KSAWERY PRUSZYŃSKI

Listy z Hiszpanji (cz. 5)
W oblężonym Madrycie

Od specjalnego wysłannika „Wiadomości Literackich”

Madryt, w listopadzie 1936.

Oczy małej, trzyletniej infantki, w wielkiej koafiurze na główce dziecka, patrzą na mnie tak samo bladobłękitnie, północno i obco jak oczy starszego od niej chłopca, w karmazynowej odzieży kilkuletniego infanta. Ta sala, cała w mroku, spływającego z grubych murów klasztoru, z ciemnych kasetonów sufitu, nazywała się przez wieki całe „królewską”, i wyżej od królewicza wiszą tu wszyscy wielcy królowie, infanci i książęta. Patrzy Karol V, w którego państwie nie zachodziło słońce, patrzy podejrzliwy i drobiazgowy, okrutny i pobożny Filip II, patrzy nieszczęśliwy Don Carlos, patrzy zwycięzca spod Lepantu i bastard habsburski Don Juan d’Austria, patrzy jego siostra, jak on nieślubne dziecko cesarza, księżniczka i ksieni. Dwoje dziecięcych portretów zabłąkanych w tej galerji królów, gdzie szereg numerowanych Filipów i Karolów gubi się w ludzkiej pamięci mimo ich koron, wyszło dzisiaj na plan pierwszy, bo nie byli to infanci Hiszpanji. Te dzieci, maleńka Anna Marja i niewiele od niej większy Władysław, to „principes Poloniae et Suaeciae”, dzieci Zygmunta Wazy. Jak do klasztoru ksieni Juany d’Austria zawędrowały portreciki polskich królewiczów? Może posłał je w darze Filipowi II, którego tak bardzo przypominał, może temi dwoma portrecikami sygnalizowały sobie dwa królewskie dwory przyszłe możliwości matrymonjalne i potem, gdy z możliwości tych nic nie wyszło, a portreciki obcych infantów niewielką artystycznie przedstawiały wartość na dworze gdzie malował Velazquez, odstawiono je w kąt, do lamusa i rupieciarni, jak odkładamy w kąt fotografje staroświeckie, które nie znaczą nic dla nas, choć mogły znaczyć wiele dla pokolenia naszych dziadków.

Sala królewska klasztoru „de las Descalzas Reales”, klarysek zwanych tu „bosemi królewskiemi”, była przez stulecia idealnym lamusem. Prawie nie zaglądało do niej słońce, z obcych ludzi nie zaglądał nikt. Dwadzieścia pięć zakonnic żyjących wedle najsurowszej reguły żeńskiej średniowiecza, pochodzących z największych rodzin Hiszpanji, zmieniało się stopniowo, dwadzieścia pięć kapliczek wokoło wirydarza zmieniało kolejno swe służki, coraz nowa cela podziemna otwierała swe kamienne podłogi zwłokom „bosych królewskich”, dwór, pod którego bezpośrednią opieką pozostawały, przesyłał nowe portrety dobroczyńców i pomazańców w małym ogródku rosło wino i rzodkiewki, i wszystko tu było jak w czasach gdy święte Officium paliło swe ofiary a z nielicznych okien klasztoru widać było wokoło płowe pola Kastylji. Spokoju nie burzyło tu nic. Rewolucje XIX w. przeszły obok, zamachy dynamitardów nie wysadziły w powietrze małych i grubych szybek wtłoczonych w ołowiane oprawy, republika 14 kwietnia 1931 r. zapomniała o małym klasztorku. Dziś gdy pierwsi mężczyźni chodzą po nich i pierwsi obcy oglądają cele, kaplice i portrety, wydaje się dziwne, że o kilkadziesiąt kroków jest ludna Puerta del Sol, jest Gran Via drapaczy nieba, są wielkie kina i w najbliższem idzie rewolucyjny film sowiecki „Marynarze Kronstadtu”. Krok milicjantów dzwoni po pustych korytarzach, po schodach znoszą do tego bezpiecznego schronu cenne rzeczy uniesione z innych kościołów, klasztorów i pałaców, saskie markizy w dworskim ukłonie i z wpółodsłoniętemi piersiami stawia się obok drewnianych Matek Boleściwych gotyku i żółtych, na krzyżach rozpostartych Chrystusów. Nowi gospodarze oczyścili i pomalowali wapnem brudne korytarze, strzepali kurz, jednego tylko tknąć nie mogli: – milczenia. Możnaby pomyśleć że nagromadziło się ono podczas wieków szeptów i modlitw tak grubą warstwą, że wymieść je nie była w stanie nawet taka rewolucja. I raz jeszcze się nie wierzy że obok stąd jest ulica tak nowoczesna i europejska jak największe ulice Paryża, że płynie tą ulicą lawa rewolucyjna taka sama jak w październikowym Petersburgu, że o kilkadziesiąt kilometrów przed miastem są już pierwsze linje bojowe, baterje armat podnoszą słupy kurzu, ziemi i gruzu, karabiny maszynowe terkoczą wśród nieskopanych w popłochu kartoflisk.

Pierwszy raz widziałem Madryt parę tygodni temu. Przyjechałem z Barcelony, od strony południowej, Toboza i Aranjuezu, przejechałem przez przedmieścia brudne, nędzne, zakurzone, jeszcze gorsze od warszawskich, i wjechałem niemal bezpośrednio na wielką ulicę, taką jak paryskie, błyszczącą marmurami odrzwi swych domów, odurzającym przepychem. Gran Via jest chronologicznie ostatniem dziełem jakie wzniesiono w rozkochanej w budownictwie Hiszpanji, jest tem co Hiszpanja zbudowała, w najprostszym sensie budynku, w XX w., jak w w. XI zbudowała katedrę w Toledo a w w. XIV grenadzką Alhambrę. Gran Via budowano rewolucyjnie. Żeby mieć wielką nowoczesną ulicę, choćby tak krótką jak ta, Madryt musiał zburzyć całą gęstwinę wyrosłych tu przed wiekami niewysokich, ciasnych, skupionych jak owcze stada, kamienic, pokroić wąskie i łamiące się ulice, wytyczać wśród gruzów prostą linję szerokiej arterji, wdrążyć w grunt, gdzie tkwiły resztki tych zeszłowiecznych fundamentów, bloki zdolne utrzymać szesnaście i dwadzieścia pięter nowojorskiego Madrytu XX w. Gdy stanęły, kilka najbliższych kościołów zniknęło – w Hiszpanji po raz pierwszy -w cieniu czegoś niezmierzenie od nich potężniejszego. Gmachy banków, przedsiębiorstw przemysłowych, świątynie potasu i nafty, węgla i rud, zmierzyły swą młodą energję z przeszłością wieku. Pod niebo wyrosły ściany z wykrojonemi w nich oknami, a ludzie z tych okien po raz pierwszy w Hiszpanji zaczęli patrzeć, patrząc na wieże kościołów, nie ku niebu, ale ku ziemi. Chłopi kastylscy, chłopi z dalekich prowincyj zobaczyli, przybywając tutaj, że są rzeczy na świecie wyższe nad szczyt kościelnej wieży.

Gran Via przepruła dla swych drapaczy drogę przez odmęt małych domów, nędznego i starego Madrytu, weszła na wzgórze, stanęła nad miastem nędznych przedmieść, zawianych kurzem lecącym od pól na południu, rozejrzała się szczytami swych gmachów przez kraj, płaską płytę wydźwigniętą wysoko nad poziom morza, pod mróz długiej zimy i upał krótkiego lata, w półkole stokroć od niej potężniejszych łańcuchów dalekiej Guadarramy. Tego Madrytu, w którego cieniu zdołały przetrwać klasztory „bosych królewskich” i świat (nieczytelne). Wiek XX nigdzie tak bardzo jak tutaj, w kraju Toleda i Alhambry, nie czuł się, w swem budownictwie, zmuszonym do dorównania poprzedniej wielkości. Tedy na szczyty drapaczy chmur wydrapały się złocone orły, rzymskie kwadrygi, lwy czy niedźwiedzie, genjusze dźwigając globy ziemskie, obeliski azteckie, nagie kobiety ujeżdżające mustangi, cała mitologja i zoologja dobrze znana z zeszłowiecznych przycisków na biurka, pretensjonalnych bronzików i kałamarzy. Cały brak smaku schyłku XIX w. przystroił silące się na amerykanizm drapacze madryckiej nowoczesności. Pod niebo sterczy to teraz równie czcze i bez sensu, jak turze głowy, zbroje średniowieczne, przyłbice i gotyckie iglice tynkowych frontonów niejednej kamienicy warszawskiej. Tylko że w kraju wielokrotnie od naszego bogatszym zamiast gipsu był marmur, zamiast kamieniczki – drapacz, wszystko było kilkakrotnie droższe, większe i bogatsze, i jednocześnie tem silniej podkreślało swoją bogatą szpetotę, niecelowość swej architektury, zbytek budowli nieuzasadniony żadną architektoniczną potrzebą, rażący. Fontanny Alhambry i pilastry klasztorów gotyckich, wszystko to miało – może kiedyś – swój sens, swój cel, wszystko to podtrzymywało coś czy podpierało, utrzymywało chłód czy dawało cień, wszystko to miało jakieś uzasadnienie, wszystko czemuś służyło. Te orły formatu biurkowych przycisków, kałamarzowe kwadrygi i azteckie uwieńczenia banków nie służą niczemu i co jeszcze gorsza, nie służyło niczemu. Ten świat, który to wszystko, w ostatnich dziesiątkach lat, wzniósł i zbudował świat kuponów akcyjnych, wielkich przedsiębiorstw i Napoleonów giełdy, którego dziełem jest Gran Via, jak dziełem kalifów była Kordoba, zawalił się w naszych oczach bez krzyku naszego protestu. Świat drgnie, gdy kule armatnie strzaskają dom Cervantesa, zapisze każdy zniszczony obraz klasztorów sprzed lat trzystu, schyli czoła przed uchronieniem każdego obrazu Goi, każdego szkicu Velazqueza, każdej Madonny, każdego krucyfiksu. Jeśli jutro bomby zwalą dwudziestodwupiętrowy gmach na Gran Via, mieszczący najwspanialsze kino i najpiękniejszą restaurację i nazywający się Capitolem, któż zarejestruje ów wypadek na świecie poza fotografją reportera i poza właścicielem buildingu?

Trzeba było dopiero wielkiego wstrząsu żeby jednak i przez ten kanjon wielkich gmachów przepłynął potężniejszy od niej nurt życia, nurt który nadał niespodzianie piętrzącym się zbyt dumnie budowlom jakiś cel inny poza dumą. To z wysokich pięter tych domów karabiny maszynowe mogły 19 lipca nakazać milczenie wojskowym z Cuartel de la Montana, to wielkie lokale gmachów na Gran Via pomieściły biurka kwaterunkowe, aprowizacyjne, organizacyjne, jakie naraz stały się potrzebne rewolucji. To wreszcie z tarasów tych dachów, u stóp owych kwadryg, orłów, uskrzydlonych kobiet i azteckich obelisków, artylerja przeciwlotnicza mogła prażyć z powodzeniem i odpędzać spowrotem za Guadarramę samoloty nieprzyjacielskie. W te dni dopiero, w innem niż (nieczytelne) i towarzyskie znaczeniu, Gran Via stała się centrem Madrytu.

Pochody idą miastem, rozwleczone, olbrzymie, z mnóstwem czerwonych transparentów, z mnóstwem czerwonych sztandarów. Pochodów jest za dużo, i w pochodach przez miasto jest za dużo ludzi młodych. Coraz głośniej grzmią przeciwko temu dzienniki, coraz więcej odzywa się przeciw temu głosów, za dużo, nawet jak na lud, jest tu potrzeby wykrzyczenia się, za dużo, nawet jak na lud południowy, jest tu potrzeby gestu i teatru. Pod plakatami „karabiny na front”, przedstawijącemi milicjantów którzy z karabinami beztrosko zasiadają w kawiarni, widać czasem obrazek będący dokładną (nieczytelne) piętnowanej sytuacji z plakatu. Zbyt wiele jest troski o władzę, zbyt wiele walki o nią. Dwa wielkie związki zawodowe, grupujące w sobie po parę miljonów mas robotniczych w Hiszpanji, (nieczytelne) wciąż ścierają się z sobą, i wciąż dystansowani przez doskonałą organizację i większą wyrazistość swego programu partję komunistyczną, anarchiści żądają głośno władzy dla C. N. T., kilku najważniejszych tek ministerialnych, wojny, skarbu, przemysłu i handlu, gospodarki narodowej, oświaty. Targ o teki w „rewolucji proletarjackiej nr. 2″, targ o teki, jakby nic się nie zmieniło od czasów kortezów Romanonesa i Daty, kulis parlamentarnych i partyj, targ o teki jakby o kilkadziesiąt kilometrów i bliżej nie było tanków, samolotów, żołnierzy z „Tertio” i Maurów gen. Franco.

Niezmiernie, niezmiernie trudno. Olbrzymie są trudności kierujących tą ludzką lawą, którą wylały kratery robotniczych przedmieść, drzemiące przez wieki i naraz, jak wulkany, zbudzone robotnicze puebla. Ta lawa w swym pierwszym dniu stworzenia zalała, to prawda, wszystko. Niemal gołemi pięściami opanowała warowny Cuartel de la Montana, zgniotła powstanie w Barcelonie, rozbroiła gwardję cywilną, doborowe kadry policyjne, uwięziła oficerów, wcieliła w swe szeregi żołnierzy, zdobyła całą broń, wszystkie karabiny i bagnety arsenałów Hiszpanji. Przelała się całemi tygodniami zgrozy, zemsty, zniszczenia, nie kierowana niczem prócz instynktu, przez wszystko i wszystkich w tym kraju. Sprawiła że pucz wojskowy, który miał za sobą olbrzymią większość korpusu oficerskiego, w tym kraju pronunciamentów musiał się załamać, że zamiast obsadzenia banków, poczt, stacyj radjowych i ministerstw, musiał pójść do normalnych okopów, zdobywać kraj tak jak zdobywa się obcy kraj w zwykłej wojennej kampanji. Ale teraz właśnie przyszła ta zwykła kampanja wojenna, i stamtąd, gdzie zdołał się utrzymać, to jest najpierw w Marokku, kraju gdzie społeczeństwo jest jeszcze niczem, dalej z tych placówek, które żyją podziśdzień życiem dawnej Hiszpanji zamków i kościołów, wreszcie z tych może nielicznych, ale ruchliwych placówek kiełkującego w Hiszpanji nacjonalizmu o faszystowskim zacięciu, ruszył bunt naprzód. Zdobył bardzo znaczną część Hiszpanji, dokonywa swych postępów planowo, zagraża stolicy. Trzeci miesiąc trwa drugi akt zapasów, z których pierwszy zakończył się wspaniałem zwycięstwem ulicy nad szeregiem, ludu nad wojskiem, robotniczego mona nad oficerskim mundurem, ale jeszcze entuzjazmu nad rutyną, porywu nad planem, improwizacji nad metodą. Jak zakończy się akt drugi, który jest zupełnie inny, gdzie jednej metodzie trzeba przeciwstawić inną metodyczność, jednemu planowi inny, rutynie rutynę, technice coś więcej niż nagie pięści? Jak sprawić aby rewolucjonista nie czuł się w okopie tak nieswojo, jak czuł się wojskowy w (nieczytelne) barykad. Oto wielkie, obecnie, zadanie.

Wielki rewolucjonista, najpierwszy z nich wszystkich, b. robotnik i związkowiec, rozwiązał dla siebie ów problem. Largo Caballero, trzeci premjer od zamachu stanu, b. przywódca robotniczy i b. więzień stanu, stał się skolei organizatorem i jako organizator ma przeciw sobie opozycję, często nieświadomą swego charakteru opozycyjnego, musi ją łagodzić i zwalczać, łamać i pokonywać. Ma przeciw sobie armję gen. Franco, ale ma przeciw sobie i ministerjalne, tekowe żądania anarchistycznej C. N. T., jej lekką, ale szkodliwą frondę, ma przeciw sobie każdy brak koordynacji, każdy brak dyscypliny. Nigdzie, w prasie żadnego z państw najbardziej uznających prymat wodzostwa, nie woła się tak o dyscyplinę, nigdy w Hiszpanji absolutyzmu nie wołano tak o dyscyplinę, karność, posłuch, jak teraz. O dyscyplinę woła się więcej niż o samoloty, niż o tanki, niż o amunicję. Co rano i co wieczór powtarza się to wołanie ze szpalt prasy, jak krzyk muezzina, jak „Anioł Pański”. Oto właśnie jest walka, jest praca nad przemienieniem rewolucjonisty w żołnierza, masy – w karny szereg, entuzjazmu – w system. Oto właśnie dokonywa się chemiczna próba jak najszybszego skrzepienia tej lawy w twardy głaz bazaltu. W chemji proces takiej przemiany wymaga przedewszystkiem ostudzenia. Niebezpieczny proces, gdy niema nań czasu.

Trzeba walczyć ze wszystkiem. Z biurokratyzmem pieczęci, stempli, humag i bumażek, przepustek, bonów rekwizycyjnych, kwitów i zezwoleń kilku komitetowych instancyj, jaki rozwielmożnia się widać nieuchronnie podczas każdej rewolucji. Trzeba walczyć z tymi, którzy, młodzi i silni, będą maszerowali przez ulice, śpiewali „Międzynarodówkę” i wymachiwali przed oczami biletem partyjnym, z tymi co wpadną do kawiarni wypędzać popijających kawę, nawet kobiety, bo „historyczna godzina nie może nas zastać w kinie, kawiarni czy domu”. Jakieś pismo zauważyło spokojnie, że najważniejsze jest dziś żeby miasto miało wygląd możliwie normalny, a nie zaniepokojony i wojenny: „Paryż, podczas pochodu Niemców, nie zamykał swych kawiarni, nie wysilał się na teatralne pomysły, ale posłał wszystkich swych ludzi na front”. Dziś miasto objeżdżają ciężarówki zamienione na lotną scenę propagandową, z dialogami wyszydzającemi takie „metody” „bronienia” Madrytu.

Miasto, trzeba to przyznać, jest niezwykle spokojne. Naród, który żył w cieniu Calderona i Goi, który darmo w bohaterach pronunciamentów szukał nowych Albów znajdując tylko nowych Pansów, naród, który się nudził lat temu trzydzieści, i jak wyznawało pokolenie Unamuny, Azanji, Costy, sądził że historja skończyła się już dla Hiszpanji, teraz ujrzał że wreszcie tragedja zstąpiła z desek sceny a groza wyszła z sal goiowskich muzeum Prado. Nad miastem przelatują codzień samoloty, prawie codzień spadają bomby. Jest potem świeży ślad na ulicy, zasypywany piaskiem, tak samo jak zasypuje się krew na arenach corridy, są szyby wybite, mur rozłupany, strzępy ludzkiego mięsa rozniesione, przylepione siłą wybuchu do ścian, wyrzucone aż na druty telegraficzne. Otwarła się dziura w wielkiem mrowisku, zapełniła szmatami trupiarnia, i nic więcej. Ludzkie mrówki nałażą tam znowu, znowu jest rojno, i życie wre dalej, w klinikach matki rodzą dzieci, jak je rodziły w podziemiach bombardowanego Alkazaru, sklepy wstawiają szyby, ludzie przestają się gromadzić. Tak samo wypadek samochodowy ginie w kronice wielkiego miasta. Przyzwyczajono się już że tak jest codzień czy co dni parę, że tak musi być, że to należy do życia. Nie wiem czy wiele miast potrafiłoby się do tej rzeczywistości przyuczyć tak szybko, tak bez histerji, jak Madryt. Nie wiem, czy wiele miast z tych bomb rzucanych spod nieba, gdzie samolotow nie dosięgnie pocisk armatni, z tego codziennego bombardowania uczyniłoby sobie to co Madryt: rodzaj zastrzyku bezbolesnego, zastrzyku morfiny czy kokainy, która zwolna znieczula organizm na coś groźniejszego jeszcze, która odwraca jego uwagę od rzeczywistości, od tego co się zacznie dopiero za chwilę, na białym stole operacyjnym. My, niemal codzień jeżdżąc na ten front, bliższy niż warszawski Radzymin, niż krakowskie Przegorzały, niż poznańskie Puszczykowo, widzimy to stale: jak bardzo się zatarła teraz granica między frontem a nie-frontem.

Tanki, samoloty. Znowu wielki problem Largo Caballera. Teraz tanki i samoloty są. Widzieliśmy je wczoraj, jak długim wężem stalowych bestyj przepełzły przez podmadryckie lotnisko Getafe, jak na polu, gdzie młócono dawniej zboże, rozstawiły się w tyraljerę, ze swemi wieżyczkami jak olbrzymie hełmy żołnierskie, z prętami anten radjowych, chwiejącemi się u szczytu, z długiemi lufami armatek. Gąsienicowe taśmy zazgrzytały zjeżdżając z asfaltu szosy na pole, przepełzły przez rów, i jadąc poczęły ugniatać na klepisko twardą ziemię kastylską. Tylko tank i traktor potrafią rozgnieść te skiby kamienne, w które tak trudno wdziera się saperska łopata. Widziałem lepiej i więcej. Widziałem, jak do wysuniętej na front kwatery hiszpańskiego Worosziłowa, ex-kamieniarza a dziś pułkownika Listera, przybyły pierwsze nowe tanki. Żołnierze ciężkiemi dłońmi poklepywali te tanki, po stalowych kłębach, z uciechy. Tak w bodegach portowych po powrocie z mórz marynarze ściskają dawno niewidziane kobiety. To bardzo wiele tanki i samoloty, ale to jeszcze nie wszystko. Jakże wiele znaczy tu oficer, podoficer, wojskowy, jak wiele znaczy tu rutyna i opanowanie, sztab, kadra. Jakże ten front, nawet przy całym swoim ekwipunku, daje wielką lekcję tej masie która na ulicy czuje się wszystkiem. Że drogę może jej zagrodzić człowiek, że temu człowiekowi, który nawprost niej idzie, może przeciwstawić tylko innego człowieka, urobionego i wyszkolonego do zadań którym ma służyć.

Ksawery Pruszyński.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close