KSAWERY PRUSZYŃSKI

Listy z Hiszpanji (cz. 2)
Pod falami historji

Od specjalnego wysłannika „Wiadomości Literackich”

Miguel de Unamuno pisze w swej „Wiecznej tradycji” („El torno al casticismo”): „Fale historji z całym swym szumem, ze swą pianą mieniącą się w blaskach słońca, przewalają się jedynie nad morzem samem, olbrzymiem i głębokiem, którego dna nigdy nie musnęło słońce. Wszystko co nam codziennie przynoszą dzienniki gdy mówią o „obecnym historycznym momencie”, jest tylko powierzchnią tego morza, powierzchnią która krystalizuje się i krzepnie w książkach i archiwach, pozostając bez znaczenia dla tego życia infrahistorycznego które pod nią wrzało, podobnie jak ziemia, którą depczemy, jest tylko osłoną olbrzymiego gorejącego ogniska, które sobą zasłania. Nic nam nie mówią dzienniki o milczącem życiu miljonów ludzi bez historji, którzy o każdej godzinie dnia i w każdym kraju globu ziemskiego wstają do pracy, sieją i orzą, podobni owym koralowcom na dnie oceanów, które przecież na barkach swej mrówczej twórczości wynoszą nad powierzchnię wód wyspy dziejów. To na tle tego milczenia miljonów głos innych nabiera życia i echa. To na głowach olbrzymiej społeczności milczących stoją ci co robią hałas w historji. A jednak to życie podhistoryczne, milczące i zwarte jak głębiny morza, jest istotnem tworzywem postępu, tradycją prawdziwą i wieczną, inną niż kłamliwa tradycja szukana przez nas w księgach i archiwach, kamieniach i pomnikach…

„W r. 1875, po rewolucji która wygnała Izabellę II, po próbie Amadeusza Sabaudzkiego, po republice i powrocie Burbonów, mówiono że tym powrotem nanowo zostały powiązane zerwane dzieje Hiszpanji. Ale to nie restauracja 1875 r. sprawiła to powiązanie; to miljony ludzi którzy nie przestali czynić tego co czynili przedtem, miljony, dla których w dn. 29 września 1868 r. nie zmieniło się ani słońce, ani praca, ani pieśni śpiewane w pochodzie za pługiem…

„Tylko tam, w świecie milczących, na dnie morza społeczeństw, niżej historji, żyje prawdziwa jej treść tworząca”.

*

Róża leży ociężale na białawym piasku i rozkoszuje się nie tylko słońcem i morzem, jasnem i modrem morzem Barcelony, ale jeszcze i tem że dzień po dniu korzysta z tej plaży hiszpańskich paniczów i dostojnych senorit, że jej tu wejść wolno, że nikt nie ośmieli się ją wypędzić, jak wypędza się dziewki uliczne z szanujących się kawiarni, żaden kelner i żaden garson. Róża zrobiła się już tak wielka pani, że nie reaguje tu zupełnie na trywjalne i obcesowe żarty jakiemi przechodzący mężczyźni zaczepiają dziewczynę, że nawet zapragnęła zwolnić tempa, że tak powiemy, w swym ponurym zawodzie, że coraz więcej nocy przesypia sama.

Myślę o tem, dlaczego spotykam tę dziewczynę, skoro nie łączy mnie z nią nic z tego co przelotnie łączy innych mężczyzn z „takiemi”, i żeby to samemu sobie dopowiedzieć, wracam myślą do owej nocy gdy z milicjantami i tajniakiem powędrowałem do jednej z barcelońskich izb „inwestygacji” i kolejno przechodziłem z jednego badania do drugiego. Tamto wszystko mąci się zupełnie, rozkłada na fragmenty i fragmenciki. Wypuszczony, znalazłszy się na ulicy, zobaczyłem że jest już prawie zupełnie jasno i że idę przez bulwar pełen świergotu budzących się ptaków. Dopiero wróciwszy do hotelu, zauważyłem że służba, obcy mi ludzie, poklepują mnie, ściskają za rękę, uśmiechają się życzliwie i radośnie, gremjalnie odprowadzają do pokoju, choć obudzeni o tej porze, powinniby raczej przeklinać. Mówili coś po hiszpańsku czego nawet nie próbowałem rozumieć, czułem się zmęczony, położyłem się spać. Ale słońce wchodziło już przez szpary stor. Wtedy sennie i leniwie pomyślałem jeszcze o przebiegu całej tej śledczej nocy, pomyślałem o tym pledzie który mi w hotelu dano na drogę, pomyślałem o tej radości, z jaką mnie niespodzianie powitano teraz, i wreszcie sformułowałem sobie zdanie które mi bardzo dosłownie powtórzył późniejszy znajomy, zdanie – że widocznie tej nocy wróciłem jednak zdaleka.

De Vergnolles, ów nieco śmieszny, zlekka hochsztaplerowaty, młody człowiek lat trzydziestu kilku, którego właśnie nazajutrz poznałem przy lunchu w hotelu, był właściwie człowiekiem który zajął się mną najskuteczniej, wtedy gdy trzeba to było zrobić. To że nic nie wiedziałem o tem czem jest rewolucja hiszpańska, że nie znałem słowa „passeito”, że nie dawałem wiary ogromowi conocnych samosądów i temu, jak bardzo podejrzewany jest tu dzisiaj – nieraz słusznie, niestety – cudzoziemiec, to wszystko ułatwiło mi utrzymanie spokoju podczas owej nocy badań. Ale potem napłynęło to czego nie było przedtem, rozprężyły się nerwy, zelżało skupienie woli. De Vergnolles to zrozumiał, sam to przeszedł, zawiózł mnie swoim samochodem na spacer – jako obywatel kubański, choć w Hiszpanji urodzony i zamieszkały, posiada nadal swój samochód -pokazał mi stoki Tibidabo, gdzie u stóp pinji znajduje się zwłoki ofiar samosądowych „passeitów”, i dalekie szczyty Monsalvatu. De Vergnolles zabrał mnie wieczorem do teatrzyku, zapoznał z wylakierowaną jak lalka swoją przyjaciółką-statystką, rano zabrał mnie na plażę. Chodzę codziennie na plażę barcelońską, żeby leżeć tak w słońcu i nie myśleć, żeby wszystko to widzieć z dystansu. Jest wielu ludzi którzy tak bytują. Vergnolles nie mieszka w domu swej matki, która wyjechała zresztą na wieś. W hotelu jest pewniejszy, choć Vergnolles nie jest przemysłowcem, nie naraził się politycznie i zawinił tylko grzechem posiadania willi, samochodu i bogatej żony, z którą zresztą nie żyje. Od apelów, wiadomości z gazet, plotek z frontu, wyroków trybunału ludowego „passeitów”, ucieka wielu ludzi do pozorów zabawy, pozorów plażowania, pozorów wysiadywania w kawiarniach, wszelkich pozorów zabijania czasu w sposób możliwie nie rzucający się w oczy. Tak, po rewolucji hitlerowskiej, wielu ludzi w Niemczech chciało wobec siebie i innych udawać że nic się w ich życiu nie zmieniło, że wysiłek utrzymania się w normalnym torze życia nie jest niemożliwością. De Vergnolles jeździ do teatrzyku wieczorem, jak jeździł dawniej, i jeździ na plażę rano, jak jeździł dawniej. Na plaży niema dawnych senorit i dawnych paniczów. De Vergnolles przeżywa moment dumy: najniezawodniej był on małą figurą gdy conde’owie i synowie przemysłowców zajmowali tu pierwsze miejsca, a dziś jest jedyny który przetrwał ancien régime, i króluje na plaży, coprawda pełnej prostytutek udających damy i milicjantów zastępujących oficerów. Ale też de Vergnolles wymieni w każdej chwili dwadzieścia, trzydzieści nazwisk swych osobistych znajomych, których ciała z kulką w plecach czy w tyle czaszki znaleziono dotąd na drogach pod Barceloną. Wymieniać te nazwiska, zamiast żeby samemu być przez kogoś innego wymienionym, to także coś znaczy. Można wtedy przestać wzdychać do dawnych czasów i przebaczyć nowej towarzyszce plaży że jest poprostu zwykłą dziewką. De Vergnolles przebacza.

Ja nie mam nic do przebaczania, a zato powoli dziewczyna uliczna Róża staje się szkłem, przez które widzę Hiszpanję, rewolucję, tamto wszystko. Nie znaczy to wcale żeby spojrzenie Róży na świat było szczególnie mądre czy wnikliwe.

Znaczy że jest zupełnie inne od wszystkich, inne od spojrzenia Companysa, który jest prezydentem Katalonji, Nina, który był sekretarzem Trockiego, mówi ze mną po rosyjsku, a zostanie w najbliższym czasie komunistycznym ministrem sprawiedliwości, Gassola, poety i ministra oświaty Katalonji. Takich Róż było w jednej Barcelonie kilkanaście tysięcy, w Hiszpanji zapewne więcej niż sto tysięcy. Jeśli się weźmie pod uwagę że ten zawód niszczy szybko, a kobiety na południu starzeją się i tak szybciej, przyjdziemy do wniosku że przez domy publiczne, bardzo swobodnie i niemal oficjalnie prosperujące w Hiszpanji, przepływa w ciągu paru lat ogromny odsetek kobiet hiszpańskich, nie mówiąc już o tych które odrazu wędrują do podobnych zakładów Ameryki Południowej. W oczach Róży niema w tem nic nadzwyczajnego, nic zastanawiającego, nawet rozmiary jakie to zjawisko przybiera, jest dla niej zupełnie normalne. Nie razi jej to wszystko w kraju ultrakatolickim, nie dziwi jej że lupanar zdobył sobie tak wielkie miejsce w kraju kościołów i klasztorów.

Róża pochodzi z rodziny która czternaścioro swych dzieci ulokowała wszędzie: w klasztorze i w lupanarze, w seminarjum duchownem i w kredensie, w milicji robotniczej i w „Tercio”, słynnej legji cudzoziemskiej Marokka, gdzie zresztą służą przeważnie Hiszpanie i która jest dziś strażą pretorjańską gen. Franco. Gdybym nie był napisał kim jest Róża, gdybym tylko powiedział że poznałem w Hiszpanji rodzinę która swych członków rozlokowała wszędzie, na lewicy i na prawicy, u Franca i u Caballera, w klasztorach i w domach magnackich, w przemyśle i w Meksyku, powiedzielibyście: cóż to za familijna mafja. Ale rodzina Róży nie była mafją, choć trzeba było nielada przemyślności żeby tak rozlokować czternaście osób. Rodzina Róży nie była mafją, bo jej brat z „Tercia” nie jest nawet kapralem, a jej brat z przemysłu zarabia cztery pesety, a jej brat mający do czynienia z magnaterją jest do pomocy w kredensie pewnego conde. Rodzina Róży pochodzi z Murcji, kraju minifundjów, hiszpańskiego spotęgowanego Rzeszowskiego, a raczej spierwiastkowanego do płachetków gruntu, Murcji, gdzie najwięcej rodzi się dzieci i najwięcej dzieci umiera, Murcji, która dostarcza Hiszpanji dziewek ulicznych i lokai, jak Andaluzja dostarcza byków, a północna Galicja zaopatruje możne domy Madrytu w mamki i nurse’y. Motorem który pchnął cale pokolenie Róży do „Tercia”, do klasztoru, do domu publicznego, do milicji ludowej i do pałacu magnata, był właśnie ów stosunek liczbowy 14 dzieci do 1,5 morgi. Motorem, który prowadził ekspansję całej Hiszpanji za morza, który zaludnił trzynaście republik Ameryki Południowej, cały kontynent, całą część świata, ludźmi krwi iberyjskiej i mowy kastylskiej, były wielkie rodziny małorolnych. Rodzina Róży nie zdobyła dla siebie nic, ani tytułów, ani godności, ani pieniędzy, z trudem zdobywa chleb. Siostra Róży, posługująca w klasztorze żeby zdobyć ten chleb, musiała wyrzec się najprostszego ludzkiego szczęścia: Róża, żeby go zdobyć, musiała wyrzec go się także, ale w zgoła odmienny sposób, musiała stać się wszystkich, jak tamta była niczyja. Ale niemniej potok takich jak Róża rodzin, potok spadający na równiny ze wzgórz najwyższej nędzy, bardziej niż Kolumb i trwalej niż Kortez, zdobył dla Hiszpanji i utrzymał dla hiszpańskości światy równe tylko kolonjom Wielkiej Brytanji. Potęga „infrahistoryczna” Hiszpanji.

Tak, niezawodnie, oto jest potęga infrahistoryczna. Światy poniżej historji. Róże i jej rodzeństwa nie obchodzą nic nie tylko klasyfikatorów dobrych i żadnych rodzin, nie obchodzą nic historyka który się do nich nie dogrzebie swym skalpelem, uwięzłym w pergaminach kanclerskich i w sekcji tajemnic buduarów rokoka. Promień legendy nie przeniknie do tych warstw głębinowych, w których zamiast rekinów i wielorybów odnajdzie świat napoły mięczakowy, napoły roślinny, imponujący jedynie swym ogromem, bezkształtny i bezkostny. Milczy o nim przeszłość. Akta klasztoru w Monsalvat mówią, że w r. 1193 Ataulf i Blanca, małżonkowie, ofiarowali klasztorowi swą służkę, Serenę, wraz z jej potomstwem. Oto w takich wypadkach, takierni ubocznemi, inwentarzowo-porządkowemi zapiskami podpływają ku naszej pamięci dowody że w świecie który miał błędnych rycerzy, gdzie modliły się w chórach klasztornych córki Piastów, Arpadów i Lancastrów, gdzie w dziedzińcach klasztorów dyskutowali scholastycy i święci, były jeszcze warstwy podgłębinowej ludzkości, żyli, obok naszych, przodkowie Róży. Ale nie da się przecież zaprzeczyć że te warstwy podgłębinowe parły na historję swą mięczakowatą, bezimienną masą, że to ich parcia silniej niż ambicje ministrów wyniosły Hiszpanję, że to ich pochód trwalszy niż ekspansje misjonarskie zdobył i utrzymał olbrzymi, niezgruntowany dziś jeszcze, kontynent. Co będzie jeśli jutro zwyciężą ci których „Tercio” jest kolumną czołową? Co będzie jeśli pojutrze zwyciężą inni, których taranem jest milicja ludowa, milicja ludowa innego z braci Róży? Czy znowu tylko jeden strzęp z tego kolektywu mięczaków historji oderwie się, wejdzie w ten krąg życia gdzie ciała stają się twarde, nabierają osobowości, dźwigają się na poziomy dostępne sondzie historji? Czy trzynaścioro pozostałego rodzeństwa będzie tylko dalej trwało, rozmnażało się, odnawiało, czy też samo wejdzie całą masą w orbitę nowego istnienia?

Z tej pozycji pozahistorycznej, innej niż pozycja tysięcy walczących i wierzących, widziała Róża historję. Róża nie zastanowiła się nad tem że przebiegając przez plac Katalonji w dzień walki o hotel „Colón”, można było dostać kulą naraz z paru stron: Róża znała tę nikłą wartość jaką posiada jej życie. Róża widziała więc wszystko, widziała rzeczy najgorsze i widziała heroizm. Róża widziała jak ginęły zakonnice, widziała jak robotnicy brali szturmem karabiny maszynowe regularnej armji. Z bocznej ulicy wypadał naraz sznur wozów ciężarowych, sprzęgniętych jeden z drugim, i walił całym pędem na ustawiony za schronem karabin maszynowy. Nie było już dlań ratunku, bo za zestrzeloną załogą pierwszego samochodu ukazywała się załoga drugiego i trzeciego i w pełnem tempie waliła poprostu na nich. Tym prostym sposobem strategji walk ulicznych zduszono powstanie barcelońskie. Róża była wszędzie. Widziała jak żołnierze zrzucali kurtki mundurowe przyłączając się do ludu. Widziała jak z płonących klasztorów wychodzili księża z krzyżem w ręku i jak nad nimi zakotłował tłum. Róża jadła z milicjantami w pałacach i na srebrze, dostała trzy szyldkretowe wachlarze. Potem rewolucja zwycięska przewaliła się przez Różę dziesiątkami nowych przelotnych kochanków. Ładna dziewczyna pieściła milicjantów i twórców szturmówek, młody legjon bohaterów rewolucji i nową szlachtę Hiszpanji, gięła się pod naporem nowego dla niej człowieka, twardszego, łapczywszego, ciężej ciosanego niż ten który był przedtem. Orkan rewolucji przechodził w pewien sposób i ponad nią, i ludzie ci brali ją tak samo jak brali piękne pokoje, miękkie łoża, srebra stołowe i miejsca w najlepszych kawiarniach, jak z twardego bruku przedmieść zeszli na miękkie, grube dywany bogatych domów mieszkalnych. Rewolucja bardziej jeszcze Różę wzięła, niż wyzwoliła czy podniosła. Róża pozostała Różą. Przetrwała rewolucję proletarjacką, jak przetrwała monarchję i republikę mieszczańską, przetrwała to wszystko czego nie przetrwały w tym kraju klasztory, a co przetrwała, naprzykład, corrida. Byki dalej krwawią się na arenach, dziewczyny dalej uśmiechają się w cieniu latarń. Róża się temu nie dziwi, nie pragnie żeby było inaczej. Więcej. Róża nie sądzi żeby inaczej być mogło. Róża kłopocze się raczej że na jesieni będzie nowy plon konkurencji świeżej i młodej, że przyjdą tak jak dwa lata temu Róża z głębokiej Murcji, wtedy gdy roboty w polu się skończą, winogrona się zbierze w polu. Zbiór winogron wymaga wiele uwagi, więc i wiele rąk do pracy, dziewczyn wówczas się nie puszcza. Gdy „la coescha” jest skończona, ręce stają się zbędne, a jedne więcej usta umniejszać będą codzienną zawartość misy. Róże idą do miasta, przeważnie wiedząc poco. W tym kraju gdzie słońce wyzłaca nędzę i kurz na ulicach zamienia w jakiś złoty pył, jakiś promyk ozłocenia pada na dziewczyny uliczne i zamienia je w Carmeny z oper. Na targach, na jarmarkach, na jesiennych odpustach umawia się dziewczyny, przedsiębiorca wypłaca rodzicom cenę, zajmuje się ulokowaniem dziewczyny. Róża była ładna i miała szczęście. Nie wkracza w to nikt: rzecz, powiedzieliśmy, dokonywa się na odpustach, w cieniu kościołów i świąt. Róża była ładna i miała szczęście. Przedsiębiorca cenił sobie dobrze tę dziewczynę krzepką i uśmiechającą się bez przymusu, ulokował ją możliwie korzystnie. W ten sposób segreguje się coroczny zbiór winogron, przeznaczając je na wino, na eksport, na konsumcję w kraju i rodzynki. W podobny sposób, z tą różnicą że nie na jesieni lecz na wiosnę, inni przedsiębiorcy taksują młode byki z wielkich hodowli w Andaluzji i Estramadurze. Które do Barcelony i Madrytu, które do Sewilli i Cordoby, które wreszcie do Almerji, które do małych, czwartorzędnych miasteczek i aren. W tym roku nic się nie zmieni, wszystko będzie jak zawsze. Potrzeba może więcej dziewczyn niż zwykle.

Róża wyjaśnia mi to bez cienia ironji, z fachowością, z jaką robotnik fabryki tytoniu objaśniałby mnie że w tym roku trzeba będzie wzmóc tempo produkcji, choć sam nie jest przecie tym który na wzmożeniu tempa najwięcej zarobi. Rewolucja, obok oblicza grozy i heroizmu, ma oblicze swobody, użycia, nieskrępowania. Tłum który zawsze lubił wydawać, wydaje więcej niż zawsze. Olbrzymia masa milicji ludowej, gdzie każdy dostaje dziesięć peset dziennie, stwarza nową klasę średniozamożnych, o mało zróżniczkowanych sposobach użycia, nielicznych rodzajach rozrywki, klasę u której uciechy płciowe nie są dystansowane innego rodzaju radościami. Tylu ludzi wydźwignęło się z nicości, tyle mienia zmieniło posiadaczy, tyle pieniędzy łatwo nabytych sprawia szczególniejsze ożywienie. Łatwo to sobie dopowiedzieć. Tu zmieniło się wiele, wiele bogactw runęło w Madrycie i Barcelonie, wiele nowych potęg i nowych potentatów urosło na cokole dymiących barykad. Na wsi zaś nie zmieniło się nic, czy niewiele. Podawnemu Murcja jest prowincją minifundyj, gorszej od latyfundyj klęski Hiszpanji, nie dorosło tam morgów, zapewne tylko przybyło dzieci. Jak przed wiekami czynna jest dynamika poczęć i rodzeń, która całemi falami emigracji zalewała niegdyś pampasy Amazonki, produkuje proletarjat fabryczny Barcelony, górniczy czarnej Asturji, a Hiszpanię srogich obyczajów, cnotliwych panienek i narzeczonych świętych zakonnic i wiernych małżonek, nasyca corocznie odnawianem żniwem łatwych kobiet. W tym dziwnym kraju, gdzie przekleństwa łączą w sposób u nas nieznany religję z nierządem, świętość z rynsztokiem.

Róża przeciąga się dalej, obok nas, na piasku wytwornej plaży. Ta plaża, trzy szyldkretowe wachlarze, zmiana klienteli, noce przespane w panieńskich pokojach wypłoszonych rewolucją hrabianek -oto zdobycz społeczna Róży. Róża postąpiła w drabinie społecznej, na którą wstąpiła w dniu gdy wysoki autobus wywiózł ją z parafjalnej mieściny, w dzień odpustu. Ale drabina pozostała drabiną, i to gdzie teraz jest Róża, to jedynie wyższy nieco szczebel w hierarchji, która zna wytworne kurtyzany i chustkowe czy rogówki. Róża należy dalej do tych warstw infrahistorycznych, do owej ludzkości głębinowej Unamuna, której nie sonduje myśl historyka, której nie portretuje Velazquez, a nawet Goya. Burza, która grzmi tam wgórze, przewala się masami wód, miażdży i zatapia, otwiera przepaście i podnosi bałwany, przewala się mimo wszystko wysoko ponad nią. Nie mąci, nie zatrważa i nie zmienia mięczakowatej wegetacji tej bezosobowej masy płynących poprzez czas miljonów, które niezdolne kierować swym losem, zmieniają swym naporem historję.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close