Listy z Czechosłowacji (cz. 9)
Dla kogo?

Od specjalnego wysłannika „Wiadomości Literackich”

Bratysława, w lipcu 1938.

Jestem na wsi słowackiej, skrytej w jarze, rozrzuconej po jego załomach, bezładnej, olbrzymiej. Mogłaby to być nasza wieś podolska, mogłyby to być, dzięki winnicom, nasze Zaleszczyki. Przez tę wieś nie przeszły wielkie przemiany wsi czeskiej XIX wieku, nie przeszły przemiany z czasów po r. 1918. Musnęły tylko wsie sąsiednie bardzo słabym wiewem. Jar rzeczny ominęły, jak omijają go jesienne wiatry. Były tu wielkie włości i pozostały wielkie włości, byli tacy jak u nas pachciarze i była taka jak u nas, naszej siostrzana, nędza. Wałęsały się kupy Cyganów i chodzili ludzie w łapciach. Wszystko pozostało po dawnemu. Nawet Bata tu nie dotarł, cóż dopiero wielkie reformy. Są tu dwory panów, karczmy Żydów i chaty chłopów. Są tu role pocięte w wąskie paseczki, porozrzucane na przestrzeni kilkunastu czasem kilometrów: 6 ha w jedenastu kawałkach. Marnuje się wiele czasu na dojście z jednego do drugiego. Ile czasu, ile pracy zmarnowało się tak w ciągu dziesięcioleci? Może to czas zaoszczędzony przez komasację, która takie grunta zebrała w jedno, dał zamożność wsi czeskiej? Może to ta oszczędność sprawiła, że tamta wieś spod Taboru i Ołomuńca, to garstka kilkudziesięciu gospodarstw zabudowanych porządnie, opatrzonych w elektryczność, wodociągi, traktory i centryfugi, twór wydzielony z chaosu, biedy i przeludnienia. U nas też jest Polska A i Polska B. Ale Polska A nie jest tak bardzo Europą jak te ziemie wokoło Pragi i nim przejdzie w Polskę B. Polesia, nowogródczyzny, kresów, topnieje w mieliznach koło Konina, Gocławka i Kutna. Tu prawie bez przejścia, w każdym razie z pasem przejściowym bardzo małym, wieś zachodnia, europejska, przemienia się w naszą. Jakżeż to mogło być że ominęło ich to wszystko co się działo i dzieje w krajach jednego z nią państwa, i w dodatku tak bliskich? Jakżeż to może być że między wsią czeską a wsią słowacką leży dziś jeszcze sto lat odstępu?

Zdaje się jednak doprawdy, że jestem jedynym człowiekiem który się tem kłopoce. Pozatem nie troszczy się o to nikt, nikt o to nie ma pretensji. Cokolwiek może – ale też w ograniczonej mierze -agrarjusze czescy. Nie troszczą się zbytnio o to sami Czesi, nie troszczą i najzaciętsi autonomiści księdza Hlinki. Nie troszczą się wiele o to i komuniści, których na Słowaczyźnie przybywa, nie troszczą urzędnicy. Nie leży to na sercu właścicielom ziemskim, okrojonym tu znacznie mniej niż gdzieindziej, choć głód ziemi był tu o ileż większy, nie troszczą się i karczmarze żydowscy. Ani kościół, ani państwo, ani rewolucja, nie widzi w tej nędzy swego wroga. Zaryzykowałbym twierdzenie że wszyscy widzą w niej swego sprzymierzeńca, motor przyszłości, konia który dla nich wygra wielki wyścig i na którego stawiają wszyscy. Chodzi tylko o to dlaczego wszyscy tak właśnie stawiają, i o to także, kto na tem wygra. Bo przecież wszyscy nie wygrają…

*

Aby mnie stąd zabrać, przyjeżdża samochodem czeski, młody przyjaciel, z którym oglądałem wieś czeską, który studjuje sprawy agrarne, który pisał i o naszem rolnictwie. Pytam go czemu trwa tu bez wielkich przemian, w każdym razie bez przemian struktury gospodarczej, stan sprzed wieku i sprzed Franciszka Józefa? Dlaczego nie przeszła tędy naprawdę ani reforma rolna, ani komasacja, ani podniesienie produkcji rolnej, dlaczego jest to świat karłowatych i karłowaciejących gospodarstw?

Mój przyjaciel ma na to odpowiedź gotową, może okrutną, napewno logiczną. Wszystkie te wysiłki, o których mówię, byłyby tu najzupełniej daremne. Nie przyniosłyby żadnego rezultatu. Czemżeż może być reforma rolna skoro tu głód ziemi przerasta nieskończenie wszystek jej obszar parcelacyjny? Czemżeż mogłaby być komasacja, skoro po paru latach znowu dojdzie do działów rodzinnych i kawałki scalone z takim trudem, przy nieuniknionych żalach i pretensjach wiejskich, rozpadną się nanowo w cząstki i cząsteczki? Co tu pomoże ustawa o niepodzielności gospodarstw, skoro wieś nie znajdująca ujścia, dzielić je będzie nadal w drodze faktycznej? Czemżeż może być intensyfikacja produkcji w gospodarstwach tak karłowatych? Niech najpierw przestaną rodzić.

Zawiezie mnie, owszem, w inne okolice Słowacji, gdzie były warunki potemu by wszystkie te sprawy ruszyć z miejsca. Tam gdzie z przyczyn politycznych (Węgrzy) reforma rolna była koniecznością państwową, tam wreszcie gdzie mogła przyczynić się do powstania większych, samodzielnych gospodarstw, zobaczę, że państwo czechosłowackie przeprowadziło ją skutecznie. Tam gdzie ludność była rzadsza, emigrując do przemysłu, do Ameryki czy na Węgry, łatwiej było o dokonanie czegoś co przyniosłoby skutki. Tu żadna reforma nie dałaby się odczuć, każdy wysiłek byłby po dziesięciu latach podważony,
po dwudziestu przekreślony zupełnie. Ten kraj, jeden z najbiedniejszych w Europie, jest jednym z najbardziej plennych w dzieci. Mój przyjaciel jest teoretykiem rolnictwa: nic go tak nie cieszy jak warkot metaliczny centryfug w lśniącej od czystości mleczarni spółdzielczej, niż widok rasowego bydła, niż krowa o niezwykłej mleczności, niż różowo-biały knur Yorkshire. Wieś dobrze zorganizowana, gospodarstwo wzorowo funkcjonujące jest dla niego ideałem nie tylko pożyteczności, ale wprost piękna. Mówiąc o tem szliśmy drogą przez wieś. Zabiegła ją nam chmara dzieci słowackich, płowowłosych, umazanych w piasku jak wróble. Prawie je odepchnął. Dla niego te dzieci były rojem korników, chrabąszczy, robactwa objadającego owoce, ptactwa łuskającego pszenicę w kłosie. To był ten pasorzyt, którego szkody zauważy i wytłumaczy tylko wprawne oko fachowca, ale na którego oporze rozbije się cały wysiłek reform agrarnych potężnego aparatu państwa. Wobec tej chmary dzieci jest daremna i reforma rolna, i komasacja, i intensyfikacja, i wszystko. Każda chwilowa ulga wpłynie tu na zwiększenie owej chmary, jak gdyby ludzkość instynktownie broniła swej pierwotnej, naruszanej z zewnątrz, formy bytowania. To raczej nędza zahamuje ów przyrost. Takim ludziom nie warto dawać nic. Nie opłaci się komasacja, bo znowu to wszystko rozdrobnią. Niewiele pomoże tu reforma rolna, która nie obdzieli dostatecznie, a zmniejszy jedynie obszar zagospodarowany racjonalnie, wyzyskujący ziemię należycie, produkujący dużo, dający zatrudnienie sezonowe znacznej ilości bezrolnych.

Są to wszystko względy fachowca i niewątpliwie są to względy, z jego punktu widzenia, najzupełniej słuszne. Ale pod słowami fachowca gospodarczego odkrywam jeszcze punkt widzenia Czecha. Oto jego kraj, wzorowy i rządny, jest krajem małej rozrodczości – tam ów drobny „kornik”, bawiący się w piasku gościńca, jest zjawiskiem już nawet zbyt rzadkiem. Stąd ta niechęć do słowackich dzieci może być czemś w rodzaju niechęci kobiety bezdzietnej, bezdzietnych małżeństw, do tych które dzieci mają, może się w tem kryć niewyznawana innym, nieuświadamiana nawet sobie, podglebna zazdrość. Cóż mają robić ci wszyscy ludzie? – pytam, a on odpowiada, że emigrować za pracą. Do Ameryki w razie możności, do czeskiego przemysłu, do czeskiego rolnictwa. Parobek w Czechach właściwych, to przecież dziś w olbrzymiej większości, przychodni bandos słowacki. W ten sposób rozładowuje się energja, odpływa z tego kraju strumieniem zbyt wezbranym, wsiąka w inne ziemie, nie pęcznieje w miejscu. W zakładach Skody i Baty łączyć się będzie powoli w jedno z czeskim proletarjatem. Na wsi czeskiej będzie się mieszała z pokrewnymi mu mową. Z amerykańskiej oddali zlewać się będą, emigrantom, Czechy i Słowacja, Bratysława i Praga. Tam wszędzie dokona się to zjednoczenie szczepów, które tu, w kraju, jest takie trudne.

Mam wrażenie że Praga nie gniewa się zbytnio na olbrzymi przyrost Słowacji, i jej główną troską jest tylko to żeby nie gęstniał w miejscu, nie nabrzmiewał na samej Słowaczyźnie. Przeto ten kraj, jednocześnie tak plenny w ludzi, agrarnie tak bardzo przeludniony, jest dalej krajem mieszanym, jego ludność miejska pozostaje nadal w znacznej części niemiecko-węgiersko-żydowska, napływ do miast i miasteczek, ten sam który stał przecież u kolebki odrodzenia narodowego Czech, odbywa się tu w najwolniejszem tempie jaki sobie można wyobrazić. Jakąż zmianą przeszła tu wojna? Ale jednocześnie autonomiści słowaccy, u których spędziłem tych kilka dni, są tego samego zdania: oni także stawiają na rozrodczość swego narodu. Rozrodczości domagał się zawsze kościół, w rozrodczość wierzył zawsze nacjonalizm. Wreszcie rozrodczość jest może nie ideałem, ale stawką komunistów tutejszych. Wieś przeludniona rodzi nędzę, nędza rodzi komunizm. Pocóż drobnomieszczańska reforma rolna, która a nuż się powiedzie, a jeśli się powiedzie, stworzy tu kraj kułaków, mocnych gospodarstw, zaporę przeciw komunizmowi? Pocóż komasacja, która również może wspomóc samodzielność gospodarczą, która burzy pierwotną wspólnotę, rozsadza wieś? Dalekim ideałem jest przecież zjednoczenie tego wszystkiego w jeden łan kołchozu. Bliskim celem jest mnożenie trudności, potęgowanie beznadziejności na dziś, aby łatwiej było z tem zerwać.

W ten sposób trwa stan przez wszystkich w gruncie rzeczy sankcjonowany ii uznawany, choć głośno każdy się tego uroczyście wypiera i do innego wzdycha. Nędza słowacka i rozrodczość słowacka są dochowane przez wszystkich o wiele święciej niż wszelkie pakty pittsburskie. Ta nędza i ta rozrodczość dostarczają taniego bandosa wielkochłopskim gospodarstwom czeskim, taniego robotnika przemysłowi morawskiemu. Dostarczają niezadowolonych i skorych do buntu, wyzyskiwanych i czujących swe upośledzenie, nie zawsze pojmujących jego przyczyny, słuchaczy agitacji komunistycznej. Jakżeż to jest ważne w kraju takim jak Czechosłowacja, który Rosji sowieckiej jest potrzebny jako bastjon antyniemiecki, w którym komuniści prascy bliżsi są Thorezowi i Cachinowi, niż komunistom rosyjskiego typu! Dostarczają jednocześnie i kościołowi wyznawców wiernych i pokornych, cichych i ubogiego serca, o ileż milszych mu niż racjonalistyczni drobnomieszczanie czescy, w których zawsze tkwi życiowy materjalizm i nonkorformizm duchowy husytów!

I wreszcie patrzy na nich bez żalu, a z dumą, słowacki ruch narodowy. Ten naród nie miał państwa, nie tworzył historji, nie władał, nie znaczył w kulturze świata, nie wydawał mędrców, strategów, świętych, kapitalistów, królów. Ale ten kraj z plennością króliczą wydaje dzieci. Jak prawie żaden w Europie, mało który na świecie. Kurczy się rozrodczość narodów bogatych i dostatnich, kurczy się ludność niemiecka w Sudetach, słabnie stale przyrost ludności w Czechach i na Morawach, mały, nieznaczny, jest węgierski, siedmiogrodzki, austriacki. Słowacy dobrze wiedzą o tem. Bandosi słowaccy przed wojną szli na żniwa do puszty węgierskiej, wyrąbywali lasy w Siedmiogrodzie, jako druciarze i służba domowa wędrowali do Wiednia. Podświadomy instynkt rasy każe im wierzyć że oni, którzy nie zwyciężyli kulturą, mieczem, genjuszem odkrywczym, energją twórczą, zwyciężą wszystkich wokół rozrodczością, że dzieci i wnuki bandosów i robotników niewykwalifikowanych będą kiedyś panami tam gdzie oni służą i orzą. Błogosławieni cisi, albowiem oni posiądą ziemię.

Nie sposób powiedzieć, kto tu ma rację, komu przybywa siła w tych dzieciach jakie rodzą się nad Wagiem. Nie sposób przewidzieć, kto odniesie zwycięstwo ostateczne. W Polsce bardzo niegdyś wierzono w znaczenie, jakie posiada dla narodu silna rozrodczość. Wierzono że każde polskie dziecko i każdy Polak pracuje sam przez się na rzecz Polski. Dziś nie wiem, czy tak jest. Oto w Niemczech Związek Polaków śle protest za protestem, skarży się na położenie Polaków, na szykany i ucisk. Nie mniej do tych samych Niemiec trwa legalna i nielegalna emigracja rdzennych Polaków za pracą, dla jakiegokolwiek chleba: Polacy pracują nie tylko na robotach rolnych pod Akwizgranem i Trewirem, pracują przy budowie wielkich autostrad, wielkich fabryk, przy olbrzymiej przebudowie Berlina, przy niwelacyjnych pracach pod przyszłe lotniska. Dla kogo pracują ci Polacy, komu ich praca niesie pożytek? Dla kogo pracują ci Słowacy, setkami tysięcy rozsypujący się po ziemi? Czy wielka rozrodczość narodu, gdy naród nie potrafi jej sił zużytkować u siebie i dla siebie, nie może stać się czynnikiem który pracuje – nie tylko nie dla niego, ale co gorsza, nawet przeciw niemu?

Ksawery Pruszyński.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Close