyła wieniec z napisem: „Straconej nadziei głęboko zasmuceni Słowacy”. Tak człowiek, który był ostatnią nadzieją Habsburgów, był jeszcze i nadzieją – Słowaków.

Można byłoby sądzić że rok 1918 przyniósł Słowakom wszystko o czem ten nieliczny naród mógł marzyć. Znaleźli się w państwie słowiańskiem jako drugi jego człon, połączeni z narodem najbliższym im, czy jednym z najbliższych, mową, krwią, pochodzeniem ludowem. Otrzymali szkoły i urzędy, język i barwy narodowe. „Ale właśnie w tej bliskości -powiada mi ktoś – było dla nas największe niebezpieczeństwo. Pomieszani z Węgrami, byliśmy jak woda zlana z oliwą. Woda oliwie nie siostra, zawsze się oddzielą. Teraz jesteśmy jak woda z winem, czerwonem winem czeskiem. Woda z winem łączy się łatwo, bo i w winie jest przecież woda. Ale wino wodę barwi, wino wodzie daje smak. Wobec Węgrów byliśmy jednością, jak dziś Niemcy sudeccy wobec Czechów. Wobec Czechów Słowacy jednością nie są”.

Jest to niewątpliwa prawda, i niewątpliwie trafne ujęcie różnic. Między Słowakiem a Węgrem istnieje olbrzymia przepaść mowy, krwi, kultury. Węgrzy byli ponadto narodem szlacheckim i historycznym, Słowacy ludowym. Czesi są narodem pokrewnym, bliskim, czeskie słowa są jak polskie, może bardziej niż polskie zrozumiałe w tym kraju, ten lud tak samo wyrósł niedawno z chłopa, a tylko góruje nad słowackim rozwojem swej kultury, przewagą gospodarczą, państwowotwórczą. Łatwiej tu wchodzi i penetruje. Łatwiej wciąga i wchłania. I niezawodnie, jeśli wobec madjaryzacyjnej polityki Pesztu Słowacy byli jednością, to wobec Pragi, która ujednolica Czechów i Słowaków w jeden naród, w którym najpewniej nie Słowacy mogą być winem – Słowacy nie są jednem. Autonomiści Hlinki są największem stronnictwem słowackiem, ale skupiają tylko 40%, a więc nie mają większości. To nie Sudety. Pozostałych 60% – większość – są to grupy bardzo rozbite. Będą to umiarkowani społecznie agrarjusze, wciągnięci przez potężny czeski ruch agrarny, będą to radykalni komuniści. Będą to jeszcze i pospolici karjerowicze, którzy znajdą się zawsze za władzą i za rządem, którzy są w Słowacji, jak są wszędzie. Wszystkie te grupy są przecież zgodne w jednem: są za Pragą.

Na siłę czy słabość każdego ruchu politycznego składają się zawsze dwa czynniki, jego liczebność, jego cele. Cel, jaki stawia sobie obecny ruch narodowy słowacki, partja Hlinki, jest to cel, wbrew pozorom, najtrudniejszy do urzeczywistnienia. Celem tym jest autonomja w ramach Czechosłowacji. Ruch słowacki jest legalny, jest lojalny. Ten ruch naprawdę nie chce samodzielności państwowej, nie chce niepodległości. Pragnie tylko zachowania odrębności słowackiej w czechosłowackiem państwie i myśli że osiągnie to przez autonomję. To znaczy, pragnie tego co jest najtrudniejsze. W Polsce jesteśmy skłonni wierzyć że Czesi olbrzymim nakładem wysiłków, pieniędzy i ucisku uciskają i czechizują naród słowacki. W istocie jest inaczej. Przy pokrewności obu narodów, a wyższości rozwojowej Czechów, asymilacja polityczna, kulturalna, wreszcie narodowa, Słowaków jest procesem nie do uniknięcia. Nie do uniknięcia nawet gdyby Czesi chcieli najszczerzej jej uniknąć. Można dać Słowakom osobny parlament, zwiększyć ilość urzędników-Słowaków, wprowadzić w życie wszystkie formalne postulaty autonomistów. To raczej jawny ucisk, wyraźny terror, rugi Słowaków ze wszystkich stanowisk, zmniejszyłyby proces czechizacji Słowacji. Myśmy w epoce jagiellońskiej nie polszczyli Litwy i Rusi przez stosowanie metod tak dziś popularnych u endeckich czy neoendeckich działaczy na kresach. I właśnie wtedy udawał nam się proces, który dziś przy innych metodach zawodzi.

Słowacy nie widzą tego jasno. Posiadają szkoły, urzędy, uniwersytet, posłów. Mogą uzyskać własny parlament. Mogą usunąć czeskich urzędników jacy są na Słowaczyznie, mieć nadal samych Słowaków. Mogą uzyskać dwie i trzy autonomje. To wszystko nie zmieni sprawy. Póki czeskie wino i słowacka woda znajdują się w jednem naczyniu, póty wino będzie nadawać tej wodzie smak i barwę. Czesi będą zawsze mieli prawo mówić: czegóż oni jeszcze chcą? prosili o szkoły – mają szkoły, o urzędy – mają urzędy, o autonomję – daliśmy im autonomję. I będą mieli rację. Federacja, to możliwość tylko dla narodów równoważnych, równych w sile. Może być federacja w rodzaju szwajcarskiej, gdzie wszystkie w skład jej wchodzące narody są mniejwięcej równej siły, mogła być -niegdyś – federacja Polski i wielkiej Litwy, ale nie może być federacji Niemiec i Austrji, Włoch i Albanji: może być tu tylko wcielenie. Wina nieporozumień czesko-słowackich nie leży po stronie Czechów, nie wynika z niedotrzymania umowy pittsburskiej, z której postulatów większość została spełniona. Leży w samej umowie pittsburskiej, w samej koncepcji „unji” tych dwóch bratnich, ale nie równych w sile, narodów. Póki istnieje współżycie pod jednym dachem państwowym Czechów i Słowaków, póty musi postępować ujednolicenie, póty musi się czeszczyć politycznie, kulturalnie i narodowo słabokostny lud znad Wagu. Naród czeski – to naród wielkiej siły. Gdyby doszła do skutku unja czesko-polska, może być pewnym że nawet na tak wielki, o wyraźnych rysach naród jak nasz, Czesi wywarliby swój wpływ racjonalistyczny, mieszczański, rewolucyjny. Wino czeskie – to jednak wino silne w kolorze, wyraźne w smaku. Starczyłoby go i na nas. Na Słowaków jest go aż za wiele. Jedyną logiczną konsekwencją, jaką narzuca hasło samodzielności narodowej Słowaków, jest stworzenie odrębnego państwa słowackiego. Ale Słowacy są za słabi nie tylko by to wywalczyć, ale nawet by o tem myśleć. Może to i lepiej. Przeżywamy dziś istną inflację narodów, mniejszości narodowych, irredent. Jeśli tylu wybitnych Słowaków czeszczyło się w ostatnim stuleciu, może to i proces naturalny. Bardziej różnorodne szczepy zlewały się w jeden naród, czemużby nie mieli się zlać w jeden ci znad Wagu i tamci znad Wełtawy? Może wtedy w tej masie ludzkiej o właściwościach gliny wydobędzie się jeszcze i inne wartości? Może odnajdzie się tu i kaolin – dla cienkich porcelan czeskich, może wydobędzie się z niej aluminjum, metal przyszłości – dla Skody, może rudy ukryte i żyły kruszcowe, których dotąd zużytkować nie umiano, lepiąc jeno z tej gliny proste, nęcące bogactwem malowidła, kruche i ciężkie, garnce. Jest to jeszcze, jak przed wiekami, materjał miękki, łatwozmienny, nieoporny. Historja nie skrzepiła go w swym ogniu. Ale żadna glina nie lepi się sama, najmniej już glina ludzka. Hlinkę lepią inni. Glina. Glinka. Hlinka.

Ksawery Pruszyński.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Close