KSAWERY PRUSZYŃSKI

Listy z Hiszpanji (cz. 12)
Zakonnica z Montoro

Od specjalnego wysłannika „Wiadomości Literackich”

Samochód nasz jest dużą wygodną limuzyną, jedną z dziesięciu oddanych do usług dziennikarzom zagranicznym. Musiała być skonfiskowana jakimś średniozamożnym, ale przecież lubiącym dalekie podróże samochodem ludziom. Panna Jeziorańska, korespondentka PAT’a i „Polski Zbrojnej”, która mogłaby o sprawach hiszpańskich napisać solidną i pasjonującą książkę, ja i dwóch milicjantów z ministerstwa wojny, ci z karnetami partji komunistycznej, stanowiący obsadę wozu. Nasi towarzysze z podróży do Madrytu, to były młode, nieopierzone chłopaki, które przed groźną inkwizycją w Albacete nawet nie rozdziawiły gęby. Tym dwum nowym towarzyszom trzeba się przypatrzeć. Spędzimy z nimi prawie dwa tygodnie w rozjazdach przez step i przez sierrę, są to ludzie już po trzydziestce, a w Hiszpanji człowiek szybko dojrzewa, są to robociarze, milicjanci jeśli nie z pierwszej, to w każdym razie i nie z czwartej brygady. Rewolucja zrobiła z nich kohortę pretorjańską ministerstwa wojny, gdzie nie bardzo ufano wojskowym. Ciekawy, pozytywny i sympatyczny jest ich widoczny wysiłek postawienia się na wysokości zadania, nie tylko zadania prowadzenia samochodu i rokowań z wartami rozsianemi po drogach Hiszpanji, ale także oceniania i rozumienia zjawisk tak jak w ich pojęciu jest to obowiązkiem uświadomionego proletarjusza, członka partji, doborowego milicjanta. Ci ludzie podciągają się do zadań nowych, do nowej pozycji społecznej. Nie zdążono ich przygotować do tego podciągania, podciągają się sami, wiedzeni instynktem. To także jest ciekawe. Może dlatego właśnie nie widać w nich, niestety, śladów poczucia, że inni ludzie w polu i w miasteczku, spotykani przez nas w drodze, są także, jak oni, proletarjatem. Tym ludziom oni rozkazują, obwieszczają, tym ludziom nie doradzają i nie tłumaczą. Każdy z nich zresztą inaczej reaguje, inaczej się podciąga.

Więc najpierw niski, zabawny Pedro. Jest to nasz „eskortujący milicjant”. Rewolucja w oczach Pedry przedstawia się dość uproszczenie. Dawniej oficerami była szlachta, panicze, burżuje, synowie adwokatów. Teraz oficerem będzie Pedro, robotnik z branży torebek damskich. Po drodze Pedro musi wchłonąć pewną dozę mądrości, rozjaśniającej i porządkującej dawniej mu dalekie, z horyzontów fabryki torebek niedostrzegane zjawiska. Dyskusja z Pedrem nie jest trudna, ale też nie jest ciekawa. Pedro reaguje na zjawiska dalekiego świata szablonami trzydziestu paru ustalonych powiedzeń.

Powiedzenia przypominają aforyzmy, a zaczerpnięte zostały zapewne przy najrozmaitszych okazjach z artykułów w prasie socjalistycznej. Jak reakcje i ruchy motoru są przy wszelkich kombinacjach ograniczone, tak i sterowanie Pedra poprzez zjawiska życia jest dosyć automatyczne. Przy pierwszej z nami rozmowie zdeklarował swe poglądy polityczne, a zarazem odciął się od anarchizmu. „Anarchiści, to najbardziej zacofane elementy z masy proletariackiej” – wyrecytował pięknie. Ale okazało się później, że tem jednem zdaniem reguluje wszystko cokolwiekby się kiedykolwiek o anarchistach mogło powiedzieć. W kilka dni potem w Guadixie opowiadano nam o zaciekłym i naprawdę heroicznym oporze stawianym wojsku właśnie przez miejscowych anarchistów: Pedro wysłuchał opowieści o tem męstwie i z głębokiem przekonaniem wypowiedział tłumacząco swoją wieczną w sprawach anarchizmu uwagę: „Tak, tak, anarchiści, to najbardziej zacofane elementy z masy proletariackiej”.

Rosłego, ciężkiej budowy Modesta cechuje inny stosunek do świata: głęboka i powszechna nieufność. Czuje się wydźwigniętym, wyniesionym, czuje, że jego pozycja socjalna polepszyła się znacznie, że może się jeszcze polepszyć. Wydźwignięcie było może rekompensatą za poprzedni los, ale warunkami objektywnemi nie wydaje mu się uzasadnione. Do tego wydźwignięcia i wyniesienia, do jego podstawy i trwałości zwraca się właśnie milcząca nieufność Modesta. Wszystko obserwuje, nic nie mówi. Najchętniej nadmienia o rzeczach zupełnie obojętnych: pogodzie, jedzeniu, winie. Nawet tu jest ostrożny. Modesto nie zacytuje żadnego cudzego twierdzenia, nie powie niczego słowami z „Claridad” czy „Mundo Obrero”. Ma się wrażenie, że ten człowiek chce wszystko skontrolować: i pannę Jeziorańską i Marxa. Wczesnym rankiem wyjechaliśmy z Madrytu, na Aranjuez, potem w bok drogą do Cordoby, ciągle na południo-zachód. Jedliśmy we czworo nasz pierwszy popasowy obiad w Valdepenas, słynnem ze swego dobrego ludowego wina. Nasi towarzysze jedli w sposób dość niedbały, na który oczywiście staraliśmy się nie zwracać uwagi. Już jednak przy następnym posiłku zauważyliśmy, że milczący Modesto przyswoił sobie sztukę używania serwety zamiast obrusa do obcierania rąk i ust po jedzeniu. Modesto zada sobie jeszcze w życiu trud czytania arcydzieł literatury, uczęszczania do szkoły dokształcającej, sięgnie do Engelsa, kto wie, może zastanowi się nad sztuką dobrania krawatu do niedzielnego ubrania. Dla Modesta żadna rzecz nie będzie zbyt mała czy godna pogardy, przyswoi sobie wszystkie. Stosunek Pedra do spraw obrusa i serwety pozostanie na zawsze taki sam niedbały jak do różnych objawów anarchizmu.

Po obu stronach drogi winnice, winnice, winnice. Wysiadamy z Pedrem po winogrona. Nieznacznie, zza jakichś opłotków, wysunęli się uzbrojeni w fuzje chłopi. Nieprzyjemnie tak buszować w cudzych winnicach, ale Pedro mnie uspokaja, że teraz jest wszystko wspólne. Chłopi po przejrzeniu naszych dokumentów nie mają żadnych uprzedzeń. Rozmawiamy. Do kogo należy ta ziemia?

– Do panów (senores).

– Co się stało z panami?

Okazuje się, że trochę uciekło, koło czterdziestu wymordowano, trzydziestu siedzi w więzieniu. Pracują pod strażą.

– Kiedy ich zatłuczecie? – pyta Pedro.

– Mamy czas, niech popracują do żniw. Teraz jeszcze potrzebne w polu siły robocze.

Nas uderza inny, interesujący szczegół. Czterdziestu plus trzydziestu i jeszcze kilku… Dużo było tych panów w jednej okolicy! Dopytujemy się o ilość ziemi jaką posiadali. Okazuje się, że byli to właściciele fink od dwudziestu do dwustu hektarów że byli wśród nich i poniżej dwudziestu. Pytamy, czy wszyscy powyżej dwudziestu hektarów zostali wymordowani lub wywłaszczeni. Okazuje się, że nie. Chłopi spokojnie tłumaczą, że zabijano wielkich gospodarzy, ale takich którzy głosowali przeciwko Frontowi Ludowemu. Kryterjum była nie tyle sama zamożność, co względna nawet zamożność ale w połączeniu z przekonaniami politycznemi.

Step zaczyna przegradzać rosnąca przed nami zapora gór – Sierra Morena. Samochód jedzie drogą zupełnie pustą. Czasami rozbite samochody – jest ich moc – znaczą drogę. Moją towarzyszkę zaczyna naraz boleć chory ząb. Jest już popołudniu, jedziemy przez okolice La Caroliny, prawie pustynne. W La Carolinie niema dentysty, jedziemy dalej. Znowu w innem „pueblo” niema, szukamy jeszcze. To tylko samochód i świetne szosy pozwalają przesuwać się tak po kraju. Jest wieczór gdy z naszego szlaku zjeżdżamy na boczną drogę, poprzez wydmy i szyby kopalń rudy ołowianej, opuszczone lub nieczynne od czasu rewolucji, sterczące wśród mieniących się błękitnawo usypowisk. Dobrze zmierzcha gdy dojeżdżamy do niewielkiego miasta Linares, centrum zagłębia górniczego. Wartę u rogatek pytamy o dentystę. Wywołuje to zakłopotanie. Będzie trudno o dentystę…

– Jakto, w Linares?

– Tak, – mówi milicjant, – istotnie. Jak pamiętam, było dwóch. Ale byli to ludzie Gil Roblesa. Zabiliśmy ich pierwszego dnia…

Szczęściem w Linares był jeszcze jeden dentysta, który widocznie nie był zwolennikiem Gil Roblesa i pozostał przy życiu, zdobywszy klientelę dwóch swych kolegów-dentystów i bodaj dwóch innych, również straconych, lekarzy. Robił zresztą wrażenie mocno wystraszonego i niepewnego. Linares, jak dowiedzieliśmy się później, było lokalnem centrum rewolucji, dzięki wielkiej ilości górników, może zaś jeszcze bardziej dzięki ciężkim warunkom panującym wśród pracujących zagłębia. Nikt nas nie niepokoił. Być może, że podróż samochodem ministerstwa wojny, z eskortą milicji i dokumentami, zapewniła ten spokój, być może że zawdzięczaliśmy go i temu, że większość górników poszła już na front do Cordoby.

*

Nazajutrz rano pojechaliśmy dalej, bardziej na zachód, poprzez teren górzysty i pokryty wielkiemi gajami oliwnemi, coraz widoczniejszy kraj latyfundjów. Byliśmy o jakie pięćset kilometrów od Madrytu. Nie było już tu jednak tak martwo, jak pod La Caroliną. Mijały nas samochody wojskowe witające nasze podniesieniem ściśniętych pięści. Minęliśmy Bailen, słynne z kapitulacji wojsk Napoleona. Za Bailen dał się słyszeć metaliczny zgłuszony warkot. Modesto zatrzymał maszynę. Duży samolot krążył nad doliną.

– Son elios o nuestros?

Samolot zniżył się jeszcze bardziej i leciał nad naszą drogą. Nikt z nas nie mógł sobie odpowiedzieć na niespokojne pytanie Pedra: „nasz” czy nie „nasz”? Ale samolot odpłynął po chwili ku Cordobie. Pedro odetchnął (jak zresztą, po prawdzie, i my) i poinformował z namaszczeniem i ulgą:

– Es un nuestro.

Sztuka rozpoznawania samolotów może się przydać w Hiszpanji. Pytamy Pedra, jak doszedł do swego wniosku. Było to bardzo proste.

– Gdyby był ich, – odpowiada, – byłby nas ostrzelał. A jeśli nie strzelał, to nasz.

Przed dwunastą dojeżdżamy do Montoro, skalistego gniazda nad urwiskiem rzeki, siedziby sztabu operacyjnego przeciw powstańczej Cordobie. Jest już coś arabskiego w tem mieście. Przez wąskie uliczki wpadamy na rynek pełen starych domów z herbami u attyk, z pięknym kościołem. Postaci świętych w portalu są poutrącane: sądząc po reszcie, mogły przedstawiać dużą wartość. Jedziemy do sztabu, zakwaterowanego tuż obok w jakimś prywatnym domu. Wita nas paru oficerów, ubranych nieco jak się da, z widoczną niedbałością dla szlif i przepisów. Przychodzi wysoki, przystojny wojskowy, który jak się okazuje, jest znajomym mojej towarzyszki: to deputowany socjalistyczny do kortezów, p. B… Mówi doskonale po francusku, co dla mnie, przebijającego się z trudem przez hiszpański, stanowi ogromne ułatwienie, jest niezmiernie gościnny i uczynny. Sprawuje tu funkcje komisarza uzgadniającego zarządzenia wojskowych, milicji i władz cywilnych rewolucji. Zaprasza nas na obiad do messy oficerskiej, ale obiad będzie za godzinę. Popołudniu zawiezie nas na linje, do El Carpio.

Przez tę godzinę czasu obchodzimy miasto. Burza rewolucji już przeszła, ale ślady jej potoków pozostały widoczne. Przez kilka ulic, któremi idziemy, widać domy, nie to ludzi zamożnych, ale najwidoczniej nieco zamożniejszych, zupełnie splądrowane i okupowane. W kościele bawią się dzieci, i pali się ogień na „braserze”, mosiężnej misie, w której w Hiszpanji utrzymuje się żarzący węgiel z ogniska. Ołtarz i chór, które zresztą nie posiadały wartości artystycznej, są porąbane z jakąś przykrą zaciętością. Pergaminowe arkusze, wyrwane zapewne z mszału, walają się na ziemi. Wrażenie zniszczenia, ponurej, zimnej zaciętości, jest przygnębiające. Ze szczytu wieży ogarnia się widok daleki, aż pod Cordobę. Z rusztowań dzwonu zwisa wielki czerwony sztandar, i czuwa warta.

Przechodzimy jeszcze kilka ulic, aż nadarza się młody człowiek z milicji ludowej, który zaczyna nas oprowadzać. Jeszcze jeden kościół, ten przynajmniej zamknięty. Młody człowiek opowiada nam bez skrupułów o tem jak wypłaszano księży. Z pięciu trzech zabito. Dwóch nie zabito, nie. Zostali i teraz są bez sutann, normalnie, jak żyć trzeba, pracują w kancelarji miejskiej. Był jeszcze jeden ksiądz: ale ten już na ziemię nie wróci.

Określenie było zastanawiające, poprosiłem o wytłumaczenie. Milicjant odpowiedział:

– Tu za Montoro zaraz są góry, a w górach, o kilkanaście kilometrów stąd, są trzy wsie trędowate. Tak, jest tu trąd. Jeszcze z dawnych lat. Wsie te nie są na ziemiach wielkich panów, ukryte w wąwozach. Nikt do nich nie chodzi, nikt z nich nie może wyjść. Raz pastuch się zabłąkał: nie pozwoliliśmy mu już wrócić. Teraz ten ksiądz, na którego miano oko, poszedł w góry. Straże widziały go zdaleka, poznały, strzelano. W górach teraz są mgły, ciężko trafić. Ksiądz uciekł do pierwszej z tych wsi. No i dobrze: już po nim. Choćby Gil Robles wrócił, choćby sam król wrócił, jemu już stamtąd wrócić nie wolno. Takie prawo było i będzie. On już z tamtymi umrze…

Nigdy, nigdzie nie słyszałem o tem żeby wśród wiosek andaluskich sierry krył się trąd. Ale są wioski w Rumunji gdzie jest trąd. Może i to jest prawda? Milicjant rozważał dalej:

– Może jemu lepiej, może gorzej. Dla nas lepiej, bo nie mieliśmy kłopotu, a on już tam pozostanie, trędowaty…

– Doprawdy, tam trąd?

– Niech państwo spytają doktora, o tam w szpitalu. On tutejszy. Zaciekawił nas szpital. Lekarza zastaliśmy w przedsionku. Już słyszał o naszem przybyciu. Może wyobrażał sobie, że jesteśmy towarzyszami politycznymi, może był z natury uprzejmy, dość że nawet w warunkach hiszpańskich uprzejmość jego była niezwykła. Objaśniał nam, tłumaczył. Potwierdził wersję o trądzie. Poprowadził do swoich chorych. Szpital był dawną fundacją klasztorną z 1620 r. Miał być przytułkiem dla starych i chorych Montora. Miał sto łóżek.

– Tak, sto łóżek, – powiedział lekarz, – to na w. XVII było bardzo dużo. Montoro wtedy było małe. Szpital wyposażono w ziemie, które wówczas przynosiły niewiele. Teraz jednak Montoro się rozrosło, przybyło chorych i nędzy, a szpital pozostał taki jaki był w XVII w.

W pierwszej sali ujrzeliśmy przy jednem z łóżek starszą już, nieco ociężałą pielęgniarkę w białym kornecie. Z początku nie zwróciłem na to uwagi: świeckie pielęgniarki nieraz noszą coś podobnego. Moja towarzyszka była uważniejsza, zapytała, wychodząc z sali, lekarza. Lekarz wydawał się niezadowolony z naszego odkrycia. Tłumaczył się mocno. Okazało się że tak. W szpitalu pozostały zakonnice. Opiekują się dalej chorymi, a teraz i rannymi. Rannych nie jest w tej chwili dużo, bo zwykle odsyła ich się dalej: ten szpital nie ma dość łóżek. – Cóż było robić? – tłumaczył się lekarz. – Trzeba było kogoś do opieki nad chorymi, nie mieliśmy naszych pielęgniarek. Te zakonnice, pozatem że były zakonnicami, nic nikomu złego nie zrobiły, biedne dziewczyny. Chciano nawet żeby zrzuciły habit, pewno że to byłoby najlepiej, ja gorąco doradzałem. Cóż ja jestem winien?

Był bardzo zakłopotany, choć uznawał, że właściwie nic nie zawiniły te kobiety. Przepraszał i tłumaczył się. Przepraszał, że dał im żyć, że dał im zachować strój jaki chciały nosić, że dał im wolność wyznania i wolność pielęgnowania chorych. Z tego wszystkiego tłumaczył się długo i szybko. Z tem tłumaczeniem byliśmy u dna tego straszliwego ostracyzmu, nietolerancji, jaką niosła z sobą rewolucja.

Przeszliśmy jeszcze jedną salę i drugą. Wchodząc do niej miałem wrażenie, że lekarz drgnął nieprzyjemnie. Istotnie, przy stole zawalonym bandażami z krwią czy rudą ropą z ran, stała jak na złość jeszcze jedna zakonnica, zwrócona do nas. Musielibyśmy przejść koło niej. Tak, to była niewątpliwie zakonnica katolicka. Na białym kołnierzu podchodzącym pod szyję wisiał dość duży – w tych warunkach ogromny – metalowy krzyż. Szliśmy nawprost niej: lekarz, my dwoje wyglądający odrazu na gości cudzoziemskich – niemało komunistów zagranicznych przewinęło się przez Montoro – za nami milicjant. Milicjanta może siostra znała z… niedawnych wydarzeń. Najwidoczniej przestała na nasz widok pracować, zwróciła się zupełnie ku nam, trzymając brudne szarpie w ręku, i patrzała. W tem spojrzeniu było wyczekiwanie, był spokój, ale był też i nietłumiony, wyraźny lęk. Zakonnica patrzała nam prosto w oczy. Wydało mi się że lekarz i milicjant wodzą oczami po sali, po chorych, że jakby unikają tych oczu. Może to się tylko tak wydawało. Przechodziliśmy wolno, nikt nic nie powiedział, byliśmy już przy siostrze miłosierdzia. Była to młoda, zupełnie młoda dziewczyna. Miała smutne, spokojne oczy, oczy bardzo poważne. Była ładna, może nawet piękna. Mogło mieć wiele powab i wiele pokus opuszczenie tej sali cuchnącej szpitalem, opuszczenie wymagających chorych i niechętnych przełożonych, wyjście w świat, który jej otwierała – bez jej winy przecież – rewolucja, gdzie jako „nawróconą” przyjęłoby z radością, jako zdobycz, jako zwycięstwo. A jednak pozostawała dalej w tym szpitalu, który ją ledwie tolerował, przewijała rany milicjantów, słuchała przekleństw i bluźnierstw, wiedziała, że lekarz tłumaczy się i usprawiedliwia wobec obcych dziennikarzy, iż pozwala jej żyć i pracować. Może zobaczyła że patrzę na nią zbyt uważnie, że przystanęliśmy przy niej. Miała ręce pełne brudnych, obrzydliwych szarpi, ludzkiego brudu, ociekające wydzielinami ropy. Tani krzyżyk – jedyny krzyż w Montoro, może jedyny na setki kilometrów wokoło Montora – błyszczał zbliska jeszcze wyraźniej na sukni, wyraźniej niż czerwony sztandar na wieży kościelnej nad tem miastem.

Staliśmy oto niezawodnie na ruinach najbardziej katolickiego państwa jakie wydała historja: nie było już króla, który nosił tytuł katolickiego, nie było żadnego z dwóch prymasów Hiszpanji – arcybiskupa Toledo i arcybiskupa Tarragony, nie było ani książąt kościoła ani kościołów, nic nie pozostało z wielkich mistrzów zakonu rycerskiego św. Jakóba z Compostelli, balliwów zakonu Calatravy, rycerzy zakonu Avis, synów św. Wincentego Ferrera i św. Ignacego Loyoli, puścizny św. Teresy i potęgi wielkich inkwizytorów. Po jedenastu wiekach purpury i władzy kościół cofnął się do czasów Saula, biskupa Cordoby i Eulogjusza, biskupa Toleda, tropionych i zamęczonych na stokach alkazarów arabskich: młoda siostra zakonna, która stała przede mną w białej chuście na głowie, była jedynym przedstawicielem kościoła.

Wszystko to trwało i mogło trwać zaledwie moment. Woleliśmy nic nie powiedzieć. Odchodząc i przechodząc koło tej dziewczyny, skłoniłem się tylko głową, bez słowa, nisko, bardzo nisko. Tak nisko – że to jednak zauważyli, choć nic nie rzekli, moi towarzysze montorscy, że zrozumiała to zakonnica: popatrzyła naraz tak jakby kogoś jej najbliższego dobrze znajomego, o kim nie wiedziała czy jeszcze żyje, zobaczyła nagle przy sobie. Tak nisko się nie skłoniłem – a pewno i nie skłonię – przed żadnym człowiekiem w życiu.

Ksawery Pruszyński.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close