Listy z Hiszpanji (cz. 4)
Na drogach zniszczenia

Od specjalnego wysłannika „Wiadomości Literackich”

W szerokim korytarzu muzeum jest tak tłoczno od postaci że musimy iść teraz jeden za drugim. Nigdy nie widziałem większego nieładu arcydzieł i bohomazów, dzieł sztuki i tandety. Wszystkie świątki przydrożnych kapliczek podhalańskich, wszyscy święci i apostołowie marjackiego Wita Stwosza zeszli chyba do korytarza muzealnego, wyglądającego jak krypta, jak schron przeciwlotniczy, do którego schroniono się w popłochu i skamieniano w trwodze. Ma twarz doprawdy frasobliwą ów Chrystus w długiej szacie, zastygł wielki, matczyny ból na łzawej twarzy drewnianej Mater Dolorosy, Andaluzki z epoki gotyku. Wiemy co oznacza ta grupa Świętej Rodziny, uciekającej ku palmom Egiptu, wiemy przed jaką grozą i przed jakim Herodem. Ale nadewszystko jest tu wielki, olbrzymi krucyfiks. Wyłamano go z jakiejś kaplicy wielkopiątkowej klasztoru w Monserrat, średniowiecznego Monsalvatu, Św. Graala i Richarda Wagnera. Tkwił tam w mroku, w pustelni górskiej, klęczały przed nim pokolenia, krwawiły pod razami biczowań plecy, słały się kadzidła i myśli ludzkie, a teraz uniesiono go, rzucono na ciężarówkę, przewieziono po asfaltowanych drogach i ustawiono w korytarzu muzeum, lamusa rzeczy i czasów które przeszły niegdyś. Nie śmiano podnieść ku niemu oczu, a oto my patrzymy prosto w twarz, oglądamy jak ogląda się rzeczy z muzeów, wyprężone przez rzeźbę ścięgna rąk i nóg, ugięcie złamanych goleni, żebrowania piersi wypięte łukiem nad wklęsłą zapadłością brzucha. Młodzi milicjanci którzy przed chwilą podrwiwali z peruki jakiejś biednej wiejskiej Madonny, przyprawianych włosów i nakładanych na rzeźbę sukienek, patrzą teraz niemo na tę twarz wyciągającą się kugórze ostatnim wysiłkiem zmartwiałej na krzyżu szyi, z ostatnim rozchylającym wargi jękiem. Ci ludzie musieli widzieć śmierć, musieli ją zadawać. Być może że rozstrzeliwali z wyroku sądu, być może że nocą chwytali podejrzanych, wywozili ich za miasto i strzałem w plecy czy głowę upraszczali procedurę rewolucji. Musieli wpadać do klasztorów i powtarzać w nich sceny z Żeromskiego, palić i zabijać. Teraz, w biały dzień, w muzeum i na spokojno widzę obraz śmierci. Ten obraz, dopiero, przeraża. Chrystus z Monserratu, Chrystus z legendarnej świątyni Graala zza siedmiu gór i mórz, i rzek, zszedł na rozkaz rewolucji z czterech ścian swej kaplicy, ciężki samochód odstawił go do wielkiego, nowoczesnego miasta, w którem spalono kilkadziesiąt kościołów, klasztorów i kaplic, a żadnego z nich nie pozostawiono religji. Najmłodsze pokolenie przyszło go oglądać jako dzieło sztuki i eksponat muzealny, i oto patrzy nań teraz inaczej niż się patrzy na dzieło sztuki i eksponat muzealny.

W wielkich kościołach Hiszpanji było pusto, z roku na rok stawało się coraz puściej, choć król na podmadryckiem Cierro de Los Angeles, w geograficznym środku Hiszpanji, odczytał akt oddający ten kraj pod szczególną opiekę Chrystusowi, choć stanął tam wielki pomnik Ukrzyżowanego, z ramionami rozpostartemi nad miasto, choć nie zmniejszyła się liczba kardynałów, choć na znaczkach pocztowych umieszczano wizerunek Papieża. Obok setek ludzi, którzy biczowali się w klasztorach, spali na kamiennych posadzkach i nosili włosiennice, były miljony które o mszy świętej nie miały, po prawdzie, żadnego wyobrażenia. Wyrastało całe młode pokolenie wielkich miast, proletarjackie i walczące. Obchodziło zdaleka kościoły hiszpańskie, ze szlacheckiemi herbami swych fundatorów na frontonie, zbyt podobnemi do godeł na pałacach diuków i na guzikach liberji markizów. Zachowało, muśnięte czasem poprzez innych, w bardzo wczesnem dzieciństwie, wspomnienie jakichś sodalicyj czy kongregacyj, zbiórek i bractw, tanich karmelków któremi częstował „el senor cura”, do których mieszał się zapach mdlącego kadzidła – całości czczej, nie przekonywającej co do celowości swych praktyk i wreszcie dosyć nudnej. Ponad to wszystko stawała później groźba religijnych zakazów, widmo grzechu i potępienia wiecznego, zbyt słabe żeby od uciechy powstrzymać, dość silne żeby niejedną z nich, przynajmniej zrazu, zamącić trwogą. Wreszcie jeszcze potem, już znacznie później, „senor cura”, kościół, krzyż i religja – wszystko to stawało, czy zdawało się stawać, na drodze którą wytyczano przyszłość, utożsamiało się ze wszystkimi wrogami, znajdowano to wszystko wpoprzek strajków, prac związkowych, żądań i postulatów.

Religja stała się wtedy nie tylko czemś czczem, ale i szkodliwem, formą która nie tylko nie posiadała już treści, ale posiadała ją wrogą. Materjał palny był wtedy zebrany dosyta. Wystarczyło iskry żeby padła i żeby swym ogniem spaliła tysiące kościołów Hiszpanji. Wystarczyło strzałów żeby powiał wiatr który wydarł ze świątyń i przeniósł do muzeum szczątki i strzępy arcydzieł. Milicjanci patrzą na Chrystusa z krzyża nie tylko jako na swoją własność – przecież należy już teraz do „patrimonio del pueblo” – ale także jako na swoją zdobycz, swój własny wojenny łup. Po wielu latach, a może po raz pierwszy, na to zdarte z wzniosłości ołtarzy jako na rzecz i własność, nie jako na Boga i Pana. To czem zasłaniano się przed nimi, ich ojcami i ich klasą, czem zażegnywano tyle wysiłków, tyle podmuchów buntu, zostało rozbrojone z potęgi wierzących mas, armji sutann, pieniądza i aparatu, jest tylko muzealnym eksponatem, nagim, zwleczonym ze wszystkiego, jak ów skazaniec którego mękę przedstawia. I najniewątpliwiej po raz pierwszy, tu i teraz właśnie, poczyna do nich wyrazem swej męki przemawiać. Milicjanci milczą. „Wspaniałe dzieło, co?” – przerywa kłopotliwe milczenie mój cicerone. Milicjanci nie odpowiadają mu nic, tak jakby myśleli właśnie o czemś co się nie mieści w żadnem pojęciu artyzmu i wartości.

Muzea hiszpańskie są czemś zupełnie odrębnem wśród wszystkich muzeów świata, a ich twórcy byli niewątpliwie najlepszymi organizatorami muzeów. Madryckie Prado, dziesięciokrotnie mniejsze od galeryj Luwru czy londyńskich, jest skarbcem najpiękniejszych arcydzieł, doborem klejnotów najpierwszego blasku. Muzea sowieckie rządzą się doktrynerstwem, wyliczają ile korcy żyta kosztowała ta a ta monstrancja, jaki jest procent arystokratów, wojskowych, duchownych, a jaki chłopów i robotników wśród świętych wymalowamych w kijowskim soborze Włodzimierza. Już dawno barcelońskie muzeum wyławiało każdą kafelkę mozaiki rzymskiej, każdy architraw, każdą kolumienkę z wirydarzy zniszczonych romańskich klasztorów i wszystko to umieszczało spowrotem w ramach, które odtwarzają otoczenie, wmurowywało je w sklepienia jak z warownych kościołów, w łuki i absydy, umieszczało w świetle czy mroku, w blasku świec woskowych czy w brzasku padającym przez małe szybki gotyckie wtapiane w ołów. Jest sala w tem muzeum, gdzie na kolumnach poszczerbionych stuleciami, pozbieranych ze świątyń, po których już dawno niema śladu, a pięknych i smukłych, stanęły, pozbierane jak one, Madonny, otulone w swe kamienne fałdy gotyckich szat, z twarzami dzieci i dziewczyn, z uśmiechami matek nad niemowlęciem. Rząd Madonn kamiennych, niesionych na głowicach kapiteli, idzie ku nam, a dla tych milicjantów, z których każdy przeszedł kurs bezbożniczy, oto przecież dziś tylko jedna postać więcej z owej „szkodliwej legendy”, naiwna historja dziewicy-matki, człowieka-syna-Boga, wątek który uczeni odnajdą w wielu religjach przeszłości, dla ludzi z ulicy, prozaiczne, zgoła nie cudem tłumaczone wydarzenie, ciśnie się na usta uśmiech, który będzie bluźnierczy, i zamiera w połowie drogi.

Z każdej z siedemnastu Madonn gotyckich i romańskich, renesansowych i najprostszych, idzie przez salę najprawdziwsze, utajone w spuszczonych oczach, w zgięciu rąk, w fałdach szaty, religijne piękno. To piękno ma w sobie coś co nakazuje szacunek, co swym irracjonalizmem przerywa wszystkie bezbożnicze tłumaczenia boskiego pochodzenia Chrystusa. Jest coś z tego w Madonnach najstarszych, ociosanych zaledwie zgrubsza, gdzie całe piękno kryje się wkoło oczu i ust, w schyleniu głowy, w zamyśleniu czoła. Oto te wszystkie Madonny ustawiono tutaj, dawno przed rewolucją, tylko jako cenne rzeźby, tylko i wyłącznie jako dzieła sztuki, i oto wszystkie one przeczą wyraźnie temu że są tylko dziełami sztuki, tylko odmienną od antycznej inkarnacją kobiecego piękna. Nie można obronić się przed myślą że były dziełem natchnienia innego niż zachwyt nad pięknem cielesnem, innego niż ten jaki odczuwał Fidjasz wobec Aspazji, Canova wobec Pauliny Bonaparte. Uczono młodych żołnierzy milicji ludowej, że nie ma natchnienia bożego w Piśmie Świętem, w Ewangeljach i Apokalipsie, dziełach o których uczy kościół że są z natchnienia Bożego – a teraz zapada w ich dusze myśl że te pomniki niewiadomych artystów, artystów prostych i małych, których nazwiska zagubiła historja, mogły powstać przecież jedynie jako owoc najgłębszego natchnienia, Łaski dającej odczuć niepojęte, uduchowienia pozwalającego oddać niematerjalne. W innych salach przejdziemy wkoło porąbanych rzymskich Wenus, wydobytych z zawalonych świątyń, wkoło odkopanych bogiń o zapomnianych imionach, ujrzymy ślad piękna ludzkiego wyrywający się z potrzaskanych brył marmuru, pomniki stawiane w czystej rasie, która sprawia że rzeźby iberyjskie odtwarzają rysy dzisiejszych mieszkańców tej ziemi, – ale tylko tutaj, u Madonn zeszłych z ołtarzy świątyń, znajdziemy coś co jest wizerunkiem nie piękna ludzkiego już, nie rasy i ziemi, ale boskości.

Przynoszono tu srebrne, kute w rzeźby płyty z ołtarzy, tryptyki wyrwane z płonących kościołów, odrzwia i części ambon, tabernacula i monstrancje. Rzucano to w nieładzie, pomieszane z kapami i stułami, ze srebrami stołowemi i porcelaną, z tandetą i skarbami, jakich niema w naszych klasztorach Północy. W jednym dniu kościół został złupiony ze wszystkich dzieł jakie poprzez sztukę niosło mu religijne natchnienie całych wieków. Muzeum chroni te resztki, – bo niewątpliwie to tylko resztki, – których nie pochłonęła rewolucja, których nie rozdrapały chciwe ręce, nie rozdarło i nie rzuciło w ogień zniszczenie. Dlaczego niszczono tak zajadle, z taką wściekłością, z taką pasją?

Niema, niestety, żadnej odpowiedzi któraby zadowalała, jest wiele które wręcz kłamią. Przedewszystkiem teza że kościoły i klasztory były twierdzami, z których strzelano do tłumu. Otóż, jeśli chodzi o Barcelonę, gdzie rewolucja 19 lipca miała przebieg najkrwawszy, oskarżenie wymienia tylko trzy klasztory, przyczem sprawdzalność tego oskarżenia mogłaby jeszcze podlegać dyskusji. Jak wytłumaczyć tutaj spalenie pozostałych trzydziestu dwóch, którym podobnego zarzutu nie wytaczano? Ale i zarzut strzelania z trzech pozostałych jest dosyć złudny. Przedewszystkiem głównemi punktami powstania wojskowego wcale nie były kościoły, ale Hotel Colón i dwa gmachy wojskowe w porcie. Hotel Colón nie został spalony, choć był centralą gen. Godeta, choć stąd najgęściej i najpełniej strzelano do ludu, gmachy w porcie nie uległy zniszczeniu. Z domów w mieście, z których strzelano do milicji, również żaden nie został spalony, chyba w walce wręcz. Natomiast kościoły padły prawie wszystkie, z wyjątkiem trzech, pastwą ognia i zniszczenia. Kierownicy powstania, oficerowie i generałowie, zostali uwięzieni, oddani pod sąd. Księży i zakonnic nie sądzono. Zabijano na miejscu.

Możnaby to wszystko rozszerzyć, można wyjść poza Barcelonę. W Barcelonie byli księża, były zakonnice którzy zdołali ujść, schronić się i ukryć. Barcelona jest miastem wielkiem jak Warszawa. Ale jest jeszcze prowincja, a na prowincji zabito wszystkich; księży. W Tarragonie, katalońskiem Gnieźnie, pełnem kościołów i klasztorów, urządzono szczególnie krwawą masakrę. Cała wieś hiszpańska, dokąd tylko sięgnęła rewolucja, została pozbawiona księży. Step kastylski i naga sierra, skaliste wzgórza, gdzie wszystko widać zdaleka, nie są dobrem miejscem ukrycia. Biskupi, z których wielu było właśnie w Rzymie lub korzystając z lata znajdowało się w San Sebastian, letniej stolicy Hiszpanji, zdołali naogół ujść. Cały niższy kler jednego z najbardziej katolickich krajów został zlikwidowany w tempie gwałtowniejszem niż to uczyniono w Meksyku, znacznie, bez porównania gwałtowniejszem niż to zrobiono w Rosji. W skutkach powstania wojskowego bardziej ucierpiały ołtarze niż koszary. Nawet rewolucjoniści nie twierdzą że w dn. 19 lipca wszyscy proboszczowie ze wszystkich dzwonnic na wsi strzelali do ludu czy milicji. Wymordowani zostali wszyscy. Pierwszą hekatombą ofiar rewolucji francuskiej byli arystokraci i dworacy, rosyjskiej – właściciele ziemscy. Hiszpańskiej byli księża. Można mówić o rozpolitykowaniu, ale ostatecznie trudno się dziwić że kler hiszpański mało żywił sympatji do anarchistów czy komunistów, i trudno mieć o to pretensję. Można mówić o nadmiernych majątkach, ale ofiarą padło moc ubogich kościołów i nędznych klasztorów. Można mówić o rozpuście, która jest tu niesłychanie często stawianym zarzutem, ale jeśli i ten zarzut przyjmiemy na wiarę, wszystko to razem wzięte jeszcze nie uzasadnia masakry. A powiedziałem, że wedle tego co mi mówili tak wiarogodni ludzie jak Ventura Gassol, kataloński minister oświecenia, jak Miravitlles, młody szef milicji Barcelony, zwycięzca w walkach ulicznych, wypadki zbrojnego współdziałania z powstaniem były nieliczne, nie odegrały żadnej roli, a wreszcie zakonnicy jednego z obsadzonych przez wojsko klasztorów mogli zawinić tam akurat tyle co właściciele zajętego w ten sam sposób, jako baza przyszłych operacyj wojennych, Hotelu Colón.

A jednak ośmieliłbym się być zdania że rewolucja ludowa rządziła się trafnym dla swych interesów instynktem gdy całą moc swego ciosu skierowała nie przeciw armji, nie przeciw bankierom, nie przeciw młodej Hiszpanji falangistów, lecz przeciw kościołom i klasztorom. Trafnym instynktem w tem znaczeniu że uderzyła w to co było największą siłą moralną stojącą jej na drodze. Wszystko co było starą Hiszpanją, dawną Hiszpanją, stało kościołem w tym kraju, gdzie królowie porzucali trony żeby się zamknąć w klasztorze, gdzie budowali swe pałace i klasztory. Nigdzie tak jak na tem pograniczu niebezpieczeństwa muzułmańskiego, feudalizm i duch feudalizmu nie zespolił się z katolicyzmem, nie stworzył z nim razem wielkiej budowy nowoczesnego państwa Karola i Filipa ze zlepku górskich królestw, nigdzie nie zmobilizował dzięki tej budowie większych mas walczących, karnych, oddanych i posłusznych. Ale cele, jakie sobie stawiano, rozpoczynając tę budowę, zrealizowano już dawno, przed wiekami. Budowa dalej stała, więzy karności dalej były więzami karności, grand nadal był grandem, oficer był nadal rycerzem. Zadanie, jakie wykonać miała cała ta machina, zostało osiągnięte, nowego sobie nie znaleziono. Wysiłek ciążący na masach pozostał wysiłkiem. Żyły dalej w cieniu kościoła i cieniu zamku, chciano żeby żyły tak samo w cieniu fabryki i sztolni. Siłą, która mogła żądać od ludzi takiego życia, mogła być tylko idea, był nią więc kościół. Kościół hiszpański na przełomie wieków nie znalazł nowych Ximenesów, którzyby wskazali sobie nowe, współczesne cele i do ich wykonania zaprzęgli cały zapas swych sił, całą moc swej moralnej potęgi. Potrafił wznieść się tylko ku patronowaniu akcji wyborczej Gil Roblesa. Ostatni régime monarchistyczny w Hiszpanji sądził, że wykaże swą rację bytu asfaltując gorliwie szosy. A to jednak, jak na kościół katolicki i jak na dziedziców Karola V, było jednak za mało. Tem, tylko tem, trudno było uzasadnić prawo do władzy i rządu dusz! Ruszywszy w bój, znalazłszy w stanowisku obu wielkich sił Hiszpanji swego wroga, masy rewolucyjne uderzyły weń najsilniej. Był to trafny instynkt walki gdy palono najpiękniejsze kościoły, niszczono najpiękniejsze arcydzieła – hołdy, jakie Hiszpanja składała kościołowi swym talentem. Było to cofnięcie się i przegrana, gdy tłum stanął przed portalem gotyckim katedry, zatrzymał się przed obrazem El Greca, przed krucyfiksem średniowiecznym.

Było to cofnięciem się i przegraną, ale było to także momentem gdy nóż sekcyjny doktryny napotkał na opór najtwardszy. Odtąd musiał kruszyć nie tylko narzędzia któremi kościół może jeszcze odnieść zwycięstwa, ale musiał ciąć poprzez wszystko najbardziej hiszpańskie, najbardziej własne. Tych krucyfiksów których realizm jest straszliwy, tych El Greców o nadludzkim wyrazie, tych Madonn poczętych w natchnieniu rzeźbiarza, portali z kamiennych litanij, nie sposób oddzielić od katolicyzmu i nie sposób oddzielić od hiszpańskości. Rozdział kościoła od państwa wobec obrazu Murilla lub „Zdjęcia z krzyża”, oddzielenie w nim tego co jest katolickie od tego co jest hiszpańskie, możliwe jest tylko przez zniszczenie. Szwy sztuki, głębokie szwy idei, która dawała niesłychane głębie natchnienia, łączą niewzruszenie katolicyzm i hiszpańskość, pomimo milicyj ludowych i złych księży, pomimo Queipy de Llano i Pasionarii, niezależnie od tego kto jutro a kto za lat sto będzie panem Madrytu. Możnaby przenieść dzieła kościołów hiszpańskich do Watykanu, do Polski, do Kochinchiny, ale Chrystusy i Madonny rozniosą tylko po kościołach Rzymu i Krakowa wielkość sztuki hiszpańskiej. Można wszystkie El Greki i Murille osadzić w muzeach bezbożniczych, i przyszłe pokolenia, nie wiedzące nic o papieżach, spowiedzi, mszy i różańcu, powiedziałyby jeszcze, że żadna religja nie wyraziła się w sztuce takim przebłyskiem ponadludzkiego piękna.

Pozostawało spalić, pozostawało zniszczyć, i istotnie tłum wiedziony instynktem niszczył tam gdzie nie chcieliby niszczyć przywódcy, niszczył poto, aby już nigdy, ze zgrozy nad tym Chrystusem, z zachwytu nad tą słodką Madonną, nie powstały na tej ziemi kościoły i kler, majątki kościelne i feudalizm, przerzucony, jak mumja wyschła, aż w XX wiek. Ale żeby zniszczyć to najgłębsze z katolicyzmu, ślad jego najwyrazistszy, trzeba było zniszczyć nie tylko to przed czem klęczano przez wieki, ale wszystko w czem się zawarł genjusz narodu. W Barcelonie robotnicy stanęli wpół stopni wiodących pod portale rzeźbione jednej z najcudniejszych gotyckich katedr, spuścili wdół bańki z benzyną i pakuły naftowe, ogień nie sczernił świętych drzemiących w łukach portali. Teraz ten sam tłum przechodzi wokoło Chrystusów w muzeach, wokoło Madonn na jej gotyckich kolumienkach, wokoło mozaik najwcześniejszych romańskich czasów. W salach muzeum Barcelony, miasta czerwonych sztandarów i pomordowanych księży, do milicyj ludowych i bojowców barykad, do socjalistów i anarchistów, przemawia religja poprzez piękno poczęte z ich krwi, z ducha ich narodu i rasy. Powoli, sale muzeum zamieniają się w kościół. Konający Chrystus z Monserratu sam jest dla siebie ołtarzem.

Nie można, nie można tego oddzielić. Można to było zniszczyć, zniszczono wiele, ale to co zostało rzuca dalej swój czar na naród, jeden z najbardziej podatnych wrażeniom sztuki. Nie można oddzielić dzieła sztuki od religji, religji od narodu, który właśnie swą wiarę w sztuce wyraził. Ale wtedy, w takiem muzeum, rozumie się ów szał niszczenia którym był owładnięty tłum hiszpański, szał którego wszyscy się tu wstydzą, nikt wytłumaczyć nie umie. Jest w „Orlątku” Edmonda Rostanda scena, gdy Metternich tłumaczy księciu Reichstadtu, że to nie krew Cezara odezwała się w jego żyłach, że to nie rysy Korsykanina znaczą się w jego twarzy, że to po matce cała przeklęta, niezdolna do czynu, przeszłość habsbursko-makabryczna, austrjacko-kastylska wzięła w nim górę:

Peux-tu te regarder, la nuit, dans cette glace,
Sans voir, derriere toi, monter toute ta race?
– Vois, c’est Jeanne la Folle, au fond, cette vapeur!
Et ce qui, sous la vitre, arrive, avec lenteur,
C’est la paleur du roi dans son cercueil de verre!…

I syn Napoleona tłucze, przerażony, lustro w którem mu pokazano jego nienawistne a niewątpliwe filjacje, chce zapomnieć o tem wszystkiem co jest jego przeszłością i zmorą. Ale jest to tylko stłuczenie lustra, i nic więcej. Dalej błąka się blady cień Joanny Szalonej, dalej ma w oczach trwożne spojrzenie Don Carlosa, przeszłość tragedji, degeneracji i wlecze się jego śladem. U stóp niejednego z hiszpańskich portali, niejednego El Greca i niejednego Chrystusa, załamał się w ludzie instynkt rewolucji, zupełnego, na wieki wieków zerwania z przeszłością. Cokolwiekby się stało, powlecze się ona teraz jego śladem spojrzy w oczy, zapadnie w serce. Prędzej czy później wzejdzie nowa ruń wiary, zakrzepłej w tem pięknie ludzkiem natchnieniami czasów świętej Teresy i Jana od Krzyża, zachowanej, w tem skrzepnięciu, aż po nasze czasy. Najlepszym, najgłębiej czującym najszersze zakresy świata ogarniającym – objawi się najsamprzód. Roznieci w nich nanowo tęsknotę do tego poza nami, czego nie obejmą kołchozy, nie wyczerpią wysiłki piatiletek, podniesienia dobrobytu, radjogłośnik, urlop pracowniczy i ford. Nie wiedzieć nawet kiedy zegnie im kolana i złoży, jak zapomnianym już dziadom, ręce, nie wiedzieć kiedy wyrwie im z piersi okrzyk tęsknoty i podzięki – pacierz codzienny.

Ksawery Pruszyński.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close