KSAWERY PRUSZYŃSKI

Listy z Hiszpanji (cz. 10)
„…y entonces, Don Quijote…”

Od specjalnego wysłannika „Wiadomości Literackich”

Pędzimy szosą do Walencji, między górami z prawej, morzem z lewej strony, wśród skał i sadów oliwnych zamożnej wsi katalońskiej. Ale przed każdem „pueblo” – wsią, miasteczkiem czy miastem – czeka nas, niczem za czasów średniowiecza, zbrojna warta. Tam gdzie dochowały się resztki baszt miejskich, przypominało to naprawdę dawne wieki. Zwłaszcza że ta warta nie ma najczęściej karabinów: jest to jakieś pospolite ruszenie broni cywilnej wszelkiego rodzaju i wszystkich roczników. Są tu pukawki stróżów nocnych, są angielskie sztucery myśliwskie, są wreszcie fuzje, z których strzelano zapewne do szwoleżerów cesarza Napoleona. Wartownikami nie są wojskowi, tem mniej policja, są to miejscowi chłopi, od piętnastoletnich wyrostków do sześćdziesięcioletnich staruchów. Na widok samochodu zrywa się ich kilku z jakiejś ławy i podnosząc broń dogóry, zagradza sobą szosę:

– Alto!

Wóz staje, a siedzący przy kierownicy Vergnolles podaje pierwszemu zbrzega nasz list żelazny. Chłop bierze i zaczyna go powoli oglądać. Reszta patrzy mu przez ramię. Trwa to długo, bardzo długo, i nigdy nie jesteśmy pewni, czy aby nie jest to udawanie lektury. Gdy lektura się przedłuża, Vergnolles dorzuca czasem, jakby odniechcenia, jakiś komentarz. Ludzie wtedy mówią z pośpiechem jakieś hiszpańskie „aha, aha”, jakby właśnie to samo co im mówi Vergnolles wyczytali w dokumencie i dobrze o tem wiedzieli. Niekiedy jeszcze o coś pytają. Wtedy Vergnolles -niezależnie od tego, o co pytają – wydobywa drugi dokument – ów akt „inkautacji” jego samochodu i przydzielenia go do moich usług – i pakuje go pod nos czeredy. Zwykle w takich momentach ja wyciągam jeszcze mój osobisty glejt i trzymam go w gotowości, dwaj zaś milicjanci, którzy siedzą wewnątrz wozu, poruszają się trochę niecierpliwie. Są to młodzi chłopcy, zaręczeni z dwiema siostrami, milicjanci którzy kwaterowali w naszym hotelu i mieli się udać do Madrytu. Jadą z nami niejako eskorta. Ich granatowe milicyjne mona, karabiny i proletarjacki wygląd robią swoje wrażenie:

– Passa!

Ale u wyjścia z „puebla” jest to samo, nowa warta, nowa indagacja. Znowu twarze chłopskie, srogie, nieufne, w miarę tępe, nachylają się nad szybami. Owszem, może to być nieznośne, zwłaszcza że powtarza się co dwadzieścia kilometrów, że nigdy niewiadomo, czy taki człowiek nie weźmie którego z nas za przemykającego się cichaczem gen. Franco, że niema tutaj „puebla”, a wśród inwigilantów niewielu jest takich którzy nie byliby poznaczeni przelaną krwią. Tylko że wzamian za to osiągnęliśmy rzecz dla automobilistów hiszpańskich bezcenną: oto przez całą drogę z Barcelony do Walencji żaden kamień nie śmignął za naszym samochodem, i takiego bezpieczeństwa już bardzo dawno nie było. Jedziemy spokojni że przy postoju nikt nam nożem nie przekroi opon, nikt nam nie ściągnie walizy, cóż dopiero mówić o podpaleniu – a jakże często to się zdarzało niegdyś – samego wozu. Bunt zawiści, bunt który wybuchał sporadycznie za przejazdem lśniących limuzyn, przerósł teraz samego siebie. Rewolucja stała się władzą, zatrzymuje nasze samochody, każe nam stawać, pokazywać papiery, wyjaśniać cel jazdy. Musimy to robić w każdem „pueblo”, musimy to robić wobec chłopa który nie umie czytać, wobec parobka (jakby u nas powiedziano: „od wideł”), niemal – jakby znowu u nas powiedziano – „wobec dziewki od krów”. Oni mogą nas, inteligentów, właścicieli samochodów, dziennikarzy zagranicznych, kto tam nas wie, zatrzymać, mogą zrewidować, mogą uzależnić od swego uznania, czy możemy jechać dalej czy nie. Ale to wszystko nie wyczerpuje ich roli, określa tylko ich władzę. Ich rola, to baczenie aby nie przekradł się nikt podejrzany, aby na ich małym odcinku nie załamała się rewolucja, która składa się właśnie z szeregu zwycięstw w takich małych, opuszczonych zakątkach. Jest to walka, w której czują swoją nierówność. Ten chłop, który zaledwie umie czytać, jakżeż rozezna się w dokumentach, pieczęciach i podpisach, zwłaszcza gdy mu taki Vergnolles podsuwa je jedne po drugich? Ten chłop wie, że ma do czynienia z inteligentem, że ten go wciąga na pole, na którem odniesie nad nim łatwe zwycięstwo, że walka toczona w tych warunkach jest mimo tych flint i dubeltówek warty zgoła nierówna, oka sieci bardzo szerokie. I dlatego stara się wygrać, jak wygrał w walkach ulicznych – liczbą. Nie poprzestaje na jednej indagacji, na jednej warcie. Ustawił warty wszędzie, niemal na rozdrożach, przy wjazdach i wyjazdach. Być może że ryba, która się przemknęła przez dziesięć oczek, zaplącze się w jedenastem, dwunastem, trzydziestem, więc właśnie dlatego że każde z tych oczek jest w gruncie rzeczy źle wiązane, niewprawnie, trzeba żeby ich było zato możliwie dużo. Człowiek o którym powiadano, zapewne tu jak gdzieindziej, że jest „od wideł i gnoju”, rozumie – och, jak dobrze i jak boleśnie! – swoją w tem dziele niewprawność.

Biurokracja rewolucyjna wyrasta właśnie z tych dwóch rzeczy: ciemnoty i rewolucji. Rewolucji, która tym ludziom oddała rządy, lokalne przynajmniej, do ręki, ciemnoty – która utrudnia im wykonywanie rządzenia. Piętrzy się ona na drogach Hiszpanji zwałami utrudnień nużących a niezdarnych. Sądzę że sprytny szpieg przemknie się, niestety, przez nie bez najmniejszych trudności, a człowiek najbardziej niewinny ale o trochę słabych nerwach zaplącze się bardzo łatwo. Wobec podstępów ludzie ci są uzbrojeni równie nędznie jak ich towarzysze, ci z flintami napoleońskimi, strzelbami wojen karlistowskich. Tylko że jest tutaj coś bardziej istotnego od tego wszystkiego: poczucie odpowiedzialności. Ci ludzie rozumieją dobrze że są odpowiedzialni za rewolucję i republikę, postawieni na straży, że właśnie im powierzono jej losy w jakiejś Casa de la Montana, w jakiemś Barnabo Viejas, w jakiejś Yillanueva. Dzieje wielkiej przemiany, jej losy i przyszłość, wszystko to rozkłada się obecnie na barki setek tysięcy takich ludzi od morza Kantabryjskiego do Gibraltaru. Dawniej mogli żyć bez tej troski. Dawniej w wielu okolicach nie odczuwano potrzeby wykształcenia i książki, rodzice równie niechętnie, jak u nas czasem chłopi, posyłali swe dzieci, przydatne do wypasania bydła, do szkoły. Teraz oświata stała się koniecznością, warunkiem dźwignięcia się i wyzwolenia, utrzymania zdobytych pozycyj. Teraz człowiek, który bezradnie obraca niezrozumiały dokument w swem ręku, będzie wiedział że aby móc coś stanowić w tym kraju, musi przedrzeć tę tajemniczość jaka leży między jego oczami a treścią owego glejtu.

Mijamy jakieś wille nad morzem samem, ogrodzone i puste, jakieś domy spalone. W Tarragonie wszystkie kościoły – Tarragona była miastem klasztorów i kościołów, ale także fabryk i dzielnic robotniczych – zostały spalone. Jest wreszcie wieczór, zachód kładzie się nad morzem gdy dojeżdżamy do Walencji. Znowu jak w Barcelonie wielkie bulwary, pełne ludzi, tłumy robotnicze z karabinami, na spacerze. Hotele są zasekwestrowane. Idziemy do lokalu miejscowego Frontu Ludowego, z prośbą o przydział noclegu. Natrafiamy właśnie na obiad. Panuje atmosfera popisowo serdeczna. Tu już daje się odczuć pewna dbałość o to, jakie wrażenie wywiezie dziennikarz cudzoziemski z Walencji. Rozmowa, zasilana przez gadatliwego Vergnolles’a, toczy się szybko. Po kolacji dwa typy obiecują nam pokazać nocne życie Walencji. Jedziemy samochodem do jakiegoś teatrzyku, nieprawdopodobnie obdartego i brudnego, o tandetnych dekoracjach. Cała sala do ostatniego miejsca jest zajęta przez milicjantów. Są to czarne, ogorzałe i niegolone od tygodni typy, wrócili z frontu aragońskiego na urlop, i przedstawienie jest dla nich. Dosyć wątpliwej wartości komedyjkę przeplatają występy baletu, rzeczywiście doskonałego, pozatem rozebranego powyżej – czy może poniżej -wszystkich granic przyzwoitości. Żołnierze patrzą jak urzeczeni, jakby nigdy nie widzieli dotąd zgrabnych kobiet a tylko jakieś kulfonowate poczwary. Przez salę faluje ciepło tych wygłodniałych zachwytów. Mój towarzysz z lewej pokazuje szerokim gestem salę i tłumaczy po francusku: „C’est la révolution qui a donné à ces gens tout celà”. W hallu wisi stary afisz jeszcze sprzed rewolucji. Istotnie, chociażby wysoka cena miejsc czyniła z teatru zamknięty sezam.

Uprzejmość i kokieterja rewolucyjna Walencji sięga jednak dalej. Odwożą nas do naszego nowego mieszkania. Nie jest to już zwykły pokój w hotelu. Jedziemy pięknym bulwarem, pustym i ciemnym, aż wreszcie wjeżdżamy w cienisty ogród jakiejś willi. Jest to dom jakiegoś bogatego handlowca, który został rozstrzelany z rozkazu trybunału ludowego. Willa stoi pusta, nie zajęta, ale mebli jeszcze nie wywieziono. Podczas przedstawienia w teatrze sprowadzono tu brakującą pościel, i przygotowano wannę, proponują wybranie pokoi. Nasi możni towarzysze pożegnali nas życząc dobrej nocy, – milicjanci, odkomenderowani do tego wszystkiego, oprowadzają nas po pokojach porzuconych najwidoczniej w popłochu. Wszędzie walają się jakieś papiery, na stole otwarte książki. Jest mimo wszystko jakoś nieswojo buszować tak po nocy w cudzym domu. Zresztą jestem w tem uczuciu najzupełniej odosobniony: Vergnolles obwąchuje bez żenady wszystkie kąty, taksuje bogactwo rozstrzelanego wroga ludu, i kto wie czyby nie zabrał do kieszeni srebrnej cukierniczki gdyby jeszcze była. Sympatyczniejsi są już młodzi milicjanci, którzy z nami jadą. Ci tylko najskwapliwiej wleźli do białego panieńskiego pokoju i ulokowali się, nie pytając, w pościelach białych, wąskich łóżek. Na dobranoc powiedzieli mi wesoło jakiś komentarz, zdaje się wyrażający żal że dawne mieszkanki tego pokoju nie będą im dotrzymywały towarzystwa. Chłopaki zdają się przeżywać pewną szczególną rozkosz z wygniatania swemi proletarjackiemi ciałami miękkich poduszek senorit. Vergnolles nie postąpił inaczej. On skolei ulokował się w łożu samego właściciela domu, w wielkiej pseudośredniowiecznej budowli, z kolumnami podtrzymującemi nad łożem olbrzymi baldachim, i także zdaje się przeżywać jakąś szczególną radość z tego snu w takiem właśnie łożu.

Nazajutrz rano wstajemy dość późno, wyjeżdżamy jeszcze później. Okazuje się że miał z nami jechać innym samochodem jeden z wczorajszych gospodarzy z Frontu Ludowego, który jedzie jak my na Aranjuez. Gdy nie zjawia się, jedziemy sami. Jesteśmy na naszym dwóchsetnym kilometrze gdy napotykamy samochód bez benzyny. Takie nieszczęścia, przy obecnych niewykwalifikowanych szoferach, zdarzają się dość często. Odstępujemy im nieco naszej, ale że benzynę jest trudno dostać, przeto jedziemy z nimi wbok drogi ku „cortijo”, dawnemu dworowi, w którym obecnie zrobiono „depot” samochodowe. Droga staje się nieco gorsza, pełznie od głównego szlaku przez wzgórza obsadzone oliwkami. Wreszcie zajeżdżamy przed ów pierwszy dla mnie hiszpański dwór wiejski. Trudno sobie wyobrazić coś bardziej różnego od polskich. W polu, czy raczej w olbrzymim, ale rzadko rozsadzonym sadzie oliwnym, grupa kilku nie wyróżniających się jeden od drugiego budynków, skupionych w czworobok. Skąpy kawałek ogrodu warzywnego i duże podwórze, będące czemś pośredniem między dziedzińcem starożytnego zamku a podwórzem folwarcznem.

Dostajemy benzynę, a zaproszeni, czekamy i na obiad, który się spóźnia, co jak się okazuje, jest wynikiem wadliwego przebiegu rewolucji. Dzieje „cortija” są ściśle związane z tem opóźnieniem obiadu, które dla wielu spraw może być dość charakterystyczne. „Cortijo” należało do jakiejś „markizy-wdowy” („marquesa-viuda” – tak nam o niej mówią), która mieszkała w Madrycie. „Cortijo” nie było zbyt wielkie, a jeszcze na parę tygodni przed przewrotem zostało opanowane przez robotników-fornali. Nim wdał się w to rząd, wybuchła rewolucja. Majątek został ograbiony doszczętnie, kilka osób z dawnej służby rozstrzelano. Komitet lokalny uważał jednak odtąd wszystko za swoją wyłączną własność i nie chciał poddać się autorytetowi syndykatu robotników rolnych, który dążył do przejęcia na swoje imię całej wielkiej własności. Okupanci „cortija” byli temu przeciwni, tłumacząc, że rewolucyjne ustawy dotyczące socjalizacji odnoszą się do majątków, które w chwili ich wydania były własnością panów: ich zaś „cortijo” stanowiło już w tym momencie własność ludową. Syndykat nie chciał czy nie mógł użyć siły, użył tedy podstępu: w „cortijo” osadzono oddział milicji i urządzono, dość niepraktyczne zresztą, „depot” samochodowe. Nieznacznie, zabudowanie po zabudowaniu, nowi goście zaczęli wypierać pierwszych okupantów. W obecnej chwili stosunki wzajemne były jak najgorsze. Fornale odmówili milicji prawa korzystania z kuchni „cortija”, i przygotowanie obiadu odbywało się w sposób dość obozowo-prymitywny – na dziedzińcu.

Nieco zmęczeni ruszyliśmy z powrotem na szosę. Droga zaczęła się ścielić równiną, wjeżdżaliśmy w La Manczę, pokazały się pierwsze olbrzymie, do zamków i baszt podobne, z ciężkiemi płatami swych skrzydeł, wiatraki. Z góry zjechaliśmy ku większemu nieco miastu. Obliczaliśmy właśnie że najpóźniej na ósmą będziemy w Madrycie, kiedy na drodze pojawiła się zwykła straż. Vergnolles zwolnił biegu, zatrzymał samochód i właśnie wydobywał dokumenty gdy naraz kazano nam wysiąść. Mój towarzysz chciał o coś zapytać, ale w tej chwili podniosły się ku nam wszystkie strzelby i rewolwery. Wysiedliśmy więc możliwie szybko. Jeszcze szybciej znaleźliśmy się nie wobec straży kilku ludzi, ale niemal w tłumie kilkudziesięciu. Zaczęto nas, nie patrząc na dokumenty, przetrząsać, obmacując dokładnie kieszenie, szwy ubrania. Za nami z niemniejszą dokładnością przetrząsano samochód. Wszystko to trwało prawie pół godziny i odbywało się z niespotykaną dotąd surowością, powtarzaniem tych samych zabiegów przez coraz to innych ludzi. Vergnolles, miętoszony przez dwóch krzepkich milicjantów, zaczął wreszcic piszczeć o naszem cudzoziemskiem pochodzeniu. Niestety, okazało się że o to chodzi. Ostatecznie wróciliśmy do samochodu, ale nie sami. Przy kierownicy posadzono przygodnego szofera, który zaczął nas wieźć wolno do miasta. Tłum zaglądał przez szyby, wygrażając i szydząc. Po chwili wprowadzono nas do dawnych koszar policyjnych i zaprezentowano całej ławie dygnitarzy ludowych siedzących za stołem jak za trybunałem. Zauważyłem że przedstawiono nas jako cenną zdobycz i że Vergnolles był zupełnie blady.

Jakiś dość uprzejmy dygnitarz zapytał nas o nasze narodowości. Wymieniłem polską, Vergnolles – kubańską. Polska wywołała jakby pewne zdziwienie, ale kubańska ściągnęła na Vergnolles’a wszystkie gromy podejrzeń. Zaczęto go długo wypytywać, badać jego papiery, pytać nanowo. Niski, i tak kurczył się jeszcze we dwoje. Wreszcie zrozumiałem że mówią coś o Włoszech czy o jakimś Włochu. Zrozumiałem też że Vergnolles zaczyna czemuś gwałtownie zaprzeczać, przysięga, a jednocześnie zwraca się ku mnie i mówi coś o mnie. Za jego słowami oczy inkwizytorów zwróciły się na mnie. Zadano mi pytania, których nie rozumiałem. Vergnolles podjął się roli tłumacza. Pierwszem pytaniem po paru najprostszych było, dlaczego mój paszport nie nosi wizy włoskiej. Powiedziałem że we Włoszech nie byłem. Po przetłumaczeniu mojej odpowiedzi pojawiły się jakieś szydercze uśmiechy. Zauważyłem, że Vergnolles uśmiechnął się także, i naraz nabrałem przekonania że gra jakąś dla mnie jeszcze niezrozumiałą, ale dwulicową grę. Miałem wrażenie że moje zeznania tłumaczy nieściśle. Zapytano o kartę dziennikarską i starano się wytłumaczyć, że nosi jakąś pieczątkę włoską. O porozumienie było coraz trudniej. Naraz wszedł do sali nowy inkwizytor, sprowadzony, jak się okazało, specjalnie. Wyglądał roztropnie i mówił dość dobrze po francusku. Po kilku zapytaniach powiedział:

– Tu są poszlaki że jeden z panów jest szpiegiem włoskim, który, jak nam jest wiadomo, posiada wszystkie papiery w porządku i przekrada się do Madrytu. Towarzysz pana twierdzi że pana zna od tygodnia i nic o panu nie wie, że pan włada paroma obcemi językami i nie jest mu wiadome, czy pan nie jest Włochem.

Vergnolles zmieszał się i chciał przerwać. Ale już mu nie dano. Sytuacja była jasna. Odpowiedziałem że moje papiery są w porządku: paszport, dokumenty dziennikarskie, przepustka. Że nic znam języka i trudno mi się bronić. Że zresztą mogę wyglądać na cudzoziemca, jak to „odrazu poznano”, ale w każdym razie nie na Włocha… Zacząłem skarżyć się na posądzenia, żądać wypuszczenia. Ale w tej chwili wszedł jeszcze nowy jeden przybysz, z którym Vergnolles powitał się jak ze zbawcą i który do mnie wyciągnął przyjaźnie rękę. Trybunał ruszył się ze swych miejsc, i nie było już mowy o trybunale. Tajemniczy zwrot potem się wyjaśnił. Okazało się że nadjechał ów dygnitarz walencjański, który miał jechać z nami rano i się spóźnił. Na rogatkach powiadomiono go o schwytaniu szpiegów włoskich, a że pełnił właśnie kontrolę policyjną prowincji, więc pojechał jeńców obejrzeć. Już przed koszarami poznał nasz samochód i domyślił się wszystkiego.

Za chwilę byliśmy przy samochodzie, ale okazało się że nasze rzeczy stały się już własnością milicjantów, którzy dokonali dzieła schwytania niebezpiecznych agentów obcego mocarstwa. Opieka lotnego inspicjenta policji rewolucyjnej przydała się jednak: wszystko wróciło do prawych właścicieli. W pół godziny później ładowaliśmy się z powrotem do wozu. Siadając koło Vergnolles’a, zobaczyłem że jest zmieszany i nic nie mówi, bada dziwnie długo mapę. Przypomniałem sobie jego grę, głupią, bo czyniła z niego w każdym razie pomocnika szpiega, skoro los nas dwóch przed tym trybunałem był niewątpliwie ściśle z sobą związany, tchórzliwą, wywołaną straszeniem rewolwerami i flintami, krzykami tłumu, których ja nic rozumiałem, ale on napewno dobrze rozumiał, indagacją komunistyczno-anarchistycznego trybunału, ale z tem wszystkiem i w miarę nikczemną. Po chwili Vergnolles zaczął szybko tłumaczyć że o ile pamięta, chciałem zwiedzić po drodze Toboso. Do Madrytu zajechalibyśmy na noc. Teraz niebezpiecznie. Pokaże mi Toboso. Przenocujemy w Toboso.

Miasto – zdaje się że było to Albacete – znikło nareszcie za nami, samochód nanowo toczył się naprzód przez step manczegski. Na rozdrożu przed Quintanar de la Orden wysiedliśmy przed starą hiszpańską gospodą o mozaikach przedstawiających smętne przygody Rycerza o Smutnem Obliczu i jego wiernego giermka. Doskonała szosa zawiodła nas aż do Toboso, już w mroku. Małe miasteczko na uboczu drogi było ciche, układało się do snu. Bielał nowoczesny gmach Patronatu Turystycznego, muzeum zamkniętego od czasu rewolucji. Zajechaliśmy do gospody, niemal takiej samej jak ta na szlaku. Samochód przejechał przez wysoki próg, wtoczył się na dziedziniec, gdzie pod strzechą drzemały cztery olbrzymie, mogące swobodnie zmieścić człowieka, amfory na wino. W dużej sali palił się ogień, i przepraszano nas za niewygodę i niewybredne jadło. Odzwyczajono się już od cudzoziemców. Piękny, nowoczesny gmach Patronatu Turystycznego, jeszcze jeden spadek po Primo de Riverze, stał oddawna pusty. Toboso, położone naboku wielkich dróg i wielkich wydarzeń, przeżuwało sennie swe codzienne, półrolnicze, półpasterskie wydarzenia. Wszystko było naraz cofnięte w przeszłość, nieokreśloną co do wieku, ale równie dobrze wczorajszą jak przedburbońską. Sto i trzysta lat temu tak samo pachniało – może nawet w tej jeszcze sali – świeżo wygarbowanemi skórami, któremi okryto ławy, tak samo przy ogniu siedzieli starzy, i tak samo rozsychały się amfory gliniane z moszczem, tak samo stały uwiązane osły u drzwi gospody. Jeszcze godzinę temu byliśmy przed trybunałem rewolucyjnym jako faszystowscy szpiedzy, jeszcze pół godziny temu jechaliśmy drogą, którą na Madryt odchodziły transporty, karawany samochodowe pełne broni i ludzi. Tu gwarzono o zbiorach, o dziewczynach i sąsiadach. Nie darł się żaden głośnik radjowy, nie wołał ze ściany żaden plakat. Za chwilę może w tej oberży zjawią się dawni goście: błędny Rycerz o Smutnem Obliczu i Sancho Pansa. W swych dziwnych strojach mniej może zadziwią tych ludzi, niż my, teraz o tej porze, z naszym Buickiem.

Sprowadzony przez gospodarzy, przyszedł miejscowy nauczyciel, skromny, starszy już człowiek. Mówił nieco po francusku, miał miły, cichy „timbre” głosu, harmonizował dobrze z tym spokojnym schyłkiem dnia w zagubionym kącie La Manczy. Dziwiłem się spokojowi. Jego zdaniem, nie było w tem nic dziwnego. Wojna to są miasta, wielkie drogi, ważne szlaki. To centra przemysłowe i górnicze, latyfundja i koszary wojskowe. Toboso żyło dla siebie. Miało wino swych winnic i chleb swych pól, miało wełnę swych owiec i oliwę oliwek. Sprowadzało z zewnątrz mało, bardzo mało. Cóż ludziom Tobosa po Madrycie? Analfabetów? Nie, w miasteczku jest ich bardzo niewielu. Książek?… Chce się pan przejść trochę?

Vergnolles, cały czas skonfudowany, poszedł spać, myśmy wyszli na „pueblo”. Wzeszła właśnie najpiękniejsza pełnia księżyca nad krajem, w którym żyła kiedyś Aldonsa Lorenzo, w świecie znana bardziej pod mianem Dulcinei z Toboso. Światła lampek błyszczały przez małe szybki. Pod oknami uzbrojonemi w kute i rzeźbione kraty – jak piszą o tem w Baedekerze, jak to się dzieję w sketchu i rewji – caballerzy wioski rozmawiali szeptem z ukrytemi za kratą dziewojami. Nad drzwiami paru domów nauczyciel pokazał mi wielki krwawy znak, jakby ktoś miotłę umaczał we krwi a potem chlasnął nią o mur: krwawy znak oznaczał że o pannę, która mieszka w tym domu, już się ktoś stara i że jest przyjęty. Ty więc zejdź mu z drogi, przechodniu.

Nauczyciel dreptał drobnym krokiem, prowadząc mnie za miasto. Mówił że wielu chłopaków pociągnęło na wojnę. Po czyjej stronic? O, to ma mniejsze znaczenie: na wojnę. I oto jeszcze przyczyna tego spokoju który widzę. Ci co byli sercem z walką, która tam się toczy, ze sprawami świata i Madrytu, odeszli. W miasteczku zostali ci co żyją tylko życiem Tobosa. Weszliśmy w boczną uliczkę, i jeszcze dalej, aż przeszliśmy próg jeszcze innego podwórza. Ogień palił się tu pod niebem, konie, osły i barany stały pod ścianą, przed ogniem siedziała grupa młodych i starszych chłopów. Jeden z nich, i to wcale nie stary, opowiadał coś po kastylsku. Wszyscy właśnie się śmieli głośno z jego facecyj i nie zauważyli naszego wejścia. Słuchaliśmy dalej. Nie wiedziałem czemu każe mi słuchać, skoro nie rozumiem po hiszpańsku. Naraz wyłowiłem słowa:

… y entonces, Don Quijote…

… a wówczas, Don Kichot…

Stare oczy nauczyciela zajaśniały radośnie gdy zobaczył że zrozumiałem. Odpowiedział na moje pytanie. Pokazał czem żyją umysły ludu z La Manczy. Istotnie, zrozumiałem. Oto wieczorami, wśród pastuchów z La Manczy, a może i nie tylko z La Manczy, ciągnie ktoś przy ogniu starą opowieść o cudacznych przygodach Don Kichota i jego przekornego sługi. Odżywa ona co wieczoru, jak co wieczoru rozpalamy na kominie ogień. Oto literatura która zaspokaja potrzeby intelektualne może tysięcy zapirenejskich Tobosów. Oto zjawisko niemal odwrotne od tego jakie mieliśmy u narodzin literatury: tutaj to nie pisarz zbiera klechdy, opowiadane sobie przez pasterzy Argos czy Beocji, i tworzy z nich epos iljadzkie, to odwrotnie, książka literata, pisarza, poety, przemienia się skolei w opowiadanie u ogniska, w bajkę pasterskich Sabałów, pojawia się w relacji ustnej, w dziesiątkach takich relacyj i warjantów, wraca jak rzeka do źródła. Któż zbada jakim zmianom, dodatkom, upiększeniom i zeszpeceniom uległ w ciągu paru wieków takiej ustnej relacji cervantesowski wątek? Ileż zmian jak szczap drzewnych dopalono do starego ogniska? Któż opracuje tego ludowego Don Kichota, który powstał z literatury tak samo jak „Iljada” powstała z bajki ludowej? Pastuchy porozpierali się po ziemi, rozłożyli wygodniej. Zrobiono nam miejsce przy ogniu, który gasł i rozpalał się kolejno. Za naszemi plecami konie grzebały nogą w klepisku, noc srebrzyła się jasno, drzemało Toboso. Gdy wracaliśmy przez uśpione małe uliczki, nie było już amantów wiejskich u krat miradorów, krok dzwonił na kamieniach bruku, może wzdychały Dulcyneje w panieńskich pokojach. Myślałem o tym jednym jedynym pisarzu tak par excellence rycerskim i szlacheckim treścią swego dzieła, o tym kraju rewolucyjnym z przepowiedni Lenina, i o tem że właśnie ten pisarz i właśnie w tym kraju dostąpił zaszczytu obcego poetom, marzącym o trafieniu ich książek „pod strzechy”. Czyż chłopi spod Nowogródka gwarzą o Stolniku i Telimenie? Don Miguel Cervantes Saavedra uczynił lepiej. Jego opowieść, sentymentalna i rubaszna, jakby napół z Reja, napół ze Słowackiego, odczepiła się od książek, małych znaczków zwanych literami, kart papieru i czcionek z ołowiu, rozsiadła się po stepie manczegskim od Argamasilli do Siguenzy, jak jesienią rozsiewa się z rozeschłych latem bodziaków lotne nasienie ziela. Wiatry rzucają je dalej pod stopy starych wiatraków i pod mury dawno wymarłych zamków, roznoszą w grządki winniczne dobrze uprawne, przerzucają na drogi, które wyasfaltowała epoka. Białe puchy nasion wędrują jednak dalej po stepie, czepiają się ziemi i ludzi, nie chcą umrzeć. Obok literackiego, którego każdy zwykle cytuje, ale po prawdzie nikt naprawdę nie czyta, rośnie gdzieś w takiej La Manczy, inny, ludowy, Cervantes. O jego bohaterach mówi się wciąż jeszcze wieczorami przy ogniu, choć tam na świecie jest wojna i rewolucja, chodzi o naród i proletarjat, choć o kilkadziesiąt kilometrów stąd, w tę samą jasną noc, dudnią ciężkie samochody wojskowe na szosie do Madrytu.

Ksawery Pruszyński.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close